Aktualności
Sprawy nauki
24 Listopada
Opublikowano: 2025-11-24

Czy doskonałość naukowa odpowiada za niedofinansowanie nauki?

W jaki sposób polityka oszczędności i terapia szokowa lat dziewięćdziesiątych ukształtowały obowiązujące do dziś ramy myślenia o nauce, jakości i reformach? Czy logika konkurencji, rankingów i mierzalności to dziedzictwo transformacji w polskiej nauce? Zagadnienia te analizują autorzy najnowszego raportu przygotowanego przez Pracownię Komunikacji Naukowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Współczesny system polskiej nauki wciąż funkcjonuje w logice zarządzania kryzysem, a nie rozwoju – taką tezę stawiają w raporcie „Narodziny dyskursu doskonałości naukowej z ducha terapii szokowej” jego autorzy: dr Jakub Krzeski, Olga Łojewska i dr hab. Krystian Szadkowski. Źródeł tego doszukują się w latach dziewięćdziesiątych, gdy rodził się język „doskonałości naukowej” – centralne pojęcie dzisiejszych reform nauki – legitymizujący politykę oszczędności i konkurencji. W ocenie autorów opracowania, kluczową rolę odegrał w tym Komitet Badań Naukowych, który połączył finansowanie z ewaluacją i wprowadził w polską naukę darwinowską logikę selekcji.

Konsekwencje przyjętej wówczas optyki najlepiej widać dziś, zdaniem twórców raportu, na przykładzie Narodowego Centrum Nauki. Zauważają, że instytucja, która miała realizować politykę doskonałości naukowej, w praktyce stała się zakładnikiem logiki, którą sama miała urzeczywistniać. I wskazują: mimo niemal dwukrotnego wzrostu nominalnego budżetu NCN, jego siła nabywcza od 2018 roku systematycznie spada. Zarazem średni wskaźnik sukcesu w konkursie OPUS (dla grup HS, NZ i ST), od 2017 roku obniżył się z 22,98% do rekordowo niskich 12,55% w 2022 roku, co sprawia, że doskonałościowe finansowanie nie jest dostępne nawet dla najlepszych projektów i badaczy.

Współczesny problem z doskonałością naukową polega więc nie tyle na tym, że pozornie apolityczne kryteria jakości stały się instrumentem polityki, ile na tym, że polityka oparta na doskonałości naukowej stała się sposobem zarządzania niedoborem – formą technokratycznej racjonalizacji wydatkowania kurczącego się finansowania w miejsce świadomie prowadzonej polityki naukowej i idącej z nią w parze finansowej odpowiedzialności – czytamy w publikacji.

Jej autorzy nie mają wątpliwości, że doskonałość organizuje dzisiejszą naukę, określa, co w danym momencie uznaje się za wartościowe, a co za marginalne. Tworzy wspólny język dla naukowców, urzędników i polityków, którzy – występując w imię troski o jakość – ustanawiają jednocześnie produktywność jako podstawową miarę wartości nauki.

Tak rozumiana doskonałość, utożsamiona z tym, co w nauce mierzalne, ma głęboko normatywny charakter. Po pierwsze, wytwarza moralną ekonomię nauki, w której sukces mierzy się indywidualną produktywnością, cytowaniami i zdolnością do pozyskiwania grantów. Po drugie, legitymizuje finansowanie oparte na koncentracji zasobów i wertykalnej stratyfikacji instytucji, w której środki mają trafiać przede wszystkim do „najlepszych”. To oni mają stać się „lokomotywami” polskiej nauki i gwarantem zmniejszenia dystansu dzielącego krajowy system od światowych centrów nauki. Dystansu, który ponownie mierzy się tymi samymi wskaźnikami produktywności – piszą twórcy raportu.

Ich analiza wskazuje, że źródeł obecnego kryzysu należy szukać w sposobie, w jaki w Polsce ukształtował się sam dyskurs doskonałości naukowej i jak doszło do powiązania go z logiką finansowania. To w latach dziewięćdziesiątych, przypominają, nauka została włączona w logikę terapii szokowej – gwałtownej prywatyzacji, liberalizacji, urynkowienia oraz cięcia publicznych wydatków, które zdefiniowały ramy myślenia o państwie, gospodarce i wiedzy na kolejne dekady.

W tym kontekście powołanie w 1991 roku Komitetu Badań Naukowych, instytucji odpowiedzialnej za stworzenie nowego modelu organizacji nauki w Polsce, było nie tylko instytucjonalną reformą, lecz także momentem konstytucyjnym dla polskiej polityki naukowej. KBN stał się poligonem wdrażania idei doskonałości naukowej: to tam ukształtowały się pierwsze procedury ewaluacyjne, systemy punktowe i próby parametryzacji. Wszystkie te mechanizmy miały wspólny cel – uzasadnić, że niedobór środków może być racjonalny, jeśli te wątłe środki rozdzielane są w imię jakości – czytamy w publikacji przygotowanej w ramach badań prowadzonych przez Pracownię Komunikacji Naukowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Ówczesne sprzęgnięcie doskonałości z oszczędnością miało niebagatelne znaczenie dla dzisiejszego języka „konkurencyjności”, „innowacyjności” czy „parametryzacji” – jest to kontynuacja logiki wypracowanej w epoce, gdy niedobór został zracjonalizowany jako strażnik jakości, a polityka rozwoju ostatecznie ustąpiła miejsca polityce selekcji i kontroli. Działania te wygenerowały politykę przetrwania, którą dziś obserwujemy w całej okazałości.

Wdrażane w kolejnych latach systemy punktowe czy parametryczny system ewaluacji nauki nie służyły planowaniu ani wzmacnianiu potencjału badawczego, lecz stały się narzędziami legitymizacji decyzji podejmowanych w warunkach chronicznego braku środków. Ich funkcja była przede wszystkim retoryczna i dyscyplinująca – miały dowieść, że nauka może „unowocześnić się sama”, jeśli tylko nauczy się konkurować o coraz mniejsze zasoby. W ten sposób doskonałość naukowa przestała być ideą rozwoju, a stała się językiem adaptacji do biedy: moralną i administracyjną technologią, która pozwalała utrzymać spójność systemu w stanie permanentnego kryzysu – uważają autorzy raportu.

