Aktualności
Życie akademickie
28 Września
Opublikowano: 2026-09-28

Wybory w PAN. Prof. Paweł Rowiński: Dość mówienia o reformach, czas na dialog ze społeczeństwem

Jeśli chcemy prowadzić badania na europejskim poziomie, to i płace muszą być też europejskie. To jest nasza praca, a nie tylko pasja. Oczekujemy, że w instytutach PAN będą pracować najlepsi ludzie w Polsce, wybitni, zdolni konkurować o granty z zagranicznymi badaczami, a jednocześnie nie chcemy im za dużo płacić. To się nie może udać. A pamiętajmy, że nauka to globalny rynek. Jeśli nie zapewnimy godziwych warunków, talenty odpłyną gdzie indziej, a my przegramy konkurencję walkowerem – mówi w rozmowie z FA prof. Paweł Rowiński, który w październiku wystartuje w wyborach na prezesa PAN.

Za niespełna miesiąc, 22 października, podczas 157 sesji Zgromadzenia Ogólnego PAN odbędą się wybory prezesa Polskiej Akademii Nauk na kadencję 2027–2030. Termin składania zgłoszeń upłynął 15 września. Teraz Komisja Wyborcza zajmuje się weryfikacją kandydatur. Z naszych informacji wynika, że o najważniejszy fotel w Akademii zamierzają się ubiegać: prof. Marek Konarzewski (obecny prezes PAN), prof. Paweł Rowiński (wiceprezes PAN w latach 2015–2022, obecny dyrektor Instytutu Geofizyki PAN, prezes Europejskiej Federacji Akademii Nauk, ALLEA) oraz prof. Adam Liebert (dyrektor Instytutu Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej PAN w latach 2014–2022). Przed wyborami opublikujemy rozmowy z kandydatami, w których zapytamy ich o kondycję Akademii i najważniejsze punkty wyborczego programu. Jako pierwszy wywiadu udzielił nam prof. Paweł Rowiński. Rozmawiał z nim Mariusz Karwowski.

Zdecydował się pan ponownie ubiegać o fotel prezesa PAN.

Formalnie jestem na razie kandydatem na kandydata. Moja kandydatura została zgłoszona zgodnie z regułami, a więc przez co najmniej 20 akademików, i w przewidzianym terminie, który upłynął 15 września.

Startował pan cztery lata temu, wówczas rywalizacja z prof. Markiem Konarzewskim była bardzo zacięta. Różnica między wami wyniosła ledwie 3 głosy. Ma pan w głowie jeszcze tamte wybory?

To prawda, o wyniku zadecydowały wtedy pojedyncze głosy. Podchodzę jednak do tego już z dużym dystansem. Minęły cztery lata, mamy nowe rozdanie i całkiem odmienną sytuację. Wówczas startowałem po dwóch kadencjach współadministrowania Akademią jako wiceprezes PAN. Minione cztery lata pozwoliły na wyczyszczenie umysłu, refleksję. Oczywiście, nie straciłem kontaktu z Akademią – jestem dyrektorem instytutu, prezesem ALLEA, przewodniczącym Komitetu Nauk o Wodzie i Gospodarki Wodnej przy Prezydium PAN – ale żyję  w oderwaniu od codziennej organizacji PAN.

Podoba się panu kierunek, w którym zmierza Akademia?

Odpowiedź jest bardziej złożona. Jest cały szereg rzeczy, które mi się nie podobają i które, uważam, należało rozwiązać inaczej. Ale jest też wiele stałych elementów, które powodują, że PAN jest mi ciągle bliska i ważna.

Wydaje mi się, że Akademia wymaga nie tylko dobrego zarządzania, ale również wprowadzenia spokoju. Ciągle toczymy walkę o coś – a to o reformy, a to o nową ustawę – najwyższa pora, żeby skupić się na tym, po co Akademia istnieje, jakie cele jej przyświecają, jak może służyć całemu środowisku akademickiemu. Warto też pamiętać, że silna i dynamicznie rozwijająca się Akademia może w pełni realizować swój potencjał jedynie w otoczeniu prężnych uczelni i instytutów badawczych, z którymi wspólnie tworzy system nauki zdolny skutecznie konkurować na arenie międzynarodowej.

Przed tamtymi wyborami mówił pan, że Polska Akademia Nauk nie powinna się zamykać w wieży z kości słoniowej. Czy dziś ma pan wrażenie, że stała się bardziej otwarta na społeczeństwo, na otoczenie zewnętrzne?

