Aktualności
Sprawy nauki
05 Marca
Źródło: www.pixabay.com
Opublikowano: 2026-03-05

Przeciw anglicyzacji nauk społecznych

Spór o anglicyzację nauk społecznych dotyczy w istocie tego, dla kogo nauka istnieje i komu ma służyć. Jeśli przyjmiemy, że jej jedynym adresatem jest wąskie grono międzynarodowych ekspertów, to konsekwentna anglicyzacja jest logiczna. Zarazem jest przyznaniem się do porażki, rezygnacją z ambicji kształtowania własnego społeczeństwa, własnych instytucji, własnej kultury intelektualnej – pisze filozof Aleksander Temkin z Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej.

Nakreślmy kontekst obecnego sporu o sens anglicyzacji nauk społecznych: ekipa rządząca Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego obiecywała w pewnym momencie odejście od konkursowego modelu oceny jednostek naukowych. Był to dobry postulat. Środowisku Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej, z którym jestem związany, bardzo na nim zależało; byłaby to zmiana logiki ewaluacji. Ministerstwo musiałoby określić zbiór osiągnięć, których oczekuje od danego typu uczelni. Uczelnie mogłyby aktywnie kształtować swoją misję w danym okresie i deklarować, w jaki sposób chcą ją wypełnić. Ministerstwo określałoby oczekiwany poziom umiędzynarodowienia publikacji oraz inne parametry, jak również kontyngent punktowy, po przekroczeniu którego uczelnia mogłaby oczekiwać na odpowiednią dotację etc.

To już jednak nieaktualne. Pojawiły się wstępne założenia do projektu rozporządzenia dotyczącego tworzenia listy czasopism i wydawnictw. Wszystkie rozwiązania, niestety, zostaną wpisane w obowiązującą dotąd logikę konkursową, więc można założyć, że nie zadziałają tak, jak były projektowane. Niemniej wewnątrz tej logiki wciąż niektóre rozwiązania są lepsze, inne –  gorsze.

Są takie, które zasługują na życzliwe przyjęcie. Czytamy na przykład, że inne będą normy oceny dla nauk humanistycznych i społecznych, a inne dla pozostałych dziedzin nauki, że pewną rolę w procesie oceny będą odgrywać komitety PAN i że rozporządzenie wzmocni rolę monografii wobec innych form wypowiedzi naukowej. Doceniony zostanie także polski obieg nauki. Prosiłbym, by ministerstwo pamiętało o podnoszonej często potrzebie poluzowania relacji między pismami a dyscyplinami naukowymi, do których są obecnie przypisane.

„Follow the science” – wizja na inne czasy

Zapowiedzi resortu wzbudziły burzę wśród niektórych naukowców, związanych zwłaszcza z psychologią, kognitywistyką i z naukami ścisłymi, komentujących propozycje zmian na portalu X. Dyskutanci twierdzą, że badania naukowe należy publikować po angielsku, w polszczyźnie popularyzując ich wyniki. Sądzę, że mają oni złą wizję tego, czym jest popularyzacja nauki. Celem popularyzacji nie powinno być wyłącznie tworzenie dowcipnego katechizmu na potrzeby ludności, podawanie, „w co mają wierzyć ludzie”. Taka wizja popularyzacji dziś się nie sprawdzi. Byłaby ona możliwa, gdyby ludzie kierowali się hasłem „follow the science”. Nie jest to wizja na czasy kryzysu sfery publicznej, spadku zaufania do naukowców, rozdrażnienia obecnością ekspertów w mediach i ciałach doradczych.

Właściwa popularyzacja tworzy kontinuum między rodzajami wypowiedzi, między publicystyką i nauką. Dzięki temu kontinuum powinna umożliwić zainteresowanym czytelnikom zmierzenie się z właściwym tekstem naukowym. Po co? Po to, by mieć dostęp do wstępnie przygotowanego materiału badawczego. Sam wiele razy odkryłem, że z prezentowanego materiału można wyciągnąć inne wnioski niż te pochodzące wprost od autora książki czy artykułu. Niektóre publikacje naukowe rzeczywiście będą zrozumiałe tylko dla nielicznego grona ekspertów. Wiele z nich powinno jednak być finansowo i językowo dostępnych dla czytelników niebędących ścisłymi ekspertami: dla polityków, urzędników, kadry think tanków, dziennikarzy, nauczycieli, dla biznesu, dla NGOsów.

Nie dotyczy to tylko spraw ściśle polskich, takich jak polityka demograficzna, bariery solidarności międzypokoleniowej, problemy urbanistyki etc., lecz również debat o polityce monetarnej, o wentylacji budynków, o pojęciu kolonizacji, o problemach psychicznych nastolatków, o modelach globalizacji. Sam jako historyk filozofii konsumuję nie-ekspercko artykuły naukowe (niepopularyzatorskie) z dziedziny historii, religioznawstwa, ze stosunków międzynarodowych, jako działacz społeczny natomiast czytam publikacje epidemiologów oraz inżynierów od obiegu powietrza w budynkach.

Moi rozmówcy z X nie wierzą, że w Polsce ktokolwiek poza ekspertami będzie czytał ich artykuły naukowe i książkowe publikacje. Cóż, mamy bardzo antyintelektualną atmosferę społeczną, ale rezygnacja z kontaktu z polskim czytelnikiem jeszcze pogłębi te procesy. Trudno również wyjaśnić polskim dziennikarzom, urzędnikom etc., dlaczego należy finansować naukowców, którzy nie wierzą, że struktury samorządu, biznes, nauczyciele mogą skorzystać intelektualnie z badań prowadzonych na wydziałach nauk społecznych.

Polski zaścianek

Anglicyzacja nauk społecznych i humanistyki sprawi, że debaty toczone w tych środowiskach będą niedostępne cenowo dla czytelników; koszty dostępu są niezwykle wysokie. Podkreślam tu brak dostępności cenowej dla czytelników niebędących ekspertami. Należy też zwrócić uwagę na utrudnioną dostępność cenową i językową dla ekspertów z innych dyscyplin.

Ważną rolę w tej argumentacji odgrywa kwestia dostępności językowej dla czytelników niebędących ekspertami – szczególnie dziennikarzy, urzędników, ludzi z think tanków, nauczycieli. Co to za publiczność, jak należy o niej myśleć? To czytelnicy, którzy są fachowcami, ale nie akademickimi specjalistami i potrzebują możliwie na bieżąco uzupełniać swoją wiedzę. Skupiam się na naukach społecznych, ale dotyczy to także dyscyplin stosowanych. Weterynarz, lekarz czy inżynier muszą mieć dostęp do aktualnej wiedzy, niekoniecznie obracając się w międzynarodowym obiegu. Rozumiem niechęć niektórych naukowców do wchodzenia w inteligenckie buty, jednak ta niechęć zaszła zdecydowanie zbyt daleko!

Zwolennicy anglicyzacji nauk społecznych pospiesznie zarzucają swoim oponentom, że ci siedzą w zaścianku. Cóż, jeżeli Polska to zaścianek, to wizja naszych kolegów wygląda na prywatną ucieczkę z tego zaścianka i pozostawienie go samemu sobie. Konsekwentna anglicyzacja nauk społecznych i humanistyki to pomysł na deokcydentalizację Polski, na oderwanie krajowych debat od zachodniej humanistyki i nauk społecznych.

Działa to w dwie strony. Anglicyzacja nauk społecznych w latach 90. odcięłaby polskojęzycznych czytelników od zachodnich badań nad pamięcią historyczną w kontekście Holocaustu i przeżywaniem płciowości. Z drugiej strony testowanie w języku polskim ważnych koncepcji teoretycznych, zmieniających nasze pole widzenia, pozwala dopiero właściwie ocenić ich siłę eksplanacyjną. Pozwala nam krytycznie odnieść się do ich roszczeń do uniwersalności, deklarowanej neutralności albo normatywnej słuszności. Dobrym przykładem takiej operacji jest tekst Andrzeja Walickiego „Nacjonalizm i społeczeństwo obywatelskie w teorii Ernesta Gellnera”, w którym na gruncie polskiej optyki semantyczno-historycznej, autor ogranicza zasięg tej teorii pokazując jej „bezrefleksyjnym konsumentom”, że via język angielski staje się dla nich niewidoczny kulturowy kontekst założeń tej teorii (doświadczenie jej autora związane z Imperium Habsburgów: nowe nacje jako „konstrukcje”).

Dodatek, a nie substytut

Kolejny punkt: istotna jest zwrotna możliwość aktywnego dyskutowania, podważania, uzupełniania wyników badań nauk społecznych, społecznej korekty wiedzy (naukowcy społeczni nie wiedzą wszystkiego, mają swoje metodologie, wciąż mogą się dużo dowiedzieć od zwykłych użytkowników świata społecznego na temat swoich metodologicznych założeń). Jest to argument szczególnie istotny dla socjologii, dla antropologii kulturowej.

Dalej: wpływ na działalność instytucji organizujących praktyki badanego wycinku świata społecznego. Naukowcy społeczni często bywają współprojektantami instytucji. Na podstawie ich badań instytucje mogą osiągnąć większą samoświadomość co do własnego działania. Nie jest dobrze, jeżeli najgłośniejsi w mediach naukowcy lekceważą ten aspekt oddziaływania nauki na rzecz chęci rozmowy w ekskluzywnym gronie, z paroma anglojęzycznymi ekspertami. Czy to rzeczywiście oznaka wysokich ambicji? Co innego oczywiście, jeżeli mierzą w aktywne kształtowanie swoimi wypowiedziami naukowymi architektury instytucjonalnej świata anglosaskiego.

Sprawą bardzo istotną jest rozwój odpowiedniej terminologii w polszczyźnie. Tej kwestii nie ograniczałbym do twardego jądra nauk społecznych i humanistycznych. Jest ona niesłychanie istotna dla nauk prawnych, ale też dla wielu nauk technicznych, ze względu na ich praktyczne nastawienie, na użytkownika.

À propos nauk prawnych. Prawo (niezależnie od stopnia porównawczości badań) „działa” w żywym ekosystemie języka krajowego: w ustawach i innych aktach normatywnych, aktach stosowania prawa (wyroki, decyzje itd.), doktrynie, opiniach prawnych i w codziennej praktyce instytucji. Jeżeli dorobek doktryny prawa ma realnie zasilać kulturę prawną, musi pozostawać dostępny w polszczyźnie nie tylko „popularyzatorsko”, lecz w pełnej, precyzyjnej postaci naukowej. Inaczej traci się ciągłość między badaniem a jego zastosowaniem: sędzia, legislator, urzędnik czy adwokat/radca prawny nie potrzebuje popularyzacyjnego streszczenia, tylko rozumowania, aparatu pojęciowego i argumentacji, które da się wprost przetworzyć na akt stanowienia/stosowania prawa (wyrok, decyzję itd.).

