Wokół nauki
15 Lipca
Rys. Sławomir Makal
Opublikowano: 2021-07-15

Inne linie frontu w „wojnie o naukę”

Osiągnięcia nauki, autorytet naukowców, a także język nauki mogą zostać wykorzystane do tworzenia i zarządzania opinią społeczną, budowania wizerunku i prestiżu. Świat polityki i marketingu politycznego już dawno ma tego świadomość. Think tanki i grona eksperckie podpowiadają rządom, jakie decyzje i działania należy podejmować, zarządzając kryzysami.

Postęp naukowy zawsze zmieniał życie na Ziemi. Optymiści mówią, że nauka jest dobrodziejstwem ludzkości. Nie tylko systematycznie przesuwa granice naszego poznania, zaspokajając naturalnie daną nam ciekawość świata, ale także sprawia, że wzrasta jakość życia człowieka. Sukces nauki zdemitologizował siły przyrody i zdecydował o tym, że w coraz większym stopniu panujemy nad otaczającym nas światem. Z drugiej strony pesymiści twierdzą, że triumf nauki został okupiony postępującą degradacją Ziemi i alienacją człowieka od natury. Ważnym alarmującym głosom filozofów i ekologów towarzyszy wrzawa denialistów paradygmatu „naukowego rozumu”.

Nowożytny styl poznania naukowego, zgodnie z deklaracjami luminarzy nauki, kształtowany był w opozycji do myślenia magicznego, przesądów i irracjonalizmu. Jednocześnie w świetle współczesnych badań nad dziejami przyrodoznawstwa wiemy, że kryterium naukowości, a ściśle mówiąc zasady uznawania przez społeczność badaczy ogłaszanych odkryć za fakty naukowe, ulegało zmianie. Powstało wiele rozpraw, w których omawiano kryterium, na mocy którego można odróżnić wiedzę naukową od pseudonaukowej. Wielu uczonych „bije na trwogę”: ludzkość coraz częściej odwraca się od nauki i naukowców, obdarzając zaufaniem hochsztaplerów, siewców wątpliwości i wierząc fałszywym autorytetom. Pomimo niewątpliwego sukcesu nauki, współczesny człowiek pogrąża się w świecie irracjonalnych urojeń.

W naukach przyrodniczych wiedza jest uznawana za wartościową poznawczo, gdy orzekną to eksperci. W ścisłym reżimie metodologicznym, często specyficznym dla poszczególnych dyscyplin przyrodoznawstwa, dokonuje się oceny rezultatów badawczych, w świetle wcześniej zaakceptowanej wiedzy teoretycznej i rezultatów prac eksperymentalnych. Ostatnim aktem procesu jest publikacja osiągniętych wyników w czasopiśmie naukowym. Fakt ten w pewnym sensie zwalnia kolejnych badaczy, którzy chcą w swoich pracach wykorzystać zaakceptowane wcześniej wyniki, z obowiązku samodzielnego powtarzania i sprawdzania tych rezultatów. Autorytet społeczności naukowej stanowi gwarancję, że wiedza przedstawiona w publikacji naukowej spełnia kryteria naukowości i jest doniosła poznawczo. Uchybienia w ocenie wartości naukowej danego faktu miały i będą nadal mieć miejsce w życiu nauki. Znane są przykłady badań, które skrytykowano i odrzucono, a które z czasem zostały „zrehabilitowane” przez społeczność naukową. Zdarzało się też, że wyniki ogłoszone w renomowanych czasopismach naukowych w świetle kolejnych badań okazywały się nie tylko nieprawdziwe, lecz przede wszystkim sfałszowane przez autorów. Przykładem jest niesławny artykuł Andrew Wakefielda i jego współpracowników opublikowany w „The Lancet”. Dowodzono w nim, że szczepionka MMR wywołuje autyzm. Szybko wykazano, że uzyskane pod kierownictwem Wakefielda wyniki badań są nie do przyjęcia. Jednak „mleko się rozlało” i skutecznie posiano wątpliwości wśród troszczących się o zdrowie i przyszłość swoich dzieci rodziców, a autor artykułu stał się „guru” ruchu antyszczepionkowego.

