Nauka, paradoksalnie, upodabnia się do mediów społecznościowych. Algorytm zaprojektowany jako narzędzie porządkowania wiedzy staje się czynnikiem ograniczającym jej różnorodność i oryginalność. Powstają akademickie bańki poznawcze, zamknięte światy cytowań, w których określone szkoły myślenia, metodologie i tematy stają się dominujące nie dzięki swojej intelektualnej wyższości, lecz dzięki sieciowemu efektowi algorytmicznej rekomendacji.
Żyjemy w epoce, w której niewidzialne siły kształtują nasze wybory, opinie i tożsamości. Nie są to jednak siły nadprzyrodzone ani polityczne w ich tradycyjnym rozumieniu, są to algorytmy. Zbiory matematycznych instrukcji, ukryte za interfejsami naszych urządzeń, decydują o tym, jakie informacje docierają do naszej świadomości, jakie możliwości stają przed nami otworem, a jakie zostają nam, często bez naszej wiedzy, odebrane. Pytanie, czy algorytmy mają władzę, nie jest zatem pytaniem retorycznym ani abstrakcyjnym filozoficznym ćwiczeniem. Jest pytaniem fundamentalnym dla rozumienia współczesnej cywilizacji i, jak starać się będę wykazać, pytaniem równie pilnym dla środowiska naukowego, które algorytmicznym mechanizmom podlega w sposób rzadko poddawany krytycznej refleksji.
Czym jest władza? Ramy pojęciowe
Zanim podejmiemy właściwą analizę, konieczne jest precyzyjne osadzenie pojęcia władzy w tradycji teoretycznej. Klasyczna definicja Maxa Webera mówi, że władza to zdolność narzucenia własnej woli innym, nawet wbrew ich oporowi. Eksponuje ona aspekt przymusowy i relacyjny. Michel Foucault, rozwijając tę perspektywę, w swoich analizach wskazał, że władza nie jest wyłącznie atrybutem określonych podmiotów, lecz przenika całą tkankę społeczną, tj. działa przez normy, dyskursy i praktyki, które kształtują to, co w danym porządku uznajemy za normalne, pożądane i możliwe. Władza w ujęciu Foucaultowskim nie tylko zakazuje, ale ona produkuje, tworzy podmioty, kategorie oraz granice poznania.
Z obu tych perspektyw algorytmy jawią się jako narzędzia władzy wyjątkowo skuteczne właśnie dlatego, że są niewidoczne. Nie krzyczą, nie grożą, nie wydają dekretów, a jednak nieustannie porządkują rzeczywistość. Decydują o kolejności wyników wyszukiwania, selekcji kandydatów do pracy, przyznawaniu kredytów i, jak zilustruję w dalszej części, decydują o tym, które badania i które uczelnie zasługują na uwagę świata nauki.
Algorytm jako architekt przestrzeni informacyjnej
Pierwszym i być może najszerzej dostrzeganym wymiarem algorytmicznej władzy jest kształtowanie tego, co dociera do naszej świadomości. Platformy cyfrowe, od mediów społecznościowych po serwisy informacyjne, dawno przestały być neutralnymi pośrednikami treści. Są aktywnymi architektami przestrzeni poznawczej swoich użytkowników. Algorytmy rekomendacyjne, optymalizowane pod kątem maksymalizacji zaangażowania, systematycznie premiują treści wzbudzające silne emocje, tj. oburzenie, lęk czy polaryzację. Efektem jest dobrze udokumentowane zjawisko tzw. baniek informacyjnych i komór echa, w których jednostki i wspólnoty coraz głębiej zanurzają się w jednorodnym, samopotwierdzającym się obrazie rzeczywistości.
Należy podkreślić, że nie jest to efekt uboczny niedoskonałości technologii. To logiczna i przewidywalna konsekwencja modelu biznesowego, w którym czas spędzony przez użytkownika na platformie bezpośrednio przekłada się na przychody reklamowe. Algorytm realizuje cele swoich twórców z matematyczną precyzją. Sprawuje przy tym władzę, której skuteczność wynika właśnie z jej niewidoczności: użytkownik, przekonany o własnej suwerenności poznawczej, nie dostrzega, że pole jego możliwych wyborów zostało starannie przez algorytm zaprojektowane.
Dyskryminacja zakodowana w danych
Władza algorytmów wykracza jednak daleko poza sferę informacyjną. W systemach oceny zdolności kredytowej, selekcji kandydatów do pracy, a nawet wymiaru sprawiedliwości, algorytmy podejmują lub współkształtują decyzje bezpośrednio determinujące życiowe szanse konkretnych ludzi. Sztandarowym, szeroko przebadanym przypadkiem jest amerykański system oceny ryzyka recydywy COMPAS (Correctional Offender Management Profiling for Alternative Sanctions), wobec którego wykazano systematyczne i istotne statystycznie różnice w traktowaniu oskarżonych ze względu na rasę, ze wszystkimi konsekwencjami dla orzekanych wyroków.
Mechanizm dyskryminacji jest tu strukturalny, nie incydentalny. Algorytm uczony na danych historycznych nieuchronnie reprodukuje nierówności wpisane w te dane, tj. nierówności będące produktem dziesięcioleci lub stuleci niesprawiedliwości społecznej. Nadaje im przy tym pozór neutralności i naukowości, który jest znacznie trudniejszy do zakwestionowania niż jawna stronniczość ludzkiego decydenta. Matematyczna formuła staje się tarczą: „to nie my decydujemy, tu decydują dane”. Jest to jednak teza fałszywa, albowiem każdy wybór dotyczący tego, jakie dane zbierać, jak je mierzyć i jakie kryterium optymalizować, jest wyborem politycznym i etycznym, podejmowanym przez konkretnych ludzi w konkretnych warunkach społecznych.
Algorytmy jako decydenci – problem rozliczalności
Rosnąca rola algorytmów w podejmowaniu decyzji rodzi jeden z poważniejszych problemów ustrojowych naszych czasów: problem rozliczalności. Gdy decyzję podejmuje człowiek, tj. menedżer, urzędnik, sędzia, to istnieje podmiot, któremu można postawić zarzut i który można pociągnąć do odpowiedzialności. Gdy tę samą decyzję podejmuje system algorytmiczny, odpowiedzialność w sposób systemowy się rozmywa: producent oprogramowania powołuje się na specyfikację techniczną, instytucja zlecająca na rekomendacje ekspertów, a operator na autonomię narzędzia. Osoba pokrzywdzona wadliwą decyzją pozostaje sama wobec muru wzajemnych odesłań, bez realnej ścieżki odwołania.
Problem ten jest tym poważniejszy, że złożone modele uczenia maszynowego działają często jako systemy nieprzejrzyste, tzw. czarne skrzynki, których wewnętrzna logika pozostaje często niezrozumiała nawet dla ich konstruktorów. Tymczasem elementarne standardy praworządności wymagają, by decyzje władcze były uzasadnione i weryfikowalne. Algorytm, który potrafi powiedzieć jedynie „co”, lecz nie „dlaczego”, nie spełnia tego wymogu. Mamy tu do czynienia z fundamentalnym napięciem między efektywnością techniczną a standardami demokratycznego państwa prawa, których rozwiązanie wymaga nie tylko regulacji prawnych, ale i poważnej debaty aksjologicznej.
Dodatkowym wymiarem problemu jest skala. Ludzki decydent, nawet stronniczy, obejmuje swoją władzą ograniczoną liczbę spraw. Algorytm wdrożony w systemie ogólnokrajowym powiela ten sam błąd lub to samo uprzedzenie setki tysięcy razy, zanim zostanie zauważony. Skalowanie algorytmicznych decyzji oznacza skalowanie ich skutków, zarówno korzyści, jak i krzywd.
Kto kontroluje algorytmy? Władza bez mandatu
Za każdym algorytmem stoją konkretne interesy. Władza algorytmiczna nie jest bytem samodzielnym. Jest zakorzeniona w strukturach ekonomicznych i politycznych, które ją projektują, finansują i chronią. Kilka korporacji technologicznych o globalnym zasięgu (np. Alphabet, Meta, Amazon, Microsoft) dysponuje systemami, które w istotny sposób kształtują życie miliardów ludzi, a jednocześnie działają w warunkach ograniczonej transparentności i słabej regulacji. Ich algorytmy są chronione prawem własności intelektualnej, a ich kryteria projektowe pozostają poza jakąkolwiek demokratyczną kontrolą.
Rodzi to problem ustrojowy bez precedensu. W każdej demokratycznej tradycji władza, która ma realny wpływ na życie obywateli, powinna podlegać zasadzie rozliczalności: mandatowi, kontroli oraz możliwości odwołania. Algorytmy sprawują tymczasem władzę bez żadnego z tych atrybutów. Równocześnie państwa, w tym państwa demokratyczne, coraz chętniej sięgają po narzędzia algorytmiczne do własnych celów kontrolnych: zarządzania granicami, oceny ryzyka społecznego czy nadzoru przestrzeni publicznej. Granica między cyfrową infrastrukturą usług a aparatem kontroli społecznej zaciera się w sposób, który powinien budzić poważny niepokój.
Między determinizmem a sprawczością – status ontologiczny algorytmu
Pytanie o to, czy algorytmy mają władzę samodzielnie, czy jedynie jako narzędzia ludzkich aktorów, ma istotne konsekwencje praktyczne. Od jego rozstrzygnięcia zależy, kogo i jak możemy pociągnąć do odpowiedzialności. Bruno Latour, w ramach Teorii Aktora-Sieci, zaproponował pojęcie aktora nie-ludzkiego, czyli bytu, który nie jest podmiotem w sensie filozoficznym, lecz który uczestniczy w konstytuowaniu rzeczywistości społecznej przez swoje działanie. Algorytm jest takim aktorem. Oznacza to, że jego efekty są realne, jego oddziaływanie mierzalne, a jego rola w kształtowaniu możliwości i ograniczeń ludzkich aktorów jest niepodważalna.
