Statek badawczy dla Polski nie jest potrzebny na Bałtyk, bo tu nasze interesy są zabezpieczone, lecz na ocean – dokładnie na Atlantyk. Badania zmiany klimatu i środowiska morskiego to obowiązek cywilizowanego morskiego kraju i element bezpieczeństwa – pisze prof. Jan Marcin Węsławski, dyrektor Instytutu Oceanologii PAN w Sopocie. Rząd zdecydował, że zamiast jednego statku badawczego, będą dwa – tyle że szkolne.
Bardzo trudny kompromis instytutów badawczych, które są operatorami wielkiej infrastruktury – zarządzają polskimi stacjami polarnymi oraz statkiem badawczym – został kilka lat temu z trudem osiągnięty, w wyniku czego uzgodniono plan wspólnego wykorzystania nowoczesnej, dużej jednostki. Miała być blisko dwukrotnie większa od obecnej „Oceanii”. Koszt jej budowy oszacowano na 350 mln zł. Opracowano plany, ministerialne komisje wydały rekomendacje. Ba, rząd na dobry początek przeznaczył nawet 80 mln złotych (co prawda w obligacjach). Dwie polskie stocznie, które mają doświadczenie w budowie takich jednostek, potwierdziły gotowość do realizacji projektu. Czekaliśmy na decyzję. Koń był zatem gotowy do podkucia, kiedy u kowala pojawiła się żaba i zajęła pierwsze miejsce w kolejce.
Koniem jest zbiorowe porozumienie profesjonalnych badaczy, legitymujące się wieloletnim doświadczeniem i sprawdzalnym dorobkiem w badaniach polarnych i morskich. Dość powiedzieć, że ponad połowa cytowań polskich polarników to badania morskie. Badania oceaniczne prowadziliśmy z pokładu małej (ledwie 48,9 metrów długości, 9 metrów szerokości) i bardzo już wiekowej (40 lat) „Oceanii”, badania polarne – z dwóch całorocznych stacji w Antarktyce i w Arktyce, zaopatrywanych z różnych jednostek wynajmowanych na drodze przetargu od różnych oferentów. Z kolei badania geologiczne na Atlantyku były wykonywane na wynajmowanych jednostkach obcych bander, bo od lat nie ma w Polsce statku do badań oceanicznych. Celem porozumienia był taki właśnie nowoczesny oceaniczny statek, który miał rozwiązać te problemy.
Teraz nagle Politechnika Morska w Szczecinie za 400 mln złotych ma dostarczyć statek, który będzie szkolił studentów (kadry dla nieistniejącej polskiej floty) oraz wykona wszystkie prace naukowo-logistyczne opisane wyżej. Mało wiem o statkach szkolnych – ten szczeciński ma mieć 60 miejsc dla studentów, co przy planowanej wielkości i koniecznej obsadzie wykładowców nie zostawi miejsca dla naukowców. Co ważne, nie chodzi jedynie o „wożenie” naukowców, tyko o prowadzenie badań.
Wiem za to sporo o statkach badawczych. Współczesny statek badawczy w Europie spędza minimum 200 dni w roku w morzu. W tym czasie kolejne ekipy naukowe wymieniają się, realizując swoje prace badawcze. Wiem to, bo tak się składa, że na wyprawach polarnych i morskich, na statkach niemieckich, kanadyjskich, norweskich (a dawniej też rosyjskich), spędziłem ponad 50 miesięcy. To trudna do wyobrażenia dla „szczurów lądowych” orka na morzu. Jedno z tych doświadczeń wynika na pewno: statek badawczy nie może dzielić czasu badań ze szkoleniem marynarzy.
Ustalmy dla jasności – statek badawczy nie jest potrzebny Polsce na Bałtyk, bo tu nasze interesy są w pełni zabezpieczone: obowiązkowy monitoring środowiska i ochronę zasobów ryb zapewnia „Baltica” (armatorem jest Morski Instytut Rybacki w Gdyni), zaś badania podstawowe i szkolenie studentów – „Oceanograf” (Uniwersytet Gdański). Ważna infrastruktura, czyli farmy wiatrowe i platformy, jest z kolei zabezpieczana przez wiele statków wykonujących zadania oceanografii operacyjnej, w tym polski „IMOR” (Uniwersytet Morski w Gdyni).
Statek badawczy dla Polski potrzebny jest na ocean – dokładnie na Atlantyk. Badania zmiany klimatu i środowiska morskiego to obowiązek cywilizowanego morskiego kraju i element bezpieczeństwa – stąd częste polityczne deklaracje o osi Bałtyk–Arktyka i wadze, jaką ma tam obecność statków z Unii Europejskiej. Dodajmy, że na osi atlantyckiej polska ma swoje ważne interesy – prowadzimy Stację Polarną na Spitsbergenie, Stację Polarną na Szetlandach Południowych, a do tego nie należy zapominać o koncesji górniczej pod Azorami.