Akademia jest ciągle nieobecna, albo obecna w niewystarczającym stopniu, w dyskusjach o zasadniczych sprawach czy to dla Polski, czy świata akademickiego. Głównym motorem naszego działania – w dobie rosnących irracjonalizmów – powinno być zwiększanie znaczenia wartości nauki i zaufania do niej. Powinniśmy zabierać głos w każdej istotnej sprawie, być częścią publicznej debaty. To nie jest problem tylko Polskiej Akademii Nauk, ale ogólnie problem, żeby nauka była słuchana. Aby utrzymać i zwiększyć zaufanie społeczne, Akademia musi bardziej bezpośrednio angażować się w dialog ze społeczeństwem. Zaufanie buduje się poprzez dialog, a nie jednostronne ex cathedra przekazywanie informacji.

Jak dziś postrzega pan kondycję Polskiej Akademii Nauk?

Musimy pamiętać, że Akademia jest niezwykle złożoną organizacją o skomplikowanej strukturze i wymaga naprawdę dobrego zarządzania. W moim przekonaniu zespół, który zaczął zarządzać Akademią cztery lata temu nie miał żadnych wcześniejszych doświadczeń w instytucjonalnym zarządzaniu i było to często widać w podejmowanych decyzjach. PAN to nie miejsce, żeby dopiero się uczyć odpowiedzialności i podejmowania złożonych decyzji.

Wydaje mi się, że akademia nauk w każdym kraju powinna być miejscem, gdzie dba się o wartości fundamentalne dla nauki. Nauka stanowi przedsięwzięcie o charakterze społecznym, którego fundamentem są wspólnie podzielane wartości i normy. Podejmowanie zbiorowych działań w warunkach niepewności wymaga postawy epistemicznej pokory, respektowania dowodów oraz konsekwentnego ukierunkowania na realizację dobra publicznego. Nie bez powodu „Europejski kodeks postępowania w zakresie rzetelności naukowej” powstał z inicjatywy ALLEA, czyli federacji europejskich akademii nauk. Musimy głośno przeciwstawiać się próbom podważania tych wartości.

PAN tego nie robi?

Posłużę się przykładem braku odpowiedniej widoczności PAN. Pod moim kierownictwem ALLEA przygotowała dokument podpisany przez około 180 organizacji europejskich dotyczący obrony wolności akademickiej w USA. Szkoda, że Polska Akademia Nauk nie stanęła na wysokości zadania i nie znalazła się wśród sygnatariuszy. A naprawdę warto działać wspólnie, we współpracy międzynarodowej, bo wtedy jest szansa, że będziemy słyszani. Takich przykładów braku naszej obecności w przedsięwzięciach o skali europejskiej jest znacznie więcej.

Wreszcie, kwestia integralności Akademii. Tylko skonsolidowana Akademia jest w stanie zagwarantować swobodę prowadzenia badań i ochronić ją przed zewnętrznymi naciskami politycznymi. Wzmocnienie spójności PAN opiera się na budowaniu synergii między korporacją uczonych a jej instytutami naukowymi. Dzięki temu instytuty mocniej angażują się w kluczowe procesy, a korporacja zyskuje odpowiednie instrumenty do akademickiego monitoringu ich rozwoju. Tyle teoria, a szczerze mówiąc, jako dyrektor instytutu, kompletnie nie odczuwam obecności Akademii jako takiej. Mamy swój fundusz, właściwie rządzimy się sami i poza wyborem dyrektora i ewaluacją placówki PAN jest w naszym, instytutowym, życiu nieobecna. Owszem, powstało w ostatnim czasie Zgromadzenie Dyrektorów Instytutów Naukowych, które ma być platformą do dyskusji, ale to za mało. Korporacja i instytuty nie mogą tworzyć silosów, powinniśmy współdziałać ze sobą.

I jeszcze jedna rzecz, permanentne niedofinansowanie instytutów. Cały czas idziemy z tyłu, za uczelniami, choć nie jesteśmy gorsi. Uważam, że rolą prezesa Akademii jest przekonywanie rządzących do tego, by sprawiedliwie inwestowali w naukę. Oczywiście, w zamian musimy oferować odpowiednią jakość wyników badań.