Nie jest przy tym konieczne przypisywanie algorytmom intencjonalności czy świadomości, by uznać ich funkcjonalną władzę. Gdy złożony model językowy generuje odpowiedź, której nikt nie zaprojektował, lub gdy system rekomendacyjny odkrywa i eksploatuje wzorce podatności użytkowników, których twórcy nie przewidzieli, mamy do czynienia z emergencją, która wymyka się prostej dychotomii narzędzie/podmiot. Odpowiedzialność nie znika, lecz rozkłada się w sieci: między projektantami, instytucjami wdrażającymi i regulatorami, którzy zaniechali działania.
Algorytmy w świecie nauki – rankingi, cytowania i władza nad wiedzą
Spośród wszystkich przestrzeni, w których algorytmy sprawują władzę, środowisko akademickie zajmuje miejsce szczególne i szczególnie zobowiązujące. Nauka chętnie postrzega siebie jako przestrzeń rządzoną przez merytokrację, recenzję naukową i siłę argumentu, wolną od arbitralnych hierarchii. Jest to obraz głęboko zakorzeniony w samorozumieniu akademickim, sięgający korzeniami uniwersyteckiej tradycji średniowiecznych universitas magistrorum et scholarium, a w nowoczesnej formie zakodowany w Humboldtowskim ideale jedności badania i nauczania oraz w Mertonowskim etosie nauki, opartym na uniwersalizmie, wspólnotowości, bezinteresowności
i zorganizowanym sceptycyzmie. Tymczasem algorytmy wniknęły głęboko w struktury tej przestrzeni, przejmując władzę nad tym, co uznaje się za wartościowe badanie, prestiżową uczelnię i wpływowego badacza, nierzadko bez świadomości samych zainteresowanych. Powstał w ten sposób paradoks fundamentalny: instytucje, których misją jest krytyczna refleksja nad rzeczywistością społeczną, same stały się przedmiotem algorytmicznej władzy, której mechanizmów nie poddają dostatecznie rygorystycznej analizie.
Rankingi jako algorytmiczny arbiter prestiżu
Globalne rankingi uczelni, takie jak: Shanghai Academic Ranking of World Universities, QS World University Rankings, Times Higher Education World University Rankings są pod tym względem przykładem modelowym i wymagają szczególnej uwagi. Każdy z nich opiera się na zestawie wskaźników przetwarzanych algorytmicznie: liczbie cytowań w prestiżowych bazach, współczynniku wpływu czasopism (Impact Factor), liczbie pracowników uhonorowanych Nagrodą Nobla lub Medalem Fieldsa, stosunku liczby studentów do kadry akademickiej, międzynarodowej rozpoznawalności mierzonej ankietami reputacyjnymi, wielkości pozyskiwanego finansowania zewnętrznego. Formuła matematyczna, często skomplikowana, lecz zawsze redukcyjna, generuje liczbę, którą następnie kształtuje decyzje ministerstw, rektorów, kandydatów i pracodawców na całym świecie.
Należy podkreślić, że każdy z tych rankingów reprezentuje konkretną wizję tego, czym uniwersytet powinien być. Ranking szanghajski premiuje uczelnie badawcze o silnym profilu hard science; ranking QS przywiązuje znaczną wagę do reputacji wśród pracodawców; ranking THE eksponuje umiędzynarodowienie. Wybór wskaźników nie jest neutralny technicznie, jest aktem definicyjnym, decyzją o tym, jaki model uniwersytetu zasługuje na uznanie, a jaki należy traktować jako gorszy. W tym sensie algorytm rankingowy nie tylko mierzy rzeczywistość akademicką, ale on ją kształtuje, narzucając jednolity wzorzec doskonałości tysiącom różnorodnych instytucji o odmiennych misjach, tradycjach i społecznych zobowiązaniach.
Algorytm staje się arbitrem instytucjonalnego prestiżu, a prestiż jest w akademii walutą, od której zależy dostęp do finansowania, zdolność przyciągania utalentowanych pracowników i studentów, możliwość zawierania międzynarodowych partnerstw oraz długofalowe trajektorie instytucjonalne. Co więcej, prestiż algorytmicznie generowany ma charakter performatywny: sam fakt wysokiej pozycji w rankingu kreuje rzeczywistość, którą ranking rzekomo opisuje. Uczelnia oznaczona jako „top 100” przyciąga lepszych kandydatów, większe granty i bardziej cenionych pracowników, co w kolejnym cyklu pomiarowym utrwala jej pozycję. Mamy tu do czynienia z klasycznym mechanizmem Mertonowskiego „efektu św. Mateusza”: tym, którzy mają, będzie dane więcej.
Geopolityka algorytmicznego prestiżu
Skutki tej algorytmizacji prestiżu są nierówne i niesprawiedliwe w sensie strukturalnym. Uczelnie funkcjonujące poza anglosaskim centrum nauki często znajdują się w mniej uprzywilejowanej pozycji. Dotyczy to szczególnie instytucji publikujących w językach innych niż angielski oraz prowadzących badania w obszarach humanistyki i nauk społecznych. Dyscypliny te opierają się bowiem przede wszystkim na monografiach i pracach zbiorowych, a nie na krótkich artykułach cytowanych w wąskich oknach czasowych. Z tego powodu znacznie trudniej poddają się logice wskaźników bibliometrycznych. W efekcie algorytmiczne systemy oceny systematycznie je niedowartościowują.
Globalna mapa akademickiego prestiżu odwzorowuje i utrwala istniejące asymetrie geopolityczne, nadając im pozór wyniku obiektywnej oceny. Zjawisko to ma szczególne znaczenie dla nauk ekonomicznych. Badania nad gospodarkami krajów rozwijających się, lokalnymi instytucjami finansowymi, regionalną polityką gospodarczą czy społecznymi skutkami transformacji ustrojowej, choć fundamentalnie istotne dla jakości życia milionów ludzi, stosunkowo rzadko trafiają do czasopism o najwyższym Impact Factor, które tradycyjnie premiują tematykę uniwersalistyczną i metody ekonometryczne oparte na danych z gospodarek wysokorozwiniętych. W konsekwencji ekonomista badający przemiany gospodarcze Europy Środkowo-Wschodniej staje przed wyborem: pozostać wiernym lokalnemu kontekstowi i zasileniu rodzimej polityki publicznej kosztem własnej widoczności w globalnych metrykach albo dostosować swój dorobek do priorytetów algorytmu, ryzykując utratę kontaktu z problemami, którym powinien służyć.
Jest to mechanizm tym bardziej niepokojący, że samonapędzający i kumulacyjny. Uczelnie peryferyjne, pozbawione zasobów generowanych przez wysoki ranking, nie są w stanie poprawić swojej pozycji w warunkach ustalonych przez sam algorytm. Pułapka strukturalna jest doskonała i właśnie dlatego wymaga świadomej, instytucjonalnej odpowiedzi ze strony liderów akademickich tych regionów, które w globalnej hierarchii nigdy nie znajdą się w pierwszej dziesiątce, niezależnie od jakości prowadzonych badań i poziomu kształcenia.
Władza nad pojedynczym badaczem
Analogiczny mechanizm działa na poziomie indywidualnego badacza, gdzie algorytmiczna władza przybiera formę szczególnie dotkliwą, gdyż dotyka karier konkretnych ludzi i strategii badawczych całych pokoleń naukowych. Platformy takie jak Google Scholar, Scopus czy Web of Science nie są neutralnymi bibliotekami nauki. Są algorytmicznymi filtrami decydującymi o widoczności dorobku naukowego, a poprzez tę widoczność o samej możliwości jego dalszej recepcji i rozwoju.
Indeks Hirscha, Impact Factor czasopisma, liczba cytowań w określonym oknie czasowym, wskaźnik FWCI (Field-Weighted Citation Impact), Altmetric Score – to metryki, które obliczane i eksponowane są przez algorytmy, a instytucje akademickie przekształcają je w kryteria awansu, przyznawania grantów, ewaluacji jednostek, a w wielu krajach także w podstawę algorytmicznego rozdziału środków z budżetu państwa.
Konsekwencje tego zjawiska wykraczają daleko poza pojedyncze decyzje personalne. Mamy do czynienia z procesem, który socjolog nauki Yves Gingras trafnie określił mianem bibliometric reductionism, tj. sprowadzeniem oceny pracy intelektualnej do ilościowych wskaźników, których metodologiczne ograniczenia są znane od dziesięcioleci, lecz pozostają w praktyce ignorowane. Wskaźnik Hirscha nie odróżnia oryginalnego wkładu od cytowań krytycznych. Impact Factor czasopisma niewiele mówi o wartości pojedynczego artykułu. Liczba cytowań w pięcioletnim oknie systematycznie dyskryminuje badania długoterminowe i prace teoretyczne, których recepcja narasta przez dekady. A jednak te właśnie metryki, w imię operacyjnej wygody, stały się walutą oceny pracy naukowej.
Badacz, którego praca nie trafia do zaindeksowanych baz lub który z wyboru bądź konieczności publikuje w obszarach słabo cytowalnych, np. w naukach pedagogicznych, filozoficznych, prawnych, w historii regionalnej, w studiach nad lokalnymi gospodarkami, zostaje przez algorytm zepchnięty na margines akademickiego pola widzenia, niezależnie od rzeczywistej wartości i oryginalności swojego wkładu intelektualnego.
