Trzecia dekada XXI wieku to czas zmiany zasad gry. Świat coraz wyraźniej zmierza ku wielobiegunowości i nie dotyczy to wyłącznie polityki międzynarodowej, ale również nauki i mobilności akademickiej. Jednym z jej najbardziej wymiernych przejawów jest rosnąca konkurencja o naukowców, studentów i talenty.
Kiedy w lipcu tego roku laureat Nagrody Nobla z chemii prof. Omar M. Yaghi ogłosił, że rezygnuje z etatu w Berkeley, by poprowadzić nowo utworzone centrum badawcze na Tsinghua University w Pekinie, skupiające się na zastosowaniach sztucznej inteligencji w tworzeniu nowych materiałów, niektórzy potraktowali to jako moment przełomowy. Wcześniej nie zdarzało się, by noblista w pełni sił twórczych rezygnował z najlepszych amerykańskich uniwersytetów na rzecz uczelni w Chinach. Pojawiały się wprawdzie w ostatnich dwóch latach informacje o transferach kilkudziesięciu prominentnych naukowców z USA do ChRL, ale dotyczyło to wyłącznie osób o chińskim pochodzeniu. Przykład prof. Yaghi to symptom szerszej zmiany, demonstrujący, że chińska nauka może oferować konkurencyjne warunki prowadzenia badań także dla badaczy niezwiązanych osobiście z Państwem Środka. Nie chodzi wyłącznie o wynagrodzenie i prestiż uczelni. O wyborze miejsca pracy decydują też dostęp do infrastruktury badawczej, zbiorów danych i możliwość prowadzenia ambitnych projektów, przy zapewnieniu stabilnego wieloletniego finansowania.
Chińska Republika Ludowa od lat strategicznie i długofalowo inwestuje w naukę i przynosi to wymierne efekty. Chiny przeznaczają ok. 2,8 proc. swojego PKB na badania i rozwój i nakłady te mają dalej rosnąć. W najnowszej edycji World University Rankings, przygotowanego przez Times Higher Education, siedem chińskich uniwersytetów znalazło się w pierwszej setce najlepszych na świecie, a jeśli policzymy również uczelnie z Hongkongu okaże się, że w pierwszej setce mamy aż 12 chińskich szkół wyższych (dla przypomnienia: najlepsze polskie uczelnie plasują się w szóstej setce). Chińska nauka przestała gonić Zachód – w wielu dziedzinach sama wyznacza kierunek.
Rosnąca atrakcyjność Chin to jednak tylko jedna strona medalu. Druga jest taka, że Stany Zjednoczone swoją obecną polityką naukową same osłabiają własną pozycję. Amerykańską National Science Foundation dotknęły poważne, sięgające kilkudziesięciu procent, cięcia budżetowe, a w konsekwencji wstrzymywanie grantów. Ograniczane są lub wręcz likwidowane znaczące projekty badawcze, jak choćby Ocean Observatories Initiative. Niemałe kontrowersje wzbudziło w kwietniu odwołanie całej, 22-osobowej Rady NSF, co rodzi obawy o dalszą niezależność naukową agencji. Swojego finansowania nie może być też pewny NIH (National Institutes of Health – również kilkudziesięcioprocentowe zmniejszenie budżetu). Z powodu cięć budżetowych, poczucia niepewności, a czasami także presji politycznej, nastroje badaczy pracujących w USA szorują po dnie i, jak pokazuje ankieta przeprowadzona przez „Nature”, nawet 3/4 z nich deklaruje, że rozważa wyjazd ze Stanów Zjednoczonych.
Błędem byłoby ograniczenie oglądu opisywanej zmiany paradygmatu wyłącznie do rywalizacji USA-Chiny. Nie chodzi wyłącznie o przesunięcie siły między dwoma mocarstwami. Coraz więcej państw, w tym krajów Globalnego Południa, traktuje naukę jako instrument budowania własnej pozycji międzynarodowej. Spektakularnym przykładem są Indie, zmęczone rolą największego na świecie eksportera talentów netto. Znane z doskonałej edukacji wyższej STEM, zaczęły eksportować ten model, otwierając w różnych zakątkach globu filie słynnych IIT (Indian Institute of Technology). I tak, IIT Madras ma kampus na Zanzibarze, IIT Delhi – w Abu Dhabi, a IIT Bombay stawia właśnie pierwsze kroki w… amerykańskim stanie Nowy Jork.