Co więcej, konsekwentna anglicyzacja prawa przyspiesza erozję polskiej terminologii prawniczej i ułatwia import kalk, które rozmywają znaczenia wypracowane przez tradycję i praktykę. Jak się wydaje, to jest tak naprawdę spór o jakość państwa, o to, czy debata o konstytucjonalizmie, prawach człowieka, odpowiedzialności administracji, ochronie konsumenta, technologii i własności intelektualnej będzie toczyć się w języku dostępnym dla obywateli i instytucji, które mają ją prowadzić. Umiędzynarodowienie jest potrzebne, ale powinno być dodatkiem wzmacniającym, a nie substytutem polskiego obiegu nauk prawnych. Bez niego tracimy narzędzia samorozumienia i samorządzenia.

Nie chodzi o to, żeby było trudno

Słowo o filozofii. Uważam, że język polski jest skarbem dla ludzkiej myśli. Duże możliwości językowe samej polszczyzny nie powinny przepaść w anglicyzacji. Do języków należy podchodzić jak do gatunków zwierząt. Wiele z zagrożonych gatunków zawiera w swoim ciele tajemnice ważne dla ludzkiego świata. Polszczyzna jest bardzo precyzyjna i zarazem elastyczna, dlatego można w niej pomyśleć rzeczy ciekawe filozoficznie.

Sposób pisania do pism anglojęzycznych wymaga dużej standaryzacji stylu i struktury. Jest to ćwiczenie zubażające intelektualnie. Nasi herosi umiędzynarodowienia lekceważą literatury naukowe francuskie i niemieckie, w których stopień standaryzacji wypowiedzi naukowej nie jest tak wysoki, redakcje pozwalają na więcej ekstrawagancji.

Nie lubię argumentu podnoszonego przez „moją” stronę sporu, że nikogo na świecie nie obchodzi polska tematyka. Obchodzi, od czasu do czasu. Periodyki anglosaskie mogą opublikować pojedyncze wypowiedzi polskich naukowców na temat polskiego systemu prawnego etc., ale nie obsłużą całych dyskusji. Podobny problem mają nauki społeczne i humanistyczne z innych krajów postrzeganych jako oddalone od anglosaskiego „centrum”, nie tylko z Europy Środkowo-Wschodniej!

Jest to kwestia: a) zwykłej pojemności; b) modelowania zainteresowań badawczych przez redakcje. Sprawy istotne z punktu widzenia obywateli państw oddalonych od anglosaskiego centrum nie muszą być interesujące dla tychże redakcji. Artykuły niezgodne z obiegową wiedzą na temat regionu niekoniecznie będą się cieszyć dodatkowymi punktami u recenzentów. Czy to uwaga nacjonalistyczna? Raczej nie, to uwaga na temat real-politycznego, a może real-społecznego wymiaru, o którym rzadko pamięta się przy tworzeniu polityki naukowej. Znowu, nie jest to problem przede wszystkim Polaków. Europa Środkowo-Wschodnia po prostu nie jest ulubioną krainą zachodnich elit kulturalnych, na co dramatycznie wskazywało wielu ukraińskich antywojennych aktywistów.

Złudna polityka naukowa

Zasadniczym argumentem przeciwników wzmocnienia punktowego niektórych polskich czasopism i wydawnictw jest kwestia łatwości lub trudności publikacji. Trudność publikacji za granicą miałaby być jednym z kluczowych argumentów na rzecz wyniesienia anglojęzycznych tekstów na górę piramidy. W jakiejś części jest to jednak argument mało poważny. Trudność publikacji, gęstość recenzenckiego sita nie rozstrzyga ani o jakości, ani o wartości społecznej badania. Dlaczego trudność zorganizowania sobie publikacji i dopasowania swojego stylu do stylu konkretnej redakcji miałaby być ważniejsza niż możliwość wpływu instytucjonalnego? Dlaczego trudność ma wyznaczać ostateczną skalę wartości?

Ostatecznie bowiem nie chodzi o to, żeby było trudno. Wartością umiędzynarodowienia nie jest jego trudność. Naukowcy zbyt często pozwalają tak myśleć swoim ministrom, wiceministrom i różnym prezesom, że nauka musi być trochę niedożywiona, by była dobra. Podobnie z umiędzynarodowieniem: należy je organizować poprzez systemowe, celowe finansowe wsparcie, które ułatwi wejście w obieg, a nie przez system punktowy wartościujący działania trudne.

Spór o anglicyzację nauk społecznych dotyczy w istocie tego, dla kogo nauka istnieje i komu ma służyć. Jeśli przyjmiemy, że jej jedynym adresatem jest wąskie grono międzynarodowych ekspertów, to konsekwentna anglicyzacja jest logiczna. Zarazem jest przyznaniem się do porażki, rezygnacją z ambicji kształtowania własnego społeczeństwa, własnych instytucji, własnej kultury intelektualnej. Polskie nauki społeczne i humanistyczne przez wieki budowały język, w którym to społeczeństwo mogło myśleć o sobie samym. Ten dorobek jest ich najważniejszym zasobem. Polityka naukowa, która nagradza trudność zamiast wpływu, prestiż zamiast użyteczności, i angielszczyznę zamiast myśli – nie służy nauce. Służy co najwyżej złudzeniu.

Aleksander Temkin

Prof. Magdalena Musiał-Karg: Między ambicją a wygodą

Dr hab. Piotr Siuda: W kierunku światowej konkurencji czy lokalnej samowystarczalności?

Dr hab. Andrzej W. Nowak: Ewaluacja prywatyzuje naukę, zamiast ją wzmacniać

Dr Bartosz Rydliński: Globaliści kontra lokaliści

Dyskusja (99 komentarzy)
  • ~Alek Rachwald 17.03.2026 20:03

    Nie rozumiem w jaki sposób nauki społeczne znalazły się nagle w gronie nauk humanistycznych.

  • ~Marcin Przewloka 08.03.2026 11:14

    Są pewne bardzo ogólne zasady organizacji nauki na świecie, które są niezbędne do tego, aby nauka światowa działała jako jeden ekosystem. To ważne, bo pozwala naukowcom funkcjonować prosto, łatwo i bez ograniczeń. Pozwala też naukowcom ze wszystkich krajów na Ziemi czerpać wiedzę zbudowana przez innych w dowolnym czasie i miejscu. Jeśli Polska chce być częścią tego ekosystemu, to w polskiej nauce te międzynarodowe zasady działania również powinny sprawnie działać. Publikowanie po angielsku to właśnie jeden z tych prostych i łatwych do spełnienia wymogów. Ci, którzy są za publikowaniem po polsku, zamiast po angielsku, są również za wyłączeniem Polski z międzynarodowego obiegu nauki i wiedzy. To jest bardzo zły kierunek.

  • ~Fidelio 07.03.2026 16:52

    Niepotrzebnie rozgaduję się na temat języka publikacji już któryś raz, w końcu ja nie jestem humanistą, mnie problem narodowości dyscypliny nie dotyka. Będę się powstrzymywał. Ale złość mnie zawsze bierze, jak inni przez pryzmat swojego ogródka oceniają ogródki innych. Ja mam rozłożysty dąb na środku ogródka, to dlaczego inny nie ma.
    Do wszystkich pospiesznych ulepszaczy świata mam jeden apel. Jak się chce zbawić świat, to najlepiej zacząć od siebie. Jak się tu ulepszy - o, to już bardzo dużo się ulepszy. A dyktować innym, jak mają być ułożone stosunki w ich środowisku, to odważny krok, mało kto ma wiedzę, co się dzieje we wszystkich dyscyplinach nauki (można mi zarzucić, że ja też popełniam ten błąd, tylko z przeciwnej pozycji, no ale staram się podawać w miarę oczywiste przykłady, językoznawców, historyków, i poza tym słuchać też opinii humanistów).
    Do wszystkich, którzy traktują tę anglicyzację nauki jako dalszy ciąg przeciągania krótkiej kołdry (inżynierowie vs fizycy - czy punktować bardziej wdrożenia, czy publikacje; medycy vs informatycy: czy punktować konferencje, itd., itp., a teraz: co zrobić z polskojęzycznymi publikacjami) nie mam żadnego apelu. W ogóle jestem przeciwnikiem oceniania ludzi na punkty, to głupota, ale już ogromnym problemem jest próba wciśnięcia wszystkich dyscyplin w jeden schemat, tak być nie powinno.

    • ~Sławomir Wacewicz 08.03.2026 16:08

      "w końcu ja nie jestem humanistą, mnie problem narodowości dyscypliny nie dotyka"

      "no ale staram się podawać w miarę oczywiste przykłady, językoznawców, historyków, i poza tym słuchać też opinii humanistów"

      OK, tylko pytanie jakich humanistów jest ta opinia - czy to opinia humianistów (środowiska), czy polskich humanistów (lobby). Bo to, że bardzo donośny głos grupy polskich humanistów psuje całą dyskusję to fakt, ale nie tylko dlatego, że psuje standardy dla innych dziedzin, ale też że przedstawiciele tychże dziedzin przyjmują te opinie nt. humanistyki jako fakty: że humanistyka musi być lokalna. No właśnie nie tylko nie musi, ale w wielu krajach nie jest. Generalnie tezy o lokalnym charaktere humanistyki są empirycznie fałszywe, i były już tu wielokrotnie falsyfikowane na konkretnych przykładach i danych; tylko to niewiele wnosi, jeśli zwolennicy lokalności nie muszą przedstawiać argumentów, wystarczy że jest ich dużo i swoje hasła powtarzają wystarczająco głośno. I potem niezależnie od argumentów pozostałe dziedziny po prostu akceptują lokalność historii czy prawa jako "oczywiste przykłady".
      Skoro to są takie oczywiste przykłady, to zastanówmy się np.
      - czy młodzi historycy, prawnicy, językoznawcy itd. jeżdzą na Erasmusa za granicę, a jeśli tak, to PO CO?
      - jak w ogóle możliwe są granty typu MSCA SE lub DN, wymagające współpracy podmiotów z różnych krajów (skoro każdy publikuje tylko o sobie, lokalnie i we własnym języku)? A nawet MSCA PF wymagające reguły mobilnościowej?
      - czym zajmuje się ponad 1000 pism indeksowanych na Scopusie w działce "Law"
      https://www.scimagojr.com/journalrank.php?category=3308
      zdecydowana większość anglojęzyczna, ale nawet te nieanglojęzyczne o orientacji globalnej?