Co więcej, presja metryczna zaczyna kształtować same wybory badawcze. Młodzi naukowcy, racjonalnie reagujący na bodźce, jakie wysyła system, wybierają tematy „bezpieczne metrycznie” zamiast trudniejszych, lecz potencjalnie bardziej oryginalnych. Algorytm formatuje w ten sposób przyszłość nauki, zanim ta przyszłość zdąży się wydarzyć.
Pętle zwrotne i homogenizacja wiedzy
Warto zwrócić uwagę również na pętle zwrotne, jakie algorytmy generują w obiegu wiedzy naukowej, gdyż ich kumulatywne działanie zagraża samej różnorodności poznawczej, na której opiera się siła nauki jako instytucji. Systemy rekomendacyjne Google Scholar, ResearchGate czy Academia.edu podpowiadają badaczom teksty podobne do tych, które już czytali, cytowali lub pobierali, zamykając obieg poznawczy w ramach coraz węższych subdyscyplin i utrwalając istniejące wzorce cytowań. Cytowania koncentrują się wokół tych samych węzłowych autorów i czasopism, wzmacniając ich pozycję w kolejnych obliczeniach rankingowych, podczas gdy oryginalne, interdyscyplinarne czy heterodoksyjne podejścia tracą widoczność tym szybciej, im rzadziej trafiają do głównego obiegu algorytmicznego.
Nauka, paradoksalnie, upodabnia się w ten sposób do mediów społecznościowych. Algorytm zaprojektowany jako narzędzie porządkowania wiedzy staje się czynnikiem ograniczającym jej różnorodność i oryginalność. Powstają akademickie bańki poznawcze, zamknięte światy cytowań, w których określone szkoły myślenia, metodologie i tematy stają się dominujące nie dzięki swojej intelektualnej wyższości, lecz dzięki sieciowemu efektowi algorytmicznej rekomendacji. Tymczasem postęp naukowy, jak uczy historia idei, rodzi się najczęściej na styku różnych dyscyplin, w spotkaniu odmiennych tradycji intelektualnych, w heterodoksji, która początkowo wydaje się marginalną. Algorytm, premiując to, co już jest centralne, systemowo utrudnia powstawanie tego, co mogłoby stać się centralne jutro.
Wymiar etyczny i odpowiedzialność wspólnoty akademickiej
Należy też dostrzec wymiar etyczny tej algorytmizacji. Wymiar, który dotyka samej tożsamości misji uniwersytetu. Wbudowane w metryki bibliometryczne założenia aksjologiczne, że to, co cytowane, jest cenne; że to, co mierzalne, jest istotne; że to, co dominuje w globalnym obiegu, jest godne emulacji, pozostają zwykle nieartykułowane, a tym samym niepoddawane krytyce. Tymczasem każda z tych przesłanek jest w istocie problematyczna i powinna być przedmiotem otwartej debaty wspólnoty akademickiej. Czy uniwersytet istnieje po to, by produkować cytowania, czy by służyć społeczeństwu? Czy nauka jest grą o pozycję w globalnym rankingu, czy zobowiązaniem wobec prawdy i wspólnego dobra? Pytania te nie są retoryczne, od odpowiedzi, jakich na nie udzielimy, zależy kształt akademii, jaką pozostawimy następnym pokoleniom.
W tym kontekście inicjatywy takie jak Deklaracja z San Francisco w sprawie Oceny Badań Naukowych (DORA) z 2012 roku czy Manifest z Lejdy w sprawie Wskaźników Badawczych (Leiden Manifesto) z 2015 roku stanowią pierwsze, lecz wciąż niewystarczające próby instytucjonalnej odpowiedzi środowiska naukowego na dominację metryk. Wskazują one drogę, tj. odejście od mechanicznego stosowania wskaźników, dowartościowanie różnorodności form publikacyjnych i językowych, uwzględnienie społecznego oddziaływania badań. Niestety, lecz ich praktyczne wdrożenie wymaga odwagi instytucjonalnej, której wciąż brakuje większości uczelni. Wyzwaniem dla liderów akademickich naszych czasów jest przekształcenie tych deklaracji w realne praktyki ewaluacyjne, zdolne stawić opór algorytmicznej redukcji wartości nauki do mierzalnego śladu.
Zakończenie
Algorytmy mają władzę. Nie w sensie metaforycznym czy publicystycznym, lecz w głębokim, strukturalnym sensie. Kształtują one przestrzeń poznawczą, podejmują decyzje determinujące życiowe szanse, reprodukują i utrwalają istniejące nierówności, a zarazem tworzą nowe formy kontroli, nieznane poprzednim epokom. Ich władza jest tym poważniejsza, że ukryta za pozorem matematycznej neutralności, który skutecznie neutralizuje potencjał krytyki.
Środowisko akademickie zajmuje w tej debacie pozycję wyjątkową i zobowiązującą. Jesteśmy zarazem przedmiotem algorytmicznej władzy: nasze kariery, instytucje i hierarchie kształtują systemy, których logiki zbyt rzadko poddajemy krytycznej analizie. I jesteśmy podmiotem zdolnym do tej analizy: dysponujemy narzędziami intelektualnymi i instytucjonalnym autorytetem, które pozwalają odsłaniać mechanizmy tej władzy, artykułować alternatywy i wywierać wpływ na kształt regulacji. Milczenie akademii wobec algorytmizacji własnych struktur byłoby nie tylko intelektualnym zaniedbaniem, lecz formą bezrefleksyjnego współudziału.
Odpowiedzią na algorytmiczną władzę nie może być ani bezkrytyczna akceptacja postępu technologicznego, ani jałowe odrzucenie. Musi nią być dojrzała, demokratyczna refleksja nad tym, jakie wartości mają kodować systemy, którym powierzamy coraz więcej decyzji dotyczących naszego życia, naszych karier i naszej wiedzy. Algorytmy są zwierciadłem i jak każde zwierciadło nie tylko odbijają rzeczywistość, lecz ją nieuchronnie zniekształcają. To, co widzimy w tym odbiciu, zależy od tego, czy będziemy mieć odwagę zapytać: kto trzyma zwierciadło, w czyim interesie i po co?
prof. Celina Maria Olszak
rektorka Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach
Dziękuję za poruszenie fundamentalnego problemu skłonności do bezrefleksyjnego podporządkowywania się kolejnemu w historii człowieka anonimowemu autorytetowi, jakim po Bogu i Biurokracji stał się Algorytm, a także kwestii celowości prowadzenia badań naukowych i nauczania.
Ne dla prestiżu (z francuskiego, iluzji, wrażeniu) powinniśmy pracować.
Celem uniwersytetu, który chce zachować tożsamość uniwersytetu nie może być robienie wrażenia samo w sobie, a tak jesteśmy oceniani i udajemy, że nic nie szkodzi.
Czas zdać sobie sprawę, że państwo jest naszą wspólną, terytorialną i kulturową firmą, w której wszyscy odpowiadamy za dobrostan wszystkich tej firmy udziałowców i pracowników.
To my, współwłaściciele tej firmy musimy określić cel działania poszczególnych uczelni oraz sposób w jaki osiąganie celu będzie nadzorowane. Algorytm może pomóc, ale nie pomoże komuś, kto nie jest jego autorem ani komuś kto nie ma pewności jak on działa (kiedy jest budowany na uczeniu maszynowym) i czy pozwala podejmować właściwe decyzje. Tak czy inaczej, to człowiek podpierający się autorytetem własnym lub anonimowym podejmuje decyzje, nawet wtedy, kiedy robi tylko to, co mu poradzi wróżka.
A gdyby tak faktycznie skupić się na pracy dla społeczeństwa:
Poszczególne instytuty wybrały piramidalnie (np. każdych dziesięciu pracowników wybiera spośród siebie jednego i tak dalej), w pełni demokratycznie swoich przedstawicieli do parlamentu nauki.
Taki parlament nauki negocjowałby z rządem najbardziej istotne dla państwa kierunki rozwoju nauki i skalę ich finansowania.
Celem działania humanistów byłoby budowanie od podstaw rzetelnego państwa prawa i podnoszenie jakości kształcenia w szkołach i na uczelniach, a także budowanie zdrowego społeczeństwa bez ludzi bezdomnych i pozostawionych samym sobie, wreszcie państwa budującego zdrowe relacje z innymi państwami.
Celem nauk eksperymentalnych w sensie ogólnym: dbałość o środowisko, zrównoważony rozwój, a także budowa technologii pozwalających polskiej gospodarce rozwijać skrzydła, spójrzmy na historię Singapuru czy Tajwanu – bez unikalnych, potrzebnych na całym świecie technologii te państwa już by nie istniały.
Bardzo mądry tekst. Dużo trafnych spostrzeżeń. Cieszę się też, że Autorka nie poszła drogą łatwych recept na trudny problem. Niestety, po prostu nie ma dobrych alternatyw dla wykorzystywania algorytmów. Można oczywiście starać się, żeby te algortymy były jak najlepsze, na przykład zamiast IF używać rekursywnego IF. Itd. Ale ostatecznie jakieś algorytmy są nieuniknione, jedyną alternatywą jest totalna losowość. A to dlatego, że bariery poznawcze człowieka nie pozwalają objąć umysłem całej złożoności świata. Danych jest zbyt wiele, decyzji do podjęcia zbyt wiele, moc obliczeniowa i pamięć robocza naszych mózgów za mała.
@Jakub
Algorytmy są ważne, ale one opowiadają tylko część historii.
W miarę możliwości trzeba próbować budować pełniejszy obraz tego, na co patrzymy. Tego, co chcemy oszacować.