I dodają: modernizacja nauki miała być „beznakładowa” – osiągana poprzez zmianę zachowań badaczy i redystrybucję prestiżu, a nie przez inwestycje w badaczy i prowadzone przez nich zespoły czy wzmocnienie instytucji. W efekcie system, który miał wspierać rozwój, coraz częściej koncentruje się na zapewnianiu zgodności z algorytmem. Jedną z konsekwencji takiego stanu rzeczy jest utrwalanie peryferyjnego charakteru polskiej nauki. Inną – przechylenie wagi na stronę aktywności sprawozdawczej i publikacyjnej, traktowanej jako miernik produktywności. Skutkuje to m.in. przybierającym na sile zjawiskiem tzw. papierni.

Co zatem należy uczynić? W raporcie zarekomendowano trzy zasadnicze kierunki działania: konieczność zwiększenia finansowania nauki przed wprowadzeniem kolejnych reform; potrzebę odejścia od taniej, ilościowej ewaluacji na rzecz jakościowej oceny społecznej wartości badań; powiązanie polityki naukowej z długofalowymi priorytetami rozwojowymi państwa.

Jeżeli ewaluacja ma pełnić funkcję narzędzia polityki naukowej, a nie jedynie taniego mechanizmu alokacji środków, wymaga odpowiednich zasobów finansowych i organizacyjnych. Dotychczasowa coraz silniejsza ewolucja systemu ewaluacji w stronę wskaźników ilościowych okazała się efektywna kosztowo, ale poznawczo uboga. Nowy system oceny powinien więc łączyć metody ilościowe z jakościową oceną dyscyplin i instytucji, zapewniając przy tym środki na pogłębioną analizę, eksperckie recenzje, a także na opracowywanie praktycznych zaleceń dla ocenianych jednostek. Tylko wtedy ewaluacja stanie się realnym instrumentem polityki naukowej, a nie administracyjnym rytuałem potwierdzającym istniejące hierarchie – podsumowują twórcy analizy.

Otwiera ona serię trzech opracowań poświęconych konsekwencjom transformacji dla współczesnego szkolnictwa wyższego i nauki w Polsce. Kolejne części dotyczyć będą przemian życia studenckiego i zapomnianych form oporu wobec reform.

Mariusz Karwowski

Raport „Narodziny dyskursu doskonałości naukowej z ducha terapii szokowej”

Dyskusja (44 komentarzy)
  • ~Profesor PAN 29.11.2025 09:59

    Zajrzałem do Wikipedii, by dowiedzieć się, co to jest ów osławiony dyskurs. Dowiedziałem się tam, że słowo owo pochodzi od łacińskiego discursus, co oznacza bieganie tam i z powrotem. I teraz już wiem.

  • ~komentator (poprzedni) 27.11.2025 21:21

    Co się martwić o doskonałość naukową? Przecież mamy Radę Doskonałości Naukowej. ;=) To takie ciało, które zatwierdza opinie Komisji Habilitacyjnych, nawet jeśli te zawierają FARMAZONY. Posiadają niesamowitą umiejętność oceniania dorobku naukowego bez zapoznania się z nim, o czym świadczy przypadek mojego wniosku habilitacyjnego. Nie potrafili wskazać żadnych mankamentów w tzw. dorobku pozostałym, tylko podtrzymali to, co napisała Komisja (BEZ jakiegokolwiek uzasadnienia), mianowicie że jest to dorobek... słaby.

  • ~dr-On 27.11.2025 21:12

    Cyt."Czy logika konkurencji, rankingów i mierzalności to dziedzictwo transformacji w polskiej nauce? Zagadnienia te analizują autorzy najnowszego raportu przygotowanego przez Pracownię Komunikacji Naukowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu."

    I PO CO TA ANALIZA? PO CO???? Czy to coś zmieni?

  • ~dr-On 27.11.2025 21:10

    Tzw. nauka polska jest podobna do samochodu-hybrydy, w którym pewien odsetek części i podzespołów, to STAROCIE, inny odsetek jest troszkę nowszy, a reszta jest w miarę nowoczesna. Przykładowo: bak, niektóre składowe silnika i napędu, dwa koła, to STAROCIE, pozostałe składowe silnika i napędu, hamulce, 2 koła i wnętrze są nowsze, karoseria jest w miarę nowoczesna. Kierowca usiłuje co jakiś czas wymieniać nowsze składowe na te mniej zużyte, przy zachowaniu STAROCI, bo "tak wypada" (ma taką mentalność).

  • ~Brutus 27.11.2025 16:08

    Jak ja widzę i słucham tych "doskonalców nakowych" to mnie pusty śmiech ogarnia.