No właśnie, jak to jest z tą doskonałością naukową? Na ponad sto grantów ERC, które trafiły już do naszego kraju, w instytutach PAN realizowanych jest zaledwie dwadzieścia kilka. A mówimy o okresie blisko 20 lat. Wszystkich 70 instytutów PAN ma na koncie połowę grantów ERC zdobytych przez jeden tylko Uniwersytet Warszawski.

W pełni zgadzam się z pana diagnozą. To jeden z obrazów dobrze pokazujących kondycję Akademii. Przypomnę, że kiedy byłem wiceprezesem PAN, z mojej inicjatywy stworzyliśmy Biuro ds. Doskonałości Naukowej, właśnie po to, by wesprzeć przygotowanie projektów ERC. Wtedy było to awangardowe rozwiązanie. W tamtym czasie Polska zdobywała w konkursach jeden grant albo wcale i poprawa tego wymagała zdecydowanych działań. Teraz jest już lepiej, cieszy mnie ostatni grant dla badacza z Instytutu Historii PAN (dr Melchior Jakubowski – przyp. MK), bo wcześniej projekty z nauk humanistycznych i społecznych miały problem, żeby się przebić. Tym niemniej, należałoby się zastanowić nad systemem wsparcia dla instytutów w tym zakresie. Myślę, że w jakiejś części odpowiada za to niedofinansowanie PAN, infrastruktury i ludzi, bo żeby pozyskać grant ERC trzeba zapewnić wszystko, co najlepsze w nauce, również warunki. Tylko wtedy można mówić o fermencie naukowym, o nauce na najwyższym poziomie. A jeśli brakuje na podstawowe potrzeby, to trudno myśleć o przełomach.

Prof. Stefan Dziembowski, kiedy w ubiegłym roku zostawał członkiem PAN, mówił w wywiadzie dla FA, że brak grantów ERC dla instytutów informatycznych to swego rodzaju dzwonek alarmowy.

To się łączy z tym, o czym mówiłem. Bez odpowiedniego finansowania instytutów PAN konkurowanie w skali europejskiej staje się niemożliwe. Jeśli chodzi o granty ERC, to jest walka o talenty, o najlepszych w swoich dziedzinach. Ci ludzie nie pojadą dokądkolwiek. Żeby ich przyciągnąć do Polski, trzeba im wpierw coś zaoferować. Podobnie jest z tymi, którzy pracują już w Polsce i mogliby aplikować o projekty ERC.

Musimy zatem mieć jakiś zintegrowany system wpływania na jakość pracy w Polskiej Akademii Nauk, żeby każdy instytut nie był oddzielnym silosem. Polityka poszczególnych placówek powinna mieć bardziej długofalowy charakter. Jednym z jej elementów powinny być międzynarodowe rady doradcze, które wpływałyby na kierunki rozwoju danego instytutu. Musimy po prostu poddawać się poważnej, zewnętrznej ocenie, jeśli chcemy być poważnie traktowani. Mam taką radę doradczą w swoim instytucie i wiem, jak wiele można się nauczyć od kolegów i koleżanek z najlepszych światowych ośrodków naukowych. Ale będę się upierał przy tym, że podstawowa rzecz to zapewnienie odpowiedniego budżetu, a tym samym warunków do rozwoju. Bez tego nie ruszymy.

Ma pan pomysł na przekonanie decydentów?

Na forum ALLEA coraz szersze kręgi zatacza dyskusja na temat reformy systemu finansowania poprzez granty, konkursy. Z nauki odpływa bardzo dużo ludzi, głównie dlatego, że nie mają tych samych zabezpieczeń społecznych co pracownicy innych sektorów. Młodym ludziom trzeba zapewnić odrobinę więcej stabilności, oni nie mogą ciągle walczyć o byt. Ta dyskusja, nie mam wątpliwości, czeka i nas, musimy wprowadzić jakiś nowy system, w którym podstawą byłoby bezpieczeństwo finansowe. To oczywiście nie może odbywać się kosztem konkurencyjności.

Jeśli chcemy prowadzić badania na europejskim poziomie, to i płace muszą być też europejskie. To jest nasza praca, a nie tylko pasja. Oczekujemy, że w instytutach PAN będą pracować najlepsi ludzie w Polsce, wybitni, zdolni konkurować o granty z zagranicznymi badaczami, a jednocześnie nie chcemy im za dużo płacić. To się nie może udać. A pamiętajmy, że nauka to globalny rynek. Na korytarzach w naszych instytutach mówimy już głównie po angielsku, ale jeśli nie zapewnimy godziwych warunków, talenty odpłyną gdzie indziej, a my przegramy konkurencję walkowerem.