Pomyłki, wielkie sukcesy naukowe oraz kontrowersje i spory są esencją nauki. Środowisko naukowe wyposażone jest w mechanizmy samooceny i samooczyszczania. Jest to między innymi metodologiczna zasada intersubiektywnej sprawdzalności i komunikowalności wiedzy naukowej, a także procedury oceny i recenzji dorobku badawczego. Rzetelna ekspercka recenzja naukowa jest ważnym narzędziem służącym do rozwoju nauki. Gdy jej zabrakło, wybuchła najgłośniejsza w XX wieku „wojna o naukę”.

Sokal, wojna o naukę, dwie i więcej kultur

„Wojna o naukę” (science wars) to dyskusja, która rozpaliła społeczność naukową w połowie lat dziewięćdziesiątych. Zapoczątkowana była mistyfikacją Alana Sokala, który opublikował w uznanych humanistycznych czasopismach – „Lingua Franca” i „Social Text” – artykuły, zgodnie z deklaracją autora, pozbawione sensu. Dopuszczenie przez recenzentów do publikacji obu tekstów, w ocenie Sokala, miało dowodzić, że współczesna postmodernistyczna humanistyka jest szkodliwą działalnością przeczącą racjonalności i etosowi nauki, a konstruktywizm społeczny jest niedorzeczny i pełen sprzeczności. W książce Modne bzdury Sokal wraz z Jeanem Bricmontem kontynuował krytykę humanistyki. Autorzy pisali:

Naszym celem jest wniesienie ograniczonego, lecz oryginalnego wkładu do krytyki dość mgliście określonego Zeitgeistu, który nazywamy «postmodernizmem». Nie mam pretensji do przedstawienia ogólnej analizy myśli postmodernistycznej; zamiast tego chcemy zwrócić uwagę na stosunkowo mało znany aspekt tego kierunku w filozofii, jakim jest nadużywanie pojęć i terminów zaczerpniętych z matematyki i fizyki.

Zderzyły się dwa światy, które Charles P. Snow w pracy The Two Cultures and the Scientific Revolution zidentyfikował jako dwie kultury: „literatów” i „naukowców”. „Literaci” widzieli w „naukowcach” scjentystycznych optymistów bezkrytycznie zapatrzonych w sukces nauki, a „naukowcy” w „literatach” nihilistycznych egzystencjalistów, którzy pesymistycznie wróżą koniec ludzkości. W opinii Snowa spór dotyczył oceny etycznych konsekwencji postępu naukowego i technologicznego. „Literaci” to konserwatyści przywiązani do prawicowego światopoglądu, a „naukowcy” to lewicowi rewolucjoniści widzący w postępie naukowym drogę do emancypacji społeczeństw.

Po „sprawie Sokala” linie sporu o naukę stały się znacznie bardziej skomplikowane. Prosty podział prawica/lewica się zdezaktualizował. Otworzyły się nowe pola dyskursu. Tradycyjnie spierali się przyrodoznawcy z humanistami, ale również pozytywiści z konstruktywistami, lewica akademicka z prawicą akademicką, eksperci z laikami, scjentyści z antyscjentystami. Spór wykroczył poza granice uniwersyteckiej debaty. Zawsze miał wymiar światopoglądowy, ale w znacznie większym stopniu stał się złożony politycznie. J.R. Brown w książce Who Rules in Science stawia tezę, że po „sprawie Sokala”, aby zrozumieć pola debaty w „wojnie o naukę”, nie należy pytać o poglądy polityczne adwersarzy, tylko o to, co jej uczestnicy nazywają nauką. Brown wyróżnił postawę ortodoksyjną, w której przyjmuje się stanowisko realizmu naukowego. W opozycji stoi heterodoksyjne podejście zakładające epistemiczne ujęcie „prawdy”. Z tej perspektywy polityczną lewicę przeciwstawiającą się „ortodoksji w nauce” stanowią społeczni konstruktywiści i postmoderniści. Lewica sprzyjająca ortodoksyjnemu myśleniu o nauce to między innymi: Alan Sokal, Noam Chomsky, przedstawiciele Koła Wiedeńskiego. Prawica heterodoksyjna to fundamentaliści religijni, kreacjoniści i antydarwiniści. Ortodoksyjną prawicę stanowić mieli socjobiologowie poszukujący korelacji pomiędzy rasą i płcią a inteligencją oraz darwiniści społeczni i eugenicy.

