Ściślejsza współpraca biznesu i nauki może stać się motorem innowacyjnego rozwoju gospodarczego Polski – dowodzi prof. Szymon Pustelny, fizyk doświadczalny specjalizujący się w optyce nieliniowej i kwantowej, pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Harvarda. W swojej analizie sięga po przykład Korei Południowej.
Polska nauka od lat znajduje się w stanie permanentnej przebudowy. Niemal każdy minister stawia sobie za cel poprawę jej kondycji, co usiłuje realizować poprzez kolejne reformy. W końcowym rozrachunku nie przynosi to jednak poprawy, a odważne projekty, które miały wszystko zrewolucjonizować i uzdrowić, kończą się „rozmydlaniem” lub przyjęciem rozwiązań odwrotnych do pierwotnie założonych. Przy każdej reformie jak mantra wraca pytanie: kiedy w końcu doczekamy się naukowego Nobla? A zaraz za nim pojawia się i drugie: kiedy nasze uniwersytety znajdą się w światowej czołówce?
Obserwując działania kolejnych władz, mam zawsze wrażenie pospolitego ruszenia – weźmy się i coś zróbmy, żeby było lepiej. Problem w tym, że dla każdego to „lepiej” oznacza coś innego. Dla jednych to możliwość prowadzenia ciekawszych badań, dla innych święty spokój. Dla jednych elitarność i finansowanie tylko najlepszych, dla innych egalitarność i bardziej „sprawiedliwa dystrybucja pieniędzy”. Na to wszystko nakłada się fakt, że środowisko naukowe jest mocno zróżnicowane. Inne bowiem problemy stoją przed prawnikami, inne przed polonistami, a jeszcze inne przed lekarzami czy ścisłowcami. Być może również dlatego tak trudno jest nam wspólnie zdefiniować to uniwersalne „lepiej”.
A może zamiast tego, postawmy sobie nieco inne pytanie – „kim” chcemy być? Może zamiast udawać, że będziemy kolejnymi Harvardami, Stanfordami czy Oxfordami, zastanówmy się, jakie możemy mieć ambitne, ale realne cele. Dla mnie wzorem i dobrym odnośnikiem jest Korea Południowa. „Korea?! Kompletny brak ambicji!!!” – powiedzą jedni. „Przecież to nierealne!” – zawołają inni. Racja jest zapewne po obu stronach, ale jednocześnie ten dwugłos dowodzi tego, że to dobry wzór.
(Prawie) jak dwie krople wody
Choć trudno to sobie wyobrazić, Korea Południowa jest państwem pod pewnymi względami podobnym do Polski. Po pierwsze, z uwagi na trudną pozycję geopolityczną. Korea ma wprawdzie tylko jednego sąsiada, ale za to najbardziej zideologizowaną, a do tego zmilitaryzowaną i wrogą siostrę – Koreę Północną. Do tego, tyle że nieco dalej, przez morze, znajdują się Chiny i Japonia, czyli dwa kolejne kraje, z którymi relacje są niełatwe.
Wymagające sąsiedztwo to jednak tylko pierwsze podobieństwo. Drugim, co może być zaskoczeniem, jest niegdysiejsza sytuacja gospodarcza. Co ciekawe, jeszcze na początku lat siedemdziesiątych XX wieku, tj. blisko dwie dekady po zakończeniu wojny koreańskiej, gospodarka Korei Południowej znajdowała się w wyjątkowo zły stanie. W 1970 roku produkt krajowy brutto (PKB) Polski był przeszło trzykrotnie większy od koreańskiego (odpowiednio 28 mld dolarów vs. 9 mld dolarów). Potem jednak u nas nastąpił krach gospodarczy i już po dwudziestu latach sytuacja obu krajów się odwróciła. W 1990 roku koreański PKB wynosił 283 mld dolarów, podczas gdy polski – 66 mld dolarów. Przez ostatnie 35 lat polska gospodarka urosła blisko trzynastokrotnie (do ponad 900 mld dolarów), natomiast koreańska niemal siedem razy (do 1,9 bln dolarów).
W końcu oba kraje nie są też aż tak odległe od siebie pod względem liczebności populacji: w Polsce mieszka 36,5 mln ludzi, w Korei Południowej – 52 mln. Co więcej, oba kraje zaczęły się dość szybko wyludniać (ujemny przyrost naturalny), choć co do skali tego zjawiska panują rozbieżne opinie.
Do zobrazowania sytuacji obu państw pod kątem naukowym posłużę się Listą Szanghajską, czyli rankingiem najlepszych uniwersytetów na świecie. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to kryterium idealne, tym niemniej podobnie obiektywne czy nieobiektywne dla Polski i Korei.
