Aktualności
Sprawy nauki
02 Lipca
Źródło: Adobe Stock
Opublikowano: 2025-07-02

Młodzi naukowcy z zapałem, ale w systemie sprzyjającym wypaleniu

Na podstawie naszych badań można stwierdzić, że poziom wynagrodzeń w sektorze akademickim powinien być powodem do wstydu dla ustalających je osób, a poziom wsparcia młodej kadry – przedmiotem poważnej refleksji ze strony rektorów i dyrektorów instytutów – komentuje wyniki ostatniego raportu przygotowanego przez Radę Młodych Naukowców dr Arkadiusz Jasiński, członek tego gremium i adiunkt w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Opolskiego.

„Żeby się wypalić, trzeba płonąć” – to twierdzenie, które na stałe wpisało się w obszar badań nad wypaleniem zawodowym. Wyniki raportu Rady Młodych Naukowców na temat uwarunkowań intencji odejścia z pracy naukowej sugerują, że młodzi naukowcy w Polsce mają w sobie wiele zapału, ale polski system nauki i szkolnictwa wyższego robi wiele, by się wypalili.

Wysoki poziom wypalenia

W ramach jednego z najpopularniejszych obecnie modeli wyjaśniających dobrostan i zachowania pracowników (model wymagania-zasoby) funkcjonowanie w pracy zależy od równowagi między wymaganiami wobec pracownika a zasobami, które są mu oferowane. Miejsce pracy bogate w zasoby i motywujące wyzwaniami sprzyja zaangażowaniu w pracę i w efekcie m.in. przywiązaniu do organizacji, zadowoleniu z pracy i wydajności. Praca o wysokich wymaganiach, niezrównoważona zasobami, np. wsparciem społecznym, prowadzi do chronicznego przeciążenia, wypalenia zawodowego i np. do odejścia z pracy. To właśnie brak równowagi między wysiłkiem, którego wymaga praca akademicka, a pozytywnymi wzmocnieniami, które z niej płyną, może być jednym z głównych powodów rozważania porzucenia pracy naukowej przez polskich naukowców.

Badania RMN objęły dwie główne grupy: naukowców pracujących w Polsce oraz osoby, które porzuciły pracę naukową i obecnie pracują w innych branżach. W grupie naukowców pracujących w Polsce ponad połowa jest w wieku między 30 a 39 lat, a co trzeci badany był w wieku poniżej 30 lat. Liczba naukowców ze stopniem doktora była znacznie wyższa niż osób zatrudnionych na stanowisku adiunkta. Ze 120 doktorów tylko 100 deklarowało zatrudnienie jako adiunkt. O ile praktyka niezatrudniania doktorów na stanowisku profesorskim może być elementem „tradycji bez umocowania w ustawie o nauce”, o tyle doktorzy na stanowiskach asystentów to praca i płaca poniżej kwalifikacji.

Młodzi naukowcy deklarują wysoki poziom wypalenia zawodowego i obciążenia obowiązkami, szczególnie organizacyjnymi. Poważnym problemem jest bardzo niskie zadowolenie z zarobków i utrudniony dostęp do organów decyzyjnych uczelni lub instytutu oraz do awansu zawodowego. Naukowcy biorący udział w badaniu najwyżej ocenili wsparcie społeczne od najbliższych współpracowników, najniżej zaś od władz uczelni lub instytutu badawczego. Brak rekomendacji do nagród i wyróżnień, przedłużanie procedury awansu na adiunkta, utrudnianie awansu na stanowisko profesora uczelni, pomijanie przy powoływaniu do ciał kolegialnych i zespołów decydujących o finansowaniu badań, zaniżanie stawek za godziny ponadwymiarowe lub pracę w sobotę i niedzielę – to wybrane przykłady działań władz uczelni lub instytutu, które mogły zdecydować o wystawieniu im niskiej oceny w zakresie wsparcia.

Kariera w biznesie albo… głodowe pensum

Zapytaliśmy badanych o ich gotowość odejścia z aktualnego miejsca pracy lub z sektora nauki w ogóle. Alarmujący jest fakt, że młodzi naukowcy dużo częściej deklarują intencję odejścia z nauki w ogóle. Może to sugerować, że problem leży w organizacji pracy w nauce w ogóle, a nie w konkretnej jednostce. Bez systemowych zmian systemu nauki i szkolnictwa wyższego, trudno oczekiwać dobrowolnych, projakościowych rozwiązań w pojedynczych uczelniach.