Mobilność studencka także obfituje w nowe trendy. Zaostrzenie polityki wizowej w krajach anglosaskich sprawia, że w kalkulacjach młodych ludzi i ich rodzin wyjazd do USA, Wielkiej Brytanii czy Australii staje się kosztem obarczonym nadmiernym ryzykiem. Największe spadki odnotowuje niekwestionowany do niedawna champion, czyli USA. W nadchodzącym roku akademickim 2026/27 w Stanach Zjednoczonych studiować będzie o ok. 10 proc. mniej cudzoziemców niż przed rokiem, przy czym spadek w ramach nowych naborów wyniesie nawet do 20 proc.
Dlaczego to warte odnotowania? Pamiętajmy, że mobilność studencka jest czymś więcej niż rynkiem usług edukacyjnych. To też jeden z mechanizmów, za pomocą którego państwa pozyskują przyszłych naukowców, ale też przedsiębiorców i wysoko wykwalifikowanych pracowników.
Jeszcze do niedawna największą grupę studentów zagranicznych w USA stanowili Chińczycy, tymczasem warto zauważyć, że coraz mniejsza liczba chińskiej młodzieży decyduje się na studia zagraniczne w ogóle (w 2025 roku było to 570 tys., w porównaniu z 700 tys. w rekordowym roku 2019), zaś ci, którzy wyjeżdżają, coraz częściej stawiają na bliższe kulturowo i geograficznie kierunki azjatyckie, takie jak Japonia, Korea Południowa czy Singapur.
Gdzie w tej układance jest Europa i Polska? Na poziomie politycznym Unia Europejska wydaje się rozumieć, że obecna sytuacja jest oknem możliwości i szansą na przyciągnięcie talentów badawczych, głównie ze Stanów Zjednoczonych, z którymi dotąd trudno nam było konkurować. Świadczą o tym inicjatywy poszczególnych państw – wymieńmy dla przykładu niemiecki Max Planck Transatlantic Programme, holenderski Tulp Fonds czy francuski Choose France for Science – jak i nowy program unijny Choose Europe for Science. Pierwszy nabór wniosków do niego ogłoszono w październiku zeszłego roku. Wiemy na razie, że w konkursie wybrano do finansowania 16 projektów, które mają być realizowane przez instytucje w 9 europejskich krajach. Nie ma wśród nich polskich jednostek.
Polską odpowiedzią jest realizowany przez Narodową Agencję Wymiany Akademickiej Program TOP200 im. Rudolfa Weigla, w którym w ramach pierwszego naboru wyłoniono właśnie 10 zwycięskich projektów.
Wszystkie te działania dopiero ruszają, stąd za wcześnie, by ocenić ich długofalową skuteczność. Widać już natomiast efekty zeszłorocznych zmian legislacyjnych dotyczących przyjmowania na studia w Polsce studentów zagranicznych: spadek umiędzynarodowienia szkolnictwa wyższego o jeden punkt procentowy w stosunku do minionego roku akademickiego. Jeden punkt procentowy może brzmieć niewinnie, dopóki nie uświadomimy sobie, że to pierwsze od dwudziestu lat odwrócenie trendu wzrostowego oraz że dopiero dane za rok 2026/27 ukażą nam faktyczną skalę problemu. Brak setek studentów zagranicznych odczują boleśnie budżety uczelni, ale i miasta, które w swoich strategiach rozwoju postawiły na budowę międzynarodowej społeczności akademickiej, jak Lublin czy Poznań.
W czasach, kiedy przełomowe technologie dramatycznie przyspieszają, a pozycja, jaką w ich rozwoju osiągnie dany kraj, determinować będzie jego pozycję globalną, konkurencja o talenty nie jest tylko sprawą poszczególnych uczelni. Staje się ważnym czynnikiem mogącym decydować o suwerenności państwa i przewadze strategicznej. I właśnie rosnąca rola państwa – pozytywna lub negatywna – jest najważniejszym wnioskiem, jaki można wysnuć z obserwacji dzisiejszych trendów.