  • ~PŻ 27.11.2025 15:23

    Autorzy raportu stawiają z góry założoną tezę, że wprowadzona przez KBN parametryzacja, obecnie nazywana ewaluacją, cytuję: „stały się narzędziami legitymizacji decyzji podejmowanych w warunkach chronicznego braku środków.” Mogę jedynie domyślać się, że autorzy nie uczestniczyli osobiście w pierwszej parametryzacji ze względu na wiek. Cele pierwszej parametryzacji były zupełnie inne. Przed nią środki na naukę przydzielano na podstawie powszechnie znanej przez rządzących wiedzy, które uczelnie oraz wydziały są najlepsze. Mówiąc słowami autorów, które są „doskonałe”. Pierwsza parametryzacja pokazała, że te wydziały nie zawsze są doskonałe. Niektóre z wydziałów z uczelni peryferyjnych okazały się wyżej w rankingu, niż te, uznawane za „doskonałe”. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że pojęcie „doskonałość” pojawiło się dopiero w roku 2018. Przez poprzedzające ponad 20 lat nikt nie używał takiego określenia, które autorzy wstawiają do co drugiego zdania. Termin „doskonałość” na tle przeciętności naszej nauki w wielu jej obszarach może być na wyrost. Dobrze by było, gdyby autorzy wzięli to pod uwagę.
    Prawdopodobnie wyniki pierwszej parametryzacji były zaskoczeniem dla władz niektórych wydziałów, uznawanych za wiodące. W związku z tym zaczęto modyfikować jej zasady. Na przykład, przyrównano materiały pokonferencyjne indeksowane w bazie WoS z czasopismami z najniższymi IF (W0S). Bo znacznie łatwiej opublikować 4 stronicowy referat niż artykuł. Podwyższono niektórym czasopismom krajowym nie posiadającym IF punktację do poziomu czasopism z najniższymi IF. W jednej z kolejnych parametryzacji znacznie podwyższono punktację za przychody finansowe (bo wiodące uczelnie pozyskiwały gro środków z grantów KBN). Jednak wyszło z tym fasko. Bo okazało się, że instytuty badawcze znacznie przebijają uczelnie w przychodach. Wyniki tej parametryzacji ogłoszono, lecz finansowanie pozostawiono po staremu. Po co były dokonywane te wszystkie korekty? Bo wydziały, uznające siebie za najlepsze, nie mogły pogodzić się z tym, że nie są najlepsze w ocenie parametrycznej. Ostatnia ewaluacja pomieszała wszystko, co tylko da się. Ponad 90% rad dyscyplin uzyskało B+ i wyżej, a tym samym uprawnienia habilitacyjne. Paradoks – niektóre z nich nie mogą prowadzić obron doktoratów, bo nie mają kadry samodzielnych w wieku poniżej 70 lat. Gdyby pójść śladem autorów raportu i zastosować termin „doskonałość”, to oznacza, że 90% jednostek naukowych są jednostkami „doskonałymi”.
    Podsumowując, autorzy proponują, cytuję: „trzy zasadnicze kierunki działania: konieczność zwiększenia finansowania nauki przed wprowadzeniem kolejnych reform; potrzebę odejścia od taniej, ilościowej ewaluacji na rzecz jakościowej oceny społecznej wartości badań; powiązanie polityki naukowej z długofalowymi priorytetami rozwojowymi państwa.”
    Pierwszy postulat wielokrotnie wybrzmiewał w dyskusjach. Co nowego proponują autorzy?
    Postulat drugi jest propozycją powrotu do czasów sprzed roku 1998 – jednostki najlepsze są wszystkim znane. Eksperci to potwierdzą.
    I wreszcie postulat ostatni. Żeby powiązać politykę naukową z priorytetami państwa, należy poznać te priorytety. Może autorzy raportu je znają? Poza tym, priorytety zmieniają się nawet szybciej, niż rządy. Obecna ewaluacja zaczęła się w poprzedniej kadencji parlamentu. Kończymy ją 2 lata pod nowymi rządami. To które priorytety brać pod uwagę. To samo może być w następnej ewaluacji.
    Niektórzy dyskutanci chwalą autorów za trafną diagnozę. Zamiast podsumowania odsyłam do komentarza pana ~januszmaj 24.11.2025 18:12.

    • ~Grześ 29.11.2025 14:14

      Wraz z doskonałością polskiej nauki kroczy ramię w ramię wybitność (na skalę światową) polskich naukowców, którą z definicji cechuje się każdy naukowiec posiadający stopień "habilitowany". Oczywiście im więcej wybitności tym więcej doskonałości, co właśnie obserwujemy przy ocenie polskiej nauki. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że to wybitność rozpoczęła napędzanie doskonałości.
      Natomiast, moim zdaniem, postulat potrzeby "odejścia od taniej, ilościowej ewaluacji na rzecz jakościowej oceny społecznej wartości badań" jest słuszny, pod warunkiem odejścia od niemiarodajnego kryterium publikacyjnego i przejście na faktyczną ocenę przydatności społecznej badań naukowych. Każdy efekt badań naukowych, również tych o charakterze "czystych" badań podstawowych, po odpowiednim spopularyzowaniu może być poddany ocenie przydatności społecznej. Ważne jest aby naukowiec nie kończył badań po zaspokojeniu swojej ciekawości i wyjaśnieniu oraz opisaniu "mechanizmów zachodzących w świecie" ale zastanowił się również nad popularyzacją wyników i ich społecznym wykorzystaniem.

      • ~PŻ 30.11.2025 11:59

        Do ~Grześ 29.11.2025 14:14. W ustawie z roku 2018 nazwę CK ds. stopni i tytułów zastąpiono nazwą Rada Doskonałości Naukowej. W jej nazwie jest słowo doskonałość. Gros ocenianych przez nią wniosków dotyczy habilitacji. W związku z tym należy domniemywać, że habilitowani są doskonałymi naukowcami. Natomiast według ustawy wybitnymi są tylko profesorowie belwederscy. Ponieważ wcześniej uzyskali oni habilitacje, to w stosunku do nich obowiązują określenia zarówno doskonali jak i wybitni. Wynika stąd, że habilitowani są jedynie doskonałymi. Natomiast profesorowie zarówno doskonałymi jak i wybitnymi. Stąd widać, jak zmiana nazwy wpływa na postrzeganie roli i statusu naukowców.

        Dalej pisze pan, cytuję: „Ważne jest aby naukowiec nie kończył badań po zaspokojeniu swojej ciekawości i wyjaśnieniu oraz opisaniu "mechanizmów zachodzących w świecie" ale zastanowił się również nad popularyzacją wyników i ich społecznym wykorzystaniem.” Trudno mi wyobrazić, co ma wspólnego popularyzacja osiągnięć, na przykład, w naukach ścisłych, z ich wykorzystaniem społecznym. Co do wykorzystania społecznego odsyłam do ~januszmaj 24.11.2025 18:12.

        • ~Alek Rachwald 10.12.2025 09:34

          Swego czasu w gronie kolegów studentów - biologów kończących studia na naszym wydziale w Gdańsku, wprowadziliśmy w celach rozrywkowych tytuł honorowy "docent, mistrz, geniusz", w skrócie DMG. Do dzisiaj paru z nas tak wówczas nazwanych się uchowało w nauce i tak sobie myślę, w czym to jest gorsze od tych wszystkich doskonałości i wybitności, które wprowadzono całkowicie serio.

