Książki, które za swój przedmiot biorą żywych ludzi, z którymi czytelnik może się utożsamić i których problemy czy dylematy mogą być dla niego interesujące, pozwalają dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. Nie możemy przecież zapominać, że obowiązkiem badaczy jest nie tylko dyskusja w murach akademii, ale także wychodzenie poza nie. Dla historyków biografistyka jest jednym z tych obszarów, który daje taką możliwość – mówi dr Kamila Łabno-Hajduk z Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, kolejna bohaterka naszego cyklu „Nauka przez duże K”.
Głównym obszarem zainteresowań naukowych dr Kamili Łabno-Hajduk z Instytutu Historii i Archiwistyki UKEN jest polska emigracja w XX wieku, w tym wydobywanie z zapomnienia życiorysów wybitnych kobiet, które zdecydowały się wyjechać na stałe z kraju. Za swoje najważniejsze dotychczasowe osiągnięcie uważa książkę „Zofia Hertz. Życie na miarę «Kultury»”. Badaczka angażuje się też w działalność popularnonaukową dotyczącą edukacji historycznej w Europie Wschodniej. Rozmawia z nią Aneta Zawadzka
Wybiera się pani do Londynu. Znowu, by zaszyć się w archiwum?
To, co robię nazwałabym intelektualną archeologią. Ciągle próbuję „wykopać” informacje, których do tej pory jeszcze nikt nie wydobył. Wyciągam, często z najbardziej zapomnianych i zakurzonych stosów dokumentów, zapiski, które służą mi potem do pracy badawczej. Archiwalia są dla mnie niezwykle ważnym źródłem pozwalającym poznać historię, zwłaszcza tę dotyczącą polskiej emigracji w XX wieku.
W centrum pani zainteresowań znajdują się kobiety.
Uważam, że niezwykle zatrważająca jest dysproporcja płciowa, jeśli chodzi o rozpoznawalność nazwisk emigrantów i emigrantek tworzących poza granicami naszego kraju. Zaryzykowałabym nawet tezę, że kobiety, czy to pisarki, uczone, czy działaczki, właściwie nie przebiły się do powszechnej świadomości, a jeśli nawet to naprawdę w minimalnym stopniu. Jeśli przyjrzymy się, kto do tej pory trafiał do panteonu sław emigracyjnych, to zauważymy, że byli to wyłącznie mężczyźni: Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz, Gustaw Herling-Grudziński. Oczywiście nikt nie odmawia im uznania, w końcu są to nazwiska znane na świecie. Sądzę jednak, że jest wiele utalentowanych twórczyń, którym los czy może okoliczności, w jakich przyszło im żyć, poskąpił należnej uwagi.
Dlatego została pani ich rzeczniczką?
Myślę, że są to po prostu znaczące jednostki, o których niestety dziś niewiele osób pamięta. A warto przypomnieć, że są wśród nich znakomite literatki: Danuta Mostwin, Zofia Romanowiczowa i Stefania Zahorska. Jest Stefania Kossowska, związana z tygodnikiem Wiadomości, który od 1946 roku był wydawany w Londynie, w latach 1940–1944 w Paryżu, a przed wojną w Warszawie pod tytułem Wiadomości Literackie. Jest poetka Krystyna Bednarczyk, która współtworzyła w Londynie Oficynę Poetów i Malarzy. Także historyczka Maria Czapska i wreszcie notariuszka Zofia Hertz.
Biografia tej ostatniej pani autorstwa ukazała się niecałe dwa lata temu.
W swojej pracy badawczej zwracam uwagę na potrzebę wydobycia z niebytu historii takich postaci, jak właśnie Zofia Hertz. Ten rodzaj uprawianej przeze mnie biografistycznej archeologii pozwala oddać, a może lepiej byłoby powiedzieć przywrócić, należne kobietom miejsce w historii polskiej kultury. Zofia Hertz, razem z mężem Zygmuntem, Jerzym Giedroyciem i Józefem Czapskim współtworzyła Instytut Literacki – polskie wydawnictwo emigracyjne, wydające m.in. miesięcznik Kultura. Instytut założony początkowo w Rzymie, potem przeniesiony do Maisons-Laffitte pod Paryżem, był jedną z najważniejszych instytucji działających za granicą. Niewątpliwie ukształtował nasze myślenie o kulturze i historii.
Bywali w nim i Marek Hłasko, i Agnieszka Osiecka, która nazywała Zofię Hertz opoką domu i wydawnictwa.