W nowym wielobiegunowym świecie przewagę będą budować nie tylko państwa posiadające kapitał i surowce, ale również te, które potrafią przyciągnąć ludzi zdolnych tworzyć technologie. Kraje, które prowadzą spójną, długofalową politykę inwestowania w naukę i przyciągania talentów, wygrają. Błędy i zaniechania w polityce naukowej będą natomiast się mścić.
Globalne zmiany paradygmatu mają to do siebie, że nie znają litości dla tych, którzy prześpią swoją szansę. Broniący status quo i pogrążony w samozadowoleniu kolektywny Zachód nie może sobie pozwolić na ignorowanie sygnałów płynących z różnych stron świata. Czasu, by znaleźć się po stronie wygranych, Polska ma coraz mniej.
Agata Bader
Autorka jest ekspertką z wieloletnim doświadczeniem w obszarze akademickiej współpracy międzynarodowej i dyplomacji naukowej, pracuje w Instytucie Badawczym IDEAS
Gdzie jest Hubert W.????
I Marek W. ?
Bardzo fajny tekst, dziękuję. Wydaje mi się, że to jest dokładnie ta drogą, którą powinniśmy pokazywać jako środowisko - że nie tylko wyciągamy ręce po pieniądze, ale pokazujemy, dlaczego nauka jest ważna; i to właśnie używając argumentów czytelnych poza naszym środowiskiem - zwłaszcza dla politykow i ich wyborców.
Ważne są konkretne dane (tak jak tutaj), pokazujące jak nauka buduje fundament nie tylko pod postęp gospodarczy oraz obronność (nb. tych argumentów jest dużo ale często bez konkretów), ale także pod pozycję międzynarodową. Od pozycji naukowej, tak jak ekonomicznej i militarnej, będzie zależeć, kto - zawodnicy której ligi - będą z nami siadać do stołu.
Porównywanie nas do Chin jest śmieszne. Tam wyłożono olbrzymie pieniądze ale na wysłanie ludzi na zachód (do topowych ośrodków) i zapewnienie im warunków po powrocie. Mieli oni zatrudnienie, awans, pieniądze i władzę która ich wspierała. U nas wraca się na Uniwersytet, w którym rządzą ludzie, którzy nigdy na żadnym stażu nie byli, a za granicę to widzieli na wakacjach z okna autokaru. Nie mają żadnej wizji, wychowani wsobnie kultywują tą tradycję preferując swoich przy zatrudnieniu. Często to są jeszcze bardzo słabi naukowcy ale z bardzo licznymi linijkami w CV aktywności organizacyjnej. Jeżeli to się nie zmieni, żadne pieniądze nie uratują nauki, bo w Polsce naukę traktuje się jako przechowalnie dla słabaków.
@PO
Jeśli polska nauka w ogóle ma zaistnieć międzynarodowo, i jeśli ma ona coś znaczyć dla naszego przemysłu i ogólnie społeczeństwa, to to właśnie musi się zmienić. Reforma jakości jest kluczowa; ludzie, o których Pan/Pani pisze powinni być powoli (ale im szybciej, tym lepiej) eliminowani z systemu, zastępowani tymi, którzy potrafią prowadzić dobrej jakości, znaczące i liczące się w ich dziedzinie, badania naukowe.
Dziś w Chinach postdok zarobi dwukrotnie więcej niż w Niemczech i zdecydowanie mniej wyda na życie.
Tam nauka się rozwija, gdzie rozwija się gospodarka.
Dlaczego w Europie gospodarka rozwija się tak marnie? Kto zgadnie?
Głównie przez brak samowystarczalności surowcowej Europy.
Gospodarka oparta na surowcach jest przepisem na drugoligowość, a długofalowo na upadek. Nawiasem mówiąc, również Chiny nie są samowystarczalne surowcowo.