        • ~Grześ 30.11.2025 16:19

          Faktycznie trudno mi sobie wyobrazić, że polski naukowiec może być doskonały i jednocześnie nie być wybitny i to wszystko w kontekście np. braku nagrody Nobla dla Polaka w dziedzinie nauk ścisłych od czasów M. Skłodowskiej-Curie. Świadczy to tylko o zadufaniu i megalomanii polskiego środowiska naukowego, bo raczej otrzymanie tej nagrody pozwala na określenie naukowca mianem doskonały/wybitny. Nadmienię, że w Polsce mamy obecnie ok. 9,7 tyś. doskonałych/wybitnych profesorów tytularnych i ponad 21 tyś. doskonałych dr hab. i gdyby każdy z nich faktycznie posiadał osiągnięcia na skalę światową to Polska byłaby potęgą naukową, a raczej tak nie jest.
          Natomiast bardzo łatwo mogę sobie wyobrazić popularyzację i wykorzystanie społeczne osiągnięć nauk ścisłych w przykładach przedstawionych przez ~januszmaj 24.11.2025 18:12. Otóż, cytuję "Po co społeczeństwu wiedza o istnieniu egzoplanety na którą nigdy nie polecą? Po co społeczeństwu wiedza o historii 13-wiecznej ameryki południowej? Zero utylitarności i społecznej wartości. Zostaną tylko wydziały Chemii, Fizyki, Mechaniki i Inżynierii, no może jeszcze zakłady matematyki i kilka innych tworów. Niech autorzy tego stwierdzenia zadadzą sobie pytanie jaki jest główny cel nauki, Pan Marcin wielokrotnie to na tym forum przypominał, ale jak widzę, nie do wszystkich to dociera." Zarówno spopularyzowany materiał o egzoplanecie jak i historii 13-wicznej Ameryki Południowej można opublikować (sprzedać) np. w miesięczniku National Geographic. Oni chętnie taki materiał przyjmą (proszę spojrzeć na zakres tematyczny), a czytelnicy przeczytają. Wbrew pozorom ciekawość wiedzy w społeczeństwie jest wciąż duża. Tak jak już pisałem, moim zdaniem, każdy efekt badań naukowych, również tych o charakterze "czystych" badań podstawowych, po odpowiednim spopularyzowaniu może być przydatny społecznie i wydaje mi się że z tym stwierdzeniem zgodził się przywołany tu Pan Marcin ~Marcin Przewloka 29.11.2025 23:57.

    • ~Fidelio 27.11.2025 23:23

      Jest taka często powtarzana teza, że reformy były dobre, tylko manipulacje przy nich złe. Ja się z tym nie zgadzam. Proszę sobie w sercu porównać, nawet te "wiadomo, że najlepsze" uczelnie, powiedzmy, z przełomu wieków, z najenergiczniejszym i najbardziej entuzjastycznym ośrodkiem prowincjonalnym dziś, gdzie trzaska się punkty w spółdzielni z kolegami z innych miast w komiksach za 200 punktów. No jednak to nie umiejscowienie i nazwa ośrodka, ale upływ czasu najwięcej chyba szkodzi. Trzeba pamiętać, że patologie związane z bibliometrią są zjawiskiem globalnym. Nacisk na bibliometrię miał cień sensu w czasach, gdy powstał, bo teoretycznie pozwalał się rozwinąć zdolnym, ale spoza układu. Jednak rozpoczynał się od informacji a priori, niejako zewnętrznej w stosunku do systemu, tj. od tego, że rzeczywiście było wiadomo, jakie czasopisma są najlepsze. Jeśli wskutek działania systemu zepsucie dotyka czasopism, to system się domyka - przy niskim poziomie - i traci sens.
      Co do prawdziwych celów reformy - myślę, że ciąg rozumowania zaczynał się jednak od tego, żeby podzielić mało pieniędzy. Kudrycka dużo mówiła o konkurencyjności, może i w to wierzyła. To, że mają dostać swoi nie jest wcale sprzeczne z postulatem dzielenia biedy, ale raczej wtórne. Zresztą ciężko jest przydzielać swoim sterując zasadami systemu, przepisami. Na ogół takimi manipulacjami się przestrzela. Przydzielanie swoim łatwiej niż za pomocą przepisów można zrealizować za pomocą, nazwijmy to, aktów władczych indywidualnych. Przepisy muszą co najwyżej tworzyć mętną wodę - i tu bym raczej szukał, np. w konstrukcji systemu grantowego.
      PS. Słowo "doskonałość" rzeczywiście chyba Gowin zaimportował, ale duch tego groteskowego sformułowania unosił się nad nauką polską już od dobrej dekady.

      • ~PŻ 28.11.2025 09:02

        Do ~Fidelio 27.11.2025 23:23. W pierwszym zdaniu napisał pan znana od stuleci formułę: „Baciuszka Car dobry, tylko bajare złe”. Dalej pisze pan, cytuję: „Co do prawdziwych celów reformy - myślę, że ciąg rozumowania zaczynał się jednak od tego, żeby podzielić mało pieniędzy.” Panie, nie znasz lub nie chcesz pan znać historii parametryzacji. Pierwsza parametryzacja została ogłoszona w roku 1998. A przed nią, kto by mógł pomyśleć, również dzielono małe pieniędzy. To znaczy teoria, propagowana przez autorów raportu i podchwycona przez pana, nie jest zgodna z rzeczywistością. Jest taka zasada, że jeżeli teoria nie zgadza się z praktyką, to teorię należy wyrzucić do kosza. Niech pan oraz inni zwolennicy takiej teorii to zrobią. Następne świadectwo braku wiedzy o historii parametryzacji. Kudrycka została ministrem 10 lat po wprowadzeniu parametryzacji. To ona akurat, jako pierwsza, zaczęła grzebać przy jej „udoskonaleniu”. A dalej już wszystko zgadza się z pana rozumowaniem. Po co „udoskonalała”? Żeby zabrać część kasy, załóżmy, takim uczelniom jak z Zielonej Góry, Opola czy Lublina i przekazać ją, na przykład, do Warszawy lub Krakowa. Bo tam, jak wiadomo, są najlepsi. A w roku 2018 poszli na całość. Żeby wszyscy byli zadowoleni, ponad 90% rad dyscyplin uzyskało B+ i więcej i otrzymało uprawnienia habilitacyjne. A dla tych, o których z góry wiadomo, że są najlepsi, są A+ oraz IDUBy.