Najwyższą gotowość do odejścia z pracy akademickiej deklarują doktoranci i asystenci, którzy stanowili nieco ponad połowę badanej grupy. Co dziesiąty badany był zatrudniony na stanowisku profesora i w tej grupie intencja odejścia była dwa razy niższa niż w grupie asystentów i doktorantów. Im wyższe stanowisko, tym niższa gotowość odejścia. Najsilniejszym po wypaleniu zawodowym korelatem intencji odejścia z pracy w sektorze nauki i szkolnictwa wyższego było obciążenie obowiązkami organizacyjnymi. Są to wyniki, które powinny zmobilizować rząd i środowisko akademickie do natychmiastowych działań naprawczych. Utrzymanie aktualnej młodej kadry i kształcenie przyszłej powinny być elementem strategii uczelni. Jeżeli nareszcie wrócą minima kadrowe dla prowadzenia studiów, to np. psychologów, na których jest bardzo wysokie zapotrzebowanie społeczne, nie będzie miał kto kształcić. Trudno dziwić się młodym ludziom, którzy zamiast bardzo wymagającej pracy naukowej za najniższą krajową lub głodowe stypendium wybierają karierę w biznesie, przemyśle czy usługach.

Osoby, które porzuciły pracę w sektorze akademickim, najczęściej deklarowały wiek między 30 a 39 lat i posiadanie stopnia doktora. Ostatnim stanowiskiem pracy był status doktoranta. Głównymi motywami odejścia z pracy akademickiej były w tej grupie bardzo niskie zadowolenie z wynagrodzenia i utrudniony dostęp do awansu służbowego. Naukowcy, którzy aktualnie pracują m.in. w biznesie i przemyśle, wskazali, że byli bardzo niezadowoleni ze sposobu wykorzystania swojego potencjału i perspektyw rozwoju w uczelni lub instytucie. W tej grupie poziom satysfakcji ze wsparcia społecznego był istotnie niższy niż w grupie osób pracujących aktualnie w nauce. Co ciekawe, również w tej grupie najlepiej oceniane było wsparcie od współpracowników, a najniżej od władz uczelni lub instytutu.

Czy ktoś podsyci ogień?

Na podstawie naszych badań można stwierdzić, że poziom wynagrodzeń w sektorze akademickim powinien być powodem do wstydu dla ustalających je osób, a poziom wsparcia młodej kadry przez władze jednostek naukowych musi być przedmiotem poważnej refleksji ze strony rektorów i dyrektorów instytutów. Władze muszą nauczyć się zarządzać młodą kadrą, talentami o strategicznym znaczeniu dla całego systemu. Nasze badania pokazują, że bardziej demotywująca niż niskie wynagrodzenie jest niska kultura organizacyjna na uczelniach i w instytutach.

Młodzi naukowcy w Polsce deklarują doświadczanie w pracy wyczerpania poznawczego i fizycznego, raportują wysoki poziom negatywnych emocji w związku z wykonywaną pracą, są niedopuszczani do organów decydujących o swojej jednostce. Doktoranci i asystenci są najbardziej przeciążeni obowiązkami organizacyjnymi i mają najwyższą spośród badanych intencję porzucenia pracy w nauce. Co sprawia, że mimo udokumentowanych wysokich wymagań i słabych nagród, młodzi naukowcy kontynuują pracę w uczelniach i instytutach? Moim zdaniem to, że są osobami pełnymi pasji, o silnej motywacji wewnętrznej, poczuciu misji i sensowności swojej pracy. Ale samym słowem nikt się nie pożywi. Młodzi naukowcy w pozytywnym sensie „płoną”. Zadaniem decydentów jest ten płomień umiejętnie
podsycać, a przynajmniej go nie zadeptywać.

Arkadiusz Jasiński

Dyskusja (33 komentarzy)
  • ~Profesor PAN 05.07.2025 14:13

    40 lat temu byłem młodym naukowcem i miałem zapał ale tylko dlatego, że były inne czasy: komunizm. Tylko nauka dawała szanse na cokolwiek, jeśli kto nie chciał być przestępcą czy ubekiem, a ja nie chciałem. Teraz nikt poczytalny nie zechce być naukowcem, przynajmniej w Polsce, bo poziom absurdu w organizacji nauki już dawno przekroczył poziom, kiedy jest do śmiechu. Bardzo zniechęcam młodych ludzi do wstępowania do tego cyrku.

    • ~StaryZgred2012 10.07.2025 11:10

      Litościwa niepamięć wszystko wygładza. Kiedyż to Zanussi nakręcił "Barwy ochronne"? Nie wtedy? Nic nie straciły na aktualności. Uczelniami rządzą sitwy nieudanych naukowców, którzy przeszli do akywności administracyjno-politycznej i żerująna pracy tych jeszcze naukowo aktywnych.