      • ~Jan Cieśliński 08.03.2026 21:52

        Duże wydatki na wyjazdy, konferencje i współpracę zagraniczną powinny być powodem do zwiększenia wymaganego odsetka publikacji autobusowych (w koncepcji dwóch list S-P) dla tak wydatkującej dyscypliny :)

        • ~Jan Cieśliński 08.03.2026 22:24

          Autobusowych(?)=scopusowych :)

      • ~MB 08.03.2026 17:21

        Z tego wnoszę, że mniejszość światłych (i świadomych) humanistów została zakrzyczana przez lokalną większość.

        Jeśli tak jest w istocie, to smuta z tego konstatacja płynie, że to takie strasznie polskie.

    • ~Grześ 07.03.2026 22:17

      Święte słowa. Też nie jestem humanistą ale mierzi mnie to jak się w nauce coś wymusza. Zaczynam się też obawiać, że za chwilkę zacznie się dyskusja w stylu po co nam język polski skoro mamy ... angielski.

      • ~MB 08.03.2026 17:25

        Mylenie pojęć: skoro nauka jest jedna i aktualnie jej obieg jest po angielsku, to publikacje _muszą_ być po angielsku, inaczej nie mają szansy zaistnienia w obiegu. Angielski jest tutaj standardem de facto i póki nie zostanie (globalnie) zamieniony na polski, to podatnik mam _prawo_ wymagać, aby jego pieniądze nie były marnowane.

        Mierzi mnie kiedy ktoś nie rozumie elementarza.

        • ~Grześ 08.03.2026 19:21

          Oj widzę, że język polski, nie tylko w publikacjach naukowych, stanowi problem dla MB. Z logiką też u MB jest na bakier, bo skoro według MB humanistyka to nie nauka, to co MB obchodzi w jakim języku są pisane publikacje w tej nienaukowej dziedzinie. No i jeszcze ta nagła i niespotykana u MB troska o pieniądze polskiego podatnika. Może, zapewne wybitna osoba naukowa MB, jakiś wniosek grantowy ERC by złożyła?

          • ~MB 09.03.2026 09:19

            Jak długo mój pogląd (choć - na szczęście - podzielany przez coraz większą liczbę osób) nie stanie się rzeczywistością, tak długo trzeba funkcjonować w aktualnej. A w tej humaniści dostają mnóstwo publicznych pieniędzy, które w zdecydowanej większości są marnowane (w tym na "publikacje" po polsku, najlepiej w monografiach produkowanych na tony).

            Na grant ERC raczej jestem za słaby.

            I na koniec sparafrazuję słowa Zagłoby: "sarkazm tylko tęgiej głowie służy".

    • ~Profesor PAN 07.03.2026 18:16

      W nauce ludzie są oceniani na punkty i nic a to nie poradzimy. Te punkty nazywamy PLN, EUR, USD i tak dalej. Badania każdego są finansowane kwotą wyrażoną właśnie w tych punktach. Więc chyba lepiej, by były one przydzielane według otwartych i uznanych kryteriów niż spod dużego palca ministra, nie?

  • ~Zbyszko 07.03.2026 11:17

    Odchodząc na chwilę od punkcików. Jeśli skupiam się na publikowaniu po polsku (albo wyłącznie tak publikuję), to oznacza, że nie uczestniczę w międzynarodowych zespołach badawczych (publikacje, projekty), nie uczestniczę w międzynarodowych konferencjach (za granicą). A więc żyję sobie w tej swojej małej bańce i rozwijam się naukowo o wiele, wiele słabiej niż gdybym brał udział w międzynarodowej wymianie wiedzy.

  • ~Aa 06.03.2026 14:22

    Hipoteza główna: lobbing osób związanych z naukami humanistycznymi i społecznymi skutecznie ogranicza rozwój pozostałych obszarów nauki w Polsce, pośrednio utrudniając transformację systemu do tego, opartego na wiedzy.

    Według Radonu, nauki humanistyczne, społeczne, sztuka i teologia obejmują obecnie 44% wszystkich naukowców (ok. 33k naukowców, stan na 2024r). Same nauki społeczne obejmują 25% wszystkich naukowców. Dla tak dużej grupy ludzi zwiększenie wymogu umiędzynarodowienia stanowi zagrożenie egzystencjalne istnienia w systemie. Dlatego ten głos jest tak donośny.

    W swoim wywodzie Pan Profesor łączy nauki humanistyczne i społeczne, co wydaje się błędem metodologicznym. Nauki społeczne obejmują psychologię, socjologię, ekonomię, czy pedagogikę, które w swoim założeniu dotyczą w równym stopniu Państwa z podobnych kręgów kulturowych. Wygląda to na manipulacje, która ma na celu przekonanie czytelnika, że mówi on właśnie za dużą grupę interesariuszy. W praktyce wypowiedź dotyczy nauk humanistycznych (ok. 12% naukowców, 8652 osoby), nauk prawnych (4.3%, 3200 osób).

    Inną kwestią jest poruszone w pierwszej części tekstu zmniejszenie dostępności teksów, przez publikowanie ich po angielsku. Po pierwsze, Pan Profesor uważa, że nauczyciele, dziennikarze, pracownicy think-tanków nie czytają po angielsku, co w młodszym pokoleniu nie jest prawdą. A nawet jeśli, to w dobie AI nie powinno być to problemem. Jednakże, większym problemem jest akapit dotyczący możliwości czytania teksów eksperckich i wyciągania wniosków przez nieekspertów. To jest główny problem nauki równoległej. Ludzie nie mający podstaw oraz rozeznania z obszaru nie są w stanie rzetelnie ocenić pracy, a tym bardziej wyciągnąć rzetelnych wniosków. Tak tworzą się ćwierć i półprawdy.

    Jestem bardzo ciekawy, ja Pan Profesor ocenia metodologie, czy wykorzystaną statystykę w pracach epidemiologicznych, które wspomniał, że czyta jako działacz społeczny.

    Kończąc, popularyzacja powinna pełnić jedno głównie zadanie: przekonywać społeczeństwo, że warto jest finansować naukę. Dodatkowo, może także zachęcać młodych do rozważenia kariery naukowej. Można dołożyć do tego taką filozofię, którą dołożył Pan Profesor, ale to już tylko sztuka dla sztuki.

    • ~Sławomir Wacewicz 08.03.2026 16:27

      Prawie się zgadzam, a różnica jest taka. Nie "lobbing osób związanych z naukami humanistycznymi i społecznymi skutecznie ogranicza rozwój pozostałych obszarów nauki w Polsce"
      tylko
      lobbing osób związanych z naukami humanistycznymi i społecznymi skutecznie ogranicza rozwój WSZYSTKICH obszarów nauki w Polsce.

      Łącznie z humanistyką. Nie ma żadnej podstawy merytorycznej, by ją wyłączać. Jak - zdaje się - się zgadzamy, są podstawy pragmatyczne: wiele osób chce 'poświęcić' humanistykę, która "niech sobie działa wg własnych praw, jeśli dzięki temu pozostałe dyscypliny będą miały zdrową ewaluację". Owszem możemy poświęcić humanistykę, ale moim zdaniem to jest duża strata.

    • ~T 07.03.2026 07:19

      Niezwykle trafny komentarz.

  • ~Jan Cieśliński 06.03.2026 11:22

    Naturalny pomysł: dwie listy czasopism, jedna oparta na Scopusie, druga polskojęzyczna (czyli zawierająca czasopisma przyjmujące teksty m.in. w języku polskim). Oczywiście niektóre czasopisma byłyby na obu listach. Pulę slotów 3N dzieliłoby się na dwie części, z których jedna byłaby wypełniana artykułami tylko z pierwszej listy, druga zaś artykułami tylko z drugiej listy. Proporcja obu list zależałaby od dyscypliny, powiedzmy od 10-90, poprzez 50-50, do 100-0. Co do tego ostatniego zera - nie mam pewności. Nawet fizykom może się przydać jakaś reaktywacja obiegu polskiego. Proporcję obu list mogą ustalić eksperci, choćby komitety PAN.

    Argumenty o "dostępności" polskiej nauki (zwłaszcza dla czytelnika światowego) uważam za niezbyt mocne. Naprawdę dobre osiągnięcia dotrą do naukowców (kiedyś na Zachodzie potrafiono hurtowo tłumaczyć własnym sumptem literaturę mat.-fiz. pisaną cyrlicą, bo była dobrej jakości), zwłaszcza w dobie AI. Już prędzej troszczyłbym się o czytelnik krajowego spoza nauki, bo niuanse terminologii (choćby medycznej czy technicznej) mogą być bardzo istotne. Absurdem jest, aby Polak do Polaka pisał po angielsku, a na razie nasze „umiędzynarodawianie” trochę zmierza w tym kierunku :)

    Lista Scopusa ma jednak kapitalną cechę, której brak liście polskiej: konkurencyjność w skali świata i swoistą obiektywność. Lista polska póki co jest i będzie całkiem arbitralna. Jest też w pełni sterowana i kontrolowana przez MNiSW, co ma swoje minusy, ale i plusy (np. pod groźbą wypadnięcia z listy można wymusić open access i różne dobre praktyki).

    Ważny argument na rzecz języka polskiego: w większości chyba myślimy w języku polskim (ja na pewno), i dopiero później staramy się tę myśl przetłumaczyć, zwykle ją trochę zubożając. W naukach ścisłych to niezbyt istotne (problemy interpretacyjne się często pomija i zaniedbuje, byle twardy wynik się zgadzał), ale np. w filozofii to jest kluczowe. Choćby filozofia lingwistyczna, dominująca w świecie anglosaskim, to -jak sama nazwa wskazuje- filozofia języka, a język polski jest ponoć ciekawym językiem w tym kontekście. Poza tym to polska szkoła filozoficzna była u źródeł tego nurtu.

    • ~Sławomir Wacewicz 06.03.2026 14:28

      Bardzo często widzę ten argument jako z zamierzenia pewnie życzliwy ukłon w stronę humanistyki, tylko w rzeczywistości to nie ukłon tylko raczej "pocałunek śmierci". W humanistyce, tak samo jak w reszcie nauki, też liczy się co ktoś ma do powiedzenia, a nie jak i przykład polskich filozofów/logików ze szkoły lwowsko warszawskiej jest tu znakomity. Mieli coś nowego, ważnego do powiedzenia i *właśnie dlatego* publikowali sporo międzynarodowo (głównie po angielsku)...