Szanowni Państwo,
mam absolutną pewność, że mój wniosek nie zostanie przyjęty, ale nie byłbym sobą, gdybym go nie zgłosił. Uważam, że jedną z głównych przyczyn haniebnego poziomu komunikacji w sieci jest realna lub pozorna anonimowość. Forum Akademickie mogłoby stać się przyczółkiem nowej, naprawdę "dobrej zmiany". Piszmy pod swoimi nazwiskami. Redakcjo, anonimy powinny być akceptowane tylko w szczególnych przypadkach, uzasadnionych ryzykiem piszącego, a nie przyzwoleniem na chamstwo.
A myśli Pan, że ktoś zechce wyrazić swoją opinię, podając imię i nazwisko? Jak można zobaczyć kilkanaście postów niżej, pojawią się wtedy groźby w stylu "weźmiemy się za Ciebie". Babcia zawsze mówiła "od idiotów trzymaj się z daleka".
NIE SĄDZĘ, żeby to coś zmieniło. Samo to, że na "FA" wszyscy zaczęliby podpisywać się imieniem i nazwiskiem, znaczyłoby najwyżej tylko tyle, co duże wiadro w morzu. Na pewno nie spowodowałoby to tego, iż nagle zaczęto by w sposób ZNACZĄCY uzdrawiać obecną sytuację.
To nie były żadne groźby, jedynie deklaracja rzetelnej oceny waszego dorobku uzyskanego we współpracy ze światowymi liderami papiernictwa. I nie musicie podawać swoich nazwisk. One wypływają natychmiast po wykonaniu stosownych analiz w bazach Argos i Dimensions. Zresztą, nawet jeśli ktoś nie używa tych baz (zaawansowane narzędzia bazy Argos wymagają płatnego konta Pro lub Pro+), to przypadek podany poniżej każdy może sobie sprawdzić chociażby w Scopusie wpisując w wyszukiwarce: Affiliation: Lublin University of Life Sciences i Authors: jedno z podanych nazwisk.
Ta lista liczy już prawie 1000 nazwisk. Z Javadem publikuje kilkadziesiąt osób w Polsce, głównie z uczelni rolniczych. Ale z ich opublikowaniem poczekamy do uzyskania stosownych dowodów. To tak jak w służbie zdrowia - w najbliższym otoczeniu wszyscy wiedzą, kto oszukuje, o, przepraszam - wykorzystuje luki systemu, ale boją się mówić, bo to zazwyczaj osoby o dużych wpływach. Dawid Kacprzyk w służbie zdrowia to był taki Bilal w nauce. Tylko, że takich przypadków trzeba ujawnić więcej. Żeby nie dało się ich już zamieść pod dywan.
"A myśli Pan, że ktoś zechce wyrazić swoją opinię, podając imię i nazwisko?"
Ja podaję - od 2 lat i 4 dni.
Uwielbiam, jak ktos chce oceanic innych.
Pan chce oceniać, a czy przyjął Pan oceny swojego wniosku profesorskiego?
Yo troche tak, jak wierzyć Markowi Bibliotekarzowi w jego historie o rzetelności.
Nie strasz nie strasz bo się …
Nawet czytać nie potraficie.
"To nie były żadne groźby, jedynie deklaracja rzetelnej oceny waszego dorobku uzyskanego we współpracy ze światowymi liderami papiernictwa."
Kolejny przypadek - Manoj Kumar, Abhijit Dey, Jose Manuel Lorenzo. Pamiętacie te nazwiska? No a tu proszę z kim! Kolejny przyjaciel Amina Mousaviego Khaneghaha.
https://www.mdpi.com/2227-9717/10/11/2169
Jeszcze jeden przyjaciel tych panów właśnie dostał tytuł.
https://www.prezydent.pl/aktualnosci/nominacje/prezydent-rp-nauka-jest-fundamentem-silnej-i-bezpiecznej-rzeczypospolitej,122841
Niech żyje polska nauka! Oczywiście nie sama, bo sama to ona wkrótce umrze. Ona żyje tylko dzięki współpracy z Indiami, Chinami, Pakistanem, Iranem, Irakiem, Arabią Saudyjską, Egiptem, Turcją, etc.
Od ponad 25 lat nie ma służby zdrowia w Polsce, tylko ochrona zdrowia. Służba zdrowia to relikt PRL.
No nie, facet coś ma nie tak, nie pisz głupot i nie rób z siebie "mundrgo" ot i gieroj, poucza innych a sam jak ...
CBDO
a Student_ZUT
proszę zobaczyć jak działają anonimy pisane ponoć same do siebie ;)
https://sciencewatch.pl/544-sprawa-profesury-rafala-wrobla-dokumenty-zut-rdn-finansowanie-obslugi-prawnej-i-wszczete-sledztwo
Niestety autorzy tego materiału nie napisali na wstępie, o co dokładnie chodzi, więc przebijanie się przez kilkanaście stron jest bezcelowe.
Szanowni Państwo,
tekst porusza ważne sprawy, dyskutujmy więc poważnie. Mierzenie prestiżu naukowego miarami bibliograficznymi, czyni wiele szkód w wymiarze całkiem realnym. Po pierwsze sprawia, że aktywność naukowców zostaje przekierowania na owe punkciki a nie na istotę działalnosci naukowej. Po drugie, skłania do stosowania metod nieuczciwych. Kto dzisiaj przejmuje się takim faulem jak salami slicing? W dobie liczenia publikacji, wielu autorów zastanawia się nad sztucznym krojeniem materiału tak, aby wyprodukować więcej paperów. Ponadto, system utrwala zwt. główne nurty, premiuje bowiem te obszary tematyczne, którymi zajmuje się wielu badaczy. Ktoś, kto zajmuje się poletkiem małym, wypadnie w tym systemie bardzo słabo. Jest więc to system głęboko demoralizujący. Kłopot w tym, że jest on niezwykle wygodny dla administratorów systemu. Nie mogę uwierzyć, w to co teraz napiszę, ale napiszę. W reformie J. Gowina był element pozytywny. Była to próba ograniczenia liczby prac przedstawianych do oceny. Chodziło o to aby wystawić do oceny tylko te najlepsze. To był dobry kierunek. Warto w tym kierunku (z uwzględnieniem rozmaitych uwag) podążyć.
Pytanie do administracji strony: czy zachwyca was przekształcanie Forum Akademickiego w ściek czy jednak zdecydujecie się chwycić za miotłę i nieco pozamiatać?
To z artykułów pewnego emerytowanego pracownika biblioteki za wiele by nie zostało.
BDB!
Każdy kto pisze więcej niż jeden artykuł w roku jest papiernikiem, tak samo jak każdy kto ma więcej niż 50 cytowań rocznie. To jest zwyczajnie niemożliwe do osiągnięcia dla osób pracujących w Polsce, no takie Stanford to wiadomo tam każdy cudzoziemiec jest geniuszem i 100 artykułów rocznie i 2000 w karierze to naturalne i zrobione uczciwie. Nie jest też prawdą że jestem donosicielem ruskich bo takie polskie IPN mi zazdrości i to są papiernicy. Papiernikow już ścigał mój krewny Jerzy Wojtasek syn Teodora ur 1950 dlatego go szkaluje IPN a on tylko szukał papiernikow a że rząd był jaki był to tam pisał zawiadomienia. Ja nadal będę wykonywał moją pracę i donosił a moi synowie przejmą po mnie ten obowiązek wobec świata. Już ich uczę donosić. A każdy który uważa inaczej to papiernik. Tylko my chemicy którzy byliśmy na stypendiach, bez patentów, publikacji powinniśmy wypowiadać się o etyce bo etyka jest naszą. Ja zjadłem sto rozumów i wcale nie musiałem zostawić sobie jednego.
Tak, wiem, ze Hubert i Helmut to nie to samo.
Nie chciałbym być uważany za papiernika, więc proszę (Helmuta) o wyjaśnienie.
1. Jeśli opublikowałem w tym roku jedną pracę, która ma łącznie 4 autorów, to czy do licznika zalicza mi się 1 i muszę zaczekać z następną publikacją do roku przyszłego roku, czy tylko 1/4 i wtedy mogę nadal publikować, byle liczba "slotów" nie przekroczyła 1?
2. Czy jak jestem za granicą np. w USA, i publikuję z obcą aflijacją, to mój limit wynosi 1 (jako Polaka) czy w tym wypadku mogę publikować ile chcę.?
Troche trudniej zmieścić się w limicie cytowań, bo nie mogę nikomu zabronić cytowania moich prac, a nawet jak przestanę publikować, to ktoś może zacytować moją starą pracę.
Czy to prawda co piszą ?
https://www.rp.pl/wydarzenia/art12969591-plagiator-w-resorcie-kudryckiej
Komentarz dla moderacji. Kolega tylko marnuje przestrzeń tutaj, a może nawet i powietrze.
Prawda w oczy kole?
Kole? Chyba sponsorów rozmaitych Bilalów w rodzaju Jesionowskiego albo pociotów Rysia T., którzy tej kreaturze zafundowali honoris causa hańbiąc Politechnikę Krakowską? Niezależnie od waszego zaprzeczania i wypierania afera Janiaka, w której Rysiu T. eks-rektor AGH odegrał czołową rolę, będzie przypominana. Tak samo jak pokoik spotkań tej mafii w Warszawie.
