Szczypta nadziei na większą skuteczność w pozyskiwaniu projektów grantowych przez pracowników jednostki naukowej, skromny ekwiwalent w postaci subwencji oraz plany, ile to pokoi gościnnych wynajmiemy czy też ile to książek sprzeda wydawnictwo. Tak wygląda przepis na pollyannaizm finansowy, czyli stworzenie planu finansowego instytutu naukowego.
Taki dokument musi uchwalić każda Rada Naukowa. Trzeba jedynie pamiętać, że jest to jedynie myślenie życzeniowe, wiara, że bilans zysków będzie wyższy od strat. Mamy zatem do czynienia z typowym efektem Pollyanny, czyli błędem poznawczym polegającym na nieświadomym lub świadomym koncentrowaniu się wyłącznie na pozytywach i odnajdywaniu dobrych stron w każdej sytuacji, przy jednoczesnym wypieraniu negatywnych faktów. Bez takiego pozytywnego myślenia, chyba żadna Rada Naukowa instytutu humanistycznego w Polsce nie uchwaliłaby planu finansowego.
Na czerwcowej radzie naukowej Instytutu Historii im. Tadeusza Manteuffla Polskiej Akademii Nauk nie zabrakło optymizmu. Najpierw informacja zła, czyli zakończyliśmy rok 2025 z dziurą budżetową na poziomie 1 114 tys. zł. Potem teoretycznie dobra wiadomość, że subwencja w roku 2026 wyniesie 18 363 tys. zł (w 2025 r. było to 19 158 tys. zł), po której następuje stwierdzenie, że wydatki na wynagrodzenia osobowe, bezosobowe i honoraria wyniosą 28 090 tys. zł. Od tego momentu następuje projektowanie optymistyczne budżetu oparte na nadziei, że pozostałe przychody operacyjne (odsetki bankowe, wynajem pomieszczeń, sprzedaż wydawnictw itp.), dotacje oraz projekty badawcze NCN, NAWA, DARIAH, SALT, DWSP, NPRH i inne będą na tyle duże, że nie zakończymy roku 2026 z debetem na koncie. Co prawda rok temu również mieliśmy takie nadzieje, ale cóż – wtedy nie wyszło.
Prawda jest jednak taka, że subwencja ministerialna nie pokrywa pensji pracowników, a zwracam uwagę, że do tej rubryki nie doliczyłem kwestii ZUS i świadczeń na rzecz pracowników, które wynoszą prawie 5 807 tys. zł, materiałów i energii (ok. 1 250 tys. zł), usług obcych, np. wydawnicze, czynsze (ok. 4 655 tys. zł), stypendiów, delegacji, kosztów operacyjnych, podatku CIT (ok. 3 500 tys. zł). Gdy zsumujemy wszystkie koszty, nagle okazuje się, że otrzymamy kwotę ok. 43 mln zł (Instytut Historii PAN zatrudnia ok. 200 osób) przy subwencji ministerialnej na poziomie 18,5 mln zł. Reszta kosztów pokrywana jest, w ogromnej większości, przez zdobywane przez pracowników różne formy finansowania. Innymi słowy, granty nie tylko finansują badania, ale i umożliwiają funkcjonowanie instytutu na plusie budżetowym, co nie powinno być ich zadaniem.
Warto również podkreślić, że instytuty PAN mają osobowość prawną i nie mogą liczyć, tak jak wydziały uczelni, na rektora, który w razie czego dosypie im pieniędzy, bo nad nimi nie ma żadnego rektora. Nad nimi znajduje się korporacja uczonych (PAN), która ma własny budżet i składa się w większości z badaczy zatrudnionych na uczelniach. Na jej czele stoi prezes PAN, który robi co może, aby wspierać instytuty w ich dążeniach do uzyskania większych środków z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Z tego też powodu często dyrektorzy instytutów PAN udają się na osobiste „żebry” do ministra. Jakby nie patrzeć, jest to absurdalny sposób finansowania nauki, kiedy minister bezpośrednio rozmawia z dyrektorem instytutu zatrudniającego blisko 200 osób.
Co ciekawe, za czasów ministra Przemysława Czarnka doskonale zdawano sobie sprawę z ciosu, jaki zadano nauce polskiej w czasach Jarosława Gowina (wskutek zmiany kosztochłonności jednostki humanistyczne straciły ok. 40% swoich subwencji), dlatego też pod koniec każdego roku resort zasypywał dziurę budżetową wynikłą z powodu niewystarczającej wysokości subwencji. Po raz pierwszy nie zasypano jej w 2023 roku, a następnie w 2025 roku. Taka niepewność – dyrektor wie dopiero pod koniec grudnia, czy jego roczny budżet się zamknie – uniemożliwia jakiekolwiek sensowne planowanie. Ponieważ subwencja jest za mała, dyrektor musi gospodarować z nadzieją na grudniową dorzutkę, której brak stanowi poważny problem.
