Wokół nauki
14 Maja
Fot. KM IP UKEN
Opublikowano: 2026-05-14

Smak zwycięstwa

„Inicjatywa Pracownicza” na UKEN narodziła się przede wszystkim jako związek powołany w sytuacji konfliktu. Rektor odmówił pracownikom realnego dialogu wewnątrzuczelnianego, ignorując prośby o udział w decydowaniu o kierunkach i sposobach wprowadzanych zmian. W takich warunkach spór był nieunikniony.

Komisja Międzyzakładowa „Inicjatywy Pracowniczej” na Uniwersytecie Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie (wówczas Uniwersytecie Pedagogicznym) powstała w 2021 roku, w momencie, który z perspektywy czasu trzeba nazwać początkiem głębokiego kryzysu naszej uczelni. Choć oficjalnie mówiono o restrukturyzacji, w praktyce był to proces masowych zwolnień i gwałtownych zmian strukturalnych prowadzonych w sposób budzący poważne wątpliwości co do zgodności z prawem pracy i obyczajami akademickimi. Nauczyciele akademiccy oraz pracownicy administracji dowiadywali się o utracie pracy nagle, bez uprzedzenia, bez transparentnych kryteriów i często po wielu latach wzorowego zaangażowania. W takich warunkach trudno było mówić o poczuciu bezpieczeństwa, a jeszcze trudniej o zaufaniu do instytucji, która – jako uniwersytet publiczny – powinna być przestrzenią dialogu, a nie jednostronnych, autorytarnych decyzji. W tak pogarszającej się atmosferze naturalne było pytanie o rolę działających na uczelni organizacji związkowych.

Na UKEN działały wówczas trzy związki zawodowe: NSZZ „Solidarność”, Związek Nauczycielstwa Polskiego oraz Związek Zawodowy Pracowników Uniwersytetu Pedagogicznego. Z punktu widzenia wielu pracowników ich reakcje na dramatyczne zmiany zachodzące na uczelni były daleko niewystarczające. Widzieliśmy ostrożne komunikaty i pojedyncze wystąpienia, ale brakowało zdecydowanych działań, które mogłyby zatrzymać lub choćby spowolnić falę zwolnień. Szczególnie bolesne było to, że jeden ze związków zawodowych publicznie popierał restrukturyzację i otwarcie współpracował z rektorem przy jej wdrażaniu, co w okresie masowych zwolnień budziło wśród pracowników głębokie oburzenie. W odbiorze wielu osób nie była to postawa obrony zatrudnionych, lecz wsparcie działań władz uczelni, które dla zwalnianych stawały się dramatem życiowym i zawodowym. Coraz częściej słyszeliśmy pytania: „Gdzie są związki?”, „Dlaczego nikt nas głośno nie broni?”, „Dlaczego zostaliśmy z tym sami?”. To właśnie poczucie osamotnienia stało się bezpośrednim impulsem do powstania „Inicjatywy Pracowniczej” na uczelni. W takich warunkach stało się jasne, że potrzebna była nowa, realna reprezentacja pracowników.

Patologiczny mechanizm

Po kilku miesiącach samodzielnej walki rozszerzyliśmy działalność na pracowników wydawnictwa edukacyjnego Nowa Era i przyjęliśmy formułę komisji międzyzakładowej, co znacząco zwiększyło nasze możliwości działania. Dziś zrzeszamy około 200 osób, wliczając emerytów – mniej więcej po połowie z obu zakładów pracy. Taka struktura pozwoliła nam dostrzec, jak wiele problemów jest wspólnych dla całego sektora edukacji. Niepewność zatrudnienia, naruszenia prawa, przypadki dyskryminacji i mobbingu, presja na wyniki finansowe kosztem ludzi – to zjawiska pojawiające się zarówno na uczelniach, jak i w branży wydawniczej. Międzyzakładowy charakter naszej komisji umożliwił nam spojrzenie na te wyzwania szerzej, wymianę doświadczeń i przede wszystkim zbudowanie solidarności ponadzakładowej, która stała się jednym z naszych największych atutów. Siła nowej struktury okazała się szczególnie ważna w chwili, gdy konflikt z władzami uczelni zaczął narastać.