Zofia odpowiadała za sprawy administracyjne i organizacyjne, bez których żadna instytucja nie mogłaby po prostu istnieć. To jest praca najbardziej niewdzięczna, bo z jednej strony niewidoczna, z drugiej często niedoceniana. Stefan Kisielewski mówił na przykład, że Zofia nie powinna się zajmować dwiema rzeczami: korektą i kuchnią, czyli tym, co należało do jej obowiązków, bo się na tym nie zna. Dla mnie, jako jej biografki, najistotniejsze jednak było odkrycie faktu, że odgrywała znacznie większą rolę w polityce redakcyjnej, niż się jej przypisuje.
Była ceniona z uwagi na jakieś wyjątkowe zalety czy może dlatego, że jako kobieta wykonywała prace, którymi nie chcieli zajmować się mężczyźni?
Jerzy Giedroyc zawsze podkreślał, że niezwykle ceni sobie współpracę z kobietami. W jednym o ostatnich wywiadów powiedział nawet, że kobiety w Polsce są bardziej wartościowe od mężczyzn. Są konsekwentne, inteligentne i zdolne do poświęceń.
To poświęcenie miało swoją cenę. Zofia Hertz pisała, że nie wychodzi z nory i przywykła do codziennej orki. Nie brzmi to jak wyznanie osoby zadowolonej z życia.
Kiedy patrzymy z dzisiejszej perspektywy na czasy emigracji wojennej czy powojennej, to oczywiście sytuacja, kiedy kobieta poświęca całe swoje życie dla innych – przy czym ci inni, czyli mężczyźni, zbierają wszelkie zasługi – może wydać się czymś abstrakcyjnym. Ale w tamtym okresie zupełnie naturalne było, że to panowie odgrywali znaczące role. Na to godzili się w zasadzie wszyscy, bo takie reguły po prostu obowiązywały. Jednocześnie nie możemy nie docenić, jak wiele udało się osiągnąć kobietom, takim jak Zofia Hertz. Tym, które mimo wielu niesprzyjających okoliczności nigdy nie wycofały się z prowadzenia aktywnego życia. Dlatego właśnie tak ważne jest, moim zdaniem, pisanie ich biografii, bo dzięki temu zyskujemy zupełnie inne, bardziej całościowe, spojrzenie na świat.
Na swoją kolejną bohaterkę wybrała pani znowu kobietę współpracującą z Jerzym Giedroyciem.
Aniela Mieczysławska, nad której biografią teraz pracuję, rzeczywiście współpracowała z Jerzym Giedroyciem, ale na innych zasadach i w odmiennym charakterze niż Zofia. Mieczysławska była kimś w rodzaju ambasadora Instytutu Literackiego w Nowym Jorku. Do Ameryki trafiła jeszcze w czasie II wojny światowej. W czasie swojej bytności za oceanem zawarła liczne przyjaźnie. W jej najbliższym otoczeniu obecni byli trzej znani poeci: Kazimierz Wierzyński, Józef Wittlin i Jan Lechoń. Ten ostatni nawet chciał się z nią ożenić. Do 1947 roku pracowała w Tygodniku Polskim – piśmie założonym przez wspomnianą trójkę. Kiedy przestało się ukazywać, zmuszona została do podjęcia pracy niezwiązanej z posiadanymi kwalifikacjami. Zatrudniła się bowiem jako ekspedientka w sklepie.
Jej losy poznaje pani także przez lekturę listów, jakie regularnie wysyłała do swoich różnych znajomych. Z uwagi na okoliczności, w jakich żyła, jawi się w nich jako zgorzkniała kobieta?
Wręcz przeciwnie. Z tej lektury wyłania się postać kobiety, która uważnie śledzi to, co się dzieje na świecie i w barwny sposób komentuje bieżące zdarzenia. Mieczysławska miała cięte pióro i celnie ripostowała wypowiedzi innych. Widać u niej intelektualną odwagę i samodzielność. Oczywiście musiała pracować, żeby się utrzymać, ale praca nie była jej najważniejszym zajęciem. Zdecydowanie istotniejsze było niesienie pomocy emigrantom, nie tylko zresztą tym, którzy znaleźli się w Ameryce. Wspierała na przykład Andrzeja Bobkowskiego – polskiego pisarza mieszkającego w Gwatemali. Z korespondencji, jaką wymieniali, widać, że Mieczysławska była także osobą niepozbawioną poczucia humoru. Pisała na przykład, że jedni mają alergię na poziomki, inni na raki, a ona ma na komunizm.
Zofia Hertz też miała poczucie humoru?