      • ~Jan Cieśliński 06.03.2026 15:34

        Jeśli nawet "angielska" część slotów będzie wynosić 10-20%, to i tak wystarczy to aż nadto na teksty wybitne polskich autorów pisane po angielsku (zresztą w dowolnej dyscyplinie większość wypełnionych slotów to prace, które nie są zbyt istotne dla nauki światowej). Po drugie, największym złem jest tu zmieszanie tych dwóch list (jak teraz).

        • ~Sławomir Wacewicz 06.03.2026 17:58

          Być może, ale naprawdę nie rozumiem dlaczego humanistyka ma funkcjonować na innych zasadach, niż inne nauki (chyba że źle odczytuję tę propozycję "10-90, poprzez 50-50, do 100-0").

          • ~Albert 07.03.2026 02:19

            Uważa Pan, że polską poezję romantyczną (lub współczesną) należy analizować po angielsku? TYLKO po angielsku?

            Jak, i na ilu arkuszach wydawniczych, wytłumaczy Pan spór prawników o "lub czasopisma"? Czy dyskusję o legalności KRS mamy toczyć po angielsku?

            Jeśli chce Pan całą historię uprawiać po angielsku, to proszę pochylić się nad casusem Ukrainy (i Białorusi, państwa Bałtyckich, Kazachstanu itd.). W tych krajach do upadku ZSRR ***nie można było*** uprawiać żadnej nauki w języku lokalnym (nie wiem, jak z literaturą ojczystą). Jakie to miało skutki społeczne?

            Po co publikować po angielsku badania socjologiczne chęci lub niechęci mieszkańców Krakowa do wymiany kopciuchów na ogrzewanie miejskie? Po co???

            Czy Polak informacji medycznych ma szukać tylko po angielsku - nie dlatego, że są lepsze, tylko że informacji z pierwszej ręki, od polskich naukowców a nie od dziennikarzy czy influencerów - zwyczajnie nie ma?

            I tak dalej. Rezygnując z języka polskiego z debaty naukowej, sami skazujemy się na peryferyjność i status państwa drugiego lub trzeciego znaczenia. Dlaczego oprócz angielskiego w debacie naukowej miałby się liczyć włoski (muzykologia), niemiecki (filozofia, technika), francuski (jak wyżej), ale nie polski? No dlaczego? Bo tkwimy wciąż mentalnie w poczuci postkolonialnej niższości?

            Gdyby to polski był językiem światowym nauki, którym posługuje się cała Europa, a pan był redaktorem czasopisma pedagogicznego z wysokim WW (współczynnikiem wpływu), i ktoś przysłałby Panu artykuł z wynikami eksperymentu pedagogicznego w jakimś miasteczku w Syrii, to jak chętnie by to Pan publikował? A gdyby coś podobnego przysłał profesor z Warszawy, stolicy Europy? Hę? Jest różnica?

            Spór nie polega przecież na tym czy TAKŻE po angielsku, czy TYLKO po angielsku. Praca w Polsce w dziedzinach humanistycznych i większości społecznych TYLKO po angielsku jest pomysłem z piekła rodem, który doprowadzi do atrofii tych dyscyplin.

            • ~John Kowalsky 09.03.2026 15:10

              Czytat:
              "Po co publikować po angielsku badania socjologiczne chęci lub niechęci mieszkańców Krakowa do wymiany kopciuchów na ogrzewanie miejskie? Po co??? "

              A choćby z tego powodu aby odezwał się badacz tego samego tematu w Czechach, Chile czy Szwajcarii i zrobił bardzo twórcze porównanie historycznie ukształtowanych tożsamosci ekologiczno-konserwatywnych w tych państwach. Wnioski mogłby przydać się organom różnych ministerstw w skutecznych kampaniach pro-ekologicznych.
              W ten spoósb już prawie wymysliłem tytuł grantu badawczego do NCN dla humanisty znającego obce języki.

            • ~Sławomir Wacewicz 07.03.2026 09:46

              Dziękuję za ten głos. We wszystkich tych przykładach, jeśli badacz dokonał jakichś faktycznie nowych ustaleń, w sposób dobry metodologicznie, to efekty tych badań powinny wejść do obiegu globalnego. Merytorycznie kwestia języka jest tu drugorzędna; w praktyce obecnie jest to wykonalne jedynie po angielsku, ale biorąc pod uwagę postępy w tłumaczeniu maszynowym może wkrótce będzie wykonalne po polsku (co byłoby super, bo 'odczepi' zasięg od języka).

              Problem IMO wynika ze wsadzania do jednego kotła przedmiotu badań (może być lokalny), metodologii (musi być globalna) oraz jeszcze dodatkowo dyskusji na podstawie badań i jej wpływu społecznego. Oczywiście że można i trzeba publikować o rzeczach lokalnych globalnie. Na podstawie 'kopciuchów' zerknąłem na szybko na European Sociological Review oraz Journal of Sociology i na wierzchu są artykuły o uchodźcach z Ukrainy, imigrantach we Francji (ich wnukach), o Irlandii, Szwecji, Australii i Bogocie. Jeśli badanie o kopciuchach jest ciekawe i dobrze zrobione, to bez problemu może zostać tam opublikowane. Po takim badaniu mogę oczekiwać (nigdy gwarancja, ale solidna heurystyka), że ma dobrze dobraną próbę, dobrze zebrane dane (własciwymi narzedziami i procedurą), dobrze zrobione analizy i solidne konkluzje; czasami też innych gwarancji jakości (prerejestracja, otwarcie dostępne dane, itd.). Czasopismo lokalne nie uprawnia do takich oczekiwań.

              Co z tego wynika. Potem można sobie o tym badaniu dyskutować w dowolnym języku, także polskim, ale korzyść z możliwości globalnej dyskusji jest taka, że kopciuchy istnieją nie tylko w Krakowie, więc jeśli dyskusja ma doprowadzić do wpływu społecznego i rozwiązań w tym zakresie, to warto korzystać z rozwiązań, które może ktoś na świecie już próbował wdrożyć.

              Po drugie, jeśli badanie kopciuchów nie ma być ciekawe naukowo a jedynie czysto utylitarne, np. zamawiane przez urząd miasta, to to nie jest robienie nauki, tylko jej zastosowanie. To też powinno być punktowane (chyba nawet jest), ale osobno, w innej kategorii. I najważniejsze - gwarantuję, że takie badania praktyczne lepiej, solidniej zrobią socjolodzy, którzy funkcjonują w obiegu globalnym i są na bieżąco ze standardami metodologicznymi dyscypliny, niż ci zamknięci w obiegu lokalnym.

            • ~Profesor PAN 07.03.2026 09:36

              Odwróćmy pana tezy:

              Uważa Pan, że poezję Goethego należy analizować po niemiecku? TYLKO po niemiecku? W przypadku Mistrala będzie to oczywiście prowansalski a Firdausiego farsi (na szczęście zrozumiały dla współczesnego Persa choć nieco archaiczny).

              A historia starożytnego Egiptu obchodzi tylko starożytnych Egipcjan?

              I tak się zastanawiam - czy pięćset lat temu z równym zapałem by pan protestował przeciw łacinie?

              • ~HC Multiplex 09.03.2026 09:09

                Co zrobisz, niektórzy chcą o Papuasach dyskutować wyłącznie po papuasku...

            • ~Marcin Przewloka 07.03.2026 09:20

              @Albert

              KAŻDY z tych tematów, które Pan podał jako przykład, o ile tylko jest przedmiotem badań naukowych, jak najbardziej należy publikować po angielsku.

            • ~MB 07.03.2026 07:30

              Kolejny humanista który myli odwagę z odważnikiem.

              1. Opowiadanie historii to dydaktyka, względnie popularyzacja.

              2. Arkusze wydawnicze są właściwe monografiom, a te _nie są_ sposobem na komunikację wyników badań, które publikuje się w artykułach naukowych. Monografie to beletrystyka i jeśli ktoś je produkuje to natychmiast należy taką osobę przesunąć na stanowisko dydaktyczne.

              3. Jeżeli badanie (nie)chęci do kopciuchów to jakakolwiek nauka, to dalej bardziej zainteresuje socjologów z innych krajów niż samych mieszkańców (Krakowa).

              4. Choroby granic nie mają, zatem anglojęzyczne publikowanie sposobów ich leczenia jest szansą dla chorych na całym świecie. Chorzy z kolei (w Polsce, na Madagaskarze, etc) wiedzę o swojej chorobie i metodach ich leczenia powinni pozyskiwać od swojego lekarza.

              5. To właśnie "publikowanie" w języku lokalnym skazuje "publikującego" na peryferyjność a nie odwrotnie. Ja wiem, że humaniści zawsze odwracają kota ogonem, ale są granice śmieszności.

              Kolejny raz przypomnę: humanistyka to nie nauka.

              • ~John Kowalsky 09.03.2026 12:26

                Bardzo rozsądna wypowiedź.
                Zacytujmy nonszalancję logiczną autora:
                cytat 1:
                "Nie dotyczy to tylko spraw ściśle polskich, takich jak polityka demograficzna, bariery solidarności międzypokoleniowej, problemy urbanistyki etc., lecz również debat o polityce monetarnej, o wentylacji budynków, o pojęciu kolonizacji, o problemach psychicznych nastolatków, o modelach globalizacji"
                Wszystkie wymienione powyżej problemy można (choćby od strony metodologii badań) traktować jako problemy globalnych badań naukowych jak i ich odpowiedników, czy wręcz zastosowań w Polsce.
                A najbardziej racjonalne remedium to po prostu przejście czasopism humanistycznych na dwujęzyczność. I tak sie juz dzieje w Polsce od praktycznych badań technicznych (czasopismo "Drogi i Mosty" - ISSN: 1643-1618) po obszary bardzo odległe od tzw. od nauk ścisłych i technicznych, jak np. FIDES ET RATIO (ISSN 2082-7067)

              • ~Nalezy wspomniec 07.03.2026 12:28

                To co pisze Albert to jest intelektualna masakra, zapewne połączona z przekonaniem o swojej racji i chronieniem ego. Opisywane tematy są bardzo publikowalne w miedzynarodowym obiegu, o ile praca naukowa jest wysokiej jakości!!! Pisze to jako redaktor anglojęzycznego czasopisma wydawanego w Skandynawii :)

                Przypomnijmy ze w naukach społecznych/humanistycznych około 90% publikuje się po polsku. To jest jakaś totalna masakra. Bardzo niewiele z tych tekstów to dobre badania lub ciekawe przemyślenia, częściej to poziom prezentacji studentów 2 roku. Warto wspomnieć, ze na tym tle na plus wyróżnia się psychologia.