Istnieje również poważny problem związany z wynagrodzeniem osób zatrudnionych w jednostkach naukowych. Poniżej zestawiłem pracę minimalną z pensją asystenta i profesora. Warto zwrócić uwagę, że jeszcze w 2018 r. pensja asystenta była o prawie 50% wyższa niż minimalna krajowa. Gdyby tę różnicę utrzymano, wówczas w 2026 r. pensja asystenta powinna wynosić 7209 zł. Tymczasem, jak wynika z tabeli, skok wynagrodzeń następuje w 2023 r. Powodem tego był fakt, że pensja asystenta z 2022 r. była o 285 zł niższa od minimalnej krajowej z 2023 r. Ponieważ zgodnie z regulacjami minimalna pensja asystenta to 50% pensji profesora, podwyższono pensję profesora w 2023 r. do poziomu 7210 zł., czyli o około 12%. Rok później pojawił się ten sam problem, pensja minimalna była wyższa od pensji asystenta i zwiększono pensję profesora o 30% – do 9370 zł. Ten sam problem pojawił się w 2026 r., wobec czego podwyższono pensję o 3%. Ministerstwo pochwaliło się, że w 2025 r. dało 5% podwyżki dla uczelni. Niestety, instytuty Polskiej Akademii Nauk (a przynajmniej ten w którym pracuję, Instytut Historii PAN) takiej podwyżki nie dostały. Nawiasem mówiąc, instytuty PAN-owskie w przeciwieństwie do uniwersytetów nie mają również tzw. 13 pensji.
Drogi czytelniku, warto abyś sobie uświadomił, że w instytutach PAN to nie do końca wygląda tak, że profesor (tzw. belwederski) dostaje pensję w wysokości 9370 zł brutto (po zmianie rozporządzenia 9650), profesor uczelni 8009,50 zł brutto, adiunkt 7044,50 zł brutto, zaś asystent 4825 zł brutto. Badacze nie mają żadnych premii oraz tzw. trzynastej pensji. Jedyne co jest doliczane do podstawy, to dodatek za wysługę lat oraz dodatek dla kierowników działów za kierowanie zakładem lub pracownią. Z otrzymywanego wynagrodzenia naukowcy muszą zaplanować zakup komputera, oprogramowania i innego sprzętu niezbędnego do wykonywania swoich obowiązków, ponieważ dotacja bazowa nie wystarcza na wyposażenie pracowników naukowych w niezbędny sprzęt (dostają go tylko pracownicy administracyjni). Niska subwencja powoduje, że złotówka jest oglądana z każdej strony, dlatego też pracownik nie dostaje delegacji, gdyż ta obliguje pracodawcę do wypłaty pełnych diet. Naukowiec składa wniosek o urlop naukowy. Następnie prosi o pokrycie kosztów przejazdu i noclegu i 50% diet dziennych (tutaj należy podkreślić, że się poprawiło, bo było gorzej).
Szczęściarze, którym udało się uzyskać granty i mają środki na sprzęt oraz delegację, nie muszą się takimi drobiazgami przejmować, reszta zaś, która korzysta z subwencji ministerialnej, poza rachunkami domowymi musi przewidzieć wydatki wynikające z wykonywanej pracy, jak np. zakup sprzętu, oprogramowania (np. pakiet office) oraz delegacje. Należy przy tym wszystkim pamiętać, że badacze pro bono są recenzentami artykułów, redaktorami w czasopismach, organizują konferencje i podejmują inne inicjatywy. Bardzo często nie mają nawet biurka w miejscu pracy i przestrzeń roboczą muszą zorganizować sobie w domu.
Około 2020 roku mój dobry znajomy z niemieckiej uczelni opowiedział anegdotę, która powtórzyła się niemal słowo w słowo w Lipsku, gdy pracowałem w Leibniz-Institut für Geschichte und Kultur des östlichen Europa (GWZO) jako profesor wizytujący. Wieczorem w miejscowej restauracji rozmawiałem z niemieckim doktorem i zeszło na zarobki badaczy niemieckich i polskich. Gdy powiedziałem, ile zarabia samodzielny pracownik naukowy w Polsce, dostałem pytanie: „Ale to wam pod koniec roku jakoś wyrównują?”.
Od jakiegoś czasu przestałem liczyć na zrozumienie i podjęcie działań zmierzających do poprawy jakości życia naukowców i tym samym zachęcania młodych ludzi do tego pełnego wyrzeczeń „hobby”, jakim jest kariera naukowa. Namawiam jednak ciebie, drogi czytelniku, abyś prześledził w dostępnych mediach, ile razy z ust polityków padało podobne lub wręcz identyczne stwierdzenie: „Należy zaznaczyć, że w obszarze szkolnictwa wyższego przepisy regulują jedynie minimalną wysokość wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli akademickich w uczelniach publicznych, natomiast faktyczną wysokość wynagrodzeń w uczelniach kształtują samodzielnie władze uczelni, indywidualnie w odniesieniu do każdego pracownika i z uwzględnieniem posiadanych zasobów finansowych”.