Janie Bazanie to hipokryzja z twojej strony:
1. Po pierwsze plujesz na szanowanego profesora samemu nie mają żadnych osiągnięć,
2. Na Pubpeer udowodniono ci serię plagiatów,
3. Do publikacji dopisujesz żonę z tematyki którą ona się nie zajmuje,
4. Pracujesz na dwóch uczelniach co w kontekście afery szpitala w Warszawie jest niczym innym niż tym co robił Pan Dawid,
5. Doisz system wyjazdami na konferencje które są niczym innym niż w twoim wypadku wycieczkami.
Inne ciekawostki w toku.
Szanowny kolega zapomniał wspomnieć o małych dziewczynkach, no i się podpisać. Co z małymi dziewczynkami, drogi Szadole?
Nie ma co z tym osobnikiem pisać panie Alku, on wszędzie na naszych forach tu i na naszej zamkniętej grupie na reddit wrzucał materiały o tym Janie Bazanie i ma jakieś dokumenty na jego temat, przez co administrator go już usunął bo to za poważne rzeczy, a my bardziej dyskutujemy niż szukamy jakiejś sprawiedliwości. Coś mu widocznie ten Bazan zrobił w przeszłości.
Może jeszcze taka refleksja na temat rankingów. Oto kryteria najpopularniejszego i najbardziej „prestiżowego” rankingu szanghajskiego (publikowałem to już na tych łamach, ale dość dawno temu):
Alumni of an institution winning Nobel Prizes and Fields Medals - 10%
Staff of an institution winning Nobel Prizes and Fields Medals - 20%
Highly Cited Researchers - 20%
Papers published in Nature and Science - 20%
Papers indexed in Science Citation Index-Expanded™ and Social Science Citation Index™ (Web of Science) - 20%
Per capita academic performance of an institution - 10%
Ranking ten został stworzony przez Shangai Jiao Tong University (alma mater Muhammada Bilala) w roku 2003. Uczelnia ta od kilku lat znajduje się w pierwszej dziesiątce instytucji z najwyższą liczbą retraktowanych artykułów – obecnie na miejscu 8. W ciągu ostatnich kilku lat kilkanaście chińskich uczelni weszło do pierwszej setki tego rankingu. Liczba ta waha się od 12 do 15 w zależności od roku. W tym roku na tej liście znajduje się 13 chińskich uczelni, 11 z nich znajduje się w pierwszej 50-tce instytucji z najwyższą liczbą retraktowanych artykułów:
18. Tsinghua University (133 retrakcje, #95)
23. Peking University (222 retrakcje, #45)
36. Zhejiang University (319 retrakcji, #22)
43. Shanghai Jiao Tong University (412 retrakcji, #8)
49. Fudan University (227 retrakcje, #42)
53. University of Chinese Academy of Sciences (328 retrakcji, #21)
55. Sun Yat-sen University (390 retrakcji, #11)
61. Huazhong University of Science and Technology (288 retrakcji, #25)
68. Nanjing University (112 retrakcji, #130)
72. Central South University (437 retrakcji, #5)
95. Sichuan University (350 retrakcji, #14)
81. Wuhan University (343 retrakcje, #16)
92. Xi'an Jiaotong University (226 retrakcji, #44)
Jakoś nie przypominam sobie, żeby w ciągu ostatnich 10 latach jakikolwiek uczony z Chin zdobył nagrodę Nobla w naukach ścisłych czy medycynie (ostatnia była Tu Youyou w 2015). Te pozycje zostały uzyskane przede wszystkich, jeśli nie wyłącznie, publikacjami i cytowaniami. Typowy przykład dopasowania się do reguł. Tak jak nasze uczelnie dopasowują się do reguł ewaluacji.
Kolejny tekst napisany przez AI
to już jest żałosne.
ma Pan już ten tytuł? Jak rozprawa w maju? :)
Ajajaj, a PO spadła w tym tygodniu z podium uczelni z największą liczbą retrakcji. Wyprzedziła ją PG, której pracownicy zarobili właśnie 6 zwiększając dorobek z 16 do 22 (PO ma tylko 17). A na PO nie ma już komu robić - Grzegorza Królczyka nie ma, Zhixionga Li nie ma. Został tylko Munish Kumar Gupta, który desperacko szuka roboty w Ostrawie. Słyszałem, że złożył nawet podanie na AGH, ale tam już takich nie potrzebują. Wystarcza im Marek Jaszczur, który zapewnia im bezapelacyjne pierwsze miejsce.
"Co więcej, presja metryczna zaczyna kształtować same wybory badawcze. Młodzi naukowcy, racjonalnie reagujący na bodźce, jakie wysyła system, wybierają tematy „bezpieczne metrycznie” zamiast trudniejszych, lecz potencjalnie bardziej oryginalnych. Algorytm formatuje w ten sposób przyszłość nauki, zanim ta przyszłość zdąży się wydarzyć."
I znów pozwolę sobie zacytować słowa Bruce'a Albertsa sprzed 13 lat, wówczas redaktora naczelnego czasopisma Science a wcześniej prezesa National Academy of Sciences of the USA:
"But perhaps the most destructive result of any automated scoring of a researcher's quality is the "me-too science" that it encourages. Any evaluation system in which the mere number of a researcher's publications increases his or her score creates a strong disincentive to pursue risky and potentially groundbreaking work, because it takes years to create a new approach in a new experimental context, during which no publications should be expected. Such metrics further block innovation because they encourage scientists to work in areas of science that are already highly populated, as it is only in these fields that large numbers of scientists can be expected to reference one's work, no matter how outstanding."
https://www.science.org/doi/10.1126/science.1240319
wybierają tematy „bezpieczne metrycznie” Ale hipokryzja. Przewalasz człowieku te same badania od 30 lat i do niczego nie doszedłeś, nic nie osiągnąłeś a tematyka nie jest innowacyjna nawet na warunki polskie. Jak można się tak mądrować. To klasyczny przykład ego które nie jest niczym poparte. Po liczbie wpisów widzę że zmiana pogody mocno wpływa na stan psychiczny.
Nie w pełni rozumiem. Czy kolega ma na myśli, że skrytykowany dyskutant sam wybiera tematy bezpieczne metrycznie, a zarzuca to innym?
Dokładnie tak, panie Alku – komentujący kolega Piotr zarzuca panu Wojtaskowi hipokryzję. Prawda jest jednak taka, że obecny system wręcz zmusza do takiej asekuracji (co również robi pan Wojtasek). Nie oszukujmy się, mało kto ma odwagę na tak wartościowe badawczo kroki jak Pan – by wspomnieć choćby głośne obalenie wieloletniego mitu o 'fobii księżycowej' u nietoperzy albo Pana badania w Albanii jak to opisywali byli członkowie pana zespołu na naszej grupie. Większość badaczy po prostu idzie po linii najmniejszego oporu, wybierając bezpieczne tematy, żeby przetrwać w świecie 'punktozy' i grantów co rzeczywiście w przypadku pana Wojtaska jest mega hipokryzją. Także dziękuję w imieniu kolegów za kolejne bogate źródło niesamowicie intrygujących wpisów i komentarzy w tej i poprzednich dyskusjach,, dzięki którym będziemy mogli kontynuować Pana Kult na naszej grupie.
Nie ma byłych członków mojego zespołu, są tylko aktualni.
Czyli to działa trochę jak Hotel California: można dołączyć, ale nigdy nie można z niego wyjść? A tak na poważnie, to wspaniale, że buduje Pan tak trwałe relacje badawcze i miejmy nadzieję, że sami zainteresowani o tym też wiedzą, jak będzie okazja to ich dopytam. Pozdrawiam serdecznie.
Biorąc pod uwagę, że trwały zespół powstał w 2022 roku, to jeszcze za wcześnie na wykruszanie się kolegów. Obecnie dochodzą do niego doktoranci.
😂😂😂 Z pozdrowieniami - chat GPT. Naprawdę myślicie, że ludzie są tak głupi, żeby tego nie zauważyć? Sami nie potraficie już nic wymyśleć?
A Pan myśli, że ludzi obchodzi to co Pan wypisuje? Jak zdarta płyta o jednym i tym samym.
Szczucie na ludzi nie jest fajne…
Niefajne są oszustwa naukowe i ciekawe, że są osoby którym to trudno jakoś zrozumieć. Ale może dlatego piszą anonimowo.
Dobrzeee, to teraz zabierzemy się za UP Lublin. Poza panią Najdą jest tam przecież wielu znamienitych uczonych współpracujących z takimi światowymi znakomitościami, jak:
Zengqiang Zhang – 28 retrakcji
Mohamed S. Elshikh – 22 retrakcje
Javad Sharifi‐Rad – 13 retrakcji
Manoj Kumar – 9 retrakcji
Mona S. Alwahibi – 9 retrakcji
Shahid Farooq – 7 retrakcji
Mohamed A. A. Ahmed - 4 retrakcje
itp., itd.
AGH, PO, PG, PŚ wydają się już być na właściwych torach, więc mogę trochę zmienić kierunek zainteresowań. Wskazówki zawsze mile widziane.
Straciłem do pana resztki szacunku. Tym komentarzem potwierdził pan działanie w grupie, którą (używając pana słownictwa) można określić jako przestępczą, o czym od dawna już wszyscy mówią.
Ani spektakularnych publikacji (same mierne), ani patentów, ani projektów, ani doktorantów, nagroda Nobla też panu nie grozi.
Ba! Nawet tytuł profesora nie jest w zasięgu.
@Hubert Wojtasek
Dzisiaj mnie to znalazło na LinkedIn:
"A Researcher’s Suspiciously High H-Index Revealed a Vast Citation Ring"
https://www.the-scientist.com/a-researcher-s-suspiciously-high-h-index-revealed-a-vast-citation-ring-74625
"Paper mill cancer studies get double the number of citations as genuine papers"
https://www.nature.com/articles/d41586-026-01908-8
Eee, H = 75? To Królczyk ma tyle. Znam takich, co mają >200.