        Przy okazji odniosę się do pana komentarza ~Fidelio 27.11.2025 20:18. We Francji jest jedna uczelnia – kuźnia kadry rządzącej. Absolwenci innych uczelni mają prawie zerowe szanse kariery w rządzeniu. Podobnie w Wielkiej Brytanii. W USA, ze względu na ich dużą ludność, jest kilka takich uczelni, w tym i Stanford. Oni nie ściągają abiturientów. Kandydaci na studia wiedzą, że żeby dostać się do elity rządzącej, muszą skończyć taką uczelnię. I sami pchają się do niej. I słono płacą. Bo to jest inwestycja w przyszłość oraz gwarancja wielokrotnego zwrotu kosztów, poniesionych w czasie studiów. Panie, jeżeli nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi, jak w przypadku, na przykład, Stanfordu, to na pewno chodzi o przyszłe ogromne pieniądze.

        • ~Fidelio 29.11.2025 16:09

          Kudrycka nie zaczęła parametryzacji, ale rozdmuchała pojęcie konkurencyjności, które dla mnie jest kluczowe dla wilczej konstrukcji tego systemu: można przydzielać dowolnie małe środki i robić to głupio i niesprawiedliwie, ale pod pozorem organizowania równego współzawodnictwa według obiektywnych reguł, i każdemu poszkodowanemu powiedzieć, że widać nie był dość dobry, dość doskonały, skoro to współzawodnictwo przegrał. Ona zresztą utworzyła NCN.
          Czy jej reforma była raczej rodzajem kontry na wcześniejsze posunięcia w walce nasi - nie nasi, czy odrębnym, przemyślanym, lisim działaniem dla dzielenia coraz większej biedy? Zostawię rzeczywiście drobiazgową analizę historyczną tym, którzy to lepiej ode mnie wiedzą, tym bardziej, że jest to dyskusja o intencjach, zawsze trudna. Z tym, że układy i układziki kwitną w najlepsze w tym "obiektywnym" systemie, doprawdy nie zamierzam polemizować, wszyscy mamy oczy.

  • ~PŻ 27.11.2025 13:21

    Podziwiam wiarę niektórych naukowców w wolny rynek. Szanowni Państwo, o czym wy mówicie i piszecie! Obecny „wolny rynek” polega na tym, że fortuny, które przeważnie pochodzą od „dziada, pradziada” rosną znacznie szybciej, niż produkt brutto państwa, w którym mieszkają lub całego świata. Owszem, zamożność pozostałych 99% również powoli rośnie. Ale tej czołówki, to znaczy 1% - rośnie wielokrotnie szybciej. Bo nie mogą pozwolić, na razie, żeby tym 99% żyło się co raz to gorzej. Główna zasada działania „wolnego rynku” polega na zwiększeniu zysku. Przykłady „wolnego rynku” w edukacji, w tym i w szkolnictwie wyższym, również są znane i szeroko opisywane. Na przykład, dyplom MBA zamiast w ciągu 2 lat można było uzyskać w kilka miesięcy. Czysty zysk zarówno dla uczelni prywatnych jak i dla osób, zarządzających wydawaniem dyplomów. Tak działał (działa?) „wolny rynek”. Jest wiele zawodów, w których wykształcenie jest obowiązkowe – lekarze, prawnicy, projektanci, geodeci i wiele innych. Czy któryś z was zaryzykował by mieszkać w budynku, zaprojektowanym przez „fachowców”, którzy w ciągu roku „ukończyli” kierunek Budownictwo? Lub leczyć się u „lekarza” po roku „studiów”?
    W dyskusjach czasami przytaczają informacje, że, na przykład, Budżet Stanford University za zeszły rok wyniósł 9,7 mld $. Zapominają przy tym, że ściąga on z całego świata najbogatszych. Owszem, są tam i studenci, którzy nie płacą, a nawet dostają stypendia. Ale jest ich kilka procent. Proporcja odwrotna do zasobności rodziców.

    • ~Fidelio 27.11.2025 20:18

      Można mieć różne opinie o wolnym rynku, ja tu nic nie przesądzam, ale przynajmniej to spójny konstrukt. Natomiast wyjmowanie z niego elementu (konkurencyjności) i przypinanie tam, gdzie nie pasuje, to tworzenie oksymoronu (konkurencyjność w ubieganiu się o punkty, które przydziela państwowy urzędnik), który raczej nie będzie sprawny.
      A Stanford, cóż, ściąga najbogatszych, ale dlaczego ściąga? Bo tam przyjdą.

  • ~Przemo 27.11.2025 10:21

    Autorzy opracowania piszą, że ludzie woleli w latach 90-tych kupować z grantów sprzęt niż płacić za pracę czy wykonać potrzebne remonty. Mam pewne wątpliwości co do tego czy "woleli'.
    Wtedy w projektach pisało się jaki sprzęt się zamierza kupić, a kiedy się nie zamierzało to podobno grantu się nie dostawało. Przedstawiciele chwalili się, że mają swoich ludzi w KBN od pilnowania ich sprzedaży. Czy tylko się przechwalali? Nie jestem pewien. Jeśli nie - granty dostawali ci, którzy się takiego mechanizmu nie brzydzili, albo faktycznie akurat sprzętu potrzebowali.
    Do dziś nikt w Polsce nie sprawdza czy określone firmy nie sprzedają jakoś więcej niż inne i czy kupowany sprzęt jest faktycznie potrzebny i wykorzystywany. To poważny BŁĄD. Nie tylko w nauce, w służbie zdrowia także warto sprawdzać wykorzystanie kupowanego sprzętu. Na zachodzie się sprawdza i pewnie nie bez przyczyny.

