„Mors tua, vita mea” – ta starożytna sentencja doskonale oddaje szansę, jaka właśnie otwiera się przed polską nauką na skutek problemów w USA. Możemy pozyskać/odzyskać naukowców z bardzo wartościowym doświadczeniem, własnymi pomysłami i bezcenną siecią kontaktów. Stworzenie im warunków do rozwoju to nie kwestia sentymentu, lecz pragmatyczna inwestycja w przyszłość – pisze prof. Szymon Pustelny, fizyk doświadczalny z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Harvarda.
Amerykańska nauka od lat uchodzi za światowego lidera. W rankingu szanghajskim aż osiem z dziesięciu najlepszych uniwersytetów na świecie ma siedzibę w USA, a w pierwszej dwudziestce jest ich szesnaście. Tymczasem tamtejsza nauka stanęła przed niespodziewanymi wyzwaniami – nowa administracja zapowiedziała cięcia budżetowe i gruntowną reformę systemu zarządzania badaniami. Jedni odbierają to jako próbę ograniczenia autonomii liberalnych środowisk akademickich, inni wskazują na realne braki organizacyjne i finansowe samych uczelni. Bez względu na motywacje, obecna sytuacja w Stanach Zjednoczonych otwiera przed polską i europejską nauką zupełnie nowe możliwości.
Kocioł presji finansowej i politycznej
Choć całkowite wstrzymanie federalnych dotacji dla czołowych uczelni pozostaje na razie czystą spekulacją, nie ulega wątpliwości, że amerykańskie uniwersytety funkcjonują dziś pod rosnącą presją. Doskonałym przykładem jest Uniwersytet Harvarda. Jako najbogatsza uczelnia na świecie, dysponuje on kapitałem w wysokości ponad 53 miliardów dolarów (stan na 2024 rok). Majątek ten, pochodzący głównie z darowizn, jest aktywnie inwestowany, a osiągane przy jego pomocy zyski dochodzą do 10%. Uzyskane w ten sposób środki pokrywają około 37% kosztów operacyjnych Harvardu, wspierając badania naukowe, wynagrodzenia pracowników oraz stypendia i pomoc finansową dla studentów.
Jednocześnie model finansowy Harvarda może budzić wątpliwości. Jako organizacja pożytku publicznego odprowadza on bardzo niski podatek od dochodów kapitałowych – w 2024 roku do budżetu federalnego wpłynęło z tego tytułu zaledwie ok. 40 mln dolarów, czyli niecały 1% zysków. Drugim źródłem wątpliwości są koszty pośrednie. W grantach federalnych wynoszą one 68,5%. W praktyce oznacza to, że z każdego dolara przeznaczonego na badania administracja uczelni zatrzymuje dodatkowe 70 centów na pokrycie kosztów ogólnych (utrzymanie budynków, obsługa biurowa, wsparcie techniczne). Fakt, że Harvard jako prywatna uczelnia, z rocznym czesnym studenckim dochodzącym nawet do 60 tys. dolarów, tak znacznie obciąża fundusze federalne, bywa wskazywany przez krytyków jako dowód na potrzebę reform i większej przejrzystości finansowania nauki.
Konfrontacja Waszyngton–Cambridge
W ostatnich miesiącach administracja federalna zwróciła się do Uniwersytetu Harvarda z żądaniami zmian w wewnętrznej polityce: korektą zasad rekrutacji i zatrudniania, zaostrzeniem przeciwdziałania antysemityzmowi na kampusie oraz rezygnacji z programów inkluzywnych. Dodatkowo domagano się kontroli studentów zagranicznych pod kątem postaw „wrogich amerykańskim wartościom”. Harvard zdecydowanie odrzucił te żądania, uznając je za naruszenie autonomii akademickiej.
W reakcji na odmowę, w kwietniu 2025 r. Departament Edukacji wstrzymał wieloletnie dotacje o łącznej wartości 2,2 mld dolarów (część z tych pieniędzy została już przekazana Harvardowi) oraz kontrakty badawcze na 60 mln dolarów. Żeby utrzymać kontynuację kluczowych projektów, uczelnia przeznaczyła na nie 250 mln dolarów ze swojej rezerwy budżetowej.
Kolejny cios nadszedł w maju, gdy Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego cofnął Harvardowi uprawnienia do obsługi wiz F-1 i J-1. Brak możliwości otrzymywania takich wiz oznaczałby utratę możliwości przyjęcia na Harvard około 7 tys. studentów zagranicznych (27% ogółu studentów i aż 40% doktorantów w naukach ścisłych). Harvard zaskarżył tę decyzję w sądzie federalnym, wskazując na jej bezprawny i polityczny charakter, co sprawiło, że została wstrzymana. Mimo tego władze federalne zapowiadają cofanie wiz, zwłaszcza studentom z Chin, co z punktu widzenia wielu wydziałów może okazać się katastrofą.
