„Globaliści” cieszą się pewnymi przywilejami, wynikającymi z tego, że uczelnie potrzebują ich ze względu na proces ewaluacji. Częściej otrzymują nagrody finansowe za działalność naukową oraz granty na badania. Taka sytuacja może owocować resentymentem czy wręcz zawiścią ze strony publikujących wyłącznie lokalnie – pisze dr hab. Maciej Górecki z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Spór między „globalistami” a „lokalistami” o to, jak oceniać dorobek badawczy w naukach społecznych (wyłączam z tych rozważań humanistykę), trwa już od co najmniej 15 lat. Jego pierwsza odsłona miała miejsce na kanwie reform firmowanych przez ministrę nauki w pierwszym rządzie Donalda Tuska, prof. Barbarę Kudrycką, krytykowaną przez „lokalistów” za uprzywilejowane potraktowanie publikacji w czasopismach z ówczesnej listy A, zawierającej uznane pisma międzynarodowe.
Spór i konflikt same w sobie nie są tragedią, są wszak niemal naturalne w społecznościach ludzkich i mogą mieć dla nich wręcz pozytywne skutki. Jednak, jak przekonuje niemiecki filozof i socjolog Jürgen Habermas, spór powinien się toczyć w pewnych ramach, w oparciu o racjonalne, polegające na prawdzie argumenty. W ramach takiego sporu, wykazanie niedorzeczności lub nieprawdy jednej stronie przez drugą ma głębokie konsekwencje dla debaty: strona, której argumentacja została obnażona, powinna wycofać się ze swojego twierdzenia lub ewentualnie wesprzeć je w nowy sposób. Takie podejście, oparte na logice i faktach, jest fundamentem nie tylko myślenia naukowego, ale także demokracji.
Jeśli racjonalny spór zdefiniujemy w ten sposób, obecna argumentacja „lokalistów”, na czele z firmującą ewaluacyjne zmiany wiceministrą nauki i szkolnictwa wyższego, stawia ich już niestety poza uniwersum tego, co akceptowalne, i to niezależnie od tego, jak usilnie przedstawicielka resortu usiłuje nas przekonać, że proces zmian ma charakter deliberatywny. Poniżej krótko przytaczam trzy absurdalne i/lub niepolegające na prawdzie argumenty „lokalistów”, by następnie przejść do próby wyjaśnienia, skąd bierze się to ich wyjście poza racjonalny dyskurs.
Pierwszy argument dotyczy rzekomej konieczności wspierania refleksji naukowej w języku polskim, która to refleksja staje się, jak twierdzą „lokaliści”, ofiarą szybko postępującej „anglicyzacji” nauk społecznych. Ma to według nich prowadzić do zubożenia naukowej polszczyzny i do innych negatywnych zjawisk. Teza ta jednak w oczywisty sposób nie ma oparcia w faktach; ponad 70% tekstów socjologicznych i ponad 80% politologicznych powstaje obecnie w języku polskim (w naukach prawnych proporcja ta jest jeszcze wyższa). Jednak, co ważniejsze w kontekście stawianych tu tez, wskazanie „lokalistom”, że ich argument jest oparty na fałszywej, łatwej do zweryfikowania przesłance, nie robi na nich żadnego wrażenia. Nie odnoszą się oni do faktu bezsprzecznej, opartej na twardych danych falsyfikacji tejże przesłanki, a narracja o obronie polszczyzny jak gdyby nigdy nic powraca stale w ich wypowiedziach, w niezmienionej zresztą postaci. Tym sposobem stawiają się poza granicami racjonalnego sporu, tak jakby uwierzyli, że „kłamstwo tysiąc razy powtórzone staje się prawdą”.
Drugi argument polega na stwierdzeniu, że proponowane zmiany nie mają na celu obniżenia punktacji czasopism międzynarodowych, a jedynie podwyższenie punktacji pism polskich. Jest to stwierdzenie zupełnie absurdalne, ponieważ wszelkie oceny mają charakter relatywny. Nie ma znaczenia, na ile dokładnie punktów „wyceniane” są dane osiągnięcia naukowe, liczą się jedynie relacje pomiędzy poszczególnymi ich poziomami. Obecnie osiągnięcia międzynarodowe punktowane są średnio wyżej niż osiągnięcia lokalne, więc dodanie punktów czasopismom polskim doprowadzi do realnej degradacji osiągnięć o wymiarze międzynarodowym. Co więcej, efekt tej zmiany będzie dokładnie taki sam jak wtedy, gdyby obniżyć punktację czasopism międzynarodowych, pozostawiając punktację tych lokalnych bez zmian. Na gruncie podstaw logiki, powinna to być oczywistość, a jednak „lokaliści”, przynajmniej na obecnym etapie, wydają się być ponad to.