    • ~sdf 28.11.2025 21:11

      Proszę Cię. Aktualnie kupienie z grantu NCN jakiegokolwiek sprzętu jest praktycznie niemożliwe. Bo większość naprawdę potrzebnego sprzętu kosztuje znacznie powyżej dziwacznego limitu 0,5 mln. A nawet, jeśli kosztuje mniej, to "eksperci" kręcą nosem, dlaczego i czy nie można było zlecić analiz. Można było, tyle że wyniki byłyby niewiele warte, z bardzo różnych względów. Ale to już "ekspertów" zbytnio nie interesuje.

      • ~Przemo 30.11.2025 23:17

        Do sdf:
        Nie odnoszę się do NCN. Tak czy inaczej stopień wykorzystania sprzętu zakupionego za pieniądze podatnika należy monitorować, a tego nadal się nie robi. Zdaję sobie także sprawę z tego, że mamy wiele innych, równie poważnych problemów, z którymi sobie nie radzimy.

      • ~Profesor PAN 29.11.2025 13:19

        Czyli ekspert (z NCN) to z definicji ktoś, kto się nie zna? Ciekawe.

        • ~sdf 29.11.2025 22:09

          Oh well.

  • ~Majorana 25.11.2025 19:14

    Uniwersytet Pomorski (PISmorski):w Słupsku. W latach 2021-2024 uzyskał 7! uprawnień habilitacyjnych! Jak? Ręczną metodą Mullera-Czarnka. W rezultacie przekształcono Akademię Pomorską w Słupsku w najsłabszy uniwersytet w kraju ( m.in. bez wydziałów) a ta sama osoba pełni funkcję rektora trzecią kadencję.. Czwartą zapewne tez.. i mamy zabetonowanie towarzysko-personalnego układu na 16 lat! (2016-2032)

  • ~StaryZgred2012 25.11.2025 13:16

    No, nareszcie rzetelne opracowanie, a nie jedynie propagandowe bicie piany. Wątpię, aby zalecenia zostały zmaterializowane, ale od tego raportu już żaden minister nie może udawać nieświadomości.

  • ~kk 25.11.2025 07:45

    Co tu gadać. Wystarczy porównać polskich i izraelskich naukowców i wszystko jasne.
    A jakieś raporty to bełkot mokradeł. A co było przed latami 90-tymi. Co ? Było super ?

  • ~PKB_i_EmGie 25.11.2025 07:40

    O czym ta dyskusja.......

    1) Na naukę w kraju przeznaczamy ~1% PKB - wstyd na CAŁY ŚWIAT !!!

    2) Budżet uczelni nie wynika z osiągnięć uczelni, a jest tylko rozmazywaniem problemów ośrodków bez studentów i osiągnięć - w 2025 obowiązywał tunel subwencji 101-105%, a w 2026 (na wniosek ministra EmGie, gdyż jego uczelnia przełożyła ponad 10% badaczy w 2024 na dydaktyków, aby mieć lepszy wynik w ewaluacji - pamiętajmy katastrofę jego uczelni w poprzedniej ewaluacji gdzie minister PCz w nocy poprawił ręcznie ponad 65%! ocen dyscyplin tej uczelni [wystarczy porównać listę KEN i końcowy wynik] - i teraz budżet tej uczelni szwankuje ....) tunel ma być dla każdej uczelni 101%....... BARDZO sprawiedliwe = gratulacje dla Ministra ! = zakładam się, że jego uczelnia osiągnie teraz same A+ oraz będzie najlepsza w konkursie IDUB = konkursie, która najlepiej obieca - bo o tym jest ten konkurs .....

  • ~Przemo 25.11.2025 00:28

    Bardzo ciekawe opracowanie - wskazanie błędów w założeniach reform, z których nie zdajemy sobie sprawy pobieżnie śledząc to, co się w danym czasie dzieje. Autorzy nie dostrzegają jednak tego, że badania stosowane są potrzebne nie tylko przedsiębiorstwom, ale także państwu. Przykład pierwszy z brzegu lecz niezwykle istotny, np. FDA działa dla państwa.
    W Polsce diagnostyka medyczna i genetyczna jest słaba - opiera się tylko na rynku, a ten jest rynkiem raczej ubogiego społeczeństwa, a z każdym produktem jest tak, że początkowo jest drogi, ale kiedy zaczyna się produkcja masowa - tanieje. Jeśli państwo poniesie koszty pierwszego etapu, zarobi w podatkach więcej niż wydało, lecz nieco później.

  • ~Profesor PAN 24.11.2025 22:24

    Co za bzdury... Za niedofinansowanie nauki odpowiadają ci, co woleli kasiorkę wydać inaczej, już nie będziemy dociekać jak. Czy wszystkie rządy po roku 1980 bez jednego wyjątku.

  • ~Fidelio 24.11.2025 18:54

    Wiele tez raportu, zwłaszcza w zakresie diagnozy, mi się podoba. Cieszę się, że ktoś myśli podobnie, jak ja.
    Z tym Kulczyckim to rzeczywiście ciekawa rzecz, nie pamiętam, aby pan profesor, który z ewaluacji uczynił tematykę swoich badań, stawiał tak radykalne tezy, raczej wolał jakiś aspekt analizować na danych statystycznych i wykresach. No ale ostatecznie raport ma swoich autorów, kierownik kierownikiem i recenzent recenzentem.
    Dodam, że z tą państwową konkurencyjnością zawsze jest kłopot co najmniej semantyczny. Póki państwo płaci i wybiera, komu więcej a komu mniej, nie jest to do końca konkurencja taka, jaką znamy z rynku. Gdyby uczelnie finansowały się same, tj. z czesnego, umów rynkowych i przez sponsorów, byłoby to jednak co innego, tak jak jest, faktyczna konkurencyjność jest mocno okrojona.

  • ~januszmaj 24.11.2025 18:12

    "potrzebę odejścia od taniej, ilościowej ewaluacji na rzecz jakościowej oceny społecznej wartości badań"

    Kolejne piękne słowa humanistów nie mających pojęcia o nauce. Jeżeli mamy stosować takie kryterium (społeczna wartość badań) to od razu możemy zamknąć wszystkie wydziały/katedry/zakłady chociażby Astronomii lub Historii tamtego czy siamtego. Po co społeczeństwu wiedza o istnieniu egzoplanety na którą nigdy nie polecą? Po co społeczeństwu wiedza o historii 13-wiecznej ameryki południowej? Zero utylitarności i społecznej wartości. Zostaną tylko wydziały Chemii, Fizyki, Mechaniki i Inżynierii, no może jeszcze zakłady matematyki i kilka innych tworów. Niech autorzy tego stwierdzenia zadadzą sobie pytanie jaki jest główny cel nauki, Pan Marcin wielokrotnie to na tym forum przypominał, ale jak widzę, nie do wszystkich to dociera.