„Inicjatywa Pracownicza” na UKEN narodziła się przede wszystkim jako związek powołany w sytuacji konfliktu. Rektor odmówił pracownikom realnego dialogu wewnątrzuczelnianego, ignorując prośby o udział w decydowaniu o kierunkach i sposobach wprowadzanych zmian. W takich warunkach spór był nieunikniony. Gdy tylko zaczęliśmy zadawać niewygodne pytania: o podstawy prawne zwolnień, ich skalę, kryteria doboru osób, a także o nagłe rozwiązywanie umów z długoletnimi pracownikami, bardzo szybko staliśmy się celem działań odwetowych. Reakcja władz uczelni była jednoznaczna: kolejne zwolnienia uderzały w członków prezydium naszego związku, osoby objęte szczególną ochroną prawną. Do dziś łącznie zwolniono pięć chronionych działaczek, w tym trzy z prezydium.

Państwowa Inspekcja Pracy w każdym przypadku stwierdziła rażące naruszenie prawa, a sądy nakładały na rektora grzywny. Jednak formalne potwierdzenie naruszeń nie przekładało się na realną ochronę. Rektor odwoływał się od każdego orzeczenia, wykorzystując możliwość przewlekania postępowań i korzystając z krótkich terminów przedawnienia czynów. W efekcie pierwsza sprawa dotycząca zwolnienia czterech chronionych członkiń prezydium po trzech latach zakończyła się umorzeniem, nie dlatego, że nie doszło do naruszeń, lecz dlatego, że wskutek obstrukcji procesowej sędzia nie był w stanie ogłosić wyroku w przewidzianym prawem czasie. Wciąż toczy się drugie postępowanie wykroczeniowe, jednak wszystko wskazuje na to, że z powodu zbliżającego się terminu przedawnienia również ono może zostać umorzone.

To bolesne doświadczenie unaoczniło nam, jak słaby i nieskuteczny jest w Polsce system ochrony działaczy związkowych. Choć ustawa o związkach zawodowych przewiduje szczególną ochronę, w praktyce okazuje się ona iluzoryczna. Pracodawca dysponujący odpowiednimi zasobami finansowymi i zapleczem prawnym może latami przeciągać postępowania, doprowadzając do przedawnienia czynów lub godząc się na symboliczne grzywny, które i tak nie obciążają jego prywatnego budżetu, lecz budżet instytucji, którą kieruje. W przypadku naszej uczelni oznaczało to de facto przerzucenie kosztów naruszeń prawa na całą wspólnotę akademicką – za błędy rektora płaciła instytucja publiczna, a pracownicy doświadczali zwolnień, stresu i traumy. To mechanizm skrajnie nieetyczny i systemowo patologiczny, który w praktyce premiuje łamanie prawa, zamiast je powstrzymywać.

Najbardziej jaskrawym przykładem nieskuteczności systemu jest sprawa prof. Niny Podleszańskiej, pierwszej przewodniczącej naszej organizacji, zwolnionej dyscyplinarnie za to, że przełożyła zajęcia ze studentami, aby wziąć udział w pikiecie przeciwko zwolnieniom pracowników. Sąd wydał zabezpieczenie nakazujące jej natychmiastowe przywrócenie do pracy. Warto podkreślić, że zabezpieczenie to stosunkowo nowe narzędzie prawne, wprowadzone właśnie po to, by chronić działaczy związkowych tu i teraz, na czas trwania sporu, tak aby mogli kontynuować pracę, zanim zapadnie wyrok. Tymczasem pracodawca do dziś nie wykonał tego postanowienia, uzależniając je od warunku rezygnacji przez prof. Podleszańską z podjętej w międzyczasie pracy na innej uczelni i powrotu na jej pierwotny etat na UKEN. W praktyce oznacza to, że nawet bezpośrednie orzeczenia sądu można ignorować, jeśli instytucja jest gotowa ponieść koszty finansowe i wizerunkowe związane z przeciąganiem postępowań. Z perspektywy zwolnionego pracownika oznacza to przedłużającą się niepewność, utratę stabilności i poczucie całkowitej bezradności wobec systemu.