I wreszcie argument trzeci, tj. twierdzenie, że rygorystyczny proces recenzyjny „nie gwarantuje jakości”. Takie twierdzenie jest zwykle poparte przykładem artykułu w uznanym międzynarodowym czasopiśmie, w którym to artykule są rzekomo trywialne błędy itp. W ustach naukowca jest to argument, delikatnie mówiąc, rozbrajający. Jednym z fundamentów gmachu metodologii naukowej jest bowiem sentencja, że „na przykładach można wszystko udowodnić”. Ponadto oczywistym jest, że prawidłowości, przynajmniej w świecie społecznym, nie mają charakteru deterministycznego, ale wyłącznie statystyczny. Rygorystyczny proces recenzyjny nie ma więc „gwarantować jakości”, ale podnosić ją w sensie statystycznym, co zresztą skutecznie czyni. Tak więc także i tu mamy do czynienia ze swego rodzaju wypisaniem się przez „lokalistów” ze sfery racjonalnej dyskusji.
Jak widać widać, główne argumenty forsowane obecnie przez „lokalistów” są absurdalne na poziomie logicznym i/lub oparte na fałszywych przesłankach. Zachodzi więc pytanie, dlaczego osoby wykształcone, o aspiracjach intelektualnych, decydują się w sposób tak zdecydowany wyjść poza ramy racjonalnej habermasowskiej dyskusji? Odpowiedź jest moim zdaniem bardzo prosta.
Chodzi o realne interesy, ale także niestety o resentyment. „Globaliści” cieszą się pewnymi przywilejami, wynikającymi z tego, że uczelnie potrzebują ich ze względu na proces ewaluacji. Znakomita większość znanych mi „globalistów” relatywnie szybko awansowała w hierarchii stopni i tytułów naukowych, częściej też otrzymują oni nagrody finansowe za działalność naukową oraz granty na badania. Taka sytuacja może owocować resentymentem czy wręcz zawiścią ze strony publikujących wyłącznie lokalnie. Nie bez powodu, moim zdaniem, „lokalistyczni” influencerzy otwarcie drwią z „globalistów”, nazywając ich „herosami”, „rynkowcami” czy „publicystami naukowymi”, wytykając przy tym brak społecznej użyteczności badań prowadzonych przez adwersarzy. „Globaliści” są tu więc przedstawieni jako posiadający nienależne przywileje, które powinno się im odebrać.
Jaka jest rola Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w całym tym procesie? Czy MNiSW, niebędące w stanie zapewnić godziwego finansowania sektora nauki i mające na koncie serię kompromitacji (IDEAS NCBiR, Oceania i in.), nie jest w stanie oprzeć się pokusie, by zagrać na resentymencie wobec wąskiej grupy „globalistów” i tym samym przekierować, odsunąć od siebie narastający gniew niedofinansowanej „lokalistycznej” większości? Tego nie wiem. Wiem jednak, że na podglebiu złożonym z antyracjonalizmu i resentymentu nie wyrosną przełomowe badania czy odkrycia naukowe, a Ministerstwo Nauki, zamiast bronić złych rozwiązań przy pomocy niedorzecznych argumentów, powinno się skupić na zapewnieniu lepszych, bardziej komfortowych warunków funkcjonowania całego systemu nauki w Polsce.
Maciej Górecki
dr Bartosz Rydliński: Globaliści kontra lokaliści
dr hab. Piotr Siuda: W kierunku światowej konkurencji czy lokalnej samowystarczalności?
prof. Magdalena Musiał-Karg: Między ambicją a wygodą
dr hab. Andrzej W. Nowak: Ewaluacja prywatyzuje naukę, zamiast ją wzmacniać
Aleksander Temkin: Przeciw anglicyzacji nauk społecznych
Polecam (żeby w kółko nie powtarzać tych samych argumentów):
https://prenumeruj.forumakademickie.pl/fa/2019/09/psychologii-sie-udalo/
Świetny tekst, zgadzam się też z większością argumentów Autora. Dodam tylko argumenty przytaczane wielokrotnie przez prof. Jemielniaka - walczenie z globalizmem to walka z wiatrakami. Angielski stał się lingua franca nauki, a czasopisma międzynarodowe o ustalonym prestiżu (w tym też wydawane w Polsce!) są powszechnie uznanymi kanałami komunikacji wyników.
