Wyobraźmy sobie sytuację, w której w naszym mózgu siedzi smok z pięcioma głowami. Wszystkie one w tym samym czasie produkują myśli, które chcą równocześnie wyjść na zewnątrz. Ale my mamy przecież tylko jedne usta, przez które możemy je wypuścić. Aby więc mogły się przecisnąć przez ten wąski kanał artykulacyjny, należy je wcześniej uporządkować. I tu u osób z giełkotem pojawia się trudność – mówi dr Monika Kaźmierczak z Zakładu Dialektologii Polskiej i Logopedii na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego, kolejna bohaterka naszego cyklu „Nauka przez duże K”.
Dr Monika Kaźmierczak jest logopedką, specjalistką rehabilitacji zaburzeń głosu. W swojej pracy badawczej koncentruje się na zagadnieniach związanych z istotą, profilaktyką, diagnozą i terapią giełkotu (ang. cluttering). Jest pierwszą polską logopedką, która została wybrana na stanowisko przewodniczącego-elekta Międzynarodowego Stowarzyszenia Giełkotu (International Cluttering Association). Rozmawia z nią Aneta Zawadzka.
Dżdżystą nocą niezidentyfikowany dźwięk przeszył ciszę, jaka panowała w bibliotece. To najtrudniejsze zdanie, jakie można dać do przeczytania osobie z giełkotem?
Z pewnością jedno z trudniejszych. Mamy tu bowiem do czynienia z wyzwaniami dykcyjnymi, długimi i trudnymi wyrazami. Osoby z giełkotem, nie mogąc poradzić sobie z precyzyjnym wypowiedzeniem całego długiego słowa, na przykład je ścieśniają. Wtedy zamiast wymagającego słowa „biblioteka” pojawia się „biboteka”, „bilteka” albo nawet „biteka”. Takie zjawisko nazywamy teleskopowaniem. Łamańce językowe podobne do tego w pani pytaniu bardzo często wykorzystujemy w diagnozie giełkotu. Dowiadujemy się w ten sposób, z jakim tempem ktoś jest w stanie je przeczytać i w którym momencie się zatrzymuje lub blokuje, na ile narządy artykulacyjne nadążają za wypowiadanym słowem. Łamańce służą nam także w terapii, kiedy trenujemy precyzję artykulacyjną lub chcemy zwolnić tempo wypowiedzi.
Giełkot to bałagan w mowie czy w głowie?
Formalnie giełkot jest zaburzeniem płynności mowy. Charakteryzuje się zbyt szybkim albo nieregularnym tempem wypowiedzi. To szybkie tempo prowadzi do opuszczania sylab lub głosek, przez co ostateczny komunikat może stać się niezrozumiały dla odbiorcy. Giełkotowi towarzyszy ponadto nieprawidłowe stosowanie pauz lub akcentów wyrazowych i zdaniowych, wielokrotne powtórzenia części wypowiedzi. A także, co może wskazywać na pewnego rodzaju bałagan w głowie, trudności ze zbudowaniem uporządkowanego przekazu.
To właśnie ten brak porządku sprawia, że nazywa się go mową bezładną?
To określenie jest odniesieniem do sposobu komunikowania się z innymi. Wypowiedzi osób z giełkotem pełne są bowiem przeplatających się fragmentów, z których jedne są jasno skonstruowane, inne tylko częściowo spójne. A bywa i tak, że większość wypowiedzi jest nieuporządkowana. Wpływ na to może mieć chaotyczny sposób formułowania myśli. Czasami porównuję to do kalejdoskopu, którym bawią się dzieci. Kiedy spojrzy się przez niego, widać różnokolorowe elementy w wielu kształtach ułożone w pewien wzór. W momencie, w którym dziecko potrząśnie zabawką, wszystkie te elementy ulegają przemieszaniu tworząc w ten sposób zupełnie nowy, zaskakujący obraz. Podobnie jest w przypadku niektórych osób z giełkotem. One wiedzą, co chcą powiedzieć, ale treść nie układa się w głowie liniowo, bo myśli plączą się, mieszają, gonią jedna drugą, łączą się w nietypowy sposób. Czyli człowiek ma wszystkie niezbędne elementy pozwalające złożyć obraz w jedną całość, ale też pewną trudność z ich wystarczająco dobrym, jasnym uporządkowaniem. I podczas rozmowy, na bieżąco, poszukuje w głowie pomysłu, jak najlepiej coś powiedzieć. To jakby ktoś ciągle potrząsał tym kalejdoskopem i przy nas szukał ładniejszej mozaiki do pokazania.