O, na pewno. W końcu przez wiele lat prowadziła na łamach Kultury rubrykę „Humor krajowy”. Kiedy tylko usłyszała jakiś żart czy powiedzonko, nie zawsze poprawne politycznie, zaraz przekazywała je do publikacji.
Na przykład żart, który wyraźnie odnosił się do stanu wojennego: „Jak obecnie wyglądają Polacy? Jak kartofle: część w mundurkach, część tłuczona”. Albo inny, nawiązujący do ciągłych braków w zaopatrzeniu: „Jakie mięso najczęściej spotyka się w Polsce? Japońskie – nagie haki”.
Zofia miała z pewnością doskonałe wyczucie tego, co trapi Polaków, mimo, że sama żyła z dala od kraju. Kiedy pisałam jej biografię, zależało mi, by pokazać ją jako kobietę nie tylko niestrudzoną i zaangażowaną w pracę, ale także pełną pasji i niepokorną.
Także mistrzynię epistolografii?
Niestety, ona akurat nie była obdarzona talentem do pisania listów. Inaczej niż Mieczysławska. Lektura korespondencji tej drugiej stanowi dla mnie, nie tylko jako badaczki, ale zwykłej czytelniczki, po prostu czystą przyjemność. Poza tym Zofia Hertz z pewnością nie zaliczała się do grona tych autorów, którzy piszą z myślą o tym, że ich listy zostaną kiedyś wydane. U Anieli natomiast wyraźnie rzuca się w oczy, że przed wysłaniem korespondencji doprecyzowywała wszelkie szczegóły. Widać to po tym, jak dodawała do liter ogonki albo coś skreślała lub dopisywała.
Nie nastręcza pani trudności rozszyfrowywanie jej charakteru pisma?
Kiedy przez dłuższy czas obcuję z jakimś charakterem pisma, to w pewnym momencie staje się on dla mnie zupełnie naturalny. Nawet, jeśli litery nie przypominają siebie, to znam ich poszczególne warianty typowe dla konkretnej osoby. Można się tego po prostu nauczyć, choć nie ukrywam, że jest to niezwykle czasochłonne zajęcie. Bywają jednak i takie osoby, których zapisków w zasadzie nie da się odcyfrować. Do tego grona należy z pewnością Józef Czapski. Czapski, który zostawił po sobie paręset tomów dzienników, na razie jest wydawany niezwykle rzadko. Do tej pory ukazał się zaledwie jego dziennik z czasu drugiej wojny. Barierą uniemożliwiającą przygotowanie kolejnych pozycji do druku jest z pewnością niezwykle trudny do odczytania charakter pisma. Osoby, które potrafią to zrobić, można w zasadzie policzyć na palcach jednej ręki.
Czemu akurat przywołuje pani przykład Czapskiego?
Wspomniałam o nim nieprzypadkowo. Czapski bowiem przyjaźnił się przez znaczną część życia z Mieczysławską. Zbiór listów, które ta dwójka wymieniała między sobą, będzie dla mnie stanowił niezwykle cenne źródło przy pisaniu biografii Anieli. W związku z tym trochę niepokoi mnie myśl, że kiedy pojadę robić kwerendę do londyńskiego archiwum, gdzie przechowywana jest ich korespondencja, to zastanę wyłącznie rękopisy, a to sprawi, że będę miała przed sobą niezwykle trudne zadanie do wykonania. Mam nadzieję, że wśród listów, nad którymi będę pracowała, zachowały się nie tylko manuskrypty.
Czesław Miłosz pisał o Zofii Hertz, że jest katem na błędy stylu. Czy ta jej dokładność jest także widoczna w wysyłanej korespondencji?
Ona raczej nie miała czasu na to, żeby w listach zachować jakąś szczególną dbałość o styl. Po prostu pisała je i wysyłała. Z pewnością wpływ na taki stan rzeczy miał fakt, że większość korespondencji dotyczyła spraw administracyjnych i organizacyjnych, prenumeraty Kultury i tym podobnych.
Ale istnieje także korespondencja prywatna. Myślę o listach, które Zofia wymieniała z Jerzym Giedroyciem. Za chwilę ukaże się drukiem ich zbiór przygotowany przez panią we współpracy z dr. hab. Sławomirem M. Nowinowskim. Czy wkraczanie badaczki w świat nieformalnych relacji nie przekracza granic intymności?
Na początku mojej pracy rzeczywiście miałam dylemat, czy powinnam czytać listy, które nie były przeznaczone dla obcych oczu. Od wielu lat jednak obcuję z korespondencją i teraz traktuję ją jedynie jako ważne źródło historyczne.