Jak cię tam nie ma, to po prostu nie istniejesz i nie uczestniczysz w globalnym dyskursie naukowym, twoje odkrycia przechodzą tam bez echa. Po prostu.
I oczywiście wolałbym żeby było inaczej i by światowi badacze migracji zaczytywali się w naszych Studiach Migracyjnych - Przeglądzie Polonijnym zamiast w International Migration Review czy Journal of Ethnic and Migration Studies, ale z faktami się po prostu nie dyskutuje.
Jan Brzozowski (UJ)
Wolałby pan, żeby było inaczej i polski był językiem nauki? A ja nie, obecna sytuacja mnie się wydaje idealna. Po pierwsze - nauka potrzebuje precyzji a język potoczny precyzyjny nie jest, pewnie nawet taki być nie może, język nauki musi do pewnego stopnia być sztuczny. Angielski jest językiem analitycznym a więc stosunkowo łatwym do nauczenia, zapisywany jest łacińskimi literami, których Polacy uczą się od dziecka. Gramatykę ma prostszą od niemieckiego a pisownię od francuskiego, o łacinie, grece koine, arabskim i chińskim mandaryńskim (które w pewnych okresach też były językami nauki) w ogóle nie wspominam.
Tak sobie myślę, że chyba należałoby wprowadzić egzaminy wstępne dla kandydatów do PANstwa samozwańczego. Przykładowe pytanie: czy zna Pani/Pan pojęcie "figura retoryczna"?
Mam generalnie bardzo podobne spostrzeżenia, zresztą niedawno pisałem o tym w którymś komentarzu - często w dyskusji pojawiają się tezy o 'humanistach', którzy muszą mieć jakiś specjalny status i są to tezy absolutnie odporne na falsyfikację, po prostu po podaniu kontrargumentów taka teza znika, po czym za chwilę pojawia się od nowa :).
Nb. z tego co pamiętam, to p. Górecki jest autorem użytecznego terminu 'nauka równoległa', który jest dobry bon motem tak jak porównanie Emanuela Kulczyckiego punktów do rubli transferowych. Ja z kolei często przywołuję w tych dyskusjach cytat z Uptona Sinclaira, który i tu pasuje doskonale do podanej przez Autora diagnozy problemu: 'It is difficult to get a man to understand something, when his salary depends on his not understanding it.'
Akurat znalazłem w swoich plikach.
https://prenumeruj.forumakademickie.pl/fa/2019/10/kronika-wydarzen/nauka-rownolegla/#
Termin nauka równoległa jest świetny, ale jednak przestrzegałbym z utożsamianiem go z lokalistami czy humanistami. Naukowcy równolegli de facto nie prowadzą badań lub je pozorują - lokaliści często te badania realnie prowadzą, tylko problemem jest język komunikacji wyników badań.
Słuszna uwaga. Terminu "matematyka równoległa" użył np. pan Cieśliński w odniesieniu do karteli cytowań w matematyce
https://www.science.org/content/article/citation-cartels-help-some-mathematicians-and-their-universities-climb-rankings
odpowiadając na mój komentarz pod artykułem Andrzeja Nowaka
https://forumakademickie.pl/ewaluacja-prywatyzuje-nauke-zamiast-ja-wzmacniac/
Problem polega na tym, że w wielu dyscyplinach ta nauka równoległa zaczyna dominować, szczególnie dotyczy to takich obszarów jak ochrona środowiska (w tym odnawialne źródła energii - OZE, SROZE 😁) czy nanomateriały. Tam nawet 50% publikacji to mogą być fałszywki.
Szanowny Panie
Pani profesor Kudrycka była ministrem.
Wtedy jeszcze stanowiska piastowane przez kobiety były nazywane zgodnie z zasadami języka polskiego.
Z pewnego punktu widzenia można tak twierdzić (chociaż w rzeczywistości nie będzie to punkt widzenia wynikający ze znajomości zasad języka polskiego), ale jaki to ma związek z tematem dyskusji?