Czy obecna formuła PAN jest w ogóle do utrzymania?

Wydaje się, że ta formuła się broni. I mówię to znów z perspektywy prezesa ALLEA, która skupia 61 akademii z 40 państw, a więc mam doskonały przegląd sytuacji. Oczywiście, są państwa z inną koncepcją akademii, ostatnio Węgry czy Czechy tę koncepcję zmieniły, ale nie jestem pewien, czy wychodzi im to na dobre. Model podobny do naszego, a więc z instytutami, występuje np. w Holandii czy Austrii. W Polsce też zdaje egzamin, biorąc pod uwagę, że duża część instytutów to ścisła czołówka, jeśli chodzi o naukę w naszym kraju. Poza tym instytuty mają tę zaletę, że z racji wielkości są bardziej elastyczne, sprawniejsze, szybsze w podejmowaniu decyzji niż duża biurokratyczna struktura. Obecna formuła Akademii gwarantuje też tym placówkom większą samodzielność i wolność badań. Broni się więc, ale to nie oznacza, że nie wymaga zmian w określonych aspektach.

Co by pan chciał zmienić?

Zacząłbym od… uspokojenia. Bo ilekroć mówi się w ostatnich latach o PAN, to pada hasło: reforma. Nie potrzeba wielkich reform, żeby usprawnić funkcjonowanie Akademii. A przecież to i tak jest instytucja plasująca się najwyżej w rankingach polskich ośrodków naukowych.

Po pierwsze, o czym już trochę wspomniałem, pracujmy na rzecz integralności. Proces ten obejmuje również sieciowanie instytutów oraz otwieranie przestrzeni na współpracę międzydziedzinową, która łączy potencjał badaczy z różnych obszarów nauki. Akademia musi się stać motorem napędowym i moderatorem partnerstw badawczych, które odpowiadają na złożone problemy współczesnego świata, niemożliwe do rozwiązania w granicach jednej dziedziny. Priorytetem jest tutaj łączenie potencjału humanistyki i nauk o społeczeństwie z naukami ścisłymi, inżynieryjnymi, przyrodą, medycyną oraz rolnictwem, aby wspólnie szukać odpowiedzi na globalne wyzwania. Jedność PAN buduje także silna więź między pionierskimi badaniami a edukacją na najwyższym poziomie. Akademia łączy te dwa światy, kształcąc nową kadrę naukową w ramach szkół doktorskich oraz specjalistycznych studiów podyplomowych.

Uważam też, że Polska Akademia Nauk idealnie nadaje się do tego, by zorganizować w naszym kraju doradztwo naukowe. Tego w tej chwili nie ma. Jest co najwyżej doradztwo na polityczne życzenie. Tymczasem nasz głos ma być uzależniony nie od woli polityków, ale od tego, jaki jest aktualny stan wiedzy. Tak więc, doradztwo naukowe musi być niezależne, oparte na dowodach, a nie na interesach politycznych. Taki mechanizm, jako szefowi ALLEA, udaje mi się wdrażać na poziomie Parlamentu Europejskiego i nie widzę powodu, dla którego nie można go wprowadzić w Polsce. Mam też swoje doświadczenia w organizowaniu doradztwa dla Komisji Europejskiej, ale również i dla polskich ministrów.

Gdzie jeszcze dostrzega pan słabsze strony Akademii?

Nie wykorzystujemy potencjału PAN, by była ona bardziej widoczna na międzynarodowej arenie. Nasza obecność na świecie to nie tylko członkostwo w międzynarodowych gremiach, ale też silna sieć placówek zagranicznych. PAN działa aktywnie w wielu europejskich ośrodkach. Co więcej, za sprawą instytutów PAN polska nauka dociera w rejony podbiegunowe. Naszymi flagowymi punktami są dwie stacje: całoroczna baza Hornsund na Spitsbergenie, za którą osobiście odpowiadam jako dyrektor Instytutu Geofizyki, oraz stacja naukowa w Antarktyce, położona nad Zatoką Admiralicji na Wyspie Króla Jerzego.

Jesteśmy dużą akademią, ale nasz głos nie jest słyszany tak jak niemieckiej Leopoldiny czy brytyjskiego Royal Society. Sami się marginalizujemy. Mógłbym to poprawić, korzystając ze swoich doświadczeń z ALLEA, ale też z SAPEA (Science Advice for Policy by European Academies – dop. MK), gdzie pełnię funkcję wiceprzewodniczącego. Oczywiście trzeba do tego przekonać nie tylko akademię, ale i rządzących.