Jest to oczywista medialna manipulacja, ale poprawiająca samopoczucie tym, którzy się nią posługują. Jak widać, efekt Pollyanny dotyka nie tylko członków rad naukowych, ale także polityków. Na koniec warto zaznaczyć, że do ok. 2016 roku nauka polska radziła sobie całkiem dobrze. Pytanie, czy obecne kierownictwo resortu swoimi działaniami wzmocni pozycję polskich naukowców? Czy zauważy, że bez silnych budżetów jednostki nie będą w stanie zatrudniać w administracji wyspecjalizowanej kadry, która swoimi kwalifikacjami wesprze naukowców w zdobywaniu grantów europejskich? Aktualnie naukowiec, który ma fanaberię aplikowania o granty europejskie, zdany jest na siebie. Czy resort zrozumie, że subwencja dla jednostek naukowych, które w ewaluacji osiągnęły pozytywne wyniki, powinna pokrywać w 100% koszty funkcjonowania (pensje, prowadzenie badań, infrastrukturę, sprzęt komputerowy itp.)? Koszty uzyskane z innych źródeł powinny być motywacją do dalszej pracy jednostki, a nie wymogiem jej egzystencji.
prof. Adrian Jusupović
Instytut Historii im. T. Manteuffla PAN
"subwencja w roku 2026 wyniesie 18 363 tys. zł, [...] wydatki na wynagrodzenia osobowe, bezosobowe i honoraria wyniosą 28 090 tys. zł."
z całym szacunkiem - czy wyobrażacie sobie firmę, gdzie więcej wydaje na wynagrodzenia, niż się ma pieniędzy? taki bilans tylko i wyłącznie pokazuje, że z częścią pracowników należy się pożegnać. to że jest to instytut PAN, nie oznacza, że można wydawać więcej pieniędzy niż się ma...
dodatkowo - do pełnej i rzetelnej oceny sytuacji (np. czyja to wina), przydałaby się również informacja nt. środków jakie Instytut w każdym roku - niestety w tabeli tego brak.
Z pracownikami nauki jest tak jak z mieszkańcami Warszawy - zarówno ogromna większość pracowników nauki jak ogromna większość mieszkańców Warszawy będzie głosować na KO bez względu na politykę prowadzoną przez tę partię. Dlatego nie musi się ona starać, ma wszystko za darmo, więc płacić nie będzie.
@ Ambrosius,
Według mnie jedynie pan Karol Nawrocki Prezydent RP stara się autentycznie zjednać sobie krajowe środowisko akademickie i naukowe. Wynika to z jego osobistych przekonań, ale i przyjętej strategii politycznej. Pozostali krajowi politycy nadal twardo śpią w malinach.
W jaki konkretny sposób on to robi?
@ Alek Rachwald,
Przede wszystkim identyfikuje się z krajowym środowiskiem akademickim i naukowym. Jest otwarty na inicjatywy legislacyjne dotyczące szkolnictwa wyższego i nauki. Wychodzi na przeciw, dotrzymując danego słowa.
Nic podobnego dotąd nie zauważyłem, ale ja nie pracuję w IPN.
Zjednać przeciwko sobie?
@ Kejdrzej,
Raczej wokół siebie kolego, a to domena mężów stanu.
Kejdrzej ma rację. Gigantyczna tępota i schematyczność naukowców nie pozwalają im dostrzec potencjalnych sojuszników i możliwości. Jak owce u Orwella będą powtarzać: Michnik dobry, Kaczyński zły.
@ Ambrosius,
Wie pan, to jest tak, jak w społeczeństwie polskim istnieją sympatie i antypatie polityczne. Właściwie to krajowa klasa polityczna podzieliła społeczeństwo, i zarazem wszelkie grupy zawodowe. Tylko to droga donikąd.
W porządku, sympatie i antypatie to ludzka rzecz ale nie powinny one wycierać mózgu. A już w żadnym razie u naukowców, od których się jednak wymaga pewnej niezależności myślenia i przyczepności do rzeczywistości. A poglądy niektórych są tak kontrfaktyczne, że aż zęby bolą.
Na zgniłym Zachodzie nauka jest domeną imigrantów, bo też nigdy nie była dobrze płatna. U nas byłoby podobnie, tylko że w zasadzie nie mamy własnego przemysłu, gdzie Ci kumaci mogliby pokazać swoje możliwości.