Dyskusja jest na temat języków. Bez względu na to, jaki język uznamy za stosowny do publikacji wyników naukowych, nikt chyba nie podda w wątpliwość, że należy go używać poprawnie. W języku polskim słowo 'ministra' oznaczało po prostu służącą, obecnie wyszło z użycia razem ze strukturą klasową. Kierującego ministerstwem po polsku nazywa się ministrem, bez względu na to, jakiej jest płci.
Akurat język polski pozwala na bardzo szerokie stosowanie feminatywów, posługuje się z nimi z upodobaniem, a w przeszłości posługiwał się nimi jeszcze szerzej (zwłaszcza przed nastanie PRL i związanym z tym ogólnym zglajszachtowaniem języka) i powyższe słowo w niczym nie narusza zasad jego poprawnego użycia. Ministra oznaczało kiedyś służącą, natomiast minister oznaczało kiedyś sługę (zarówno forma męska jak i feminatyw są wzięte do polszczyzny bezpośrednio z łaciny), i co z tego wynika dla nas dzisiaj? Więc nie, panie kolego, nie mieszajmy poglądów z faktami. Zresztą jakie i po co można mieć poglądy na temat słowa minister...?
Lokaliści dbają o swój partykularny interes - i to jest imperatyw ich działania.
Ważne aby powiedzieć, że wielu z nich chciałoby się stać globalistami, ale nie potrafią (także po angielsku).
A cóż to przeszkadza lokalnemu wydawnictwu naukowemu mieć zasięg międzynarodowy w dobie Internetu?
@Przemo
Jeśli artykuły w nim publikowane są po polsku – zasięg. Nie będzie on międzynarodowy, jeśli publikacje będą po polsku.
Jeszcze gorzej, kiedy artykuł będzie słaby.
@Przemo
Nikt tego nawet nie zauważy. Nikt nie będzie miał szansy zauważyć.
Jeśli używa Pan wyrazu "międzynarodowe", to niestety, ale w dzisiejszych czasach to musi znaczyć "po angielsku".
Naprawdę nie rozumiem, dlaczego jest to tak trudno pojąć…
Ależ pojmuję i stosuję się kiedy muszę.
Zmuszanie innych - nie w moim stylu. Tu rynek działa na tyle dobrze, że nie trzeba go poprawiać.
@Przemo
Proponuję zatrudnić osoby niepiśmienne na stanowiska naukowe. One Panu wytłumaczą, żeby "nie zmuszać" i że "rynek tu zadziała". Oraz że publikowanie naukowe w dowolnym języku to przeżytek i w ogóle nie trzeba tego robić.
Tego wywodu nie rozumiem.
Popełniłem jeden artykuł napisany po polsku i jest cytowany przez nie znających języka polskiego. Można? Można.
Liczba cytowań tych napisanych po angielsku jest wyższa i jest to oczywiste.
@Przemo
Mój wywód jest przynajmniej tak samo dobry, jak ten o "zmuszaniu". Przecież takie osoby, które nie umieją pisać, również mogłyby przecież być dobrymi naukowcami, zgadza się? Po co ich zmuszać do czytania i pisania. Nic na siłę.
Nie mówimy teraz o tym, które artykuły przynoszą więcej cytowań, tylko o jednej z najbardziej podstawowych cech prowadzenia badań naukowych i bycia naukowcem. O ile ktoś pracuje w naukowej instytucji publicznej, opłacanej z podatków, powinien być gotowy na publikowanie po angielsku. Podobnie, jak powinien być gotowy na etyczne zachowanie w pracy, czy też traktowanie z szacunkiem swoich współpracowników. Nie ma to nic wspólnego ze "zmuszaniem".
Zna pan osoby, które nie potrafią pisać i są naukowcami ???
Przepraszam, ale szkoda mi czasu na takie puste dywagacje.
@Przemo
W dzisiejszych czasach naukowiec, który nie umie opisać po angielsku tego, nad czym pracuje, jest niemalże czymś tak kuriozalnym, jak naukowiec, który nie umie opisać swoich badań w ogóle.
Bardzo dobry tekst.
Można do niego dodać jeszcze jeden argument.