Ostatnim elementem konfliktu jest rozpoczęte w czerwcu 2025 r. przez Komisję Izby Reprezentantów ds. Edukacji i Siły Roboczej dochodzenie w sprawie praktyk zatrudnienia na Harvardzie. Kongresmeni uważają bowiem, że wytyczne sugerujące preferowanie kobiet i mniejszości mogą naruszać Ustawę o prawach obywatelskich przez potencjalną dyskryminację innych grup.
Odrzucenie rządowych żądań wystawiło Harvard na ryzyko utraty funduszy federalnych i ograniczenia możliwości przyjmowania studentów zagranicznych, a jednocześnie doprowadziło do wszczęcia postępowań prawnych i śledztw kongresowych. Równocześnie Harvard zyskał silne wsparcie środowiska akademickiego. Liczne uniwersytety, organizacje naukowców i obrońcy wolności słowa wyrazili solidarność, podkreślając, że polityczna presja na ten uniwersytet stwarza niebezpieczny precedens. Wybór akurat najpotężniejszego i najlepiej finansowanego uniwersytetu na świecie nie jest przypadkowy, gdyż złamanie jego oporu znacznie osłabiłoby obronę autonomii pozostałych ośrodków.
Co na to Europa?
Napięcia polityczne, niepewność co do przyszłego finansowania i zaostrzenie polityki wizowej sprawiają, że Stany Zjednoczone tracą na atrakcyjności w oczach młodych naukowców. Szczególnie dotyczy to badaczy zagranicznych, w tym licznej grupy doktorantów i postdoków z Polski. Ci często doskonale wykształceni specjaliści, z doświadczeniem w renomowanych laboratoriach, coraz częściej rozważają alternatywne ścieżki kariery. Obawy o stabilność zatrudnienia skłaniają ich do poszukiwania możliwości rozwoju gdzie indziej.
Tę szansę zdaje się dostrzegać Unia Europejska, która uruchamia nowe inicjatywy mające na celu przyciągnięcie talentów naukowych. Programy takie jak „Choose Europe for Science” z budżetem 500 mln euro na lata 2025–2027 mają stanowić bezpośrednią odpowiedź na niestabilną sytuację w USA. Ponadto, Europejska Rada ds. Badań Naukowych podniosła kwotę finansowania „na start” (z 1 miliona do 2 milionów euro) dla doświadczonych naukowców przenoszących swoje badania do Europy.
Amerykański kryzys szansą dla Polski
Na tym tle Polska również powinna podjąć aktywne działania. Kluczowe jest stworzenie warunków, które zachęcą polskich naukowców do powrotu. Wydaje się, że aktywności powinny dotyczyć co najmniej trzech obszarów:
„Mors tua, vita mea”. Ta starożytna sentencja doskonale oddaje szansę, jaka właśnie otwiera się przed polską nauką na skutek problemów w USA. Możemy pozyskać/odzyskać naukowców z bardzo wartościowym doświadczeniem, własnymi pomysłami i bezcenną siecią kontaktów. Ci badacze będą wracać bez kompleksów, gotowi do prowadzenia badań na światowym poziomie. Stworzenie im warunków do rozwoju to nie kwestia sentymentu, lecz pragmatyczna inwestycja w przyszłość. Przy nowoczesnej aparaturze, którą często dysponujemy, ich jedynym ograniczeniem będzie własna kreatywność i pracowitość – kapitał, którego z pewnością im nie brakuje. To szansa, której nie wolno nam zmarnować.
Szymon Pustelny
Kolejny wizjoner pragnący ściągnąć do Polski zagranicznych naukowców i umiędzynarodowić polską naukę. Niby czym chce ich tu zwabić i zatrzymać? Zarobkami starczającymi jedynie na wynajęcie małego pokoju w dużym mieście, dietę odchudzającą i nic już poza tym? Perspektywami rozwoju naukowego, gdy fundusze na badania statutowe wystarczają zaledwie na papier do drukarki? Tak, wiem, niech stara się o granty. Gdy szansa na otrzymanie grantu jest niewiele większa niż wygrana w totolotka, a jeszcze eksperci zmieszają go w recenzji z błotem bo nie ma publikacji w Nature i Science.
Autor nie wspomnial o absolutnie kluczowej roznicy pomiedzy dwiema grupami "powracajacych".
Tym, ktorzy wracaja po postdokach oraz stazach typu 'visiting scientists' jest wrocic latwo. Czesto wrocic musza, bo nie maja innego wyjscia - zwyczajnie, nie maja wyboru, poniewaz byli zatrudnieni tylko na umowie czasowej i nie udalo im znalezc czegokolwiek innego, ani w Stanach, ani w krajach europejskich poza Polska.
Natomiast z tymi, ktorzy sa na stalych pozycjach, na przyklad na akademickich pozycjach, ktore sa juz 'tenured', to zupelnie inna historia. Calkowicie inna historia. Oni wracac nie musza, sa na stale zatrudnieni w osrodkach amerykanskich. Naukowcy z tej grupy przeszli przez bardzo trudny etap znalezienia pracy i 'tenure track', co zwykle jest bardzo trudne.