Ważna lekcja

Obok zwolnień pracowników równie istotnym problemem na uczelni było nadużywanie umów czasowych, których skala okazała się ogromna. W 2021 roku ponad pół tysiąca nauczycieli akademickich – a więc ponad połowa kadry dydaktycznej – pracowało na takich umowach, przedłużanych co kilka lat za zgodą rektora. W praktyce oznaczało to brak stabilności zatrudnienia, niepewność jutra i poczucie permanentnego zagrożenia. Mówimy tu o uczelni publicznej, finansowanej z budżetu państwa, która zatrudniała wykładowców w sposób bardziej przypominający model pracy sezonowej niż akademickiej. Kontrola Państwowej Inspekcji Pracy potwierdziła naruszenia prawa, a co równie istotne – wykazała, że problem ten utrzymywał się od lat i nie był wcześniej skutecznie rozwiązany. Dopiero konsekwentne działania naszego związku uruchomiły proces przekształcania tzw. czasówek w umowy na czas nieokreślony. W rezultacie rektor został zobowiązany do potwierdzenia pracowniczego statusu ponad pół tysiąca osób. Dla kilkuset zatrudnionych była to fundamentalna zmiana, przejście z zawodowego „podwieszenia nad przepaścią” na w miarę stabilny grunt. Wbrew pozorom ta zmiana nie dokonała się samoistnie. Poprzedziły ją miesiące intensywnego nacisku: liczne pisma, interwencje poselskie, kontrole PIP, nagłaśnianie problemu w mediach oraz systematyczna praca naszej komisji. Ostatecznie rektor został zmuszony przez PIP do rozwiązania tej kwestii, choć wcześniej, w kampanii wyborczej, deklarował, że unormuje ją natychmiast po objęciu funkcji.

W obronie wyrzucanych z pracy koleżanek i kolegów, także tych należących do innych organizacji związkowych, podejmowaliśmy liczne interwencje u pracodawcy, występowaliśmy z oficjalnymi stanowiskami, organizowaliśmy pikiety pod uczelnią, nierzadko wspierane przez studentów, którzy również nie godzili się na zwalnianie swoich wykładowców. W naszych działaniach mogliśmy liczyć na solidarność byłych pracowników, emerytów, wielu sympatyków oraz członków „Inicjatywy Pracowniczej” z innych uczelni i zakładów pracy. Staraliśmy się wykorzystać wszystkie dostępne narzędzia. Weszliśmy nawet w spór zbiorowy z pracodawcą, licząc na osiągnięcie porozumienia. Choć nie przyniósł on oczekiwanego efektu, był ważną lekcją tego, jak prowadzić negocjacje i jakich reakcji można spodziewać się ze strony władz. Alarmowaliśmy media lokalne i ogólnopolskie, bo szybko okazało się, że bez wsparcia opinii publicznej trudno przebić się z naszymi argumentami. Kierowaliśmy skargi do ministerstwa – pierwsze już za czasów poprzedniego rządu – domagając się przeprowadzenia kontroli i reakcji nadzorczych. Zwracaliśmy się także o pomoc do posłów i senatorów, prosząc o interwencje i zapytania poselskie. Tylko połączenie presji prawnej i medialnej sprawiło, że problemy naszej uczelni zaczęły być postrzegane nie jako kwestia lokalna, ale jako przykład ogólnosystemowych zaniedbań i słabości strukturalnych.

W trakcie tych działań boleśnie zderzaliśmy się z ograniczeniami ministerialnego systemu nadzoru nad uczelniami. Ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce daje rektorowi bardzo szerokie kompetencje, a jednocześnie niezwykle ostrożnie traktuje możliwość ingerencji ministra w wewnętrzne sprawy uczelni. Autonomia akademicka, która powinna chronić wolność badań i nauczania, w naszym przypadku była wykorzystywana jako tarcza osłaniająca osobę, wobec której kolejne instytucje stwierdzały naruszenia prawa. Tymczasem Kodeks pracy i ustawa o związkach zawodowych w wielu punktach rozmijają się z przepisami regulującymi funkcjonowanie uczelni, tworząc szarą strefę interpretacji, z której pracodawca może skutecznie korzystać. To, co w zwykłej firmie stanowiłoby oczywisty powód do natychmiastowej interwencji, na uczelni zamieniało się w wielomiesięczne wymiany pism, spory interpretacyjne i odsyłanie do „autonomii”, podczas gdy zapewnienia, że „instytucje działają normalnie” pozostawały w rażącej sprzeczności z rzeczywistością, którą obserwowaliśmy każdego dnia.