Nie wierzę w skuteczność ocen eksperckich, a już zwłaszcza z zewnątrz. Wszystko zależy od tego, jak zdefiniować eksperta. W dzisiejszych czasach ekspert z zewnątrz to ktoś, kto ma wysokie współczynniki bibliometryczne. Więc ostateczne wyniki byłyby podobne.
Problem nie tkwi w ocenach, ale w elementarnej ekonomii. Jak upadał komunizm, to było wiele postradzieckich instytutów (PAN-owskich i branżowych), których rola w zasadzie powinna się zakończyć (z powodów ekonomicznych, Zachód ma inną organizację). Więc te algorytmy spadły tym instytutom jak manna z nieba. Bez dydaktyki można produkować tony publikacji. Grupy, które powinny były być rozwiązane, nagle zaczęły funkcjonować jako doskonałe. Oczywiście tylko w opinii polskiej, gdyż przy staraniu się o granty ERC, to prawda wychodzi na jaw, nikt normalny nie chce finansować patologii.
Ale my tutaj z tą patologią musimy dalej żyć. Rządy zmieniają się zbyt szybko, aby podjęły się ryzyka zmian. Jeśli inne kraje postkomunistyczne zrobią u siebie porządek z postradzieckimi strukturami w nauce, to my pójdziemy ich śladem. Ale to perspektywa 10 lat lub dłużej. Na razie będzie jak jest. Za dużo osób jest zainteresowanych utrzymaniem status quo.
@ ZM,
Ani instytuty naukowe PAN, ani instytuty badawcze nie należą do postradzieckiej struktury w nauce polskiej. W ogóle nie ma czegoś takiego, jak postradziecka struktura w państwach dawnego RWPG. I pytanie fundamentalne, jaką inną organizację nauki ma Zachód? Twierdzi pan, że nie ma tam instytucji pozauniwersyteckich prowadzących badania naukowe?
@Maciek
Dziękuję za poświęcony czas na przeczytanie mojego komentarza i przedstawienie swojej perspektywy. Jednak pozostanę przy własnej opinii.
Proszę zapytać pracownika instytutu PAN-owskiego - odpowie, że cierpi niesamowitą biedę, a JBR-u - że on właśnie musi na siebie najpierw zarobić na rynku, potem uprawiać naukę hobbystycznie. Obydwaj stwierdzą, że uczelnia jest w lepszej sytuacji.
Trudno zdezawuować konkurencję, etykietkując ją jako komunistyczną. So einfach ist das nicht - jak powiedział niemiecki pogranicznik do Gustawa Kramera.
Zgadzam się z tym co napisał/napisała Eoeo. Tzn. młodsi pracownicy bądź doktoranci wspomnianych instytutów klepią tam naprawdę biedę. Ze starszymi stopniem to różnie bywa: sporo ma dwa etaty lub jak nadarzy się okazja to łapią stały etat na uczelni. To jest wszystko pokłosie komunizmu, chociaż minęło już prawe 40 lat.
Obecnie sytuacja jest patowa. Wszyscy wiedzą, że z tych instytutów społecznego pożytku nie ma, wiec pieniądze tam kierowane są minimalne. A z drugiej strony żaden polityk nie zaproponuje konkretniejszych ruchów, gdyż wszelkim propozycjom zmian strukturalnych towarzyszą zawsze zadymy na całego (bo ludzie paradoksalnie nie lubią zmian, zwłaszcza jeśli to droga w nieznane). No i nie zapominajmy, ze sporo wpływowych osób zdążyło się ustawić w tym systemie. Na tym polega istota tej patologii, prawie nikomu taka sytuacja nie służy, ale to wszystko sobie trwa i trwa.
Niestety co do algorytmów oceny, to mam podejrzenia, że sytuacja też jest patowa. Kosmetyczne zmiany w sposobie oceny (chociażby z robieniem oceny eksperckiej), nie rozwiązują problemów strukturalnych, więc nic zmienić nie mogą. Natomiast dla władz resortu jest to świetny temat zastępczy: powoływane są nowe komisje (co zawsze dla ich członków stanowi ważną nobilitację), są dyskusje, propozycje, poprawki do propozycji, poprawki do poprawek itd. Coś się dzieje i o to chodzi.
W każdym razie nikomu nie chcę sprawiać przykrości moimi komentarzami. Po prostu piszę jak jest. Na rozwiązania systemowe jest bardzo niewielka szansa i niestety każdy musi pchać swój kamień wg własnych możliwości i własnego sprytu.
@ZM
Całkowicie nie zgadzam się z tą oceną.
Tylko ewaluacja ekspercka jest w stanie zagłębić się w szczegóły i wyciągnąć na wierzch niektóre charakterystyki i cechy badań związane ściśle z unikalnością konkretnych dyscyplin i domen naukowych jednocześnie zwracając uwagę na problemy dnia dzisiejszego, takie jak publikowanie z udziałem w paper mills czy też „sztuczną” cytowalność.
A w przypadku krajów, gdzie potęga lokalnych układów i znajomości sięga zwyczajnie zbyt głęboko, takich jak Polska, tylko międzynarodowe gremia mogą znacząco ograniczyć wpływ tych mechanizmów korupcyjnych na wyniki ewaluacji. Dodatkowo, można wybrać specjalistów z szerokiej puli międzynarodowej, która daje większe szanse na rzetelną ocenę.
Jeśli Portugalia może robić taką ewaluację, to Polska też mogłaby spróbować.
@Marcin Przewloka
Jeszcze raz podkreślę (bo Pan to przeoczył): ostatecznie, to nie samą ocenę naukową w tym wszystkim, chodzi, ale o elementarną ekonomię funkcjonowania państwa.
PS. A że się Pan ze mną nie zgadza: trudno, w ogólności nie można zadowolić wszystkich. Niech tak pozostanie.
@ZM
Uważam po prostu, że problem ewaluacji badań naukowych tkwi w tym, jak się robi ewaluacje badań naukowych, a nie w „elementarnej ekonomii funkcjonowania państwa”.
Tak więc żeby za bardzo nie filozofować, dodam tylko, że konkretnie odniosłem się do tego fragmentu Pańskiej wypowiedzi:
„Nie wierzę w skuteczność ocen eksperckich, a już zwłaszcza z zewnątrz.”
Przecież wiadomo, dlaczego wprowadzono algorytmiczną ewaluację, nie udawajmy, że nie wiemy, nie jesteśmy dziećmi. Jedyną w pełni rzetelną ewaluacją jest ewaluacja ekspercka, bo żaden algorytm nie wychwyci wszystkich czynników. Ale do ewaluacji eksperckiej potrzebni są uczciwi eksperci a nie małe cwaniaczki - a do czegoś takiego sprowadził naukowców najpierw komunizm a potem post-komunizm. Polska nauka jest skorumpowana do szpiku kości, ewaluacja przez "ekspertów" by prowadziła do groteskowych ocen. Algorytmy przynajmniej wszystkich oceniają jednakowo.
@Ambrosius
"Czy jesteśmy gotowi na ocenę ekspercką?"
"Ocena ekspercka prowadzona przez międzynarodowe gremia może brutalnie skonfrontować nas z rzeczywistą jakością naszych badań. Może okazać się zimnym prysznicem zarówno dla pojedynczych naukowców, jak i całych instytucji. I tu dochodzimy do kluczowego pytania: czy jesteśmy gotowi zaakceptować jej wyniki?"
https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-11-2025/czy-jestesmy-gotowi-na-ocene-ekspercka%E2%80%A9/
"Badania nad gospodarkami krajów rozwijających się, lokalnymi instytucjami finansowymi, regionalną polityką gospodarczą czy społecznymi skutkami transformacji ustrojowej, choć fundamentalnie istotne dla jakości życia milionów ludzi, stosunkowo rzadko trafiają do czasopism o najwyższym Impact Factor, które tradycyjnie premiują tematykę uniwersalistyczną i metody ekonometryczne oparte na danych z gospodarek wysokorozwiniętych"
Mówiąc prościej: Te badania po prostu nikogo nie interesują, a przynajmniej nie edytorów czasopism o najwyższym IF.
Osobiście jestem zdanie, ze takie badania są wprost niezwykle interesujące, ale nie jestem specjalistą w tej dziedzinie. Dziwi mnie jednak, że najlepsze czasopisma nie interesują się tematyką, od której zasadniczo zależą losy świata. Od dawna widać, ze sytuacja w krajach rozwijających się (oraz się zwijających) wstrząsa podstawami stabilności światowej. I co, nieinteresujące dla nauki? Jakoś nie wierzę.
@Alek Rachwald
Jak spojrzy się na zestaw czasopism zebranych w Clarivate w odpowiednich kategoriach, to są tam dziesiątki i setki tytułów, które pokrywają tematyka praktycznie wszystkie obszary badań. Nie wiem, czy w ogóle istnieją jakieś "dziury” tematyczne, które rzeczywiście nie mają swoich własnych czasopism. Wątpię.
Tak, wiele z nich nie ma wysokiego impact factor, ale co z tego? Publikuje się tam, gdzie można, aby poinformować społeczność badaczy o nowych danych, nowych obserwacjach, nowych ideach. Do tego wysoki impact factor nie jest potrzeby. Im wyższy, tym lepiej, ale to nie jest priorytet.
Jest jednak pewien warunek, którego – jak już zauważyłem z innych dyskusji prowadzonych tutaj na forum – wielu naukowców z Polski nie chce spełnić. Albo nie potrafić spełnić. Mianowicie publikacje te powinny być po angielsku. Niezależnie od tematu, niezależnie od dziedziny, wszystkie artykuły przedstawiające wyniki badań naukowych, powinny być po angielsku.