          • ~Jan Cieśliński 06.03.2026 19:17

            Zakładam, że na początek każda "nauka" (dyscyplina) ustali sobie tę proporcję (S-P) według własnego uznania. Nauki ścisłe zapewne wybiorą 100 (Scopus) - 0 (Polskie). Być może któraś z dyscyplin da 95-5, maksimum 90-10, ale wątpię. Co wybrałyby inne dyscypliny - nie mam pojęcia. Jaki wybór jest "obiektywnie słuszny" - też nie wiem, ale 10-90 wydaje mi się przesadzony dla każdej dyscypliny społ.-hum. (acz może warto ustalić ogólny wiąż S >10%) ? Tak, czy inaczej reguły byłyby takie same dla wszystkich dyscyplin :)

            • ~Jan Cieśliński 06.03.2026 20:45

              Autokorekta. Powinno być: "[wybór] 90-10 wydaje mi się przesadzony dla każdej dyscypliny społ.-hum.". Natomiast 10-90 mogę sobie łatwo wyobrazić (Prawo? Polonistyka?).

            • ~Sławomir Wacewicz 06.03.2026 19:38

              No dobrze, ale z jakich obiektywnych względów 100-0 miałby być dobry w fizyce a zły w humanistyce?

              • ~Jan Cieśliński 06.03.2026 20:05

                Bo aktualne zwyczaje publikacyjne są w fizyce 100-0. Nawet nie patrząc w żadne dane - wiem, że w humanistyce jest inaczej, wręcz bliżej relacji odwrotnej. Można zachęcać w różny sposób do zmiany tej proporcji (choćby uzależniając od niej środki na badania dla dyscypliny), ale taka jest rzeczywistość. Zatem: żadnych "obiektywnych względów" nie widzę (także dla 100-0 czy 90-10 bez względu na dyscyplinę), ale jestem realistą.

                • ~Sławomir Wacewicz 06.03.2026 21:31

                  OK rozumiem. Tylko to jest po prostu argument ze status quo, który w konsekwencji w ogóle podważa sens zmian jako takich (tak jest obecnie, ergo tak powinno być dalej). Tu jest pytanie czy ewaluacja powinna być narzędziem po prostu sankcjonowania zastanych praktyk, czy jednak narzędziem ich zmiany w stronę projakościową - ja uważam, że to drugie.

                  • ~Jan Cieśliński 06.03.2026 23:04

                    Status quo? Nie, to radykalna zmiana. Status quo to staranne wymieszanie obu list (bo na etapie początkowym KEN rozważa dwie listy), co gorsza druga lista nie jest polskojęzyczna, ale krajowa (z powierzchownym "umiędzynarodowieniem") .

                    Gwoździem do trumny będzie hiperinflacja czasopism za 200 (ma być ich dobre 2000 sztuk) i 140 pkt, tu już strach myśleć ile, zapewne z 5 tysięcy :) I tu mamy najpoważniejszy problem. W każdej dyscyplinie.

                  • ~Jan Cieśliński 06.03.2026 21:49

                    To nie jest utrzymanie status quo. To znaczny postęp. Obecnie, przy arbitralnej, ale bardzo wysokiej, punktacji czasopism krajowych, w wielu dyscyplinach społ.-hum. "lista scopusowa" jest pariasem (solidne międzynarodowe publikacje za 40-70 pkt mogą nawet nie wejść do wyniku ewaluacyjnego).

                    • ~Sławomir Wacewicz 07.03.2026 09:02

                      Dziękuję za wyjaśnienie. Ja z kolei muszę dopowiedzieć, że 'status quo' miałem na myśli utrzymanie status quo w proporcjach publikowania lokalnie i globalnie.
                      Tak jak trochę podejrzewałem, to proponowane różnicowanie na dyscypliny czy dziedziny miałoby być ruchem pragmatycznym, na zasadzie, że "humaniści są bardzo głośni w tej debacie i swoimi postulatami psują całą ewaluację, więc ich oddzielmy, niech psują tylko u siebie, a nie u nas" (wracamy do mojej analogii humanistyki jako uposledzonego kuzyna). Ja to rozumiem z praktycznego punktu widzenia, natomiast merytorycznie lepsze (chociaż trudniejsze i bardziej ryzykowne politycznie) byłoby zastosowanie tych samych albo podobnych standardów w całej nauce.

                      • ~Jan Cieśliński 07.03.2026 13:30

                        Tego typu pragmatyzm też ma sens, przecież na uniwersytetach rządzą przecież raczej ludzie z nauk społ.-hum., a politechniki mają tu też sporo za uszami. Ale bardziej chodzi mi o oddzielenie dwóch list mających inną logikę, inne zasady (np. lista Scopusowa mogłaby się co roku automatycznie upgradować, defaultowo zachowując poprzednie decyzje ekspertów typu "poziom w dół", poziom w górę"). Co więcej, od razu zostanie docenione publikowanie w dobrych pismach scopusowych o słabej punktacji (40-70), obecnie "zasypanych" wysokimi polskimi punktami; bo trzeba będzie ową Scopusową pulę czymś wypełniać. Poza tym, jak już będzie taki "suwak" (procent Scopusa), to będzie można go lekko przesuwać, w miarę potrzeby. Będzie można to wziąć pod uwagę przy finansowaniu dyscyplin itp. itd. Będzie więcej dobrych opcji.

                        • ~Sławomir Wacewicz 07.03.2026 21:10

                          Ja to rozumiem i to jest popularne podejście, np. Dariusz Jemielniak
                          "Zupełnie nie. Ja jestem za tym, żeby humanistyka i działki hybrydowe szły swoją drogą, jak im pasuje, ale aby robienie reguł pod nie przy okazji nie dewastowało psychologii, socjologii, pedagogiki, politologii i całej reszty nauk społecznych, które nie mają powodu być lokalne."

                          Tyle że humanistyka też nie ma powodu, by być lokalna. I OK, zgadzam się, żeby "humaniści nie psuli w ścisłych", ale czy nie lepiej byłoby, żeby nie psuli nie tylko w ścisłych, ale wogóle nigdzie?

            • ~MB 06.03.2026 19:36

              Podoba mi się pomysł mnożników: należy go wykorzystać przy podziale środków statutowych jako p, gdzie p jest frakcją tekstów opublikowanych na świecie. Efekt: ci, którzy w 100% "publikują" po polsku, dostają 0.00 publicznych środków.

              Myślę, że można by nawet zrobić bonus (p-1) i wówczas cała na pseudo nauka "publikująca" po polsku musiałaby jeszcze dopłacać do publicznej kasy.

  • ~ZF 06.03.2026 11:06

    Przeciw anglicyzacji jako takiej, ale za pisaniem w językach kongresowych. To, że angielski jest najpopularniejszym językiem obcym jest oczywiste, ale każda dziedzina ma swoją specyfikę i czasami lepiej opublikować coś w innym języku obcym (na przykład w moim przypadku po francusku) niż tylko i wyłącznie po angielsku.

    • ~Jan Cieśliński 06.03.2026 13:31

      Nie wiem, na ile pisanie po francusku, niemiecku, rosyjsku czy hiszpańsku, jest jeszcze istotne w jakiejś dyscyplinie, ale jeśli jest, to nie mam nic przeciwko rozszerzeniu swojej propozycji dwóch list o listę trzecią (zapewne w większości dyscyplin z wagą zero) - "inne języki", czasopisma spoza Scopusa.

  • ~Jan Cieśliński 06.03.2026 10:58

    Warto zwrócić uwagę na pierwszy akapit tekstu Aleksandra Temkina. "Zmiana logiki ewaluacji", "zbiór osiągnięć, których oczekuje [się] od danego typu uczelni", różnorodne misje uczelni, "oczekiwany poziom umiędzynarodowienia publikacji", "kontyngent punktowy, po przekroczeniu którego uczelnia mogłaby oczekiwać na odpowiednią dotację". Znakomite postulaty, godne poparcia przez inne ważne gremia.

  • ~sqro 06.03.2026 09:05

    Teksty w humanach niejednokrotnie są tak hermetyczne, że poza ultrawąskim gronem, sa one nieprzystępne. Grono specjalistów w kraju, które skorzysta na pojawieniu się takiego tekstu wynosi w krajowym obiegu powiedzmy 15 a w świecie np 3000. Zatem argument o potrzebie pisania w narodowym języku, że teksty są adresowane do odbiorców spoza akademii jest samoobalający się.

    Z drugiej strony, nie chcąc wylewać dziecka z kąpielą, bo faktycznie humanistyka może mieć umocowania i kontekst lokalny. Jednak patrząc na żałośnie niski procent publikacji humanów po angielsku, należałoby wprowadzić ograniczenie np, że maksymalnie połowa slotów może być wypełniona publikacjami po polsku. Wyjątek może stanowić polonistyka, ale nawet im dałbym jakąś zachętę do publikacji po angielsku w celu podnoszenia rangi i świadomości języka polskiego w międzynarodowym obiegu.

  • ~Krzysztof Piwoński 06.03.2026 08:09

    Nie rozumiem problemu. Jako inżynier jestem przyzwyczajony do pracy jednocześnie w języku polskim jak i angielskim. Często również w innych językach jak niemiecki, francuski czy portugalski. Czy to takie trudne publikować w dwóch językach?

  • ~marlew 05.03.2026 22:14

    Prowadziłam dyskusje z panem Aleksandrem Temkinem chyba z 15 lat temu i widzę, że nic się od tego czasu nie zmieniło. Swoją drogą nie wiem, czym się pan Temkin obecnie zajmuje bo nie byłam w stanie znaleźć jakichkolwiek jego świeższych publikacji czy to po polsku czy angielsku.

    Dyskusja nie ma sensu - albo polska nauka (a humanistyka też jest nauką) okopie się w lokalnym środowisku albo otrzyma należne jej międzynarodowe uznanie. A to oznacza pisanie w takim języku, który jest dostępny dla większości badaczy w danym obszarze. Więc niestety w lwiej części po angielsku.

    Co wcale nie oznacza, że również nie należy/ nie wolno pisać po polsku - tam gdzie faktycznie spotka się to z należną recepcją.



    • ~MB 06.03.2026 11:15

      1. Nie ma czegoś takiego jak "nauka polska", gdyż nauka jest tylko jedna - światowa. Może być ona - i oby jak najszerzej była - uprawiana w Polsce, wówczas mówić można o nauce w Polsce.
      2. Humanistyka nie jest nauką: jest humanistyką.