Jednym z najbardziej frustrujących doświadczeń była postawa ministerstwa nauki i szkolnictwa wyższego wobec sytuacji na uniwersytecie. Z jednej strony mieliśmy liczne kontrole PIP wskazujące na naruszenia prawa, prawomocne wyroki sądów pracy oraz opinie prawne potwierdzające nieprawidłowości. Z drugiej na jakąkolwiek reakcję nadzorczą ze strony ministra trzeba było czekać miesiącami, mimo że kolejne zgłoszenia przesyłane były na bieżąco. Warto podkreślić, że postępowanie administracyjne w sprawie odwołania prof. Piotra Borka z funkcji rektora UKEN trwa już ponad rok (od 2 września 2024 r.). W tym czasie zmieniło się dwóch ministrów nauki, a rektor pozostawał na stanowisku. Choć obecny minister, dr Marcin Kulasek, nadał decyzji z 13 czerwca br. o odwołaniu rektora rygor natychmiastowej wykonalności (7 listopada), nie wiadomo, kiedy całe postępowanie ostatecznie się zakończy i decyzja stanie się w pełni prawomocna. Ten przedłużający się stan zawieszenia utrudnia rozpoczęcie rzeczywistej naprawy uczelni i pogłębia poczucie niepewności wśród pracowników.

Duma i gorycz

W moim przekonaniu sytuacja, z jaką od lat mamy do czynienia na UKEN, obnażyła szerszy, systemowy problem funkcjonowania uczelni w Polsce. To wyraźny sygnał ostrzegawczy, że obecny model nadzoru nad uczelniami jest niewydolny. Ministerstwo dysponuje narzędziami kontrolnymi zapisanymi w ustawie w sposób zbyt wąski i ostrożny, a dodatkowo z niezrozumiałych powodów reaguje z ogromnym opóźnieniem. W naszym przypadku od pierwszych zgłoszeń naruszeń prawa do podjęcia realnych decyzji nadzorczych minęły blisko 4 lata. W tym czasie kolejne osoby traciły pracę, następne sprawy trafiały do sądów, a instytucje kontrolne raz po raz potwierdzały występujące nieprawidłowości. Mimo to uczelnia funkcjonowała tak, jakby nic się nie wydarzyło. Rektor nie wykonywał zaleceń ministra dotyczących usunięcia naruszeń, lecz wchodził z ministerstwem w polemikę prawną. Najlepszym przykładem jest sprawa sprzecznego z ustawą zarządzenia rektora z 2023 r. wprowadzającego nowe zasady oceny okresowej nauczycieli akademickich. Do dziś naruszenia prawa w tym zakresie nie zostały naprawione, a ocena pracownicza jest przeprowadzana na jego podstawie, co pokazuje, że czasem nawet jednoznaczne stanowisko ministra nie wystarcza, by szybko i skutecznie egzekwować obowiązujące prawo.

Ta sytuacja była również testem dla środowiska akademickiego i był to test niełatwy. Wielu nauczycieli akademickich, również samodzielnych pracowników naukowych, zachowało milczenie. Wśród części kadry obserwowaliśmy postawy oportunistyczne. Wygodniej było nie reagować, nie angażować się, nie dostrzegać problemu. Etos akademicki: odpowiedzialność za wspólnotę, odwaga cywilna, troska o reguły, okazał się w wielu miejscach pustym hasłem. Ten brak solidarności był jednym z najbardziej bolesnych doświadczeń osób, które odważyły się zabrać głos.