I wtedy znajdą się odpowiednie czasopisma dla tych wszystkich prac, i wtedy również wyniki trafią do najszerszego możliwie grona społeczności naukowej na całym świecie.
Moja wątpliwość w gruncie rzeczy tego dotyczyła.
Właśnie natknąłem się na interesującą wypowiedź dotyczącą jednego z matematyków. Mianowicie, jak napisał Dyskutant "ztrewq" na stronie https://biokompost.wordpress.com/2009/12/14/cytat-na-dzis-adam-lomnicki-i-lustracja/ odnośnie tego matematyka
cyt."Kiedy w 1996 zorganizował pierwsze Warsztaty Biologii Ewolucyjnej, podczas otwarcia powiedział, że na „Warsztatach” nie używamy tytułów naukowych, ponieważ magister to żaden tytuł, doktor myli się z lekarzem, docent był postacią kabaretową jeszcze w latach osiemdziesiątych, a odkąd Jaskiernia został profesorem…"
Zatem, jak widać, algorytm, w myśl którego nadaje się te stopnie i tytuły, nie zawsze musi działać poprawnie... :)
Ba, ale to był sam Adam Łomnicki... Jednak podejście się przyjęło, wielu z nas wciąż niechętnie używa tej tytulatury w kontaktach z młodszymi kolegami.
Ech, ci matematycy :) Nigdy nie mieli szacunku do tytułów. Tam u nich magister jest po imieniu z profesorem. A największy z naszych to w ogóle był taki prosty chłopak wynaleziony przez środowisko na ławce w parku, a jak już się zakorzenił na uniwersytecie, to dalej chodził na mecze, budząc niesmak u swoich kolegów.
Artykuł zawiera wiele niezwykle cennych spostrzeżeń, które mnie także nurtują. Władza definiującego algorytm - pisałem kilkukrotnie, że rozdmuchanie wskaźników bibliometrycznych (prościutkich algorytmów) podejrzewam o bycie celowym działaniem w kierunku zdobycia władzy nad światową nauką. Dyskryminacja - rzeczywiście wpisana z definicji w algorytmy, w data mining (może tu należy poczynić krok intelektualny - z dość prymitywnego rozszerzania pojęcia dyskryminacji - ze względu na płeć, rasę, kolor włosów, to, tamto i owamto zadać sobie w ogóle pytanie, dlaczego ktoś ma władzę drugiego dyskryminować albo nie dyskryminować). Ten system COMPAS to jakiś horror - znaczy, że automaty już de facto sądzą ludzi. Predylekcja uczonych do algorytmów oceny - wstyd, rzeczywiście, że środowisko akademickie tak tą bibliometrię, w gruncie rzeczy, łyknęło, od tego środowiska można było oczekiwać spojrzenia z góry. I tak dalej.
Jakie jest rozwiązanie? Zgadzam się z p. Przewłoką, że nie zakażemy rankingów, "algorytmów", itp. W ogóle nadmierne zakazy i nakazy, zwłaszcza pochodzące od decydentów o wyobraźni dziecka, to druga zmora współczesnych czasów (ostatnio dowiadujemy się, że zakazane będą zgrzewki napojów uzyskane za pomocą folii; ciekawe, czy będzie się teraz wiązać butelki sznurkiem, czy może owijać liściem bambusowym). Na pewno AI, jak i prostsze algorytmy będą nadużywane. Jedną rzecz można zrobić łatwo: państwo nie może swoim przymusem sankcjonować rezultatów osiąganych przez mniej lub bardziej zaawansowany algorytm. Przykładowo, IF ma liczne znane wady, na czele ze śmiesznie krótkim okresem liczenia cytowań. Trzeba go używać z głową, ze świadomością jego celu, wad, w połączeniu z innymi wskazaniami, itd. Pomimo to państwo polskie zrobiło dokładnie na odwrót, czyniąc arbitralnie ten wskaźnik obowiązkowym przy podziale pieniędzy na naukę. To się nie powinno było zdarzyć.
Natomiast nadużyć "algorytmów" będzie dokonywać nie tylko państwo, ale i prywatne osoby lub podmioty, zwłaszcza te duże. Co z tym zrobić? Dobrej odpowiedzi nie ma chyba nikt. Dużą rolę ma kręgosłup moralny i intelektualny (niestety, jak zauważyła autorka - środowisko naukowe, które powinno tu przodować i ostrożnie traktować automatycznie uzyskane rankingi, oceny, nie popisało się w tym względzie). Są tylko ślady pomysłów, co robić. Osobiście widzę jeden taki ślad, jest to dość ciężko wytłumaczyć. Słyszałem kiedyś w radio opinię, że cyfryzacja wymusza zmianę nie tylko narzędzi ale i procedur, czego np. nie rozumieją Niemcy, i usiłują procedury urzędnicze z czasów papierowych dokładnie odwzorować na czasy elektroniczne. Otóż uważam przeciwnie, Niemcy mają dobrą intuicję. Należy zachować jak najwięcej z procedur i konstruktów z czasów papierowych, ze starych czasów - osobę odpowiedzialną za decyzję (tu zahaczam o problem rozmywania odpowiedzialności), podpis tej osoby, dokument z decyzją, przestrzeń normatywną, prawną, aksjologiczną decyzji, a więc w oczywisty sposób wytłumaczalność decyzji, drogę odwoławczą, no i oczywście odpowiedzialność osób za decyzję. No, ale to temat na dłuższą dyskusję.
@Fidelio
Algorytmy i rankingi to tylko narzędzia. Nie są one ani dobre ani złe. To informacje, z których można i należy korzystać, ale po pierwsze rozumiejąc, co one znaczą i jakie mają ograniczenia, a po drugie nie kierując się jedynie tymi wskaźnikami, ale raczej zbierając możliwie jak najwięcej innych danych z różnych źródeł (jeśli są dostępne).
Jak rozumiem, pani autorce chodzi o krytykę algorytmów, które generują jakieś listy rankingowe. Ale one wszystkie powstają w pewnych celach.
A potrzeby są różne. Na przykład, studenci, którzy chcą wybrać sobie uczelnie do studiowania w danym jednym kraju lub międzynarodowo, chcieliby wiedzieć, które uniwersytety można uznać za lepsze, a które za gorsze. Na przykład osoby z przemysłu chciałyby otrzymać jakąś opinie lub poradę na dany wąski temat, chciałyby wiedzieć, które uczelnie w danej dziedzinie są lepsze. Politycy mogą chcieć wybierać doradców. Itd.
Jakieś poglądy o tym, która uczelnia jest lepsza, a która gorsza, istniały od zawsze. Powstały one tak wcześnie, jak tylko był już jakiś wybór pomiędzy uczelniami, na których można studiować lub pracować. Czy pani autorka tego tekstu chciałaby, żeby takie poglądy oraz opinie przestały w ogóle istnieć? Wątpię, żeby tak się stało; z oficjalnymi rankingami czy bez, ludzie będą mieli swoje preferencje zbudowane na takich czy innych informacjach. Natomiast rankingi tych informacji po prostu dostarczają.
Każdy pojedynczy algorytm, każda pojedyncza cecha oceniana w rankingach, czy też nawet każdy pojedynczy ranking, znaczą raczej mało. Ale jak się te różne rankingi zbierze razem, porówna informacje, to już można jakieś wnioski wyciągać i budować swoją opinie o tej, czy innej uczelni. Tak więc raczej nie zgodzę się z tą całkowitą krytyką algorytmów. Jeśli zna się ograniczenia, jeśli się wie, jak rankingi są budowane, to również wiadomo, do czego takich rankingów używać się nie powinno, i wtedy ogólnie rzecz biorąc te informacje stają się bardzo przydatne.
Ależ z pana idealista .... A podobna wiara w rankingi rozbija się o zabawne rzeczy. Np. w różnych rankingach gospodarczych czy biznesowych Polska jest oceniana w grupie - wspólnie z Węgrami, Słowacją, itp. Zatem cierpimy za grzechy tamtych rządów, względnie spijamy śmietankę za ich posunięcia. I nic z tym nie możemy zrobić - światowy biznes za bardzo nie wnika w różnice między Polską a Węgrami, po prostu czyta te rankingi :) Czyżby w nauce było inaczej? U nas zwłaszcza ewaluacja opiera się o takie to a takie wskaźniki bibliometryczne i można sobie wnikać w ich definicję, ale platonicznie - nic to nie da. Teoretycznie trochę miejsca na interwencję jest poprzez listę czasopism punktowanych - i dobrze - ale ta interwencja nie jest wielka.
PS. Tak z ciekawości - sam by pan tak wybierał uczelnię do studiowania, współpracy, czy ekspertyzy? O, w rankingu X ta ma 34. miejsce, a w rankingu Y - 40. A druga - odpowiednio 32. i 41. Co z tego wynika? Czy jednak poczytałby pan jakąś konkretną opinię o uczelniach, zebrał artykuły, zasięgnął opinii znajomych, może odwołał do własnych doświadczeń itp?
@Fidelio
Prawdę mówiąc nie chce się wypowiadać o "rankingach gospodarczych czy biznesowych", ponieważ nie znam się i na nich, jak również w artykule nie o nich mowa. Lepiej trzymać się tematu.
A w rankingach uczelni każda uczelnia jest osobno, można tez oczywiście porównać sobie poszczególne kraje (również osobno). Tak więc tutaj ten konkretny problem, o którym Pan pisze, nie istnieje.