Surowce są i będą coraz bardziej istotne, ale również nie stawiałbym ich na pierwszym miejscu, na którym moim zdaniem znajdują się ludzie, tworzone przez ludzi prawo i instytucje oraz sposób działania ludzi i instytucji. Zbyt liczni generują koszty, kiedy tylko nieliczni generują przychody i jest im coraz trudniej, ponieważ system, który stworzyli dla najbogatszych ciągle podnosi im koszty produkcji. Produkcja ucieka do Azji, tam usamodzielnia się, unowocześnia, po czym wygrywa konkurencję ze swoim mistrzem, który popada w tzw. rentierską czarną dziurę. Coraz droższa ziemia, coraz droższe nieruchomości, coraz droższa ich dzierżawa i coraz wyższe podatki, które są uzasadnione tym, że państwa muszą utrzymywać coraz droższą infrastrukturę. Jak tak dalej pójdzie w Europie mieszkać będą mogli już tylko bankierzy drukujący pieniądze, ale kto te pieniądze jeszcze będzie chciał?
Pamiętajmy, ze nic nie nakręca gospodarki tak, jak optymizm konsumentów, którzy muszą wiedzieć, że za kilkanaście lat spłacą mieszkanie i będą mieli pieniądze na wykształcenie dzieci. Inaczej, produkcja i rynek dalej będą się zapadać.
"na pierwszym miejscu, na którym moim zdaniem znajdują się ludzie, tworzone przez ludzi prawo i instytucje oraz sposób działania ludzi i instytucji." Widać, że zwolennik prawa i to pod dyktando guru dziś rządzącego. Co tam nauka, prawo, no nie i to jak rozumie pryncypał. I tacy chcą naprawiać naukę. Widocznie naukę o siamtym owamtym, a nie o odkrywaniu nowych praw natury i ich wdrażaniu by poprawić komfort życia, zdrowie, pozyskiwanie taniej energii i przedłużyć życie ludzi a tylko widzi jak nabijać kasę dla kasty prawniczej i rządzących. Z takim prawem to tylko z torbami pustymi nas zostawią. Widzę, że gość jest od odwracania uwagi od tego co w nauce jest fundamentalne i nie jest realizowalne przez rządzących
Za pozwoleniem, niestety nie zrozumiałem tej wypowiedzi.
LoL
Cyt."Globalne zmiany paradygmatu mają to do siebie, że nie znają litości dla tych, którzy prześpią swoją szansę. "
20 lat temu zostałem ZMUSZONY do przespania swojej szansy. Dla ludzi w mojej dziedzinie nie było za bardzo miejsca na uczelni lub w PAN. Więc musiałem zainwestować dużo, naprawdę dużo czasu, pieniędzy i dobrej woli do przekwalifikowania się na informatyka, PO TO TYLKO, żeby móc prowadzić zajęcia z przedmiotów informatycznych dla studentów na uczelni, bowiem bez tego, etatu bym raczej nie dostał. Dzięki temu, mogłem kontynuować swoje badania z doktoratu i je rozwijać, ale zostało okupione DUŻYMI kosztami: ponad rok przerwy w działalności naukowej i wysiłek włożony w przetransformowanie się na programistę, analityka systemów i kandydata na kierownika zespołu rozwijającego oprogramowanie. A najbardziej w marnowaniu moich zasobów "zasłużyli się" dwaj opiekunowie mojego doktoratu, którzy ani nie skierowali mnie do innej grupy badawczej, ani nie zatrzymali w swoich grupach badawczych, bowiem nawet nie przewidzieli, że coś takiego będzie potrzebne.
Czy szanowna Autorka tego artykułu w ogóle JEST ŚWIADOMA takiego scenariusza MARNOWANIA najlepszych lat, i że inni (a jest ich wielu)m marnują swoje szanse w podobny lub inny sposób?
Kiedy już Pan przestanie żalić się prawie pod każdym postem na nieodpowiednią opiekę promotorów po obronie doktoratu? Za rączkę mieli Pana prowadzić? Jest Pan dorosłym człowiekiem. Postdoc się zdobywa, stypendium etc. Pracować, nie biadolić. Nikt nie ma łatwo.