Zasadniczą częścią mojego programu są jednak wartości. Jestem absolutnie przekonany, że to w nich tkwią akademickie korzenie. I mówię tu o każdej akademii, nie tylko PAN. Musi być taka instytucja w kraju, która jest punktem odniesienia dla innych w tym zakresie, ale też stoi na straży tych wartości.

Zamierza pan likwidować instytuty?

Budżet, który obecnie mamy w przeliczeniu na liczbę instytucji, pokazuje, że jakość uprawianej nauki nie może być za te środki konkurencyjna na skalę europejską. W Niemczech za takie fundusze dałoby się pewnie sfinansować maksymalnie dwadzieścia placówek. Moim zdaniem, szczególnie małe instytuty powinny mieć możliwość łączenia po to, żeby mieć większą siłę i móc absorbować ogromne pieniądze z programów europejskich. Dla małych placówek to nieosiągalne.

Mówię to też na przykładzie swojego instytutu. Wskazane by było utworzenie w Polsce jednego instytutu nauk o Ziemi na miarę niemieckiego GeoForschungsZentrum, który pokrywałby takie dyscypliny, jak geofizyka, geologia, geochemia, badania satelitarne. Pewnym zalążkiem takiej instytucji jest Centrum Badań Ziemi i Planet GeoPlanet PAN, którego – nawiasem mówiąc – byłem jednym z inicjatorów. I podobnie mogłoby być jeszcze w innych obszarach badawczych. To powinien być mechanizm oddolny, ale należałoby odgórnie stworzyć warunki, np. zachęty finansowe, do tego, żeby instytuty mogły się federalizować. Tak już się dzieje z uczelniami i nie widzę powodu, żeby instytuty to ominęło.

Przy okazji tegorocznego jubileuszu 70-lecia PAN przedstawiono statystyki, z których wynika, że w tej chwili w instytutach pracuje 4,4 tys. naukowców przy ponad 11 tys. pracowników pozanaukowych. Czy te proporcje nie są zachwiane?

Pamiętajmy, że instytuty często prowadzą strategiczne badania i monitoringi, wykraczające poza badania przyczynkowe. Znów odwołam się do swojego instytutu. Jesteśmy odpowiedzialni za szereg monitoringów, wypełniając również obligacje państwa w tym zakresie, prowadzimy kilka obserwatoriów, w tym Polską Stację Polarną na Spitsbergenie, prowadzimy monitoringi niezbędne do lokalizowania elektrowni atomowych. To wszystko trzeba cały czas utrzymywać w ruchu. Oprócz naukowców, administracji, prace wymagają olbrzymiego zaplecza technicznego. To tylko przykład, a przecież wiele instytutów prowadzi zwierzętarnie, ultranowoczesne laboratoria, cyklotron, mamy statek badawczy, w Chile pracuje polskie obserwatorium astronomiczne, konstruowane są urządzenia, również te wykorzystywane w wielu misjach międzyplanetarnych. Wydaje mi się, że takiej struktury uniknąć się po prostu nie da.

A co z komitetami PAN? Jest ich w tej chwili 85. Czy to nie za dużo? I jak zapatruje się pan na udział komitetów w tworzeniu listy czasopism?

Komitetów jest rzeczywiście sporo, ale trzeba pamiętać, że udział w nich to funkcja czysto społeczna – grupa badaczy chce się angażować w jakieś obszary naukowe albo zagadnienia o szczególnym znaczeniu społecznym. Wydaje mi się, że to doskonała promocja Polskiej Akademii Nauk. Komitety to miejsca, gdzie Akademia promieniuje na całe środowisko naukowe.

Oczywiście, są komitety, które intensywnie pracują, ale są i mniej aktywne. Niestety, znów muszę powiedzieć o niedofinansowaniu, w wyniku czego często brakuje środków na organizację pracy komitetów. Jest to rozczarowujące, bo komitety pełnią niezwykle ważną rolę. Być może czasem zapomnianą, ale chyba jednak docenianą przez całe środowisko akademickie. Członkostwo w komitecie zwykle poostrzegane jest jako bardzo prestiżowe. Stoję na czele Komitetu Nauk o Wodzie i Gospodarki Wodnej. To komitet problemowy, który dostarcza, także rządzącym, materiały w strategicznych obszarach państwa – woda wpływa przecież na bezpieczeństwo kraju. Utrzymanie miejsca, gdzie grupa ekspertów może wypowiedzieć się w tej sprawie, jest niezwykle istotne.