    • ~Marcin Przewloka 29.11.2025 23:57

      @januszmaj

      Nie mogę być oczywiście pewien, czy w swoim komentarzu ma Pan na myśli moją osobę.
      Jeśli tak (ale nawet jeśli nie), chciałbym krotko skomentować.

      Bardzo dziękuję za czytanie moich postów.
      Nie mogę się jednak zgodzić z tym, że badania w naukach, których wyniki mają małą szansę na szybką komercjalizację, mają również niską "społeczną wartość". Szanując poglądy innych, ja osobiście mam na ten temat inne zdanie.

      Mianowicie chciałbym zwrócić uwagę na to, że poznawanie świata ma dla cywilizacji i kultury naszego gatunku wielką wartość. Nie jestem pewien, czy jest to dobre porównanie, ale wydaje mi się, że działa to mniej więcej tak, jak sztuka. Po prostu nasz gatunek, aby się dobrze rozwijać, aby czuć potrzebę istnienia, aby w pełni czerpać z życia, potrzebuje szeregu nie-komercyjnych wartości, takich, jak literatura, teatr, kino, czy też właśnie wiedza. Na przykład, jeden z kierunków, który trudno nazwać komercyjnym, to pytanie, czy jesteśmy sami we wszechświecie. Wiedzę na ten temat trudno skomercjalizować, jednak czy ludzie nie chcieliby poznać odpowiedzi na to pytanie? "Społeczna wartość" badań w tym kierunku jest naprawdę bardzo duża.
      Drugi, już nieco bardziej przyziemny powód na istotność i wagę takich badań, to tworzenie warsztatu pojęciowego, nowych metod oraz źródło inspiracji dla nowych, już daleko bardziej komercyjnych i aplikacyjnych badań. Na przykład, w czasie budowy satelity, którego zadaniem jest mało-komercyjne poszukiwanie życia poza naszą planetą, może powstać mnóstwo innowacji mających bezpośredni wpływ na badania aplikacyjne.

      Innymi słowy, chciałem powiedzieć, że nie istnieją badania, które nie mają żadnej "społecznej wartości". O ile tylko są poprawnie przeprowadzone.

      • ~januszmaj 30.11.2025 22:00

        "Nie mogę się jednak zgodzić z tym, że badania w naukach, których wyniki mają małą szansę na szybką komercjalizację, mają również niską "społeczną wartość". Szanując poglądy innych, ja osobiście mam na ten temat inne zdanie."

        I ja tak nie twierdzę, mój komentarz był nieco ironiczny (mogła mi ta ironia nie wyjść), bo jak sam Pan wie, nigdy z góry nie wiadomo jakie będą efekty badań podstawowych.

        Chodzi mi raczej o to, że społeczna przydatność badań będzie tak rozymytym i trudnym do stosowania kryterium (w ujęciu ilościowym), że niezbyt widzę sens jego stosowania. Pomijam już aspekt ekspercki takiej oceny, kto ma decydować co jest społecznie przydatne?

        "Innymi słowy, chciałem powiedzieć, że nie istnieją badania, które nie mają żadnej "społecznej wartości". O ile tylko są poprawnie przeprowadzone."

        Dokładnie. Więc jeżeli ocena tej społecznej przydatności ma być jakościowa a nie ilościowa, to ja osobiście nie widzę sensu jej przeprowadzania. Bo każde badania naukowe są społecznie potrzebne, to właśnie dzięki nim jesteśmy tak rozwiniętą cywilizacją. Więc kryterium, w którym wszyscy dostają taką samą ocenę jest nikomu nie potrzebne.

        • ~Marcin Przewloka 30.11.2025 23:57

          @januszmaj

          Przepraszam za moją siermiężność, nie zauważyłem ironii. I dzięki za wyjaśnienie.

          Są obecne w ewaluacji brytyjskiej tzw. ‘impact cases’ gdzie naukowcy pokazują, jak ich badania zmieniają coś w życiu społecznym, ale to nie znaczy, że inne badania podstawowe, te które nie są uwzględnione w ‘impact cases’, mają „niską przydatność społeczną”.

  • ~Też Niedoskonały 24.11.2025 14:59

    Fun fact: recenzentem raportu i jednocześnie kierownikiem Pracowni Komunikacji Naukowej UAM (komórki, w której raport powstał) jest jedna i ta sama osoba, co trochę pachnie konfliktem interesów. A osobą tą jest pan nieprofesor Emanuel Kulczycki, który nam wszystkim jeszcze niedawno tłumaczył, że najlepsza jest ewaluacja bazująca na wykazie czasopism, który będzie po prostu listą czasopism indeksowych w Scopusie :D Cel wyznaczony przez Elsyfiera został osiągnięty.

  • ~Alek Rachwald 24.11.2025 14:45

    Doskonałość nie istnieje, również naukowa. Wiarę w "doskonałość" lokuję w kategoriach wierzeń religijnych.

    • ~Profesor PAN 30.11.2025 23:38

      Bo to złe tłumaczenie scientific excellence. Lepszym byłoby najwyższy poziom badań.

      Dlaczego nie stać nas na profesjonalnych tłumaczy?

    • ~StaryZgred2012 25.11.2025 13:18

      > Doskonałość nie istnieje, również naukowa.
      > Wiarę w "doskonałość" lokuję w kategoriach
      > wierzeń religijnych.

      Oczywiście, że nie istnieje. To jest tylko kretyńskie, klasyczne w kategoriach kultu cargo, przeniesienie nazewnictwa zachodniego na nasz grunt. Określenie wykorzystane do manipulacji socjotechnicznej: ci politycznie umocowani, więc i dofinansowani, są doskonali, bo są dofinansowani. A ci pozostali widocznie nie są doskonali, zatem ich bieda nie jest patologiczną cechą systemu, ale winą samych biedaków. Ot, takie typowe kłamstwo politycznych turbolibków.