Cieszę się, że jest pani wierną czytelniczką moich wypowiedzi. Proszę jednak zwrócić uwagę na to, że (nie)odpowiedzialność moich opiekunów doktoratu, to jedno, a PATOLOGIA w postaci konieczności przekwalifikowywania się na developera software'u, to drugie. Ta patologia NIE dotyczy wyłącznie mnie.
@komentator 2
Z Panem jest pewien problem. Tak po ludzku, to mi Pana trochę żal. Ale tej patologii to trudno mi dostrzec.
Może po kolei. W bardzo dawnych czasach w PRL-u, była taka praktyka, że człowieka najpierw przyjmowali do pracy na uczelni lub instytutu badawczego, a następnie on robił doktorat, niejako w ramach obowiązków służbowych (bez studiów doktoranckich). Miało to swoje dobre strony takie, że człowiek nie ryzykował z tematem, mógł liczyć na etat z tej dziedziny. A profesor prowadzący był panem i władcą i np. jak chciał to używał takiej osoby do wycierania nią podłogi. Czyli wszyscy mieli jakąś korzyść.
Ale na Zachodzie to tak nie działa. Ludzie uzyskują doktoraty w ramach studiów doktoranckich i z założenia jest ich znacznie więcej niż wolnych etatów do zdobycia. Więc trzeba się sporo starać (typu realizować postdoc-i) i mieć jednak trochę szczęścia, aby ten etat w swojej działce dorwać. Inni muszą się nieco przekwalifikować, a sporo osób ląduje w gospodarce. Tak to działa i wg mnie poszedł Pan wg tego schematu, czyli na razie ja nie dostrzegam patologii.
Gdzie pojawia się patologia w Polsce? Otóż doktorów kształci się często w dziwnych dyscyplinach i faktycznie nikt im nie mówi, że zdobycie stopnia dr absolutnie niczego nie gwarantuje. A ponadto polska gospodarka nie jest przygotowana, aby wchłonąć takie kadry. Czyli zmałpowaliśmy Zachód, ale nie do końca. Autostrada jest, tylko jakby w polu, niczego z niczym nie łączy. Co więcej cały system awansów jest oparty o publikacje i nikogo nie interesuje, czy ktoś prowadzi zajęcia dydaktycznie, czy robi tylko samą naukę. Więc mogę się z Panem trochę zgodzić, że został Pan w pewnym stopniu wystawiony do wiatru. Ale z Pana analizą tej sytuacji, to jednak trudno mi się zgodzić.
@ZM
Jeśli mogę dodać, to przejście od postdoka do stałej pozycji na Zachodzie to właśnie jest ta dramatycznie wąska "bottleneck", kiedy to większość odpada z nauki akademickiej. Na jedną pozycęe akademicka jest zwykle od kilkudziesięciu do kilkuset aplikacji.
Przy czym to "odpadanie" to nie jest wcale niekorzystne zjawisko. Trzeba pamiętać o tym, że w przemyśle, zwykle zarabia się znacząco lepiej, niż w akademii, jak również tam właśnie można swoje umiejętności w prowadzić bezpośrednio w życie, pracując nad praktycznymi rozwiązaniami, jeśli ktoś lubi taką właśnie perspektywę.
I jeszcze jedno: nie ma miejsca wolnego od patologii. Na uczelniach zachodnich nie jest trudno znaleźć szefów grup badawczych i promotorów doktoratów, którzy są beznadziejni, jeśli chodzi o wspieranie (w sensie rozwoju kariery zawodowej) ludzi u nich pracujących.
Tak, to prawdziwy cud, coś z niczego. Jak można marnować zasoby "marnowaniu moich zasobów”, których nie było, nie ma i nie będzie? Chyba że piszesz o zasobach z PZPR ?
Cyt."Jak można marnować zasoby "marnowaniu moich zasobów”, których nie było, nie ma i nie będzie?"
A co ty wiesz o moich zasobach? Daruj sobie te obraźliwe wywody. Ja na temat twoich możliwości nie wypowiadam się.
Rozumiem, starasz się wyprzeć z pamięci dawne czasy, nie przyznajesz się do byłych kolegów z PZPR ?
Gdy rozwiązywano PZPR, nie miałem nawet ukończonych 18 lat. Nigdy nie należałem do żadnej partii, podobnie jak moi Rodzice. Wystarczy ci?