Polski statek badawczy, który będzie prowadzony przez konsorcjum instytutów, pozwoli na realizację rządowych programów polityki polarnej i morskiej państwa (mamy już dokumenty opisujące te dwa obszary). Ceniona na świecie dyplomacja naukowa opiera się na współpracy międzynarodowej w prawdziwych badaniach, gdzie partnerami są uznani międzynarodowo specjaliści.
Statek szkolny uczelni szczecińskiej będzie natomiast platformą do wynajęcia, a za czas i miejsce na nim środowisko naukowe – borykające się z ciągłym niedoinwestowaniem – będzie musiało płacić zgodnie z systemem przetargów. Będzie zatem korzystał ten, kto ma pieniądze (o ile oczywiście ta oferta wygra ze znacznie tańszą ofertą statków ukraińskich). Zarabiać będzie szczeciński armator. Jedyną misją tego statku jest szkolenie, bo to ono – nie prowadzenie badań – leży w kompetencjach szkół morskich. Żaba, choć weszła na początek kolejki u kowala, w żadnej mierze nie zastąpi konia.
Czy wobec tego wszystkiego, o czym powyżej, Polska musi mieć statek badawczy zarządzany przez konsorcjum naukowe państwowych instytucji? Oczywiście nie, podobnie jak nie musimy mieć bardzo wielu innych rzeczy. Możemy przecież wszystko sobie kupić u innych lub czekać aż nam dadzą. Czy jednak na tym kończą się nasze ambicje?
Jan Marcin Węsławski
"Po co Polakowi morze, kiedy sieje i orze?"
Stare powiedzenie, niestety ciągle prawdziwe..
A jakby były dwie żaby u dwóch kowali? ;=)
Cyt."Oczywiście nie, podobnie jak nie musimy mieć bardzo wielu innych rzeczy. Możemy przecież wszystko sobie kupić u innych lub czekać aż nam dadzą. Czy jednak na tym kończą się nasze ambicje?"
Obawiam się, że właśnie na tym się one kończą. Tzn. kończą się dobre chęci tego, co nazywa się RP do finansowania tego typu badań. Te dobre chęci kończą się także na tym, że tylko pewien niewielki ODSETEK ludzi uzdolnionych w dziedzinach ścisłych, ma DOBRE warunki do prowadzenia swoich badań naukowych. Reszta... lepiej nie wspominać, zresztą już o tym pisałem.
Polska obecnośc na morzu wymaga badań oceanograficznych. Potrzebna jest dobra jednostka badawcza.
Kolejna kompromitacja krajowych politykierów, którzy nie mają bladego pojęcia o czymkolwiek. Szczyt głupoty. Prowadzą Nas ku katastrofie. Czas na wymianę tego towarzystwa.
Można wymieniać. Tylko na jakie? To poprzednie? Ja dziękuję. A alternatywy już nie ma.
@ M,
Ma pani rację. W III RP nie ma elit politycznych. Do polityki idą demokratycznie wybrani przypadkowi ludzie, i ten stan rzeczy utrzymuje się od 36 lat. Niemniej Antony Sutton napisał ciekawą książkę pt. Skull and Bones. Tajemna elita Ameryki. Rzecz dotyczy tajnego stowarzyszenia działającego przy Uniwersytecie Yale z Ligi Bluszczowej. To stowarzyszenie wyławia najzdolniejszych absolwentów częstokroć spośród znanych rodów, ale nie tylko. Członkowie tego stowarzyszenia otrzymując odpowiednie przygotowanie i wiedzę wchodzą na salony amerykańskiej polityki. Zdaję sobie sprawę, że istnieją różne tradycje, kultury i uwarunkowania polityczne w poszczególnych krajach, ale zarazem uważam, że krajowe środowisko akademickie i naukowe mogłoby pójść podobną drogą. Rektorzy czołowych polskich uczelni wyższych wraz z władzami PAN powinni się nad tym zastanowić, bez rozgłosu.
Chyba Pan sobie żarty robi. Przecież niepotrzebne nam żadne "Skulls and Bones", gdyż polski system (nie)nadawania habilitacji i profesury, świetnie się nadaje do tego typu celów, i to w bardzo elegancki sposób, bez ponurej scenerii wtajemniczania i jakichś ponurych rytuałów. Dobrą ilustracją tego jest artykuł Prof. Kapuścika (z IFJ PAN) pt. "Historia pewnej profesury" (www.tygodnikprzeglad.pl/historia-pewnej-profesury/). Faktycznie, są wyławiani ci "najlepsi", a reszta to swego rodzaju, plebs.
@ dr-On,
Niech wszystko, co tutaj napisałem pozostanie wielkim żartem. Ja jedynie zastanawiam się nad wieloma sprawami. Może się mylę i nie mam racji. Kto to wie? Odpowiem panu nieco tajemniczo na temat Skull and Bones. SOWY NIE SĄ TYM CZYM SIĘ WYDAJĄ. Pozdrawiam pana.