      • ~Grzegorz L 28.11.2025 11:33

        Dlatego piękne hasło "wspieramy najlepszych by byli jeszcze lepsi" należy uzupełnić o drugi człon "dokopiemy dobrym, aby do tych najlepszych nie dołączyli". Wtedy będzie jasne, dlaczego granty trafiają tylko do wybrańców.

        • ~sdf 28.11.2025 21:20

          Uważni czytelnicy listy przyznanych grantów NCN znajdą na niej kilka ciekawych nazwisk. Mnie zastanawia, jak to jest, że znaczna część grantów NCN jest rozliczana publikacjami w pismach bardzo przeciętnych. A jednocześnie ludzie, którzy tych grantów nie dostają, później publikują w pismach znacznie lepszych, choć musieli swoje pomysły drastycznie okroić przy braku finansowania. I jak już opublikują, to i tak kolejnego grantu nie dostaną, bo przecież nie kierowali grantem. A że publikowali dobrze? Cóż, nikogo to nie obchodzi. Ten system jest, niestety, przegniły do szpiku kości. Jakość opinii ekspertów i recenzji jest dramatycznie niska. Jest, bo ocenia trzeci czy czwarty garnitur naukowców spoza Polski. A jest tak, bo pierwszy i drugi garnitur nie ma na to czasu. Realnie, oceniają ludzie słabsi naukowo, niż wielu wnioskodawców.

          • ~Grzegorz L 28.11.2025 23:08

            NCN twierdzi, że ocena dorobku i historii grantowej PI jest tylko małym ułamkiem całościowej oceny projektu. Rozważmy jednak sytuację, gdy dwa projekty są na tyle samo punktów ocenione przez ekspertów. Wtedy staje się czynnikiem decydującym. Gdy PI 1 ma rozliczone dwa projekty, a PI 2 żadnego, panel automatycznie przyznaje finansowanie PI 1, a drugi dostaje bana na rok. Za rok PI 1 wygra jeszcze bardziej, bo ma dwa projekty rozliczone i jeden w trakcie, a PI 2? Znów dostaje bana, bo nie może niczym się pochwalić. I tak się to nakręca. Wyjściem byłoby dawanie ekspertom do oceny samego anonimowego projektu, przynajmniej na pierwszym etapie.

            • ~Grześ 29.11.2025 22:08

              A wystarczyłby prosty zapis w regulaminie NCN, że aby można było ubiegać się o kolejny (np. 3) grant NCNu należy uprzednio rozliczyć projekt europejski np. ERC. Ale by się grupa seryjnych grantobiorców NCNu przerzedziła.

            • ~sdf 29.11.2025 13:00

              Otóż to. Jakoś ten system działał, gdy współczynnik sukcesu był na poziomie 20-25%. Ale teraz? Mamy sporą grupę wiecznych beneficjentów systemu, którzy są "doskonali", bo już kiedyś kierowali grantem NCN. Przecież to absurd. Opublikowana wczoraj lista przyznanych Opusów dość jasno pokazuje skalę problemu. Pokazuje także, że wątpliwości co do wiarygodności publikowanych danych nie przeszkadzają w otrzymaniu kolejnych paru baniek z budżetu państwa.

              • ~Hubert Wojtasek 29.11.2025 18:18

                Taaa, odporność NCN na uczenie się jest porażająca:
                ST7, Innowacyjne hydrożele przewodzące o dwukontinuistycznej strukturze jako przełom w bioelektronice, dr inż. Mohsen Khodadadiyazdi, Politechnika Gdańska, 1 978 200
                https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S1385894724073777?via%3Dihub
                ST8, Badania nad nową generacją procesów degradacji zanieczyszczeń środowiska, dr hab. inż. Grzegorz Piotr Boczkaj, Politechnika Gdańska, 2 060 580
                https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0013935123019965?via%3Dihub
                https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0013935123010447?via%3Dihub
                Ile jeszcze retrakcji muszę spowodować, żeby ktoś tu się wreszcie obudził? Tylko, że ja się już nie wyrabiam. Jestem w stanie zanalizować jeden artykuł tygodniowo. W takim tempie wielu z nich je pisze. Ja jestem jeden a ich są setki. Skuteczność doprowadzenia do retrakcji wynosi mniej więcej 10%, bo te osoby mają silne umocowania w redakcjach wielu "renomowanych" czasopism, np. takich jak STOTEN. Oczywiście, osób, którym jeszcze trzeba udowodnić przekręty, jest na tej liście znacznie więcej. To pokazuje ile dziesiątek milionów rocznie jest i będzie marnowanych.

                • ~sdf 29.11.2025 22:22

                  To jest, niestety, walka z wiatrakami. Takich ogólnikowych pitu pitu w modnych tematach było tam więcej, niż tylko te dwa projekty (zabawne, że oba z jednej, IDUBowej uczelni). Zwracam także uwagę, że w zasadzie to powinny być projekty wdrożeniowe, a nie projekty w zakresie badań podstawowych. Ale autorzy doskonale wiedzą, że wdrożenia nigdy nie będzie, bo to się nie uda. Moje obserwacje są takie, że liczne grono "ekspertów" jest niesłychanie wręcz podatne na taki bełkot. Innowacja, przełom, nowoczesność. A to mówi wiele o jakości zatrudnianych "ekspertów".

              • ~Fidelio 29.11.2025 17:01

                I do czego to doprowadzi? Chyba do degeneracji takiej, że naukowiec, a w Polsce najszybciej, zacznie być przez społeczeństwo uważany za głupca stojącego intelektem poniżej przeciętnego hydraulika, co będzie zresztą prawdą. I wtedy będziemy musieli zaczynać wszystko od nowa. Szkoda, że będzie to proces trwający dziesięciolecia. Nie wszyscy dożyją, nie wszyscy zobaczą to przed emeryturą.

  • ~Niedoskonały Naukowiec 24.11.2025 13:08

    To nie KBN jest odpowiedzialny za stworzenie dyskursu doskonałości naukowej.