      • ~Profesor PAN 10.07.2025 20:17

        A ja wcale nie twierdzę, że praca w nauce za komuny nie była koszmarem. Była, tak samo jak praca gdziekolwiek indziej. Komuna cała była jednym wielkim koszmarem, koszmarne były poranki i popołudnia, tylko w nocy mogło być trochę lepiej, bo człowiek spał. Jestem precyzyjny, napisałem, że "tylko nauka dawała szanse na cokolwiek." Dawała, uczono mnie takiego samego twierdzenia de Giorgiego jak na Columbii i Ecole Polytechnique. Mogłem napisać artykuł rówie dobry jak ten z Columbii czy Ecole Polytechnique. A jakbym produkował samochody, chodniki lub domy, to różniłyby się od tego, co pod tymi pojęciami świat rozumiał.

  • ~Przemo 04.07.2025 19:03

    Gdyby nauka w Polsce się do czegoś przydawała to byłby i zapał.

  • ~komentator (poprzedni) 04.07.2025 16:34

    "Na podstawie naszych badań można stwierdzić, że poziom wynagrodzeń w sektorze akademickim powinien być powodem do wstydu dla ustalających je osób[...]"

    Poziom wynagrodzeń, to TYLKO JEDNA Z WIELU spraw w polskim systemie nauki i szkolnictwa wyższego. Poziom SZACUNKU społeczeństwa dla dziedzin ścisłych, ale też poziom szacunku dla osób bez habilitacji, dla W OGÓLE pewnego odsetka osób próbujących coś zdziałać, a które nierzadko są odsyłane na swego rodzaju "składowisko złomu", to CHYBA NAJWAŻNIEJSZA ze wszystkich spraw. Ten feudalny system, gdzie niemały odsetek J.W. Panów i Pań prof. dr hab. patrzy się na dr bez habilitacji, jak magnat na parobka w XVIII w., ten system MUSI DAWAĆ takie właśnie "efekty", jakie są, i ŻADNE pompowanie ogromnych sum pieniędzy NICZEGO tutaj znacząco nie zmieni.

    • ~Marek 06.07.2025 07:35

      Po tym, co niektrzórzy "naukowcy" wyprawiają w TV albo podczas niedawnej "pandemii" głupoty (mierzonej w pyrciach), nie dziwi mnie poziom szacunku do nich. Poza tym nie trzeba się przyznawać, że jest się prof czy dr, żeby nie wywoływać agresji. Ja przedstawiam się jako stolarz - zresztą majsterkowanie to moje hobby.

  • ~Abc 04.07.2025 14:23

    Nie wiem, jaki jest jeszcze sens w pisaniu takich artykułów. Żaden z rządów w ostatnich latach nie zadbał o doktorantów - nikogo decyzyjnego sytuacja pracujących w nauce studentów oraz doktorantów nie interesuje.
    Profesorowie w większości nie są zainteresowani naszą sytuacją, również z powodu lepszej pozycji ekonomicznej, mieszkaniowej, zawodowej.

    • ~komentator (poprzedni) 04.07.2025 16:29

      Podobnie, W OGÓLE jaki jest sens pisania artykułów o sytuacji w tzw. polskim systemie nauki i szkolnictwa wyższego?
      Lata sobie mijają, rządy się zmieniają i przypomina mi się ten oto fragment piosenki śpiewanej kiedyś przez Wojciecha Pszoniaka w słynnym "Kabarecie pod Egidą" w latach 80-tych XX w.:
      "Czy warto było, czy warto było, czy warto było zmieniać rząd?"
      No cóż, patrząc na sytuację w polskim świecie akademickim, RACZEJ NIE WARTO było...

  • ~Alaninka 04.07.2025 11:45

    To nie poziom wynagrodzen jest powodem do wstydu ale BRAK STABILIZACJI przy takim wyksztalceniu i przy ciaglym byciu na bieżąco z najnowszymi doniesieniami. Wciąż żebrać o pieniądze, wciąż udowadniać, że się jest lepszym od innych po to aby dostać finansowanie na kilka lat...

    • ~Przemo 05.07.2025 00:37

      Odnośnie braku stabilizacji: gdyby ktoś chciał pogrzebać polską naukę, to nie wymyśliłby niczego lepszego niż aktualny od lat 30 system jej finansowania i organizacji:
      1. Przepłacona infrastruktura i brak pieniędzy na jej wykorzystanie (marnowane potencjału państwa).
      2. Granty dla nielicznych i dodatkowe wynagrodzenia dla nielicznych (rozbicie solidarności środowiska naukowego).
      3. Brak długoterminowych projektów (przyczynkowość badań i obniżenie ich wartości).
      4. Kariera naukowa jako cel sam w sobie (zniechęcenie i poczucie braku celowości pracy).
      5. Przyjmowanie na studia wszystkich jak leci (obniżenie poziomu wykształcenia społeczeństwa).

      To wszystko można naprawić, ale ktoś musiałby chcieć to naprawić. Od lat nikogo takiego nie dostrzegam.

