System oceny nauki nie jest neutralnym narzędziem pomiaru. To co mierzymy, zaczyna bowiem organizować zachowania całego środowiska. Jeżeli premiujemy przede wszystkim indywidualny sukces jednostki, nie powinniśmy być zaskoczeni, że jednostki konkurują o ludzi, infrastrukturę, publikacje i granty, zamiast dzielić się kompetencjami. Ewaluacja nie tylko opisuje polską naukę. Ona ją współtworzy. Dlatego pytanie o jej konstrukcję jest w istocie pytaniem o to, jakiej nauki potrzebuje państwo – pisze prof. Agnieszka Zimmermann, prorektorka ds. kształcenia Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Przyzwyczailiśmy się mówić o nauce językiem punktów, kategorii i dyscyplin. Pytamy, który wydział jest lepszy, która uczelnia awansowała, kto osiągnął najwyższą kategorię, a kto znalazł się poniżej oczekiwań. Znacznie rzadziej zadajemy jednak pytanie najważniejsze: jaką zdolność dzięki temu zbudowaliśmy jako państwo? Co dzięki temu zyskujemy jako społeczeństwo?
Bo przecież ewaluacja nauki nie może być celem samym w sobie. Ma sens tylko wtedy, gdy jej rezultat przekłada się na coś więcej niż miejsce jednostki w akademickiej hierarchii. Powinna pomagać rozpoznawać potencjał, łączyć kompetencje i kierować zasoby tam, gdzie wiedza może służyć rozwiązywaniu problemów o znaczeniu publicznym.
Szczególnie wyraźnie widać to w naukach medycznych, farmaceutycznych i naukach o zdrowiu. Bezpieczeństwa zdrowotnego nie buduje pojedyncza katedra. Nie zapewni go nawet znakomity wydział czy jedna bardzo silna uczelnia. Potrzebny jest ekosystem obejmujący badania podstawowe i kliniczne, farmację, biotechnologię, inżynierię, analizę danych, nauki społeczne i prawo, ale także przemysł oraz instytucje publiczne.
Co więcej, musimy wreszcie odejść od wygodnego akademickiego założenia, że nauka powstaje przede wszystkim na uniwersytecie, a przemysł pojawia się dopiero na końcu procesu, aby „wdrożyć” rezultat naszych badań. Nauka powstaje również poza uniwersytetami. Powstaje w laboratoriach przedsiębiorstw, centrach badawczo-rozwojowych, przy projektowaniu technologii, w badaniach klinicznych, podczas rozwiązywania problemów związanych ze skalowaniem produkcji czy zapewnieniem jakości. Niekiedy właśnie tam pojawiają się pytania badawcze, których środowisko akademickie by nie sformułowało.
Czy dysponujemy kompetencjami pozwalającymi opracować technologię? Czy mamy laboratoria, zaplecze analityczne i kliniczne? Czy potrafimy przeprowadzić proces od badań, przez rozwój technologii i jej skalowanie, aż po wytwarzanie? Czy wiemy, gdzie w Polsce znajdują się komplementarne kompetencje? Czy przedsiębiorcy wiedzą, do którego zespołu naukowego zwrócić się z problemem badawczym? Czy uczelnie wiedzą, jakie kompetencje badawcze posiada krajowy przemysł? I wreszcie: czy państwo w ogóle wie, czym dysponuje?
Właśnie tutaj pojawia się zasadniczy problem naszego myślenia o nauce. Potencjał istnieje, ale jest rozproszony. Poszczególne uczelnie rozwijają własne laboratoria, zespoły i specjalizacje. Przedsiębiorstwa rozwijają własne centra B+R. Instytuty budują kolejne kompetencje. Każdy – racjonalnie z punktu widzenia obecnego systemu – buduje swoją pozycję, markę i przewagę. Tyle że interes pojedynczej instytucji nie zawsze jest tożsamy z interesem systemu. Nie potrzebujemy kilkunastu uczelni próbujących posiadać wszystko. Potrzebujemy sieci podmiotów, które razem posiadają wszystko, czego potrzebuje państwo.
Centrum kompetencji nie musi przy tym oznaczać kolejnego budynku z tabliczką przy wejściu. Może być siecią kompetencji rozłożonych pomiędzy uczelniami, instytutami badawczymi, szpitalami i przedsiębiorstwami. Jedna uczelnia może dysponować znakomitym zapleczem badań przedklinicznych, inna kompetencjami w zakresie technologii postaci leku, kolejna badań klinicznych. Przedsiębiorstwo może posiadać unikatową wiedzę dotyczącą skalowania technologii, procesów wytwarzania czy kontroli jakości. Nie duplikujmy infrastruktury tylko dlatego, że każda instytucja chce mieć własną. Budujmy wspólną zdolność.
Obecny system ewaluacji uwzględnia społeczne oddziaływanie nauki. Wskazanie na III kryterium ewaluacyjne było ważnym krokiem w stronę dostrzeżenia, że wartość badań nie kończy się na publikacji. Problem polega jednak na czymś innym: wpływ pozostaje jednym z elementów oceny, podczas gdy powinien coraz silniej organizować nasze myślenie o celu całego systemu.