Nowe fronty w wojnie o naukę: politycy, celebryci i „niewinni złodzieje”

„Wojna o naukę” przeszła w kolejną fazę. Niewątpliwie debata ta pokazała, że wiedza naukowa może być wykorzystywana do uzasadniania światopoglądów i postaw politycznych. Wychodząc od sporu epistemologiczno-metodologicznego powadzonego w gronie ekspertów, przerodziła się w kontrowersję na temat akceptacji i możliwość zrozumienia wiedzy naukowej przez laików.

W świecie liberalno-demokratycznego porządku każdy ma dostęp do wiedzy i informacji. W niespotykanym dotąd stopniu naukowcy i liczni pasjonaci nauki, wykorzystując współczesne technologie informacyjne, popularyzują wiedzę naukową. Jednakże w postnowoczesnym świecie Lemowska bomba megabitowa jest nie tylko wielkim zbiorem ważnych informacji, ale również rezerwuarem półprawd, fałszu, manipulacji i siania wątpliwości. Kto jest bohaterem pierwszych stron gazet i portali internetowych? Czyj głos przebija się do szerokiej opinii publicznej? W pierwszej kolejności są to tak zwane osoby znane i lubiane zwane celebrytami, ludzie show biznesu, a także politycy. Trzeba oddać sprawiedliwość, że „ludzie nauki”, heroicznie walczący o dotarcie do szerokiej społeczności, podejmują się trudnego zadania tłumaczenia zawiłości współczesnej nauki. Jednak „demokracja Internetu” to zasięg postu i liczba „lajków”, a później wiedza merytoryczna. Z pewną przesadą stwierdzę, że w „globalnej wiosce” opinia np. astrofizyka Neila deGrasse Tysona „waży” tyle samo co Madonny. Zatem kto jest większym autorytetem?

Po „sprawie Sokala” nasuwa się de facto dobrze rozpoznany wniosek: osiągnięcia nauki, autorytet naukowców, a także język nauki, mogą zostać wykorzystane do tworzenia i zarządzania opinią społeczną, budowania wizerunku i prestiżu. Świat polityki i marketingu politycznego już dawno ma tego świadomość. Think tanki i grona eksperckie podpowiadają rządom, jakie decyzje i działania należy podejmować, zarządzając kryzysami. Po raz kolejny autorytet nauki pracuje dla dobra ludzkości. Jednak kto bezpośrednio komunikuje się z obywatelami za pomocą komunikatorów społecznościowych, np. Twittera? Nie naukowcy-eksperci, lecz politycy. Ważnym elementem wizerunku polityka jest wzbudzanie zaufania. W tym kontekście dobrze sprawdza się zręczność operowania językiem współczesnej nauki i umiejętne wykorzystywanie autorytetu nauki na rzecz poparcia poglądów politycznych. To otwiera nowy front „wojny o naukę”, którym jest niewłaściwe używanie języka nauki i wiedzy naukowej w debacie publicznej. Pół biedy, kiedy prominentny polityk opowie nam o tym: „jak ludzie pierwotni polowali na dinozaury” lub stwierdzi, że „wszystkie E-dodatki do żywności nie mają nic wspólnego z naturalnymi substancjami”. Przecież ignorancja i pomyłka to rzecz ludzka, świat od tego się nie zawali. Jednak w sytuacji, kiedy polityk „przebrany” w autorytet nauki tweetuje: „Gdzie to globalne ocieplenie?”, sprawa przestaje być banalną wpadką. W takim przypadku głos polityka bardzo silnie oddziałuje na opinie publiczną.

Kryzys ekologiczny, globalne klęski głodu i ograniczenia w dostępie do wody pitnej, konflikty zbrojne, zagrożenia pandemiczne itd. powodują, że politycy muszą podejmować niejednokrotnie ryzykowne i niepopularne decyzje. Z tego też względu muszą rozstrzygać na podstawie rzetelnej wiedzy naukowej. Jednocześnie współczesna nauka charakteryzuje się tym, że konkurują w niej różne modele teoretyczne. Wykorzystywane są one do projektowania prognoz zmian w różnych nieporównywalnych, ale ściśle ze sobą powiązanych, polach: ekosystemie przyrodniczym, systemie społecznym, rynkach ekonomicznych, obszarze populacji i migracji człowieka. Połączone, tworzą globalną siatkę współzależności, której analiza wymaga zgromadzenia ogromnej ilości danych. Jednocześnie ta ogromna mechanika korelacji jest bardzo niestabilna i podlega właściwie ciągłej zmianie. Dlatego też naukowcy poruszają się w niej bardzo ostrożnie. Formułują hipotezy, mając świadomość szeregu założeń metodologicznych, które wpływają na otrzymywane przez nich rezultaty badawcze.