Natomiast co do udziału w tworzeniu listy czasopism – sam pomysł, żeby robiły to komitety, będące reprezentacją środowiska naukowego, wydaje się dobry. Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach, a konkretnie w organizacji procesu oceny tych czasopism. Na razie, z tego co wiem, cały ten mechanizm kuleje, ale nie z winy komitetów.

Jak pan ocenia projekt nowelizacji ustawy o PAN?

Cały szereg pomysłów, które obecne kierownictwo Akademii przypisuje sobie, powstało w zespole, którym kierowałem jeszcze jako wiceprezes PAN, więc na ogół nie są te pomysły wcale takie nowe. Przykładem jest choćby Zgromadzenie Dyrektorów Instytutów Naukowych. O tym była już mowa za mojej kadencji i „Forum Akademickie” pisało o tym w 2019 roku.

Poza wszystkim, warto by już było zamknąć tę dyskusję. Niezależnie od tego, czy ten projekt ma wady, czy nie, może warto byłoby wprowadzić go w życie. Inaczej przez kolejne lata będziemy dalej mówili o reformie PAN. To już staje się nudne. Tak jak mówiłem wcześniej, powinniśmy skupić się na wychodzeniu na zewnątrz, a nie dyskutować ciągle o nas samych. Jedno jest pewne: bez odpowiedniego finansowania niewiele się zmieni w funkcjonowaniu Akademii.

Czy Akademia powinna być pod nadzorem premiera, jak obecnie, czy ministra nauki?

PAN nie jest lokalną instytucją, ona reprezentuje całe środowisko. Jej członkowie wywodzą się przecież i z uczelni, i z instytutów badawczych. To samo dotyczy komitetów naukowych, będących reprezentacją bardzo szerokiego środowiska naukowego, ale również praktyków z wielu instytucji spoza sektora nauki. Z tego punktu widzenia, ale również z uwagi na funkcjonowanie Akademii jako ciała, które powinno instytucjom państwa zapewniać najlepszej jakości doradztwo naukowe, ta rola jest w pewnym sensie nadrzędna w stosunku do innych instytucji całego systemu i nadzór premiera wydaje mi się w tym kontekście bardzo istotny.

Natomiast inną sprawą jest działanie operacyjne. Chyba nie ma żadnych przeszkód, by pomimo zwierzchnictwa premiera niektóre czynności, jak rozdzielanie budżetu dla instytutów PAN, były realizowane przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

W tym dzieleniu środków ministerstwo wyręcza się Zgromadzeniem Dyrektorów Instytutów Naukowych. Ten organ ma mieć kluczową rolę w tym zakresie.

W moim przekonaniu ZDIN powinno zabiegać o większe finansowanie instytutów, ale nie może dzielić środków, bo to czysty konflikt interesów. Jestem za przestrzeganiem ładu korporacyjnego. Ten organ, tak jak ja go widzę, jest pomyślany jako forum dyskusji o funkcjonowaniu instytutów. Dzielimy się tam refleksjami na ten temat i dobrymi praktykami. Ale nie możemy jednocześnie jako dyrektorzy nawzajem się oceniać i przydzielać sobie fundusze. Skoro konkurujemy ze sobą o środki, to niewłaściwa jest sytuacja, w której inny dyrektor instytutu ma wpływ na wysokość środków, które dostanie moja placówka.

Rozmawiał Mariusz Karwowski

Prof. Paweł Rowiński jest hydrologiem i hydrodynamikiem. Jego zainteresowania naukowe skupiają się wokół metod statystycznych w hydrologii, inteligentnych analiz danych, turbulencji rzecznych oraz zmian klimatu. W latach 2015–2022, przez dwie kadencje, pełnił funkcję wiceprezesa Polskiej Akademii Nauk. Był współtwórcą i pierwszym przewodniczącym Centrum Badań Ziemi i Planet GeoPlanet PAN. W 2023 roku powrócił na fotel dyrektora Instytutu Geofizyki PAN (kierował placówką już w latach 2008–2015). W 2024 roku został prezesem Europejskiej Federacji Akademii Nauk (ALLEA). Jest także zastępcą przewodniczącego rady europejskiej sieci akademii SAPEA (Science Advice for Policy by European Academies). 

Dyskusja (0 komentarzy)