Myśli mieszają się czy może gubią?
Czasem jedno, czasem drugie. Chodzi tu o pośpiech przy przeskakiwaniu do kolejnych wątków w momencie formułowania wypowiedzi. To oczywiście ma związek z pojawiającym się w głowie natłokiem słów i zdań. Odbiorca oczekuje dokończenia pierwszego wątku, a osoba z giełkotem pędzi przed siebie tak szybko, że może być już przy piątej myśli.
Jakby chciała jak najszybciej pozbyć się tego natłoku?
A tłoczą się już kolejne. To ciągła gonitwa. Wyobraźmy sobie sytuację, w której w naszym mózgu siedzi smok z pięcioma głowami. Wszystkie one w tym samym czasie produkują myśli, które chcą równocześnie wyjść na zewnątrz. Ale my mamy przecież tylko jedne usta, przez które możemy je wypuścić. Aby więc mogły się przecisnąć przez ten wąski kanał artykulacyjny, należy je wcześniej uporządkować. I tu u osób z giełkotem pojawia się trudność. Brakuje im bowiem umiejętności wystarczająco jasnego przekazania tego, co chcą powiedzieć. To oznacza, że biorą fragment z jednej głowy smoka, za chwilę inny z drugiej, i z kolejnej… W efekcie wychodzi komunikat, w którym odbiorca ma kłopot z uchwyceniem sensu, bo nie nadąża za takim tempem myślenia i mówienia. Niektóre osoby z giełkotem śmieją się, że wtedy ludzie mogliby szybciej słuchać.
Oczekiwanie na zrozumiały komunikat może wywołać zniecierpliwienie.
To prawda, ale osób z giełkotem lepiej nie poganiać. One zazwyczaj zdają sobie sprawę, że ktoś niecierpliwi się, by zrozumieć, co mają do powiedzenia. Dlatego same wewnętrznie napędzają się, żeby zdążyć przekazać treść, zanim ktoś im przerwie albo się zniechęci. Stąd czasem mówimy o tym, że giełkot to jest pęd do pędu. Trudno bowiem znieść sytuację, kiedy wiem, że ktoś czeka, abym coś powiedziała, tymczasem ja nie mogę się wysłowić. A perspektywa zapadającej ciszy jest raczej nie do zaakceptowania. Cisza jest zwykle utożsamiana z brakiem wiedzy albo kompetencji. Dlatego nie lubimy ciszy w komunikacji.
Łatwo w takiej sytuacji się zestresować. Chcę coś powiedzieć, ale nie umiem.
Każdy z nas się stresuje, kiedy nie jest zrozumiały. Nieważne, czy się jąka, ma giełkot, afazję, czy na co dzień jest mistrzem słowa. A giełkot jest bardzo wrażliwy na początkowe warunki sytuacji komunikacyjnej. Ważne jest więc kto, z kim, kiedy, gdzie, o której godzinie i w jakich okolicznościach rozmawia. Osoby z giełkotem potwierdzają, że jeśli znajdują się w przyjaznym środowisku, gdzie czują się akceptowane, zaś odbiorcy koncentrują się na sensie wypowiedzi i są nastawieni na zrozumienie, to komunikacja dwustronna jest dużo bardziej komfortowa. Dla podniesienia efektywności wysiłek musi być więc podejmowany przez obie strony, nadawcę i odbiorcę.
Jakie są przyczyny giełkotu?
Póki co nauka nie potrafi wskazać jednoznacznej przyczyny. Z pewnością znaczenie mają geny. Giełkot często występuje w rodzinach, w których ktoś już miał na przykład ADHD, giełkot lub jąkał się. To też kwestia temperamentu. W tym przypadku reaktywność jest dużo większa niż samoregulacja, co może sprawiać wrażenie, że osoba z giełkotem nie panuje nad emocjami, działa i mówi szybciej niż myśli. Niektórzy upatrują przyczyn także w czynnikach środowiskowych, czyli na przykład we wszechobecnym pośpiechu, który powoduje, że czujemy presję, by szybciej się wypowiadać. Inni wskazują na chęć nadążania za pędzącym światem czy potrzebę sprostania licznym stawianym przed nami zadaniom.