    • ~Zabukowany 06.03.2026 07:30

      ...a także z należytym odbiorem.

  • ~Mini Max 05.03.2026 20:08

    Czy ta dyskusja ma większy sens w dobie AI oferującej coraz wyższy standard tłumaczenia maszynowego? Jeśli ma się ochotę i potrzebę, to można śmiało korzystać z tekstów napisanych po węgiersku i w innych językach niewchodzących w skład tzw. kongresowych. Owszem, ważne są metadane, i tu warto stosować jeden standard językowy.

    • ~Grześ 07.03.2026 11:34

      Nie, ta dyskusja nie ma większego sensu w dobie łatwo dostępnych translatorów i zaczyna sprowadzać się do poziomu: po co nam język polski skoro mamy ... angielski.

    • ~Marcin Przewloka 05.03.2026 21:56

      @Mini Max

      Tak. Ta dyskusja ma jak najbardziej sens nawet w dobie AI oferującej coraz wyższy standard tłumaczenia maszynowego. Być może za lat 2 albo 20 rzeczywiście temat będzie już przestarzały i nieaktualny. Jak na razie jednak ciągle jest bardzo ważny.

  • ~Zuza 05.03.2026 18:05

    Polskojęzyczne publikacje posługują się nieraz zestawem pojęć tłumaczonych z angielskiego tak dowolnie, że nie wiadomo o co chodzi. Pojęcia się mnoży, a jaki jest ich sens wiedzą już tylko ich twórcy. Tak być nie może. Publikowanie po angielsku i nadążanie za angielskimi publikacjami (a więc generalnie znajomość angielskiego) to konieczność. Nie tylko w Polsce. Do każdego kto twierdzi inaczej podchodzę z wielką podejrzliwością. Jak w ogóle można być w dzisiejszych czasach poważnym naukowcem, nie będąc angielskojęzycznym?

    • ~Fidelio 05.03.2026 21:29

      Widzi pani, polscy matematycy, myśliciele w rodzaju Śniadeckiego wymyślili w języku polskim "współczynniki", podczas gdy w innych językach są to na ogół jakieś warianty słowa "coefficients", nawet po rusku mamy "koeficienty". Udało się? Czy jakoś szczególnie przez to cierpimy?

      Dla śmiechu dodam, że nie wszystko jednak poszło po myśli reformatorów. Najciekawsze były próby z nazwami funkcji trygonometrycznych. Sinus - zgodnie ze źródłosłowem - przetłumaczono na "zatoka" - to jeszcze było OK. A przy jakichś funkcjach typu tangens, czy kotangens wyszła im "zastawa" i "wstawa" - no, to ostatnie pijaki jako żywo wyśmiały tak skutecznie, że jednak operacja się nie udała.

      • ~Profesor PAN 06.03.2026 19:53

        Bracia Śniadeccy byli reprezentantami ślepej uliczki w nauce - kiedy wydawało się, że należy publikować w językach narodowych a to po to, by nauka trafiła pod strzechy. Nauka oczywiście nie powinna trafiać pod strzechy tylko do innych uczonych, co publikowanie w językach narodowych bardzo utrudniało. Na szczęście nieudany wiek XIX był tylko niepotrzebym przerywnikiem między łaciną a angielskim.

        • ~Fidelio 07.03.2026 10:50

          Co ciekawe, to oni chyba widzieli szansę na rozwój matematyki polskiej widzieli właśnie w przejściu na język polski, nie kongresowy.
          Tak czy inaczej, ziemia się nie zawaliła z powodu współczynników i promieni :)

          • ~Profesor PAN 07.03.2026 12:08

            Nie zawaliła się, polska terminologia jest potrzebna, są przecież seminaria, wykłady, podręczniki i popularyzacja. Nieźle się namęczyłem pisząc artykuły popularnonaukowe przy tłumaczeniu terminologii.

            Śniadeccy szansę na rozwój matematyki polskiej widzieli w przejściu na język polski ale tę szansę zrealizowały szkoły lwowska i warszawska język polski porzucając. Dlatego napisałem, że Śniadeccy byli reprezentantami ślepej uliczki w nauce.

  • ~Ten za Tobom 05.03.2026 17:30

    Uczono mnie niegdyś w ramach filozofii, że dochodzimy do wiedzy w sposób ogólnoludzki. I nauka, jako aktywność służąca dojściu do tej wiedzy musi być intersubiektywnie komunikowalna. Są ku temu przeszkody, jak wpływ kultury, indywidualnych doświadczeń; taka "swojość"/"jajowość". Dlatego niektórzy w przeszłości różnicy między 6, a 7, albo widzieli i widzą więcej odcieni barwy pomarańczowej niż przeciętny Europejcxyk.

    Nauki społeczne to nie obszar badań polskich. To zainteresowanie światowe. My mamy tylko swój kulturowo i historycznie naznaczony wycinek. Możemy go komunikować tylko sobie wzajemnie po polsku, albo jednak w języku kongresowym. Jaki jest język kongresowy dla nauk społecznych?

    Nikt nie kwestionuje, że wyniki badań można komunikować w różnych językach. Chodzi o to, że nauki społeczne to obszar ogólnoludzki. Po polsku to obszar ogólnopolski. Lecz nauka jest totalna, ogólnoludzka.

    W przeciwnym razie, jak wskazał ktoś kiedyś na bkogu Habilitant2012: O PAPUASACH TYLKO PO PAPUASKU.

  • ~Marcin Przewloka 05.03.2026 17:21

    Może trochę liczb. Jeśli ktoś miałby inne/ciekawe informacje, to proszę również wrzucić.
    Nie jestem bibliometrystą, zapewne osoby, które wiedzą, jak efektywnie szukać danych w tej konkretnej dziedzinie, zrobiłyby znacznie lepszą robotę niż ja, ale zauważyłem, że jest w Poznaniu grupa Emanuela Kulczyckiego, która bada takie rzeczy. Z ich 2 publikacji można wyciągnąć na przykład takie dane:

    1. Publication patterns in the social sciences and humanities: evidence from eight European countries
    Scientometrics (2018) 116:463–486

    Odsetek publikacji w naukach społecznych i humanistycznych po angielsku:
    Czechy 26.4%
    Dania 63.4%
    Finlandia 68.3%
    Flandria 78.7%
    Norwegia 61.8%
    Polska 17.2%
    Słowacja 25.8%
    Słowenia 45.9%

    2. Multilingual publishing in the social sciences and humanities: A seven‐country European study
    J Assoc Inf Sci Technol. 2020 Jan 22;71(11):1371–1385

    Ponad połowa badaczy w tej dziedzinie w porównywanych krajach publikuje TYLKO po angielsku (od 57.8% do 66.5%), ale w trzech krajach jest inaczej: Czechy: 26.2%, Słowenia: 27.1%, Polska: 8.1%
    Czyli odsetek naukowców publikujących w dziedzinach humanistycznych i społecznych tylko po angielsku w Polsce jest kilkukrotnie (3 – 8 razy) mniejszy, niż w innych, przykładowych krajach europejskich.

    • ~Fidelio 05.03.2026 21:43

      Po pierwsze i główne robienie takich statystyk na takim szerokim obszarze jak "nauki społeczno-humanistyczne" niewielki ma sens.
      Poza tym skąd np. się tam wzięła Flandria? Wie pan, uwzględniając choćby podobieństwa języka niderlandzkiego do angielskiego i zwyczaje Holendrów, ich ogólną predylekcję do angielskiego, pewnie dużo ciekawego można pokazać. Jakby wziął Szwecję, komin byłby pewnie jeszcze większy :)
      Ciekawe również, skąd autorzy tego artykułu biorą takie dane. Mają dane o wszystkich publikacjach w różnych językach?

      • ~Marcin Przewloka 05.03.2026 22:07

        @Fidelio

        Artykuły są opublikowane, bardzo proszę spojrzeć w te publikacje, specjalnie w tym celu podałem cytowania, jestem pewien, ze jest w nich poprawnie opisana metodologia oraz szczegóły dotyczące analizy.

        Zaś co do wyników - liczby mówią same za siebie.

        • ~Fidelio 06.03.2026 16:29

          Proszę się nie obrazić, ale jeśli chodzi o mękę wnikania w tekst, to najbliższy czas będę musiał przeznaczyć na pilne dokończenie recenzji :)

          • ~Marcin Przewloka 06.03.2026 18:34

            @Fidelio

            Nie ma żadnego powodu do obrażania się. Jednak ciągle odpowiedź na to pytanie pozostawiam Panu. :-)

            Natomiast ja przeleciałem wzrokiem teksty obydwu artykułów, między innymi po to, żeby właśnie wyciągnąć te dane, które przedstawiłem powyżej, i nie było to żadną męką z mojej strony. Ot, zwyczajnie, publikacje w ogóle nie z mojej dziedziny, ale bardzo pomocne. Jest jak najbardziej możliwe, że jest ich więcej, ale to już zostawię innym do poszukania.

            • ~Fidelio 07.03.2026 10:46

              Żeby sobie wyrobić opinię, nie wystarczy rzucać okiem, trzeba wnikać :). Życie jest ciężkie.

              • ~Marcin Przewloka 07.03.2026 12:07

                @Fidelio

                Skupmy się na liczbach. Mam pytanie:
                Dlaczego odsetek naukowców publikujących w dziedzinach humanistycznych i społecznych tylko po angielsku jest w Polsce 8-krotnie mniejszy, niż we Flandrii? Co przeszkadza naukowcom polskim publikować na tym samym poziomie po angielsku, co naukowcom flandryjskim?

                • ~Fidelio 07.03.2026 12:52

                  Z tego, co słyszałem, Szwedzi już w latach 90 mieli taki zwyczaj, że wracali do domu i w domu rozmawiali z dziećmi po angielsku. Tak samo dobrze mógłbym powiedzieć: co by szkodziło Polakom rozmawiać w domu po angielsku?

                  PS. Już mówiłem, że te statystyki są kiepskie, "nauki humanistyczne i społeczne" to dodawanie jabłek do gruszek.

                  • ~Marcin Przewloka 07.03.2026 13:59

                    @Fidelio

                    "Tak samo dobrze mógłbym powiedzieć: co by szkodziło Polakom rozmawiać w domu po angielsku?" – proszę Pana, oczywiście, wszystko można powiedzieć, ale po co? Nie rozmawiamy przecież tutaj o tym, w jakim języku rozmawia się w domu, tylko publikowaniu prac naukowych. Powtarzam, o publikowaniu TYLKO i WYŁĄCZNIE prac naukowych.