Wiele się mówi o tym, że między tym dwojgiem było uczucie wykraczające poza zwykłą sympatię.
Jeśli chodzi o domniemany związek uczuciowy, jaki miał istnieć między Zofią i Jerzym to jako naukowczyni traktuję tego rodzaju nowinki wyłącznie jako spekulacje wykraczające poza sferę badawczą. Co prawda wymieniane między tym dwojgiem ludzi listy wskazują, że istniał między nimi jakiś rodzaj fascynacji, ale co do jej charakteru nie mogę się wypowiadać, bo nie mam całkowitej pewności.
A gdyby wyszła pani na chwilę z roli badaczki?
Myślę, że można mówić o pewnym zauroczeniu, które przypadło na pierwsze lata tej znajomości, jeszcze w czasie wojny. Potem te relacje przyjmują charakter koleżeńskiej czy też przyjacielskiej zażyłości. Przypomnijmy, że stali mieszkańcy Domu Kultury, jak nazywano Instytut Literacki, znajdowali się w bardzo specyficznej sytuacji. Wszyscy żyli i pracowali pod jednym dachem. Bezdzietne małżeństwo Zofia i Zygmunt Hertzowie, rozwodnik Jerzy Giedroyc oraz rodzeństwo Czapskich. Trzeba przyznać, że był to zbiór dość osobliwych postaci. Maria Czapska słynęła na przykład z wielkiej religijności. Za każdym razem, kiedy ktoś do nich przyjeżdżał, był zapraszany na do niej na piętro, by wysłuchać wykładów na temat „właściwego” postępowania. Częstym słuchaczem pogadanek serwowanych przez Czapską był na przykład Marek Hłasko, znany z ekscentrycznych zachowań wynikających najczęściej z nadużywania alkoholu.
Rozumiem, że w tej, jak wspominała Agnieszka Osiecka, szarej willi pachnącej perfumami i fajką, trudno było oddzielić strefę prywatną od zawodowej?
Oczywiście każdy z mieszkańców dysponował oddzielnym lokum. Bez wątpienia jednak ta ciągła bliskość sprawiała, że wszyscy byli ciągle skazani na siebie. Przez pierwszych kilka lat w domu panowały dobre relacje. Z czasem jednak zaczęły się psuć. Zwłaszcza między Zygmuntem i Jerzym narastało coraz większe napięcie. Do tego stopnia, że gdy Zofia wyjeżdżała na zakupy lub spotkać się ze znajomymi w Londynie, to oni potrafili ze sobą w ogóle nie rozmawiać albo jeść posiłki w innych godzinach.
Rozdarta między dwoma mężczyznami kobieta. Nie ma chyba lepszego przepisu na biografię, który spowodowałoby wzrost rozpoznawalności bohaterki?
Musimy jednak rozgraniczyć biografie popularne, często nastawione na ujawnianie pikantnych szczegółów z życia znanej osoby, od biografii stricte naukowych. Ja piszę tylko te drugie. Opieram się wyłącznie na informacjach, które zostawiły po sobie ślady w źródłach. Mogę oczywiście mieć swoje teorie, ale bez pokrycia w faktach nie mogę o nich napisać.
Panuje dziś moda na pisanie o życiu sławnych ludzi.
Dla mnie pisanie biografii jest doskonałym sposobem na mówienie o historii z perspektywy jednostki. Nie interesują mnie jednak życiorysy premierów, prezydentów czy generałów, bo ci zawsze znajdą bez trudu swoich biografów, mają już swoje miejsce w historii i nie potrzebują, by ktoś wydobywał ich z zapomnienia. Zupełnie inaczej jest w przypadku osób mniej eksponowanych. Mam tu na myśli zwłaszcza kobiety, których rolę często się pomija albo przemilcza. Wyszukuję ich sylwetki i staram się pokazać, że warto o nich pamiętać. Nie tylko z uwagi na ich osobiste dokonania, ale także dlatego, że dzięki nim można lepiej poznać historię danej epoki.
Można też popularyzować naukę?
Uważam, że biografie się świetnie do tego nadają. Książki, które za swój przedmiot biorą żywych ludzi, z którymi czytelnik może się utożsamić i których problemy czy dylematy mogą być dla niego interesujące, pozwalają dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. Nie możemy przecież zapominać, że obowiązkiem badaczy jest nie tylko dyskusja w murach akademii, ale także wychodzenie poza nie. Dla historyków biografistyka jest jednym z tych obszarów, który daje taką możliwość.
Rozmawiała Aneta Zawadzka
fot. Leszek Zych