Co stoi na przeszkodzie uczynić polskie "lokalne" czasopisma dwujęzycznymi (polsko-angielskimi) i obserwować czy przypadkiem nie zyskują coraz lepszego statusu miedzynarodowego. Podwójny zysk. W czasach publikacji elektronicznych to niewielki wysiłek który juz podjęły niektóre polskie "lokalne" czasopisma.
Ale to już się dzieje. Studia Migracyjne - Przegląd Polonijny którym mam zaszczyt kierować jest wydawany w OA i teksty są po polsku i po angielsku. No i oczywiście te anglojęzyczne teksty są częściej cytowane. Co nie znaczy, że mamy zamiar wyrugować teksty polskojęzyczne z czasopisma.
Do niedawna taką praktykę stosowało czasopismo Leśne Prace Badawcze/Forest Research Papers. W postaci elektronicznej wydawane było w obu wersjach językowych. Jednak po zmianie redaktora naczelnego kilka lat temu niestety powrócono do publikowania tylko po polsku (ze streszczeniami angielskimi), a tematyka artykułów wyraźnie się zlokalizowała.
Źle się wyraża głębsze myśli w obcym języku. Póki posługujemy się standardowymi sloganami albo formułami matematycznymi, nie jest to większy problem, ale humanistom może przeszkadzać. Tylko teraz tracą tę wymówkę, w sprawie tłumaczenia i poprawy składni i słownictwa w angielskim AI potrafi być bardzo użyteczna.
Czasem wyrażenie własnej myśli po angielsku ujawnia jej miałkość skrytą za erudycyjną barierą. Czasem jej wtórność wobec światowych trendów badawczych.
Podobnie udawaną globalność/lokalność stosują Francuzi ośmieszeni dość dawno w słynnej wojnie naukowej wywołanej przez Alana Sokala artykułe o pięknym tytule "Przekraczając granice: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji". Łatwo o tym poczytac w Internecie. Polskie nauki społeczne i humanistyka powinny wyciągnać z tego wnioski już dawno temu.
Mnie dużo kosztuje precyzyjne wyrażanie myśli po angielsku, nie mniej niż pisanie wzorów matematycznych. Tyle że co z tego, nauka jest po angielsku, jak chcę się zajmować nauką, to muszę pisać po angielsku. I tak nie jest źle, łacina jest trudniejsza.
@Profesor PAN
Pisząc to zdaje sobie sprawę z tego, że moja sytuacja jest całkowicie odmienna od znakomitej większość naukowców z Polski, którzy na co dzień mówią i piszą po polsku. Ja po polsku piszę tylko na Forum Akademickim, na LinkedIn, oraz w emailach do znajomych i rodziny.
Jednak ciągle wydaje mi się, że pisanie prac naukowych (artykułów) w STEM po angielsku jest stosunkowo proste. Zasób słów jest ograniczony, są pewne wyrażenia, które się często stosuje, jest to 'basic English', który jest łatwo dostępny dla wszystkich na świecie.
Podejrzewam, że prace w naukach społecznych i humanistyce mogą być znacznie trudniejsze, ale tutaj z kolei widać wagę tego, że to właśnie naukowcy polscy tworzą ten pomost pomiędzy językiem polskim a angielskim. Określenia, wyrażenia, idiomy, to wszystko wchodzi do anglojęzycznej strefy naukowej "wymyślone", albo przynajmniej zaaprobowane przez polskich naukowców. To bardzo ważne, bo pozwala mówić o nauce po polsku bez niepotrzebnych zapożyczeń. Czyli, mam na myśli to, że słowotwórstwo naukowe i naukowy język angielski na potrzeby nauki polskiej tworzą Polacy, a nie robi to ktoś za nich. To Polacy decydują, jak po angielsku mówi się na tematy naukowe o typowo-polskich zjawiskach, wydarzeniach, itd.
No ale żeby tak się stało polscy naukowcy w dziedzinach nauk humanistycznych i społecznych musza publikować po angielsku. Musza się zaangażować międzynarodowo. Myślę, że to jest bardzo ważne, bo wpisuje naukę polską w naukę światową. Ten wysiłek się opłaca.
Przede wszystkim musza czytać po angielsku, żeby nie odkrywać Ameryki po raz kolejny
Już od dawna należę bardziej do nauk społecznych niż STEM, dlatego wyrażanie myśli jest dla mnie takie ważne. Ale da się a nawet jakby się nie dało, to kogo to obchodzi? Nauka to angielski.