Przeniesienie „ciężaru ewaluacji” w kierunku badań aplikacyjnych zniszczy w nauce to, co jest w niej dobre i zainicjuje odpływ najzdolniejszych za granicę. Prawda, być może niewygodna, jest bowiem taka, że potęgę naukową kraju zaczyna się budować od badań podstawowych, a dopiero później można liczyć na wzrost intensywności badań aplikacyjnych – pisze prof. Daniel T. Gryko, dyrektor Instytutu Chemii Organicznej PAN.
Pojawiają się ostatnio głosy, że badania aplikacyjne nie są wystarczająco promowane w systemie ewaluacji polskich jednostek naukowych. Nie zgadzam się z tą opinią. Istnieją dwa, równie ważne, sposoby uzyskania wiedzy naukowej: to badania podstawowe i aplikacyjne. Oba mają ogromne znaczenie dla rozwoju kraju i społeczeństwa, chociaż różnią się nadrzędnymi celami.
Badania podstawowe wprawdzie nie przynoszą natychmiastowej lub oczywistej korzyści praktycznej, ale często prowadzą do zastosowań, z których będziemy korzystać niebawem. Mimo tego, że nie są z technicznego punktu widzenia ukierunkowane na rozwiązania konkretnych problemów, rozwijają podstawową wiedzę, która pomaga przygotować się na przyszłość, prowadzi do postępu w medycynie czy zapewnia fundament do badań stosowanych.
W kontekście badań aplikacyjnych głównym celem naukowców pracujących na uczelniach i w instytutach PAN nie jest wbrew pozorom bezpośrednie rozwiązywanie problemów przemysłu i społeczeństwa. Ich zadaniem jest kształcenie młodych naukowców na poziomie doktoratu, aby po podjęciu pracy w sektorze komercyjnym byli w stanie z tymi problemami sobie poradzić. Tak przynajmniej w obrębie chemii działa system w USA, Niemczech i Szwajcarii. Należy zaznaczyć, działa bardzo dobrze: chemicy zatrudnieni w firmach opracowują nowe leki, środki ochrony roślin czy metody diagnostyczne. Korzystnym scenariuszem jest też zakładanie przez naukowców, np. chemików, własnych firmy, które napędzają innowacyjność na skalę przemysłową. Dobrym przykładem jest Apeiron Synthesis, firma założona przez dr. Michała Bieńka, jednego absolwentów Instytutu Chemii Organicznej PAN. Nie ma więc żadnego powodu, by w Polsce miało to funkcjonować inaczej. A na pewno nie poprzez „zmuszanie” naukowców do badań aplikacyjnych ukierunkowanym na ten cel systemem ewaluacji.
Kluczową rolę we wszystkich liczących się firmach farmaceutycznych odgrywają doktorzy chemii wykształceni na uniwersytetach. Co to oznacza w praktyce? Edukacja doktora chemii polega w ogromnej większości przypadków na zrealizowaniu projektu w obrębie badań podstawowych pod kierunkiem szefa zespołu na uczelniach oraz w instytutach PAN. Jest to równie istotna rola badań podstawowych, które w ten sposób wpływają na rozwiązywanie problemów społeczeństwa.
Liczba wynalazków, które powstały w wyniku badań mających od początku charakter aplikacyjno-komercyjny jest spora. Ale porównywalna z wynalazkami będącymi „produktem ubocznym” badań podstawowych. Pewna część tych badań wcześniej czy później z pewnością zostanie zastosowana w praktyce, ale nie w tym kryje się ich istota. Dobrym przykładem jest reakcja tworzenia wiązań podwójnych węgiel-węgiel opracowana przez późniejszego noblistę Georga Wittiga w 1954 roku. Została odkryta bez konkretnego utylitarnego celu, a dziś wykorzystuje się ją powszechnie m.in. w przemysłowej syntezie beta-karotenu czy witaminy A. To samo dotyczy reakcji Suzukiego, odgrywającej znaczącą rolę w syntezie organicznej.