Powiedzenie „sukces nie zawsze ma smak zwycięstwa” w naszym przypadku przestało być publicystyczną metaforą, a stało się doświadczeniem realnym i głęboko osobistym. Z jednej strony mamy dziś kilkanaście korzystnych, prawomocnych wyroków sądów pracy, które potwierdzają, że racja była po stronie zwalnianych pracowników, a nie władz uczelni. Mamy wyniki kontroli PIP stwierdzające naruszenia prawa pracy oraz toczące się w prokuraturze postępowania dotyczące zgłaszanych przez nas nieprawidłowości. Mamy wreszcie decyzję ministra o odwołaniu rektora, z nadanym jej rygorem natychmiastowej wykonalności, choć nadal nieprawomocną, uzasadnioną interesem społecznym i koniecznością ochrony majątku UKEN. Z drugiej strony te zwycięstwa przyszły po latach walki, zbyt późno, by uchronić ludzi przed krzywdą. Wielu pokrzywdzonych musiało na nowo układać sobie życie zawodowe poza uczelnią. Złamane kariery naukowe, przerwane projekty, rozbite zespoły dydaktyczne, wieloletnie procesy, stres, choroby – to koszty poniesione przez konkretne osoby. Związek jest z natury strukturą zbiorową, ale krzywda zawsze pozostaje indywidualna. Patrząc na to, co wydarzyło się na UKEN, trudno mówić o pełnym zwycięstwie. Można raczej mówić o częściowym przywróceniu elementarnego porządku prawnego, okupionym ceną, której nigdy nie powinno się było płacić.

Mimo wszystko uważam, że ta walka była zasadna i konieczna. Pokazała, że nawet w systemie pełnym ograniczeń, słabości i instytucjonalnych opóźnień można szukać skutecznych dróg obrony. Udowodniła, że związki zawodowe na uczelni nie muszą być biernymi obserwatorami ani dekoracyjnym elementem akademickiego krajobrazu, lecz mogą stać się realnym aktorem zmian. Wykazała, że presja społeczna – protesty, kampanie medialne, wystąpienia w mediach, udokumentowane naruszenia, a także interwencje poselskie – ma znaczenie i potrafi zmusić nawet oporne instytucje do działania. Ta historia ma swoją wartość również dlatego, że jasno pokazuje, iż związki zawodowe, jeśli nie są niezależne, jeśli unikają ryzyka i konfrontacji, jeśli stają po stronie wygody zamiast prawa, stają się częścią problemu, a nie jego rozwiązaniem. W środowisku akademickim, gdzie władza rektora bywa zbyt silna, a nadzór instytucji państwowych zbyt słaby, jedyną realną przeciwwagą może być prężny, odważny i konsekwentny związek zawodowy. „Inicjatywa Pracownicza” na UKEN dowiodła, że warto walczyć nawet wtedy, gdy cena jest wysoka, bo bez naszej działalności skala naruszeń byłaby większa, a wiele osób nie miałoby żadnej szansy na jakąkolwiek obronę.

Patrzę dziś na tamten okres z mieszaniną dumy i gorzkiej refleksji. Dumy, bo udało się zatrzymać proces, który niszczył naszą uczelnię, a goryczy, bo sukces, który powinien być oczywisty, został okupiony cierpieniem konkretnych ludzi. Jeśli jednak nasza historia ma pomóc innym uczelniom zrozumieć, jak ważne są prawo pracy, odwaga cywilna i prawdziwa solidarność, to była to walka potrzebna, choć bolesna.

Mam nadzieję, że to, co wydarzyło się na UKEN, stanie się początkiem przywracania elementarnego porządku prawnego: respektowania prawa pracy, realnej ochrony działaczy związkowych, powrotu do dobrych obyczajów akademickich i odbudowy wzajemnego zaufania. Wiem, że nie stanie się to szybko i że jeszcze długo będziemy mierzyć się z konsekwencjami minionych lat: traumą, nieufnością i podziałami. Mimo to wierzę, że ten kryzys może stać się impulsem do głębokiej zmiany; że środowisko akademickie, nie tylko UKEN, wyciągnie z niego wnioski; że ustawodawca dostrzeże konieczność wzmocnienia ochrony pracowników oraz wyposażenia ministerstwa w realne narzędzia nadzorcze; że autonomia uczelni nie będzie już wykorzystywana jako usprawiedliwienie dla tolerowania naruszeń prawa. I że w końcu będziemy mogli powiedzieć, iż uczelnia jest miejscem, w którym nie tylko prowadzi się badania i uczy studentów, lecz także szanuje ludzi, którzy to wszystko tworzą.

Not. Piotr Kieraciński

Prof. Piotr Trojański, jest historykiem, przewodniczącym Komisji Międzyzakładowej Ogólnopolskiego Związku Zawodowego „Inicjatywa Pracownicza” przy Uniwersytecie Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie i Nowej Erze.

Tekst ukazał się w numerze 9/2025 „Forum Akademickiego”

Dyskusja (0 komentarzy)