                    Podaję tutaj solidne statystki opublikowane w czasopismach, które jak rozumiem przeszły peer review, a Pan jako kontrargument podaje historie z cyklu "z tego, co słyszałem". Dobrze by było, gdyby naukowcy trzymali się pewnych zasad i reguł w dyskusji. Jeśli rzeczywiście są naukowcami.
                    Czy ma Pan wiarygodne zestawienia, które podają liczby inne niż te zacytowane przeze mnie za dwoma publikacjami wymienionymi powyżej?

                    • ~Fidelio 07.03.2026 16:05

                      Już w komentarzach pod tym artykułem padło: wymuszanie, żeby Polak z Polakiem rozmawiał po angielsku, niewielki ma sens.
                      Natomiast argumenty o peer review, przekręcanie moich wypowiedzi, sposób użycia danych statystycznych - to jest arsenał ze studia telewizyjnego wypełnionego politykami. Nawet się cieszę, że w ten sposób pan kończy dyskusję, w końcu pozostali to czytają.

        • ~MB 06.03.2026 10:34

          Metodyka, nie metodologia.

  • ~Sławomir Wacewicz 05.03.2026 16:20

    Niestety dzięki takim wypowiedziom tworzy się i umacnia okreslony wizerunek humanisty - taki, że potem inne nauki patrzą na humanistykę jak na upośledzonego kuzyna.
    Głównym problemem tego tekstu (i podobnych) jest niezrozumienie różnicy między nauką a popularyzacją. Cf, "Periodyki anglosaskie mogą opublikować pojedyncze wypowiedzi polskich naukowców na temat polskiego systemu prawnego etc., ale nie obsłużą całych dyskusji."
    No właśnie "dyskusja" to nie badania. Dyskusja funkcjonuje dookoła badań i pewnie i jest potrzebna, i powinna toczyć się po polsku - ale jest czymś innym. Nie jest nauką i nie powinna być finansowana z budżetu na naukę. Może jeszcze MNiSW powinno przyznawać punkty za komentarze pod artykułami tu na Forum Akademickim? :)

    • ~Fidelio 05.03.2026 22:03

      A czymże innym jest publikowanie, jak nie jedną wielką dyskusją? Tyle że głosy w tej dyskusji są bardzo precyzyjne.

      A i w tych rozróżnieniach między nauką a popularyzacją, tak często tu podnoszonych, też należy zachować umiar. Jak historyk napisze książkę (po polsku) to może ona z łatwością spełniać kryteria zarówno pracy naukowej jak i popularnej - bo tu próg wejścia jest stosunkowo niski i wielu pasjonatów może taką książkę kupić i z przyjemnością i głębokim zrozumieniem przeczytać. Naprawdę trzeba patrzeć trochę szerzej niż na własne podwórko. Trochę inaczej będzie w historii, a trochę inaczej w takim językoznawstwie, jakie uprawiał Chomsky - niby humanista, a w praktyce - informatyk.

      • ~Marcin Przewloka 06.03.2026 08:29

        @Fidelio

        Bycie naukowcem to poszerzanie naszej wiedzy o świecie. Rolą nauki jest dowiadywanie się czegoś nowego, albo budowanie nowego spojrzenia świat, w jakimkolwiek aspekcie. Prowadzenie badań to właśnie wchodzenie na nowe, jeszcze nieznane terytoria. I właśnie wyniki tego poszerzania naszego rozumienia świata powinny być publikowane w pismach naukowych. Po angielsku. Żeby każdy w dowolnym miejscu na Ziemi mógł o tym przeczytać. Ponieważ każdy naukowiec buduje wiedzę globalną, a nie polską.
        To jest zupełnie niezależne od tego, co dany historyk będzie chciał opisywać w książce dla pasjonatów.

        • ~Fidelio 06.03.2026 15:52

          Pan nie rozumie, co ja piszę?
          Czy też wychodzi pan od swojej tezy, że publikować wolno tylko po angielsku i po zatoczeniu odpowiednio dużego kółka z implikacjami chce do tejże tezy dojść?

          • ~Marcin Przewloka 06.03.2026 20:01

            @Fidelio

            No dobrze, to spróbuję może nieco bardziej wprost:

            "A czymże innym jest publikowanie, jak nie jedną wielką dyskusją?" – Nie. Nie musi to być dyskusja. Może ewentualnie w dyskusję wyewoluować, ale wcale nie musi. Przede wszystkim publikowanie naukowe jest to informowanie całego świata naukowego o tym, co się odkryło lub zaobserwowało.

            "A i w tych rozróżnieniach między nauką a popularyzacją, tak często tu podnoszonych, też należy zachować umiar" – Nie. Nie należy w nich zachowywać żadnego umiaru. Jest ważne, aby rozróżniać te dwie sprawy.

            "Jak historyk napisze książkę (po polsku) to może ona z łatwością spełniać kryteria zarówno pracy naukowej jak i popularnej" – być może, ale to nie jest publikowanie naukowe, a to o tym mowa. Jeśli ktoś chce publikować odkrycia naukowe w popularnonaukowej książce dla pasjonatów, to powinien to robić za swoje pieniądze, a nie marnować pieniądze podatników. Publikowanie naukowe to jedno, popularyzacja wiedzy to drugie. Jak pisałem wyżej, zupełnie oddzielne rzeczy.

            "Trochę inaczej będzie w historii, a trochę inaczej w takim językoznawstwie, jakie uprawiał Chomsky - niby humanista, a w praktyce - informatyk." – Nie. Nie jest ani trochę inaczej w żadnej dziedzinie naukowej. Wszystkie one dotyczą badania i odkrywania świata i dzielenia się informacjami na ten temat z innymi naukowcami na całym świecie. Nie ma powodu do robienia wyjątków.

      • ~Sławomir Wacewicz 06.03.2026 07:58

        No właśnie - nie każda dyskusja jest nauką. Jak historyk napisze książkę po polsku, to nie wiadomo, jaki jest jej status względem stanu wiedzy w dyscyplinie (state of the art) - czy jest tam novum decydujące o jej wartości dla nauki, czy może ktoś na świecie już to zbadał i opisał.

        • ~Fidelio 06.03.2026 15:45

          "nie każda dyskusja jest nauką" - wcześniej pan co innego twierdził.
          "Jak historyk napisze ..." - a co ma jedno do drugiego? Jak napisze po polsku, to chyba również może sprawdzić światową wiedzę.
          Pomijam kwestię, że dziś w ogóle stwierdzenie, że ktoś czegoś wcześniej nie robił bywa niewykonalne, zwłaszcza przy masowości pisaniny wymuszonej ilościową oceną oraz wynikającym z tego przyczynkarskim charakterze 99% prac w różnych działkach.

          • ~Sławomir Wacewicz 06.03.2026 18:12

            ""nie każda dyskusja jest nauką" - wcześniej pan co innego twierdził." - mogę się mylić, ale nie przypominam sobie - mogę prosić o przykład?

            Co do reszty, zgadzam się, że o jakości i wartości naukowej decyduje co, a nie jak (w jakim języku), ale mechanizmy kontroli tejże jakości są inne globalnie, a inne lokalnie. Pisma globalne mają dostęp do dużo większej liczby specjalistów, tj. po pierwsze potencjalnych autorów (=> większa konkurencja), po drugie recenzentów (=> bardziej rygorystyczny proces recenzji), co podnosi ich jakość i powoduje, że tam przyczynkarstwo nie przechodzi.

            • ~Fidelio 06.03.2026 21:03

              " "dyskusja" to nie badania. Dyskusja funkcjonuje dookoła badań i pewnie i jest potrzebna, i powinna toczyć się po polsku ..." - no ale dajmy pokój, nieważne.

              Natomiast ta lepsza kontrola to wg mnie konstrukt raczej teoretyczny. Akurat trzymając się przykładu historyków: dobry historyk jest biegły w zdobywaniu informacji z różnych źródeł pisanych. Z tego powodu jest też zresztą poliglotą (znacznie lepszym niż np. niejeden buńczuczny informatyk z angielskim na poziomie A2/B1, ochoczo okazujący z tego powodu swą wyższość nad humanistami). Sądzę, że ta biegłość to lepsza gwarancja nowości jego badań niż czyjaś recenzja zrobiona od niechcenia.

              I najważniejsze: już stwierdzeniem, że w globalnych czasopismach przyczynkarstwo nie przechodzi, rozczulił mnie pan.

              • ~Sławomir Wacewicz 06.03.2026 21:14

                Nie bardzo rozumiem. Czym innym są badania naukowe a czym innym funkcjonująca wokół nich dyskusja - nie widzę, gdzie tu miałaby być sprzeczność.
                W dobrych pismach globalnych przyczynkarstwo nie przechodzi. W słabych pewnie tak. Sama globalność nie jest warunkiem wystarczającym, ale jest warunkiem koniecznym.

                • ~Fidelio 06.03.2026 21:27

                  A, nie jest warunkiem wystarczającym. To już postęp.
                  Od siebie dodam, że koniecznym też nie jest.

  • ~Marcin 05.03.2026 15:37

    Są dziedziny, dyscypliny, w których tylko publikowanie po angielsku ma sens.

    Trzeba jednak pamiętać i tym, że są dyscypliny, w których tylko publikowanie po polsku ma sens.
    Np. warto przyjąć do wiadomości, że niedorzeczne, aby prawnik analizujący aspekty prawa pracy był zmuszany do pisania po angielsku: żadnego prawnika z Niemiec czy Stanów Zjednoczonych to nie interesuje. Polonista (np. językoznawca) też nie powinien tracić czasu na publikowanie po angielsku, bo w jego przypadku językiem nauki jest polski - jego tekst zainteresuje wyłącznie polskojęzycznych badaczy.

    Szkoda, że, jak ze wszystkim, w naszej Ojczyźnie, trzeba się wzajemnie nie rozumieć i odsądzać od czci i wiary.

    • ~Jan Cieśliński 05.03.2026 16:42

      Radykalne stwierdzenia w języku potocznym ("tylko", "żadnego", "wyłącznie") rzadko kiedy są prawdziwe, i to dotyczy również wypowiedzi pana Marcina. Cenne jest przybliżenie niuansów prawa anglosaskiego polskim prawnikom i przypuszczam, że można to zrobić w sposób twórczy i oryginalny. Warto też naszą cenną literaturę przybliżać czytelnikowi zagranicznemu, a któż to zrobi lepiej niż polscy literaturoznawcy. Wiadomo, że w tych dwóch dyscyplinach na pewno główny dyskurs toczy się po polsku, ale wyjście na świat ma też głęboki sens.