W 1990 roku prof. Richard B. Silverman z Northwestern University odkrył pregabalinę, nienaturalny aminokwas, który okazał się doskonałym lekiem (Lyrica) stosowanym w leczeniu padaczki, bólu neuropatycznego oraz zespołu lęku uogólnionego. Amerykańska uczelnia spieniężyła swoją część zysków (ok. 170 mln USD), wykorzystując pozyskane w ten sposób fundusze na budowę nowoczesnego budynku dla Wydziału Chemii. Oczywiście, to może się wydarzyć tylko wtedy, gdy firma rzeczywiście odkupuje wynalazek, a nie przejmuje go za darmo…
Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów pośredniego wpływu badań naukowych na rozwój technologii jest program Apollo. To seria amerykańskich załogowych lotów kosmicznych przygotowywanych i zrealizowanych w latach 1961–1972. Jednym z celów było lądowanie człowieka na Księżycu, do czego doszło w 1969 roku. W szczytowym momencie program pochłaniał 5% całego budżetu USA, a zatrudnienie w nim znalazło ok. 200 tys. osób. Trudno uznać go za badania aplikacyjne sensu stricto, ponieważ lądowanie na Księżycu było celem propagandowym, a nie komercyjnym. Bezpośrednim, aczkolwiek nieplanowanym efektem przedsięwzięcia, stało się opracowanie m.in. elektronarzędzi bezprzewodowych, materiałów ognioodpornych, monitoringu serca, paneli słonecznych, obrazowania cyfrowego i wykorzystania ciekłego metanu jako paliwa etc. Projekt komputera pokładowego zastosowany w module księżycowym i dowodzeniu był, wraz z systemami rakietowymi Polaris i Minuteman, siłą napędową wczesnych badań nad obwodami scalonymi.
Jednak z dzisiejszej perspektywy kluczowe jest to, że program Apollo był odpowiedzialny za rosnące zapotrzebowanie USA na półprzewodniki i tranzystory. Apollo był największym nabywcą półprzewodników, co spowodowało wzrost produkcji, konkurencję i spadek cen (za chip komputerowy płacono od 50 dolarów w 1962 roku do 0,63 dolara w 1973). Ponadto po zakończeniu programu Apollo wiedza wielu zwolnionych inżynierów, którzy przenieśli się do tzw. Doliny Krzemowej przyczyniła się do skokowego, ekonomicznego wzrostu tego regionu. Nie trzeba nikogo przekonywać, jaką rolę w amerykańskiej, i nie tylko, gospodarce odgrywa dziś to miejsce.
Jeśli ktoś chce się zająć badaniami aplikacyjnymi, należy szczerze życzyć powodzenia. Jednak wymuszanie większej liczby wdrożeń poprzez zmiany w ewaluacji jest złym pomysłem. Zdecydowana większość liderów zespołów naukowych dokonała swego czasu życiowego wyboru, pozostając przy badaniach podstawowych. Zainwestowali w nie całą swoją karierę. Zasadnicza różnica jest taka, że w nauce czystej pracuje się dla odkrycia, a w aplikacyjnej– dla pieniędzy. Motywacją do podjęcia zagadnień aplikacyjnych powinna być chęć rozwiązania takiego czy innego problemu, zwiększenia swoich dochodów, i nie ma potrzeby wzmacniać tego poprzez zmiany w ewaluacji.
Należy ponadto zauważyć, że konkurencja w nauce jest międzynarodowa i nasz system ewaluacji nie może za bardzo odbiegać od tych, które obowiązują w USA, Niemczech czy Japonii. W tych krajach w obrębie syntezy organicznej najlepszą sytuację, jeśli chodzi o finansowanie badań, mają szefowie zespołów publikujący wyłącznie w czasopismach z Nature Index, którzy sporadycznie coś patentują i nie mają żadnych wdrożeń. Oczywiście poza wyjątkami od tej reguły, np. Philem Baranem ze Scripps Research. Jeśli mamy konkurować na arenie międzynarodowej, to musimy być tak samo oceniani. Moim zdaniem przeniesienie „ciężaru ewaluacji” w kierunku badań aplikacyjnych zniszczy w nauce to, co jest w niej dobre i zainicjuje odpływ najzdolniejszych za granicę. Prawda, być może niewygodna, jest bowiem taka, że potęgę naukową kraju zaczyna się budować od badań podstawowych, a dopiero później można liczyć na wzrost intensywności badań aplikacyjnych.
Krytycy obecnego systemu ewaluacji twierdzą, że bardziej się opłaca publikować w Nature niż wprowadzić na rynek opracowany wynalazek. I bardzo dobrze, że tak jest. Najlepszy scenariusz to taki, w którym wypromowani w badaniach podstawowych naukowcy są zatrudniani w firmach, gdzie tworzone są nowe rozwiązania technologiczne i optymalizowane produkty mające wpływ na nasze codzienne życie.
prof. Daniel T. Gryko
Instytut Chemii Organicznej PAN
Eksperci od transferu wiedzy: konieczna zmiana systemu ewaluacji
Dyskusja wraca jak bumerang. Przytoczę mój wpis który umieściłem pod innym artykułem na ten temat.