Nie zgadza się. We wcześniejszych komentarzach na tym forum wypisywałeś (wejścia z pozycji "eksperta, który posiadł wiedzę wszelaką"; eksperci nazywają to jednostką L4), że gdy rozwiązywała się PZPR, załatwiłeś sobie już tytuł profesora i środowiskowe długi wdzięczności.
Ech, to nie autorka ma być czegoś świadoma, tylko politycy, w tym ci z obecnej opozycji, którzy tworzą programy wyborcze oraz kształtują świadomość społeczną.
Narzekania na konieczność przekwalifikowania się na "specjalistę od IT" od lat dochodzą od fizyków - trafiłem? Nie dziwmy się potem, że działające przez 20 lat perowskity można sobie namalować Zaczarowanym ołówkiem na papierze nawigacyjnym.
Nie wiem jak teraz, ale w moim pokoleniu lata pracy badawczej traciliśmy na konieczności dorabiania poza uczelnią, choćby korepetycjami. Nie wydaje mi się, by od tylu dekad coś się w tej materii zmieniło. No ale "publikujemy za 200", gonimy Zachód!
TAK, zgadza się, zajmuję się m.in. fizyką. Ale perowskitami nigdy się nie zajmowałem.
Rzecz w tym, że nikt jakoś tego problemu (tj. przymuszonego przekwalifikowywania się na branżę IT), nie podniósł w jednej z tych wielu debat, w trakcie których tak się ubolewa nad stanem polskiej nauki. No pewnie, przecież panią, czy pana prof. dr hab. filozofii, politologii, socjologii itp., którzy tam debatowali, to nie dotyczy, więc co tam... Ludzie, z których większość prawdopodobnie nie potrafiłaby napisać prostego programu np. w języku C, obliczającego silnię, ani narysować diagramu w UML, mają się często za bardzo mądrych i mających do powiedzenia więcej od tych, którzy są od nich niżsi stopniem naukowym, ale za to mają wiedzę z tematów, których tamci nawet nierzadko się nie domyślają. Tak działa ten IDIOTYCZNY system, a to wszystko jest "okraszone" cechami tego systemu, które wszyscy znamy, i o których była tu już wielokrotnie mowa.
Co do korepetycji, to sam się zastanawiam, czy ich nie wziąć, bowiem realia są takie, jakie są.
Cyt."Broniący status quo i pogrążony w samozadowoleniu kolektywny Zachód nie może sobie pozwolić na ignorowanie sygnałów płynących z różnych stron świata. Czasu, by znaleźć się po stronie wygranych, Polska ma coraz mniej."
Szanowna Pani Redaktor. W Polsce w samozadowoleniu są pogrążeni rektorowie i decydenci m.in. ministrowie, którzy nie raczą zauważyć, że swoje talenty MARNUJE wielu ludzi UZDOLNIONYCH w dziedzinach przyrodniczych i ścisłych. NIKOGO to nie rusza.
UWAGA: szansa dla polskich astronomów (warunek: muszą się przekwalifikować na astrologię). ;=) ;=)
Cyt. z artykułu Pawła Buczkowskiego (Wirtualna Polska) cyt. "84 tys. złotych wyda Urząd Marszałkowski Województwa Warmińsko-Mazurskiego na projekt "AstroLab – edukacja i ekspansja" realizowany przez astrologa z Ełku Roberta Marzewskiego. On sam wyjaśnia, że pieniądze nie posłużą mu na pisanie horoskopów, a naukę aż trzech języków obcych."
;=)
@dr-On
Dopowiem za Rzeczpospolitą:
"Instytut tworzy jedna osoba, Robert Marzewski, który za te pieniądze chce się nauczyć języków angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego, by w oryginale móc czytać książki o astrologii."
Dobre, może go jeszcze zatrudnią w MNiSW do przepowiadania przyszłości nauki polskiej... ;=)
Oby nie.
Marka Polska została niedawno wypromowana. Mission completed.
te marki to cały czas jakieś wtopy
Marka Polska
Marka pseudodziennikarzy z afery w ministerstwie prof. Kudryckiej...