  • ~Rozenkranz 03.07.2025 12:35

    Na warszawskim Wydziale Sztuk Wyzwolonych ciepłych podsadek dla emerytów pod dostatkiem, a dla młodych adiunktów ledwie pół etatu. Jak ci młodzi ludzie mają podsycać w sobie ogień, widząc takie lekceważenie i kumoterstwo? Wszystko oczywiście w zgodzie z przepisami, ale czy z przyzwoitością, to już śmiem powątpiewać.

  • ~xyz 03.07.2025 09:17

    Artykuł prawdziwy i smutny. Jak młodzi naukowcy mają nie być wypaleni i jak mają nie rezygnować? Stypendium dla doktoranta (przez pierwsze dwa lata) to 3466,90 zł brutto, a wypłata asystenta 4685 zł brutto. Żeby się utrzymać często trzeba mieć inną pracę poza uczelnią. Dzielenie dnia na zajęcia własne, zajęcia dla studentów, badania naukowe i pracę własną, prace grantowe, dodatkową pracę na etacie - 40 godzin tygodniowo, sprawia że żyć się odechciewa. Oczywiście, że pracować na uczelniach się zwyczajnie nie opłaca - możemy być zaangażowani, mieć pomysły, czerpać radość z dydaktyki itd., ale to wszystko się rozmywa w starciu z szarą rzeczywistością. Za coś trzeba jeść, gdzieś trzeba mieszkać.
    Kadra profesorka rzeczywiście może być zadowolona. Większość z tych osób po studiach od razu zaczęła asystenturę, a po doktoracie dostała awans na adiunkta - nigdy w życiu nie mieli porządnej, uczciwej roboty. Dlatego też nie rozumieją ani nas, ani studentów, którzy w większości także łączą pracę ze studiami.

  • ~Paweł Płatek 03.07.2025 08:07

    A gdyby był obowiązek nie zatrudniania po doktoracie na tej samej uczelni? Możesz wrócić po 2 latach, gdy wykażesz się, że radzisz sobie na rynku pracy. Rodzi to 2 pytanie. Czy taka osoba wróci?

    • ~Aw 04.07.2025 09:36

      Nie wróci. Osoby, które jadą na postdoca, praktycznie nigdy już nie wracają do Alma mater. Znajdują często zatrudnienie tam, gdzie robili staż.
      Osoby, które odeszły z nauki, już nie wrócą. Nie za te pieniądze. W nauce normalne jest pracowanie po 10-12 godzin. Idąc do przemysłu, człowiek widzi że można pracować 8 godzin za większą kasę i zamykając drzwi w pracy, można o niej zapomnieć do kolejnego dnia.

    • ~AN 03.07.2025 19:05

      Zaskakujące podejście ze strony Przodownika Transferu Technologii w Polsce. Jak dużą część rozwiązań do komercjalizacji jest z inicjatywy, z rozwoju prac prowadzonych przez doktoranta? Czy dobrze rozumiem, że po doktoracie powinien porzucić swoje osiągnięcia na rzecz promotora i gdzies indziej zaczynać od nowa, zanim rozwijać coś z potencjałem na swojej uczelni? Jak często pojawia się sytuacja, że to uczelnia się zrzeknie praw do rozwiązania i powie młodemu doktorowi, aby brał to ze sobą gdzieś indziej i komercjalizował samodzielnie?

      • ~Marcin Przewloka 05.07.2025 01:05

        @AN
        @Aw

        Co kraj to obyczaj.

        W USA i w Wielkiej Brytanii bardzo rzadko ktos zostaje na postdoka po obronie doktoratu na tej samej uczelni, na ktorej sie bronil, i bardzo rzadko ktos zdobywa stala pozycje na tej uczelni, na ktorej robil postdoka.
        Chodzi mi o uczelnie mocne pod wzgledem badan naukowych.

        • ~AN 05.07.2025 16:08

          Ile jest uniwersytetów w USA, a ile w Polsce? Jakie sa szanse przejścia do przemysłu w USA i UK, ile firm technologicznych mamy w Polsce? No i jaką stabilność gwarantuje się w tamtych krajach, a jaką w Polsce, gdzie po trzech latach mamy chociaż umowę na czas nieokreślony i możemy dzięki temu starać się o kredyt.
          Mobilność ma wiele zalet, ale bez odpowiedniego wspierania jest ciężko się zdecydować. Przy zarobkach asystenta, jak zaoszczędzić chociaż na kaucję 2-3 miesiące w euro/dolarach/funtach? Mając trzydzieści kilka lat nie każdy ma ochotę dzielić pokój w akademiku w obcym kraju, bo na tyle pozwalają zarobki. A co z osobami z już założoną rodziną, ktore zwykle zarabiają mniej niż partner spoza nauki? Mają rezygnować z rodziny na rzecz nauki, bo muszą gdzieś wyjechać, a nie zmuszą partnera by rzucił swojąlepiej płatną pracę by z nimi wyjechał na kilka lat. Wolałabym zaangażowanych pracowników zostających na swojej uczelni niż sfrustrowanych brakiem życia poza nauką. Jeśli jednak tak ma to wyglądać, to wypada to ogłaszać studentom już na pierwszym roku aby sami zdecydowali czy nie lepiej odejść w lepsze miejsce zanim za bardzo zainteresują się prowadzeniem badań