Mozemy poczytać o związkach topowych zachodnich naukowców z wielkimi koncernami, oraz ich dzialalnosciach biznesowych. Bardzo wielu wybitnych naukowców z zakresu badań podstawowych jest sponsorowanych (ich badania) przez duże koncerny.
Proszę sprawdzic czym zajmują i dla kogo pracują naukowcy z tej listy : https://research.com/scientists-rankings/engineering-and-technology
Jeśli potrzeba konkretniejszego przykładu, z polskimi korzeniami to zacytuję : \"Poza tymi imponującymi osiągnięciami naukowymi prof. Matyjaszewski założył konsorcja zrzeszające największe firmy chemiczne z całego świata. Ich celem jest komercjalizacja wyników badań uzyskanych w Jego zespole. Na przełomie ostatnich lat współpracował z ponad 60 międzynarodowymi firmami z Europy, Japonii, Korei, Południowej Afryki oraz Ameryki Północnej. Efekt tej współpracy to 68 amerykańskich oraz 155 międzynarodowych patentów. Ponadto udzielono 17 licencji, na bazie których proces ATRP jest obecnie stosowany w produkcji polimerów w firmach w Japonii, USA i Europie.\"
Nauka, tak jak transport publiczny, nie ma się sama finansować (a do tego systemowo mają prowadzić patenty, wynalazki, wdrożenia, etc.), a pchać do przodu rozwój. Ocena instytutów, czy pojedynczych badaczy, na podstawie liczby wdrożeń czy patentów to zabicie potencjału badań podstawowych. Kryteria ewaluacji też powinny być dostosowane do specyfiki zespołu/badacza. Nauka powinna mieć przestrzeń do rozkwitu, a nie naginać się do arbitralnych, nieadekwatnych kryteriów oceny.
Oczywiście po to by ci wciągali w to studentów , by studia były na odpowiednim poziomie w celu przygotowania studentów do pracy zawodowej i naukowej również w zakresie badań podstawowych.
Jest to bardzo wazny tekst, ktorego przeslanie, jakkolwiek oczywiste by bylo, z jakiegos powodu jest trudne do zrozumienia dla wielu osob, co ciekawe, czesto zwiazanych ze swiatem nauki. Ja osobiscie winie tutaj edukacje. To szkoly powinny opowiadac, co to jest nauka, ja ona dziala, co to jest metoda naukowa, skad biora sie odkrycia naukowe, jaka wartosc maja badania podstawowe i jak niektore wyniki tych badan sa nastepnie komercjalizowane.
Do bardzo ciekawych przykladow ze swiata chemii przedstawionych przez autora powyzej dodam, ze w swiecie biologii praktycznie WSZYSTKIE odkrycia zmieniajace paradygmat i pozniej stanowiace podstawe do stworzenia nowych technologii zostaly dokonane w czasie badan podstawowych, czyli tzw. 'blue sky research'.
W praktyce widac to bardzo ladnie, kiedy zaobserwujemy, jak prywatne firmy "oblepiaja" (geograficznie) te uniwersytety, ktore prowadza padania podstawowe na bardzo wysokim poziomie. Dzieje sie tak, poniewaz kierunek przeplywu wiedzy jest oczywisty: od odkryc w dziedzinie badan podstawowych do komercjalizacji. Translacja i komercjalizacja to efekt uboczny badan podstawowych. Niezwykle wazny dla przemyslu i gospodarki, ale ciagle efekt uboczny.
Być może to aluzja do naszej dyskusji w innym wątku :)
Badania podstawowe z zakresu chemii, biologii jak najbardziej są potrzebne, nawet jeśli same w sobie nie prowadzą do konkretnych aplikacji. Stanowią bazę do kolejnych badań, tak podstawowych jak i aplikacyjnych.
Nie można chyba jednak wkładać do jednego worka badań podstawowych z chemii, biologii, matematyki itd. z "badaniami" (cudzysłów nieprzypadkowy) dotyczącymi postrzegania pijaństwa w XIX wieku czy ponownego przemyślenia stuletniej koncepcji (a takie projekty dostały ostatnio dofinansowanie z "biednego" NCN). Badać można wszystko, ale nie wszystko warto badać. Zwłaszcza z pieniędzy podatnika.
"Nie można chyba jednak wkładać do jednego worka ........."
Jesli ten worek ma na sobie napis "warte finansowania", moja odpowiedz brzmi: "Można".
A co warte jest finansowania, ustala NCN na podstawie recenzji proposalu oraz dyskusji w panelu specjalistow.
Nie dojdziemy do porozumienia, poniewaz - jak juz wczesniej wspominalem - mamy zupelnie inne rozumienie tego, co to jest nauka i do czego ona sluzy.