Być może powinniśmy też szerzej rozumieć sam wpływ. Nie zawsze przyjmuje on postać patentu, wdrożenia czy bezpośredniego efektu ekonomicznego. W naukach medycznych i naukach o zdrowiu może oznaczać zmianę praktyki klinicznej, standardu postępowania, rekomendacji eksperckiej, rozwiązania organizacyjnego, polityki publicznej czy sposobu kształcenia przyszłych profesjonalistów medycznych. Czasem najważniejszym rezultatem badań nie jest produkt, który można sprzedać, lecz decyzja, którą dzięki wiedzy podejmuje się inaczej.
Należy zadać pytanie: czy chcemy jedynie mierzyć wpływ, czy chcemy budować system nauki zdolny ten wpływ wytwarzać? To nie jest to samo. Wpływ powstaje bowiem coraz rzadziej w granicach jednej dyscypliny, jednego wydziału czy nawet jednej uczelni. Jest rezultatem połączenia kompetencji wielu podmiotów, także tych znajdujących się poza akademią.
To wymaga innego spojrzenia na ewaluację. Nie chodzi o rezygnację z oceny jakości badań. Nauka finansowana ze środków publicznych musi podlegać ocenie. Warto jednak zapytać, czy mierząc przede wszystkim osiągnięcia poszczególnych jednostek, nie tworzymy jednocześnie bodźców utrudniających współpracę, której później od tych samych jednostek oczekujemy. Jeżeli system premiuje przede wszystkim indywidualny wynik instytucji, instytucje będą chronić własny wynik. Jeżeli chcemy współpracy, musimy sprawić, aby współpraca również miała wartość systemową.
Nie wystarczy jednak apelować do środowiska akademickiego o współpracę. Państwo musi stworzyć system, w którym współpraca będzie racjonalnym wyborem, a nie działaniem podejmowanym wbrew logice ewaluacji. Być może powinniśmy zacząć oceniać nie tylko dorobek poszczególnych podmiotów, lecz także ich zdolność do tworzenia trwałych sieci kompetencji: wspólnego wykorzystywania infrastruktury, prowadzenia badań z sobą nawzajem, z przemysłem, budowania wieloośrodkowych zespołów i odpowiadania na strategiczne potrzeby państwa. Mapa polskiej nauki nie powinna być wyłącznie mapą kategorii naukowych. Powinna być mapą kompetencji, z której wynika, co jako państwo potrafimy zrobić i czego nadal nie potrafimy.
Być może więc obok pytania: „jak dobra jest ta jednostka?”, powinniśmy znacznie częściej stawiać pytanie: „jaką unikalną kompetencję wnosi ona do krajowego systemu nauki i bezpieczeństwa?”. A następnie: „z kim powinna ją połączyć?”. Celem nie powinno być budowanie indywidualnej marki jednostki naukowej, lecz uzyskanie zdolności ważnej z punktu widzenia interesu publicznego. Właśnie w tym obszarze polityka naukowa, zdrowotna, przemysłowa i bezpieczeństwa powinny tworzyć jeden system, a nie cztery niezależne strumienie działań.
Uniwersytety nie stracą swojej autonomii ani tożsamości. Musimy jednak przestać udowadniać, że każdy z nich jest samowystarczalny. W świecie coraz bardziej kosztownej infrastruktury badawczej i coraz bardziej interdyscyplinarnych problemów samowystarczalność uczelni jest fikcją. Podobną fikcją jest przekonanie, że granica uniwersytetu wyznacza granicę nauki. Siłą nie musi być posiadanie wszystkiego. Siłą może być bycie niezastąpionym elementem większej całości.
Dlatego kolejna dyskusja o ewaluacji nauki nie powinna ograniczać się do pytania: jak lepiej policzyć publikacje, patenty czy granty? Powinna rozpocząć się od pytania znacznie bardziej fundamentalnego: po co właściwie ewaluujemy naukę? System oceny nauki nie jest neutralnym narzędziem pomiaru. To co mierzymy, zaczyna bowiem organizować zachowania całego środowiska. Jeżeli premiujemy przede wszystkim indywidualny sukces jednostki, nie powinniśmy być zaskoczeni, że jednostki konkurują o ludzi, infrastrukturę, publikacje i granty, zamiast dzielić się kompetencjami. Ewaluacja nie tylko opisuje polską naukę. Ona ją współtworzy. Dlatego pytanie o jej konstrukcję jest w istocie pytaniem o to, jakiej nauki potrzebuje państwo. Uważam, że system ewaluacji powinien być oceniany po każdym procesie ewaluacji. Przez naukowców. Przez samych ocenianych.
Jeżeli system ma wyłącznie klasyfikować jednostki, będziemy coraz dokładniej je mierzyć, oceniać. Jeżeli natomiast chcemy dzięki nauce budować odporność zdrowotną, technologiczną i gospodarczą państwa, musimy zacząć budować na współpracy uniwersytetów, instytutów, szpitali i przemysłu. O sile polskiej nauki nie zdecyduje liczba jednostek, które wygrają ewaluację i uzyskają kategorię A+. Zdecyduje to, czy z ich rozproszonych kompetencji potrafimy zbudować zdolność państwa do działania. Państwo nie potrzebuje zwycięzcy tej ligi. Potrzebuje drużyny zdolnej rozwiązywać problemy, z którymi żadna uczelnia nie poradzi sobie sama.
Agnieszka Zimmermann