Co do "listy czasopism punktowanych" to powtórzę moją opinię i jeszcze raz podkreślę, że moim zdaniem taka lista nie ma sensu. Za to ma sens ewaluacja przeprowadzona przez zagranicznych ekspertów, którzy oczywiście braliby pod uwagę publikacje, ale to byłaby ocena pogłębiona przez bardzo dobrą znajomość konkretnej dziedziny oraz treści tych publikacji.
Zaś co do pytania z P.S., to jeśli mowa o jakimś jednym konkretnym rankingu, różnica pomiędzy miejscami 30 i 40 jest prawie żadna. Natomiast już zapewne jest jakaś różnica pomiędzy miejscami 30 i 140. Jednak – jak już pisałem powyżej – pojedynczy ranking nie jest zbyt pomocny. Trzeba się przyjrzeć paru, dopiero wtedy można powiedzieć coś bardziej konkretnego. Ja w mojej pracy zawodowej nie używam w ogóle rankingów, ale zdarzyło mi się w nie zagłębić jakiś czas temu z powodów osobistych. Natomiast z doświadczenia wiem, że przyszli studenci analizują rankingi, czasem nawet zbyt dogłębnie.
Wg Autorki tekstu: "Algorytmy są zwierciadłem i jak każde zwierciadło nie tylko odbijają rzeczywistość, lecz ją nieuchronnie zniekształcają. To, co widzimy w tym odbiciu, zależy od tego, czy będziemy mieć odwagę zapytać: kto trzyma zwierciadło, w czyim interesie i po co?"
W każdym systemie są jacyś wygrani i to oni trzymają zwierciadło. A w praktyce: wygrani to kasa, zaszczyty, wywiady...
Musi dochodzić do dużych absurdów, żeby przyszła chwila otrzeźwienia. A inaczej nie grasz w tę grę? No to wypad...
Na szczęście w nauce sytuacja zaczyna się powoli wyjaśniać, wysoki H nie jest już interpretowany jako wynik doskonałości, ale jako wynik "ustawienia w systemie". To jeszcze nie rewolucja, ale widać już jakąś refleksję.
Natomiast co do "nowomowy feministycznej", to na razie jest ciągle w natarciu. Gdyby Autorka napisała o sobie "rektor", nie byłoby przeproś: GW, Newsweek itp. nigdy by jej już tego nie wybaczyły. Ciekawi mnie tylko skrót "prof.". Czy to od słowa profesor, czy profesorka? Takie niedopowiedzenie musi jednak drażnić wspomniane media. Bo wyszło takie "palę, ale się nie zaciągam". W dzisiejszych czasach analizowane jest każde słowo i sprawdzane jest, "czy to nasz światły człowiek, czy wróg klasowy". Tutaj otrzeźwienie jeszcze nie nastąpiło i jak znam tych speców z GW i Newsweeka, to szybko nie nastąpi.
REKTOR REKTOR REKTOR REKTOR REKTOR. 🙂
Szkorbut, szkorbut?
Trzeba leczyć Panie Alek
Lepiej zapobiegać, np. jedząc jabłka.
Lepiej kapustę kiszoną!
Cyt."Powstają akademickie bańki poznawcze, zamknięte światy cytowań, w których określone szkoły myślenia, metodologie i tematy stają się dominujące nie dzięki swojej intelektualnej wyższości, lecz dzięki sieciowemu efektowi algorytmicznej rekomendacji."
No tak, tyle że SAMI pozwalamy sobie narzucać te reguły gry. Jestem współautorem pewnych wyników z jednej z dziedzin ścisłych, z kolei współautor ma na koncie swoje samodzielne publikacje, też z tej dziedziny. Powiem tak: jeśli nie jest się w jakimś "klanie" naukowym lub "spółdzielni", której członkowie się nawzajem cytują, to trzeba zrobić coś w rodzaju mini kampanii wyborczej, żeby w ogóle dana praca została zacytowana. Tak przynajmniej było i jest w naszym przypadku.
"No tak, tyle że SAMI pozwalamy sobie narzucać te reguły gry."
Nie, myśmy te reguły stworzyli. I przez "my" mam na myśli naukowców, bo ja od 30 lat staram się im przeciwstawiać, raczej z opłakanym skutkiem. Przy okazji polecam
https://www.linkedin.com/feed/update/urn:li:activity:7480142359402557440/
Niech każdy mówi za siebie. Niektórzy naukowcy mają obsesję na punkcie współczynników bibliometrycznych, ale tak było zawsze. Tylko kiedyś tym pożądanym osiągnięciem była jak najwieksza liczba publikacji, a dziś może to być np. wysoki indeks Hirscha. Ale po pierwsze owi obsesjonaci stanowią niewielki ułamek społeczności naukowej, a po drugie korzyści z wysokich wartości współczynników bibliometrycznych są umiarkowane. Można zrobić zawrotną karierę z małym h i być "nikim" z dużym h.
"po pierwsze owi obsesjonaci stanowią niewielki ułamek społeczności naukowej" 😂😂😂
Taki mądry i nie wie, że w ministerstwie, co rządzą, mają małe h a i zrobili zawrotną karierę, z dużym h to jedynie kariera, miska ryżu na pociechę i "zapier... do u... śmierci"
Cyt."Można zrobić zawrotną karierę z małym h i być "nikim" z dużym h."
Interesowałoby mnie zwłaszcza to pierwsze. Czy zna Pan(i) jakiś w miarę dokładny algorytm, jak to osiągnąć? :)))
Pracować nad jednym, wybranym zagadanieniem całe zycie, publikować mało ale konkretnie. Jeszcze trzeba mieć trochę szczęścia. Nie wiem czy wykonalne w warunkach obecnej ewaluacji.
Peter Higgs - to nazwisko jest znane większości komentujących tutaj. H-index? 20
I może jeszcze raz przytoczę fragment artykułu profesora Tadeusz Dudycza „Punktowa demoralizacja nauki”:
https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-7-8-2022/punktowa-demoralizacja-nauki%e2%80%a9/
„Pogoń za produktywnością zmieniła drastycznie klimat i swobodę twórczą naukowców. Peter Higgs, laureat nagrody Nobla za odkrycie bozonu nazwanego jego imieniem, w rozmowie z Guardianem powiedział, że przypuszcza, iż żaden uniwersytet nie zatrudniłby go w dzisiejszym systemie akademickim, ponieważ nie byłby uważany za wystarczająco „produktywnego”. Komentując przemiany, jakie zaszły na uczelniach, powiedział: „Trudno sobie wyobrazić, że kiedykolwiek miałbym dość ciszy i spokoju w obecnym klimacie, żeby zrobić to, co zrobiłem w 1964 roku”.
Ten przypadek jest mi akurat dobrze znany, więc to niedokładnie tak.
Peter Higgs opublikował 20 artykułów a indeks H ma 10. Bo z tych 20 artykułów tylko 10 to artykuły naukowe, a pozostałe to komentarze i notki biograficzne.
Tak, racja. H-index 10. Mój błąd pisarski, myslałem o H-indexie, a napisałem liczbę publikacji. Co ciekawe, nawet takie ewenementy jak Peter Higgs mają w swoim dorobku publikacje, które nigdy nie zostały zacytowane (przynajmniej wg Scopus)!
Dziękuję za czujnosć!
Ciekawe jest również to, że pan Higss ma na swoim koncie również książkowy przykład salami slicing: dwie publikacje w jednym zeszycie czasopisma opublikowane jedna po drugiej. Przecież mógł wydać je pod jednym tytułem!
Z jakich czasów? Z lat 60.? To bez przesady. Wtedy to pewnie nawet pojęcie salami slicing nie istniało, czasy właśnie były spokojniejsze, bez presji, nic na tym nie skorzystał. Równie dobrze czytałbym to jako zabieg edycyjny, może tak łatwiej było zapanować nad maszynopisem/manuskryptem. Nie myślmy ahistorycznie.
W niczym wskazana kwestia nie osłabia przesłania Higgsa dla współczesnej punktozy tu i wcześniej na tym forum omawianego.
Nie znam się na fizyce kwantowej, ale podobnie było z Watsonem i Crickiem, tylko, że tu 2 artykuły ukazały w dwóch kolejnych numerach Nature.
https://www.nature.com/articles/171737a0
https://www.nature.com/articles/171964b0
Każdy orze jak może. 😁 Nobliści to w końcu też tylko ludzie. Zresztą o sprawie Rosalind Franklin pewnie Pan słyszał. 😟
@maciej
Bardzo interesujący, świetny przykład.
I jednocześnie bardzo rzadki – nieczęsto zdarza się, że po odkryciu czegoś bardzo ważnego nie ma następnych publikacji na zasadzie „follow-up”, które dalej i dokładniej opisują to odkryte wcześniej zjawisko, i również są wysoko cytowane.
Natomiast te 3 najważniejsze publikacje Higgsa są cytowane tysiące razy.
"nieczęsto zdarza się, że po odkryciu czegoś bardzo ważnego nie ma następnych publikacji na zasadzie „follow-up”, które dalej i dokładniej opisują to odkryte wcześniej zjawisko"
Bo Higgs musiał czekać prawie 50 lat, aż jego obliczenia zostały potwierdzone eksperymentalnie (2012). Sprawdziłem - cytowania jego prac gwałtownie skoczyły w roku 2012. Może przedtem nikt nie chciał w to wierzyć?
algorytmu nie znam, ale znam wiele przykładów
Te kobiety same chcą być tak nazywane. Na przykład - z czym kojarzy się "dziekanka"? Zresztą, wg mnie to są tematy zastępcze.
Abstrahując od tekstu;
Rektora to nie brzmi poważnie