          • ~Marcin Przewloka 05.07.2025 21:50

            @AN

            Co do tej mobilnosci, to jest bardzo wiele zawodow, ktore sa malo "pro-rodzinne". Wazne jest, aby decydujac sie na jakas kariere byc poinformowanym, wiedziec i rozumiec, co sie wybiera. Zawod naukowca tez niesie ze soba pewne obciazenia, ograniczenia czy niedogodnosci.
            Ja osobiscie na przyklad zamiast jeczec na to, ze bedac marynarzem (jesli bym nim byl) czasami nie widze malzonka lub rodziny przez pare tygodni lub nawet miesiecy, po prostu wybralbym inne zajecie.
            W UK i w USA sie jezdzi. Przynajmniej po wlasnym kraju, ale zwykle nie tylko. Wtedy ma sie wieksza szanse na orzymanie stalej pozycji (czyli w USA assistant professorship z tenure track, w UK lectureship lub assistant professorship)

            Patrzac na statystyki, pozostanie w nauce po zrobieniu doktoratu jest czyms mniej "normalnym", niz zmiana zawodu lub przejscie do przemyslu. Lub jedno i drugie. A to dlatego, ze w nauce jest mniej miejsc pracy, niz poza nauka. Nauka nie potrzebuje tyle osob po obronie doktoratow, ile uczelnie produkuja. Tak wiec wyjscie z nauki, przynajmniej tej akademickiej, to nie jest zadna porazka, tylko cos absolutnie naturalnego, przynajmniej w obecnych czasach.

            https://www.nature.com/articles/d41586-025-01855-w

            • ~AN 07.07.2025 17:55

              I właśnie o to informowanie jak najwcześniej powinniśmy zabiegać. Bo znam wielu doktorantów, którzy widzieli jak ich współpracownicy bez tej mobilności zdobywali kolejne tytuły. U nas zasady zmieniają sie z roku na rok. Broniąc w tym roku doktorat nie wiemy jakie będą wymagania do habilitacji za te 7-8 lat... Najpierw ustalmy trwałe wymogi, później informujmy z czym nauka się wiąże i dopiero wymagajmy, ze mlodzi ludzie będą porzucać życie prywatne/rodzinne, bo akurat w tym momencie tego wymagamy.

              • ~Marcin Przewloka 07.07.2025 21:10

                @AN

                Tak, podejmowanie decyzji, kiedy nic nie wiadomo, jest wlasciwie zgadywanka.
                Trzeba starac sie dowiedziec jak najwiecej zanim decyzja zostanie podjeta, to oczywiste.

                Jednak w temacie wyjazdow na postdoki czy inne dluzsze staze zagraniczne, chyba nic sie nie zmienilo od wielu lat. Tak wiec ten element ukladanki jest dosyc jasny.
                I oczywiscie wyjezdzajac nie trzeba "porzucać życia prywatnego/rodzinnego". Mozna probowac znalezc rozwiazanie, ktore pozwoli pozostac razem. Jest sporo rodzin, ktore wyjezdzaja na kilka lat, potem wracaja z bagazem doswiadczen, jako rodzina.
                Oczywiscie, taki wariant nie zawsze jest dostepny.

  • ~Pirania 03.07.2025 00:20

    Nie ma się co dziwić, że polskie uczelnie same strzelają sobie w stopę. System, który powinien promować najlepszych i rozwijać talenty, robi dokładnie odwrotnie – przepuszcza przez sito tylko tych, którzy boją się wyzwań i nie potrafią zrobić nic poza trzymaniem się wygodnej pozycji. Kto przy zdrowych zmysłach i z tytułem doktora zdecyduje się tkwić w miejscu, które zamiast doceniać, niszczy?

    Poza akademią jest prawdziwy świat – lepiej płatny, stabilniejszy i dający możliwość rozwoju. Tymczasem uczelnie wciąż utrzymują ludzi, którzy nigdy nie spróbowali swoich sił poza nią, bojąc się, że ich „doktorat” nie ochroni ich przed brutalną rzeczywistością. I właśnie tacy ludzie uczą studentów „praktycznych” umiejętności? To kpina.