Czy analogicznie do innych zaburzeń, także w tym przypadku sprawdza się teza, że im wcześniej postawiona diagnoza, tym lepiej?
Są zalecenia, żeby stawiać diagnozę giełkotu w wieku około 10–12 lat, co ma związek z kształtowaniem się mowy dziecka. Chodzi o to, żeby nie pomylić z giełkotem na przykład niższego poziomu kompetencji językowej albo komunikacyjnej, czy innych trudności charakterystycznych dla rozwoju młodszych dzieci. Ale pierwsze objawy charakterystyczne dla giełkotu można zaobserwować już u przedszkolaków.
Po diagnozę i na ewentualną terapię przychodzą do pani także ludzie dorośli. Co skłania ich do podjęcia takiej decyzji?
Najczęściej chodzi o pracę. Mówimy o osobach, które na przykład wykonują zawody głosowe. Ktoś pracuje jako telemarketer, nauczyciel albo dyspozytor medyczny. Są też menadżerowie i kadra zarządzająca. Czyli są to osoby, które potrzebują dobrze i sprawnie się komunikować. Pamiętajmy, że ktoś, kto mówi niezrozumiale i szybko, może być postrzegany jako mniej kompetentny zawodowo. Ale są też osoby z giełkotem, które nigdy nie były w terapii i nawet o tym nie myślą.
Nie przeszkadza im?
Dla takich osób giełkot po prostu nie jest problemem. Doskonale wypracowały sobie własne strategie skutecznej komunikacji. Na przykład ktoś, kto wie, że ma trudność z wypowiedzeniem jakiegoś słowa, skrzętnie je omija, wybierając łatwiejsze do wyartykułowania synonimy. Inny, kiedy przygotowuje prezentację, robi to w taki sposób, żeby widoczne były najważniejsze hasła. Dzięki temu odchodzi mu etap bieżącego formułowania myśli w głowie, bo są już zapisane na slajdach, uporządkowane w odpowiedniej kolejności.
Trudno jednak w życiu na wszystko się przygotować.
Dlatego ciągle w swojej pracy badawczej i logopedycznej poszukuję nowych narzędzi i metod pracy, by jak najlepiej wspierać klientów w osiąganiu ich celów. Po to, by każdy, kto chce poprawić komfort i jakość swojej komunikacji, mógł to zrobić w bezpiecznych warunkach.
Poprawić na stałe?
Giełkot jest częścią człowieka, więc nie zniknie. Jako specjalistka mogę podpowiedzieć, jak skuteczniej porozumiewać się w sytuacji, kiedy jest taka potrzeba. Warto też pomyśleć z klientem, kiedy można po prostu się wygiełkotać, bez wyczerpującego monitorowania siebie i czujności na każdą wypowiedzianą frazę. Trzeba tu znaleźć złoty środek. Chociaż na początku wspomniałam, że giełkot klasyfikowany jest jako zaburzenie płynności mowy, to coraz częściej używamy w jego przypadku sformułowania neuroróżnorodność, mówimy o innym sposobie komunikowania się. Innym nie znaczy gorszym. Dlatego, kiedy pyta pani o to, czy poprawić na stałe, to we mnie, jako terapeutce, rodzi się wątpliwość. Bo cóż miałoby to znaczyć? Że w ogóle ma nie być giełkotu? Jeśli tak, to zmienilibyśmy całkowicie człowieka, a to oznacza, że z giełkotem go nie akceptujemy. Taka perspektywa jest dla mnie nie do przyjęcia. Przyjmuję, że giełkot jest częścią osoby i to taką częścią, która ją wzbogaca, mimo trudności i dzięki nim. To jest zupełnie inny sposób patrzenia na świat i budowania jego językowego obrazu. Bardzo ciekawy, nielinearny i nieoczywisty. Szkoda byłoby to wszystko utracić. Z klientami szukamy zatem sposobów wystarczająco dobrej komunikacji, w której pozostaną sobą, a jednocześnie będą lepiej rozumiani przez innych ludzi.
W swoich badaniach zastanawia się pani, czy dzięki zastosowaniu metafor osoby z giełkotem będą mogły precyzyjniej opisać swój sposób myślenia i mówienia.