Uwazam, ze dla pierwszej grupy nie ma co tworzyc specjalnych nowych warunkow, poza tymi, ktore istnieja obecnie. Sa przeciez programy powrotowe i naukowcy ze Stanow sa w nich traktowani tak, jak powracajacy z innych czesci swiata. Nie uwazam, aby ta grupa miala byc traktowana w jakis specjalny sposob. Mozna oczywiscie rozszerzyc programy powrotowe, ale nie widze powodu, aby rozszerzac specjalnie dla naukowcow z USA.
Natomiast rzeczywiscie moznaby sie przyjrzec dokladnie tej drugiej grupie i zastanowic, czy Polska moze im zaoferowac cokolwiek, co mogloby zachecic ich do prowrotu. Tak na "pierwszy rzut oka" to nie widze takiach zachet, ale byc moze nie mam pelnego obrazu i istotnie mozna sie nad zastanowic.
Dodam jeszcze rzecz raczej oczywista: jesli polska nauka stwarzalaby warunki do sciagania do Polski naukowcow z zagranicy, nie specyficznie Polakow, tylko naukowcow dowolnej narodowosci, to Polacy pracujacyc gdzies-tam na swiecie rowniez zastanawialiby sie nad powrotem. Wydaje mi sie, ze to jest znacznie lepszy sposob myslenia o tej sprawie. Jednak obecnie klimat finansowy (i chyba nie tylko finansowy) w Polsce nie wydaje sie sprzyjac temu zjawisku.
Właśnie nobliści z Harvardu i Yale pakują walizki, żeby doświadczyć "niezwykłości" polskiej nauki. Po pierwszej wypłacie będą bardziej porażeni aniżeli po odkryciu istnienia "boskiej cząstki". Kontakt ze swoim przełożonym często bez jakichkolwiek (nie mówiąc znaczących) osiągnięć naukowych, wprowadzi ich w obszary nie znanej im zapewnie do tej pory sfery niekompetencji i zadufania. Próba wprowadzenia jakichkolwiek zmian spotka się wpierw z niechęcią, następnie z ostracyzmem i stopniową "redukcją" ze wszystkich tzw. uczelnianych gremiów decyzyjnych. Jeśli nie daj Bóg reprezentują dziedziny sztuki, to być może będą musieli dostarczyć zaświadczenie od dyrektora galerii lub innej instytucji kultury, że mieli tam wystawę lub koncert, bo sam plakat czy program nie wystarcza by udowodnić, że takowe dzieło powstało. Tak, nie przesłyszeliście się Państwo, to nowy pomysł niektórych szefów dyscyplin artystycznych na uniwersytecie, przez litość przemilczę jego nazwę, przygotowujących się do nadchodzącego "Armageddonu" czyli ewaluacji 2026. Radości i satysfakcji z uprawiania nauk i sztuk wszelakich w Polsce, będzie mieć ta nowa amerykańska diaspora naukowa niemało. My polscy siermiężni wyrobnicy nauki, czekamy stęsknieni na kolejno nadlatujące boeingi, wypełnione po brzegi wielkimi nazwiskami, chcącymi przeżyć niepowtarzalną przygodę naukowo-artystyczną w warunkach survivalowych.
Ci polscy naukowcy przebywający i pracujący w USA doskonale wiedzą, że Europa nie jest atrakcyjnym miejscem do życia, i realizacji kariery badaczki/badacza. O Polsce w ogóle można zapomnieć, bo to grajdoł w którym nauka stanowi piąte koło u wozu. Pozostaje jedynie AZJA, bo tam bije serce świata. Dziś każdy stara się jak najsensowniej urządzić swoje życie, a ojczyzną staje się ten kraj, który to umożliwia.
"A świstak siedzi i zawija je w te sreberka"
Patrzac na to jaki mamy pazdzierz w rodzimej akademi to hehe - powodzenia :)
Przykro mi to pisać, ale obawiam się, że autor tego artykułu nie ma pojęcia o czym pisze. Jako osoba z wieloletnim stażem naukowym w USA mogę jedynie stwierdzić, że nauka w Polsce, a nauka w USA to dwa światy. Zaczyna się już od podejścia do wykształcenia, przez naturalność w kontaktach z kadrą i władzami uczelni, która nie traktuje ani siebie ani tym bardziej studentów z wyższością. Nasza nadmuchana do granic możliwości etykieta budzi tam raczej uśmiech. Kto przekonał się na własnej skórze o ile mentalnie wyprzedza polskie uczelnie tamten świat ten pewnie rozumie, że ten pomysł jest z góry utopijny:)
Zwlaszcza ze lepsze warunki zatrudnienia mozna miec gdziekolwiek - nawet w administracji uczelnianej :)
Nie sposób się nie zgodzić...