    Uczelnie powinny wymagać od wykładowców zdobywania doświadczenia na rynku pracy – inaczej jak mają rozumieć, że życie to coś więcej niż papierek? Ja wybrałam inaczej. Byłam asystentką, która angażowała się w granty, kochała pracę z młodymi ludźmi. A co dostałam w zamian? Śmieciowe pensje, presję i ciągły szantaż umowami na czas określony. Kiedy powiedziałam, że odchodzę, nazwano mnie egoistką. Wolę być egoistką z godnym wynagrodzeniem i spokojem ducha, niż znerwicowaną „dobrą duszą” uczelni, która nic nie ma do zaoferowania.

    Teraz na moim miejscu siedzą ludzie bez pasji i ambicji, którzy sprzedają się za status i wygodę. To jest prawdziwy koniec polskiej nauki – samobójstwo na raty, za które sami jesteśmy odpowiedzialni. I ja? Ja patrzę z satysfakcją, bo wiem, że wybrałam dobrze.

    • ~Aw 04.07.2025 09:45

      Na uczelni zostają dwa typy ludzi.
      1. Miernoty, które boją się wyjść poza uczelnie, bo wiedzą że ich kompetencje wystarczą może na kasę w Żabce.
      2. Pasjonaci, którzy jeszcze mają w sobie te ciekawość i czują misję. Ale tych pasjonatów jest coraz mniej i coraz częściej uciekają. Ta grupa jest niewygodna dla władz, bo oni znają swoją wartość i czują misję w nauce i dydaktyce. Nie chcą się wpisać w ramki ustawione przez rektora i zrezygnować z ideałów, więc są izolowani i zwalczani.
      Podam przykład. Osoba ma wizję jak powinny wyglądać zajęcia. Tworzy kartę przedmiotu, tworzy program zajęć i chce młodzież nauczyć. Dziekan protestuje i wywala to do kosza, bo to jest za trudne dla studentów.
      Drugi przykład. Młody pracownik tworzy patent. Ma pomysł na założenie startupu, ale ze patent składany z uczelni, to firma musi być uczelniana. Pracownik dokonuje analizy rynku i widzi że jest luka i byłby popyt. Rektor kategorycznie odmawia, aby ten pracownik zaangażował się w taka firmę, zamiast tego proponuje, żeby ten startup został założony jako 100% uczelni a w jej zarządzie był on i dyrektor instytutu. Młodego pracownika miałoby tam w ogóle nie być.

  • ~Sławomir 02.07.2025 20:22

    Etaty na uczelniach zależą od dydaktyki czyli pensum. Jeśli są godziny to są etaty jak nie ma to nie ma etatów. Młodzi naukowcy po szkole doktorskiej praktycznie nie mają szans na zatrudnienie na uczelniach ze względu na właśnie brak godzin dydaktycznych. Mamy niż demograficzny i liczba studentów zmniejsza się, co powoduje mniejszą liczbę godzin dydaktycznych. Niestety subwencja dla uczelni obliczana wg algorytmu preferuje stanowiska badawczo-dydaktyczne. Subwencja liczona wg tego algorytmu na pracownika zatrudnionego na stanowisku badawczym lub dydaktycznym nie wystarcza na fundusz płacy dla takiego pracownika (wynagrodzenie brutto brutto + fundusz nagród + 13-tka). Zatrudnienie pracownika na stanowisku badawczo-dydaktycznym jako tako pozwala uczelni pokryć ww. fundusz płacy dla takiego pracownika. Stąd problem z zatrudnianiem pracowników na stanowiskach badawczy i uzależnienie etatów od dydaktyki ale tylko połączonej z badaniami.
    Subwencja idąca za studentem to praktycznie pokrycie kosztów pozostałych, czyli fundusz płacy dla wszystkich pracowników niebędących nauczycielami akademickimi oraz koszty energii, materiałów, usług i inne.

    • ~kmentator (poprzedni) 04.07.2025 17:04

      Cyt."Etaty na uczelniach zależą od dydaktyki czyli pensum. Jeśli są godziny to są etaty jak nie ma to nie ma etatów. "