Chodzi o to, żeby móc znaleźć taki środek wyrazu, który pozwoli opowiedzieć o tym, co czujemy i jak myślimy, komuś, kto patrzy na świat i wyraża go w zupełnie inny sposób. Metafory doskonale się do tego nadają. Są użyteczne zarówno w przypadku giełkotu fonologicznego, czyli wtedy, kiedy mamy przyspieszone albo nieharmonijne tempo mówienia, jak i giełkotu strukturalnego, kiedy mamy do czynienia z nieoczywistą budową wypowiedzi. W swoich zbiorach mam wiele takich metafor, więc gdyby były one komuś potrzebne, to może je wykorzystywać w diagnozie albo terapii osób z giełkotem. Zresztą sami klienci wciąż szukają własnych określeń. Mówią na przykład, że mają labirynt albo spaghetti w głowie. Albo że ich myśli pędzą niczym pociąg, któremu często brakuje maszynisty.
Tworzy pani własne metafory?
Mam taką, którą sama zbudowałam. To jest metafora logowizualna będąca połączeniem obrazu i języka. Dzięki niej można jednocześnie pokazać, jak myślą i co czują osoba z giełkotem oraz odbiorca. Otóż porównałam „Bitwę pod Grunwaldem” Jana Matejki z karykaturą tego obrazu, którą naszkicował Stanisław Wyspiański. W oryginale Matejki dobrze widać, że chodzi o bitwę. Jest dużo rozmaitych szczegółów, postaci znajdują się w ruchu, każda z nich odgrywa przydzieloną rolę. U Wyspiańskiego natomiast cały ten zgiełk został zredukowany do plątaniny pojedynczych sznurków rozrzuconych na jednej płaszczyźnie. Dla mnie obraz Matejki jest uosobieniem tego, co dzieje się w głowie osoby z giełkotem. Pokazuje, że człowiek niejednokrotnie zmaga się z własnymi myślami i presją, że często toczy się w nim walka, której cel zna. Rysunek Wyspiańskiego natomiast oddaje stan umysłu odbiorcy, który nie jest w stanie dostrzec sensu i zamysłu tych zmagań. Jedyne, co widzi, to chaos.
Jest pani jedną z nielicznych badaczek w Polsce, która zajmuje się giełkotem. Z czego wynika taki stan rzeczy?
Czasami śmieję się, że z giełkotem jest trochę jak z yeti. Mało osób o nim słyszało, niewielu potrafi go trafnie rozpoznać, a może występować u ok. 1% populacji na całym świecie. Myślę, że największą trudnością jest fakt, że nadal odkrywamy istotę giełkotu, wciąż staramy się go zrozumieć. Cały czas szukamy też właściwej metodologii pozwalającej zgłębić ten fenomen oraz trafnych metod pracy logopedycznej. Historycznie rzecz ujmując, giełkot był bardzo różnie klasyfikowany. Kiedyś zaliczano go do chorób psychicznych, zaburzeń artykulacji czy niedbałości dykcyjnych. Później niektórzy twierdzili, że w ogóle nie ma takiego zaburzenia, że nie można wyodrębnić go jako osobnej jednostki. Obecnie w międzynarodowych klasyfikacjach występuje już jako odrębna jednostka nozologiczna i mamy o nim coraz większą wiedzę. Cieszy mnie też, że społeczna świadomość giełkotu stale wzrasta.
Pokusi się pani o własną definicję giełkotu?
Dla mnie to nielinearny sposób komunikowania. Za Joyce’em, nazywam giełkot chaosmosem, czyli połączeniem chaosu i kosmosu, porządku i nieporządku, które wzajemnie się warunkują. To połączenie zmotywowało mnie do zgłębiania teorii, nomen omen, chaosu. Od kilku miesięcy zajmuję się jej adaptacją na potrzeby logopedii. Ta strategia analiz otwiera możliwość badania nielinearnych, dynamicznych, a jednocześnie zdeterminowanych form, do jakich zalicza się giełkot. Pierwsze wyniki są bardzo obiecujące. Okazuje się bowiem, że kiedy używam narzędzi zaadaptowanych z teorii chaosu, jestem w stanie odnaleźć regułę porządkującą wypowiedzi osoby z giełkotem. Zaczynam lepiej widzieć ten jednostkowy porządek w językowym chaosie. Przyznam jednak, że połączenie stosunkowo mało znanego fenomenu, jakim jest giełkot, z wymagającą strategią badawczą, czyli teorią chaosu, póki co stanowi dla mnie ogromne wyzwanie. Ale jakże ciekawe i ekscytujące.
Rozmawiała Aneta Zawadzka