Ależ skąd. Na tym wspomnianym Zachodzie nauka najpierw była domeną zamożnych arystokratów, ekscentrycznej szlachty oraz kościołów, a potem całkiem dobrze zarabiających profesorów uniwersyteckich. A i u nas... Pamiętam że we wspomnieniach jednego z czołowych matematyków szkoły lwowskiej była wzmianka, jak po wielu wysiłkach, jako młody badacz otrzymał 1/8 etatu asystenta na uniwersytecie i że to było jednak za mało na życie. Dzisiaj propozycja żeby żyć z 1/8 etatu asystenta wywołałby już wyłącznie śmiech pełen niedowierzania, bo by to było jakieś 500 złotych zdaje się. Na miesiąc.
IPN ma prawie miliard, potrzebujemy jakis innych instytucji zajmujacych sie historia? A przeciez jest ich na peczki
Doktorów coraz więcej bezrobotnych, więc zawsze chętny do pracy się znajdzie.
Podobno w PRL było więcej naukowców niż we Francji, a jakież to były różnice w rozwoju.
Liczba naukowców nie przekłada się na rozwój kraju.
To jest obraz funkcjonowania III Rzeczypospolitej Polskiej, która ma już 37 lat. To jest kompromitacja polskiego państwa, które udaje, że finansuje naukę polską. Nie ma pieniędzy na działalność statutową placówek badawczych, ale zarazem są pieniądze na agencje grantowe i granty.
ale mają w głowach , co chwila to większe głupoty spotykamy z nowomową jak "książkowa historia" ,"Pollyannaizm i do tego finansowy." Głupota goni głupotę i trzeba te humanistyczne dyrdymały i nadymania ukrócić i wrócić do języka ludzi na Ziemi, a nie fikcji, bo inaczej będziemy idiotami kosmicznymi, a komicznymi raczej na Ziemi.
"Brak oczytania wyklucza celne porównania", panie kolego.
ależ tak, dla dzieci i młodzieży to o ho ho. Komiczni są ci co silą się na takie porównania i gadki co nic nie wnoszą do nauki, i nawet nie śmieszą. Wydawanie kasy podatnika na takie dyrdymały to przesada, panie kolego.
Ja tylko zacytowałem Szpotańskiego.
Anegdot restauracyjnych ciag dalszy: jak podczas kolacji w Niemczech koleżanka zatrudniona na rownorzednym stanowisku naukowym w instytucie niemieckim co moje w Polsce dowiedziala sie ile zarabiam, to zaplacila za nas obie. Wczesniej zrzucalysmy sie po polowie.
Warunki pracy w instytucie blizej nauk biologicznych podobne jak opisane...
Niech się Pani nie martwi. Przecież kolejne osoby, które mają coś do powiedzenia, dochodzą do wniosku, który wyrażają w swoich publicznych wypowiedziach, że "nauka jest ważna", że "kapitał intelektualny jest ważny dla rozwoju państwa", itp. itp. itp. itp., a więc rośnie prawdopodobieństwo zdarzenia, że będzie lepiej... hahhahahahhaha hahahhahhahahaha...
Już chyba tylko szyderstwo nam pozostało.
Kwitną kariery filozofujących o prawie, czy o polityce, czy też piszących o tym, co napisał kiedyś poeta/pisarz X. do poety/pisarza Y., albo o jakimś dyplomacie sprzed 130 lat, czy też o sanacji lub o tym, czy polityka PRLu była taka-a-siaka-i-owaka itp. itp. itp. I TO JEST działalność naukowa, I TYM (plus pewną działalnością w dziedzinach ścisłych) najwyraźniej musimy się zadowolić. W każdym razie, jeśli komuś się to nie spodoba, to JAZDA "na zmywak", do "Biedronki", czy do pisania kodu źródłowego w sektorze IT, tyle że teraz co do tego pisania kodu, to będzie TRUDNIEJ, gdyż do akcji wkracza AI. Na osłodę można sobie posłuchać przemówienia prezydenta (gdy np. wręcza nominacje profesorskie tym farciarzom, którym się udało wspiąć na szczebel "prof. dr hab."), premiera, czy ministra, czy też rektora - gdy któryś z nich wygłasza przemowę do naukowców na inaugurację roku akademickiego itp. itp., o tym, jak on tą naukę kocha, rozumie, szanuje i docenia itp. itp. Ot, kolejny sezon festiwalu życzeń i "pustych kalorii" taniego "cukrowania"... Aha, i narzekać nie wypada, trzeba sobie kupić gumkę-recepturkę i ją przymocować odpowiednio do ust i uszu...
To pokazuje jak poprzednia władza zrównała naukowców do "plebsu".
Poprzedniej władzy nie ma już 3 lata. Problem nie leży we władzy poprzedniej, ale w stosunku władzy jakiejkolwiek do naukowców.
Teraz jest świetnie a będzie jeszcze lepiej