      Owszem, i DLATEGO WŁAŚNIE 21 lat temu, świeżo po doktoracie, mając POMYSŁY naukowe, OGROMNY ENTUZJAZM, dowiedziałem się, że miejsca w tej dziedzinie, z której robiłem doktorat, dla mnie NIE MA. Ponieważ na moje nieszczęście, 25 lat po moim przyjściu na świat, rozpoczął się boom na informatykę, której specjalnie NIE TRAWIŁEM, a w dodatku moi dwaj opiekunowie pracy doktorskiej bardziej interesowali się SWOIMI prywatnymi sprawami zamiast np. wysłać mnie na postdoca. W rezultacie STRACIŁEM TAK Z 30 % z tych moich najlepszych lat, w tym niemało BEZPOWROTNIE. No bo panom prof. dr hab-om, którzy byli opiekunami mojego doktoratu, nie starczyło wyobraźni, żeby zrozumieć, że bez wsparcia z ich strony, będzie mi BARDZO TRUDNO o rozwój naukowy, a innym panom prof. dr hab. - tym razem chodzi o dwóch ministrów Edukacji (???) Narodowej, ZABRAKŁO wyobraźni, żeby zrozumieć, że ośmieszanie fizyki w szkole, skończy się OGROMNYMI TRUDNOŚCIAMI w zakresie dostępności godzin zajęć z fizyki na uczelni, a finalnie - nawet likwidacjami Instytutów Fizyki na tej, cy innej uczelni. Nawet ta mądralina dr nauk matematycznych Łybacka, co też była ministrem Edukacji (???) Narodowej, a potem w sejmowej komisji edukacji, jakoś nie potrafiła tego pojąć. W KAŻDYM RAZIE, żadne z nich NIE zrobiło NIC w celu SKUTECZNEGO zapewnienia, NAUCZANIA fizyki w szkole.
      Napisałem o nich, bowiem każdy z tej trójki: Handke, Wittbrodt, Łybacka, ma/miał co najmniej stopień naukowy doktora nauk chemicznych, matematycznych lub technicznych, i był swego czasu Ministrem Edukacji Narodowej.
      Ale kogo to obchodzi, prawda? Z tych ministrów dwoje już nie żyje: Wielce Szanowny Pan prof. dr hab. (nauk chemicznych) Handke i Wielce Szanowna Pani dr *nauk matematycznych) Krystyna Łybacka. Jakoś im te nauki chemiczne, czy matematyczne, ani te stopnie naukowe, NIE POMOGŁY w zrozumieniu, jak powinna BYĆ NAUCZANA FIZYKA w szkole.
      Na pogrzebie zapewne wychwalano ich aż pod chmury, jakie to mieli zasługi itp. itp. peany. Pewnie im jeszcze dali jakieś ordery pośmiertnie. Powinni ich jeszcze "nagrodzić" AntyNoblami za ich "pracę" w MEN. Z tych ww. ministrów żyje pan prof. Wittbrodt - może by wyjaśnił, co zrobił dla NAUCZANIA fizyki w szkole?

      • ~Dhht 06.07.2025 11:53

        Współczuję. Młoda osobę łatwo jest omamić jak nie zna systemu. Tak jest również na rynku pracy. Niby liczą się papiery doświadczenie ale czasami w większości przypadków kontakty. Nikt nie ma obowiązku jak nie jesteś spokrewniony na pomaganie w czym kolwiek. Na robienie sobie konkurencji. Współczuję mogłeś zostać informatykiem zabrakło podpowiedzi. Generalnie masz rację z fizyką. W Polsce ucxy się jej na etapie szkolnym beznadziejne. Mało godzin. Chyba religii jest więcej niż fizyki. Również po doktoracie z fizyki nic nie ma nawet po politechnice.

      • ~komentator (poprzedni) 04.07.2025 17:22

        Napisałem poprzednio m.in. że "[...]dowiedziałem się, że miejsca w tej dziedzinie, z której robiłem doktorat, dla mnie NIE MA.", tzn. dowiedziałem się, że nie ma dla mnie etatu na uczelni ani w PAN, gdzie mógłbym swoje badania kontynuować. Jako taką, działalność naukową w dziedzinach ścisłych, czy humanistycznych, może prowadzić KAŻDY. Natomiast, żeby móc ZARABIAĆ tym na "chleb powszedni", no to na to potrzeba już o wiele więcej szczęścia. Ponieważ w polskim systemie nauki i szkolnictwa wyższego panuje zasada: "Jak nie jesteś w klanie, to spadaj dziadu", a moi dwaj byli opiekunowie doktoratu bardziej przejmowali się sobą, niż moim rozwojem naukowym, więc szybko się okazało, jak wygląda zderzenie oczekiwań i realiów. Zresztą mój przypadek nie jest odosobniony.

  • ~Master 02.07.2025 18:06

    Trafna diagnoza, natomiast mam wrażenie że przecenia aspekt finansowy a niedocenia aspektu walki "loży geriatrii" o swoje spokojnie dotrwanie do emerytury i celowe hamowanie rozwoju młodych. Kilka prostych propozycji z klasycznego "korpo" w dobrym tego słowa znaczeniu:
    1. Wydzielenie zawodowego HRu. O awansach majà decydować osiągnięcia a nie obawy że zastany na stanowisku od lat pracownik, którzy nie ma jakichkolwiek osiągnięć będzie musiał szukać pracy
    2. Możliwość "przeskoczenia" ścieżki zwieżchności, jeżeli widać jawne blokowanie rozwoju.
    3. Walka "ogniem i mieczem" z wszelkimi formami konfliktu interesów, w szczególności towarzyskich (ja awansuje ciebie a ty mnie)
    Na początek wprowadzenie tego zrobiłoby już dużą różnicę. Potem można byłoby działać dalej.