Współczesny świat to szereg palących społecznie problemów, które rozgrywają się na styku polityki i nauki. Aktualnym tematem są szczepienia, ale także dla przykładu ochrona zdrowia publicznego czy polityka społeczna. Populizm, wykorzystywanie niewiedzy, sianie wątpliwości, zarządzanie strachem obywateli jest niestety elementem gry politycznej. Dlatego też polityczna manipulacja za pomocą języka nauki musi być piętnowana.

Następny front „wojny o naukę” otwierają celebryci, którzy wypowiadają się w kwestiach naukowych i przywracają wiarę w „myślenie magiczne”. Słyszymy głosy znanych i lubianych: „w szpitalach leżą statyści”, „kiedyś gluten miał naście chromosomów, a dziś ponad pięćdziesiąt”. Ponownie ignorancja, brak wiedzy i wiele innych ludzkich słabości. Być może jest to sianie niepewności, ale w efekcie podważanie głosu ekspertów. Z drugiej strony można wskazać celebrytów, którzy są entuzjastami homeopatii, „czerwonej nitki na nadgarstku” i kościoła scjentologicznego. Przykładów można podawać wiele. Wszystkie można sprowadzić do wspólnego mianownika: negowania świata racjonalizmu naukowego i zastępowania go nie tylko pseudonauką, ale pseudoduchowością. Z perspektywy laika, który oczekuje od eksperta jednoznacznej odpowiedzi, opinie naukowców odbierane są jako nieustannie się zmieniające. Otwiera to pole do podsycania niepewności i wprowadzania do dyskursu publicznego pseudonaukowych narracji. W pseudonaukowych koncepcjach nie respektuje się faktów i metodologicznych ograniczeń. Z tego względu można je dowolnie przekształcać i dopasowywać – tak jak horoskop, który niezależnie od okoliczności zawsze się spełnia. Dają odbiorcy poczucie koherentności rysowanego w nich obrazu świata.

Ostatni nowy front „wojny o naukę”, na który chcę zwrócić uwagę to świat szarlatanów obiecujących cudowne kuracje, ozdrowienie ciała i ducha. Jest to arena wszystkich możliwych sposobów wypaczania terminów naukowych. Wymienić można: medytację, w wyniku której widzimy kwanty, przywołaną powyżej homeopatię i ukryte terapie. Świat ten wypełniają nie tylko teorie spiskowe, ale także prastare i niedoceniane techniki uzdrawiające, marginalizowane przez „krótkowzrocznych” uczonych oddziaływania fizyczne, które przenikają świat niezwykłą energią. Wszystko jest cyniczną grą i dawaniem nadziei tam, gdzie naukowa medycyna stawia sprawę wprost: nie ma nadziei. Szarlatani negują wartość nauki, sugerując korupcję i spisek naukowców, ale tworzą swoje teorie, zawłaszczając język nauki na potrzeby swoich „biznesów”. Jak szkodliwa i etycznie podła jest to działalność, nie ma potrzeby argumentować.

To nie są światy równoległe

Popularna książka Łukasza Lamży Światy równoległe opowiada o najbardziej rozpowszechnionych współcześnie pseudonaukowych ideach. Jej tytuł sugeruje, że pseudonauka umieszona jest w świecie równoległym do naszego. Pseudonauka to twór nie z tego świata. Jest odmiennym stanem umysłu, trwającym poza nawiasem racjonalnego świata. Tak jednak nie jest. Pseudonauka jest częścią naszego świata. Z jednej strony wywołuje drwinę, tak jak „płaskoziemcy”, a z drugiej czerpie z osiągnieć nauki i filozofii nauki, np. „antyszczepionkowcy” i „kreacjoniści”. Te „tuzy” pseudonauki są relatywnie łatwo rozpoznawalne. Znacznie bardziej niebezpieczna jest pseudonauka „pełzająca”, krzewiona przez ignorantów szukających poklasku i uznania w świecie, w którym prawdziwość opinii wynika z tego, że „jest to moja opinia i mam do niej prawo”. To przekonanie aktualnie napędza najgroźniejszy atak na naukę.

dr hab. Radosław Kazibut, prof. UAM, Zakład Filozofii Nauki i Techniki

Wydział Filozoficzny Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Dyskusja (0 komentarzy)