      • ~Fidelio 05.03.2026 21:15

        Ma sens, ale właśnie nigdy to nie będzie 100% badań takiego naukowca. I raczej sądzę, że będzie to drobny procent., a jeszcze będzie się on różnił w zależności od przypadku. Problem w tym, że niektórzy gardłują za identycznym sposobem oceny wszystkich naukowców przy ewaluacji, humanistów takich czy innych w to włączając, tj. w czasopismach anglojęzycznych - w świetle powyższego będzie to oczywiście niesprawiedliwe i po prostu głupie.

      • ~Marcin Przewloka 05.03.2026 17:02

        @Jan Cieśliński

        Racja. "Tylko" i "wyłącznie" to nie są właściwe wyrazy tutaj.
        Niech będzie 90% i więcej. Do takich wartości zapewne należy zmierzać.
        Przypominam jeszcze raz, uwaga zgłoszona również przez @Sławomir Wacewicz powyżej: mowa jest o publikowaniu prac naukowych. Żadnych innych.

    • ~Marcin Przewloka 05.03.2026 16:07

      @Marcin

      Odsądzać od czci i wiary – rzeczywiście nie trzeba
      Nie zgadzać się – jak najbardziej można
      I ja właśnie nie zgadzam się z tym, co Pan napisał. Ale piszę to nie z przekory, tylko z głębokiego przekonania, że polska nauka może znaczyć znacznie więcej, niż liczby to obecnie pokazują.

  • ~nikt o tym nie mowi ale wszyscy wiedza 05.03.2026 14:19

    Szkoda ze pisanie filozoficznej beletrystyki po polsku nie jest finansowane przez ministerstwo żeglugi morskiej. Ciekawe dyskusje były by wtedy na forum morskie.pl...

    O publikowaniu po angielsku w światowy, obiegu nauki nie powinny się wypowiadać osoby, które nie publikują po angielsku w dobrych pismach, bo to po prostu wstyd. Cos jak szuria antyszczepionkowa czy plasklziemcy, wypowiadający się o biotechnologii i fizyce.

  • ~KB 05.03.2026 14:05

    Miałem napisać, że tego typu teksty pokazują, że ktoś nie ma pojecia o nauce i swojej dyscyplinie (filozofia) oraz możnaby rozważać zasadność zatrudniania takiej osoby. Na szczęście, autor jest z zawodu działaczem, nie figuruję w żadnych bazach naukowych i nie zajmuje się nauką.

  • ~Ireneusz 05.03.2026 13:50

    W RZECZY SAMEJ

  • ~Profesor PAN 05.03.2026 13:09

    Otóż tak - anglicyzacja nauki nastąpiła gdzieś w okolicach roku 1990, przed tym rokiem jeszcze niekiedy Francuzom zdarzało się napisać coś poważnego po francusku a obywatelom ZSRR po rosyjsku. Język nauki zawsze był różny od języka potocznego i do pewnego stopnia sztuczny. W starożytości był to grecki, w Średniowieczu łacina, w Dar-al-Islam arabski. Najgorzej było w XIX wieku, kiedy to o miano języka nauki konkurowały angielski, francuski, niemiecki, rosyjski i nawet włoski. Teraz żyjemy w szczęśliwych czasach uproszczonej angielszczyzny i dziękujmy za to Bogu - francuska ortografia i niemiecka gramatyka to nie przelewki. O łacinie, grece i arabskim w ogóle nie wspominam.

    Dziś teksty w języku polskim mogą mieć różne walory ale z całą pewnością nauką nie są. Kto za nie pobiera pieniądze z puli przeznaczonej na naukę, jest oszustem. I tyle.

    • ~Antydebil 11.03.2026 20:56

      I taki przygłup jest profesorem PAN.... Do likwidacji ta komunistyczna struktura!

  • ~Witold 05.03.2026 13:04

    Problemem tego tekstu, ale i większości dyskusji wokół "umiędzynarodowienia" vs "lokalności" badań z obszaru nauk społecznych i humanistycznych są generalizacje i brak rozróżniania między specyfiką poszczególnych dyscyplin, a nawet poszczególnych obszarów tychże dyscyplin. Czym innym wydają mi się dyskusje wokół problemów prawnych czy też np historycznych, a czym innym wokół kwestii związanych z ekonomią czy zarządzaniem. Z pewnością te dwie pierwsze dyscypliny mają większe potrzeby w zakresie "krajowej" dyskusji naukowej i powinno mieć to odzwierciedlenie w liczbie krajowych czasopism, które mogą zostać "docenione" w systemie ewaluacji. Doświadczenia związane z decyzjami Min.Czarnka o "docenianiu" polskich czasopism były na tyle złe, że wiele osób jeży się na myśl o powtórce. I stąd chyba ta cała burza.

    Co ciekawe, ta dyskusja toczy się w kraju, w którym każdego naukowca trzeba ściśle zaszufladkować do konkretnej dyscypliny ignorując fakt, że czasem jednak prowadzi się badania multidyscyplinarne czy interdyscyplinarne.

    • ~Fidelio 05.03.2026 22:12

      Pełna zgoda, z tym, że akurat autor artykułu chyba zbytnio nie generalizuje.

      • ~rozbawiony 06.03.2026 16:44

        Autor artykułu jako humanista wypowiada się o naukach społecznych. A nikt tego od niego nie oczekuje, i nie dał mu ku temu żadnego mandatu. Co więcej, brak zaistnienia autora choćby w Scopusie jasno pokazuje, że nie ma żadnych kompetencji do wypowiadania się o zjawiskach mu totalnie nieznanych.

  • ~MB 05.03.2026 12:59

    Kolejne jęki kolejnego humanisty, któremu się grunt pod nogami pali, bo tu nagle - po wielu latach - czegoś wymagają.

    Otóż panie humanisto:
    1. Nauka jest jedna - światowa - i uprawia się ją po angielsku.
    2. Nie ma czegoś takiego jak "nauki humanistyczne": jest nauka, i obok egzystuje humanistyka.
    3. Nauka - z definicji - jest elitarna. Jeśli ktoś nie potrafi wzbić się ponad język ojczysty, to znaczy, że do elity nie należy. Wniosek: badania naukowe nie są dla niej/niego.
    4. Popularyzacja może być nawet w formie komiksu, byle była zrozumiała dla odbiorcy. Tego jednak humanista nie pojmie, gdyż sam "rozwiązuje" jedynie wydumane "problemy".

    Kolejny już raz apeluję to Koleżanek i Kolegów naukowców: zróbmy sanację i odetnijmy się od humanistyki raz na zawsze.

    • ~Phy56 05.03.2026 18:02

      W Pana wypowiedzi więcej jest publicystyki niż wiedzy o nauce.
      Po pierwsze, nauka nie ma jednego języka. Warto przypomnieć, że wielojęzyczność jest jedną z podstawowych zasad UE i została zapisana w traktatach. Dlatego akty prawne, orzecznictwo i dokumenty instytucji UE funkcjonują w 24 językach urzędowych, a zasada "multilinguisme" jest elementem samej konstrukcji prawa europejskiego. W tym kontekście twierdzenie, że nauka istnieje tylko po angielsku, jest po prostu sprzeczne z fundamentami europejskiego systemu prawnego i naukowego.
      Po drugie, podział na nauki humanistyczne, społeczne, ścisłe i przyrodnicze funkcjonuje w międzynarodowych klasyfikacjach nauki, więc to nie wymysł lokalnych humanistów.
      Po trzecie, czasem naprawdę warto coś przeczytać o dziedzinach, na temat których chce się zabierać głos. Świat nie jest laboratorium dla szalonych naukowców z ubogim zasobem słownictwa i kompleksem Boga.
      Niemcy, Francuzi, Włosi, Austriacy i wiele innych krajów publikują zarówno w swoich językach narodowych, jak i po angielsku. Na tym właśnie polega wolność badań i europejska wielojęzyczność. Pan musiał o tym przynajmniej słyszeć.

      • ~MB 06.03.2026 10:36

        Zasady uprawiania nauki mają się tak do politycznych zasad (UE) jak kamień węgielny do węgla kamiennego.

        Ot, co wychodzi, kiedy o nauce wypowiadają się publicyści.

  • ~Piotr Siuda 05.03.2026 11:56

    Polskie nauki społeczne są chyba skazane na bycie pariasem polskiej nauki. W żadnym innym wysoko rozwiniętym kraju nie toczy się tak wydumanych sporów o "anglicyzację" - jest ona standardem. Anglicyzację, która zresztą w Polsce w ogóle nie zachodzi, bo w naukach społecznych ponad 80 proc. publikacji wciąż ukazuje się po polsku. W tekście autor sugeruje, że nowym standardem miałby być… brak standardów naukowych, a przeciętni obywatele rzekomo rzucą się na polskojęzyczne publikacje (bo przecież już teraz się na nie masowo rzucają, prawda?). I jeszcze jedno: jakim cudem grono zagranicznych ekspertów miałoby być mniejsze niż polskich? Sugeruję autorowi iść krok dalej i zacząć postulować… rusycyzację nauk społecznych.

  • ~Marcin Przewloka 05.03.2026 11:38

    Kompletnie i absolutnie nie zgadzam się z panem Aleksandrem Temkinem.
    Starałem się znaleźć w tym tekście chociaż jeden argument, który ma sens, nie udało mi się.

    • ~DD26 05.03.2026 12:40

      Bardzo się cieszę, że nie jestem sama w trudności z odnalezieniem sensu i logicznych argumentów. Byli globaliści teraz są zwolennicy anglicyzacji, niczym dawniej germanizacji i rusyfikacji. Problem w tym, że obieg nauki ma miejsce w języku angielskim i raczej się to nie zmieni. (a jeśli już to prędzej na hiszpański czy chiński niż polski).
      Mnie zstanawia jeszcze jedno, czy "przeciwnicy anglicyzacji" czytają po angielsku? Czy tu też opierają refleksję na ułamku promila nauki publikowanej po polsku? Szczere pytanie, zastanawia mnie to.

      • ~Marcin Przewloka 05.03.2026 12:56

        @DD26

        No więc właśnie.
        Naukowcy polscy powinni występować przeciw deprecjonowaniu, obniżaniu wartości i marginalizacji prac i osiągnięć polskiej nauki, które mają miejsce, kiedy ich artykuły naukowe są publikowane po polsku. Nie istnieją żadne zalety publikowania naukowego po polsku.