  • ~PP 02.07.2025 17:04

    Tak zwanej "młodzi naukowcy" nikogo w Polsce nie obchodzą i mam wrażenie że tego typu badania i apele są kierowane w próżnię :)

    System jest całkowicie zepsuty, bo perspektywy zawodowe zależą tak naprawdę tylko i wyłącznie od tego jakie promotor ma układy. Jeśli ich nie ma to doktorant nie ma żadnej szansy na stanowisko na uczelni, a doskonale wiemy jak wygląda system grantowy, który by pozwolił na usamodzielnienie się "młodym naukowcom". Nie tak dawno temu, mojemu znajomemu świeżo po doktoracie zaproponowano pół etatu. Dziekan bym wyjątkowo hojny bo od 3 czy 4 lat nie utworzono żadnego stanowiska na tym wydziale :)

    Kwestię zarobków pomijam całkowicie - natomiast jeśli zwykły szeregowy pracownik korporacji typu klikacz zarabia więcej niż profesor to coś jest nie tak.

    • ~Aw 04.07.2025 09:53

      Dokładnie! Ja dostałem etat tylko dlatego, że pokazałem swoją wartość. Jak na 4 roku doktoratu się wkurzyłem, wziąłem całe 60 dni urlopu i szukałem pracy, to okazało się, że aparatura przestała działać, nikt nie umiał obsługiwać kilku sprzętów, nikt nie miał kontaktów do serwisów i dostawców, a faktury na niektóre materiały nagle zaczęły przychodzić bez rabatów, bo jeden z dostawców przypisał 40% rabatów do mnie a nie do firmy.
      Nagle się okazało że da się znaleźć etat adiunkta i można kogoś zatrudnić zaraz po doktoracie.
      Bo okazało się że jestem jedyną osobą w jednostce uczelni technicznej, który nie tylko prowadzi badania, ale i potrafi ustawić pod te badania aparaturę i naprawić ją jak się zepsuje. Dla całej reszty to czarna skrzynka.
      Ale z drugiej strony, profesorowie blokują mi cały czas możliwość publikowania.
      Mam 4 pracę, które są blokowane. Każda kolejna trafia na mejla i jest mrożona na czas nieokreślony. Jaki jest tego sens? Nie wiem. Ale jasnym jest, że sam nie mogę puścić pracy, bez zgody dyrektora.

      • ~PP 06.07.2025 10:24

        Niestety brzmi to jak bardzo toksyczna jednostka. Z tego co odpisujesz to jest to jeden z wydziałów STEM więc może warto zacząć rozglądać się za pracą w przemyśle/biznesie? :)

        Ja na 3 roku doktoratu (będąc asystentem) uciekłem do biznesu i nie żałuję :) Zarobki nieporównywalnie wyższe, istnieje takie coś jak work-life balance etc.
        Zabrałem cały know-how ze sobą i uczelnia nie była nawet zbyt zainteresowana żebym tą wiedzę komuś przekazał, więc koniec końców wszystkie kontakty poszły za mną.

        Natomiast doktorat skończyłem wieczorami, ale miałem to szczęście, że wszystkie badania laboratoryjne były już skończone, więc nie musiałem się zbyt często pojawiać na uczelni.

      • ~komentator (poprzedni) 06.07.2025 01:13

        Cyt."Mam 4 pracę, które są blokowane. Każda kolejna trafia na mejla i jest mrożona na czas nieokreślony. "

        Coś mi to przypomina sprawę słynnej nieopublikowanej pracy Yuvala Ne'emana, w której chyba właśnie, jako doktorant CERNu zawarł, niezależnie od Murray Gell-Manna i George'a Zweiga, hipotezę kwarków. Doktorantom CERNu wolno było publikować (przynajmniej w tamtych czasach), właśnie dopiero po uzyskaniu zgody opiekuna naukowego. Otóż, Ne'emanowi nie pozwolono na publikację wtedy dość dziwnie wyglądającej hipotezy tego, co dzisiaj nazywa się "kwarkami", no i ta jego praca krąży do dzisiaj w postaci reprintu. Gell-Mann dostał Nagrodę Nobla z fizyki, a Ne'eman i Zweig - niestety, nie.

      • ~sdf 04.07.2025 19:40

        Serio macie taką praktykę? U mnie pracownik nie musi prosić nikogo o zgodę, po prostu wysyła manuskrypt. Młodsi zwykle po konsultacjach z samodzielnym, z którym pracują (przy czym chodzi tu wyłącznie o aspekty merytoryczne i/lub jakościowe), ale nikt wyżej w ogóle nie uczestniczy w procesie - może co najwyżej pogratulować, jak już praca wyjdzie.

  • ~Profesor PAN 02.07.2025 16:35

    Tak, a co?