W zestawieniu, które obejmuje 1000 uniwersytetów, znajduje się 29 szkół wyższych z Korei Południowej i 8 z Polski. Różnica zatem prawie czterokrotna. Jeszcze gorzej dla Polski wygląda to, gdy spojrzymy na szczegółowe wyniki. Dwie najlepsze polskie uczelnie, Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski, mieszczą się w przedziale miejsc 401–500. Następny w kolejności, Uniwersytet Gdański, zajmuje pozycje 801–900, a pozostałych pięć uczelni znajduje się w ostatniej, dziesiątej setce (miejsca 901–1000). Dla porównania, najlepszy uniwersytet koreański zajmuje 86. miejsce, kolejny w przedziale 151–200, a aż 12 lokuje się w pierwszej pięćsetce. Nie wypada to dla nas za dobrze. Oczywiście, powie ktoś, pieniądze…
90 mld dolarów rocznie na B+R
Muszę zauważyć, że moje wcześniejsze porównanie gospodarek Polski i Korei nie jest w kontekście nauki do końca miarodajne. Kluczowe bowiem jest nie tyle sam PKB (nawet w przeliczeniu na jednego mieszkańca), co nakłady, jakie każdy kraj przeznacza na naukę. Dopiero porównanie tych sum pozwoli nam nabrać lepszego oglądu. Tu jednak pojawia się konieczność wprowadzenia ważnego rozróżnienia. Inaczej bowiem powinniśmy traktować wydatki na edukację na szczeblu uniwersyteckim, a inaczej nakłady na badania i rozwój.
W Korei Południowej za szeroko pojętą edukację na poziomie wyższym i naukę odpowiadają dwa ministerstwa. Pierwsze – Ministerstwo Edukacji – zarządza całym systemem edukacji od przedszkoli po uniwersytety. Całkowity budżet tego resortu na szkolnictwo wyższe obejmuje: 10 mld dolarów na kształcenie, ok. 2 mld na innowacje, 4 mld na stypendia i pożyczki studenckie oraz 0,8 mld na wsparcie lokalnych uniwersytetów – razem około 17 mld dolarów.
Z kolei całkowity budżet polskiego Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego wynosi ok. 11 mld dolarów. Różnica nie wydaje się zatem wielka, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że koszty życia w Korei mogą być nawet półtora razy wyższe niż w Polsce. Problem polega jednak na tym, że lwią część polskich nakładów stanowią koszty związane z finansowaniem uniwersytetów i ich działalności statutowej. Na same badania przeznacza się ok. 4 mld dolarów, w co wliczone są m.in. budżety Narodowego Centrum Nauki oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.
W Korei Południowej finansowaniem badań zajmuje się Ministerstwo Nauki. W ostatnim roku dysponowało ono budżetem na poziomie 14 mld dolarów, a dodatkowo w jego gestii pozostawało jeszcze 6 mld dolarów przekazywanych na badania za pośrednictwem innych resortów. Daje to łączną kwotę ponad 20 mld dolarów. Tak więc koreański budżet nauki jest pięciokrotnie większy od tego, jakim dysponujemy w Polsce. Różnica jest zatem faktycznie bardzo istotna.
Jednak to nie tylko w kwotach przeznaczanych z budżetu państwa upatruję poważny problem w finansowaniu nauki w Polsce. Żeby to wyjaśnić, popatrzmy, jak wygląda udział w nakładach na naukę sektora prywatnego w Korei. Zacznijmy od tego, że co najmniej cztery tamtejsze marki – Samsung, LG, Hyundai i Kia – są rozpoznawalne na całym świecie. Wszystkie one, podobnie jak wiele innych firm, przeznaczają ze swoich budżetów ogromne fundusze na badania i rozwój. Tylko w 2024 roku Samsung wyłożył na badania 24 mld dolarów. Kwota ta jest ogromna, przeszło sześciokrotnie wyższa niż budżet na badania w Polsce. LG zainwestowało w tym samym okresie 3,3 mld dolarów, zaś inwestycje Kii i Hyundaia szacuje się na poziomie miliarda dolarów rocznie. Łączne nakłady na badania finansowane przez sektor prywatny w Korei stanowią aż 80% wszystkich środków na szeroko pojętą naukę. W sumie kraj ten przeznacza na B+R astronomiczne 90 mld dolarów rocznie.
Inna struktura rynków
Jak to wygląda w Polsce? Wśród dwudziestu najwyżej wycenianych spółek na warszawskiej giełdzie sześć to spółki z większościowym udziałem Skarbu Państwa (PKO BP, Orlen, Pekao, KGHM, PGE oraz PZU). Jak powszechnie wiadomo, zarówno prezesi, jak i członkowie rad nadzorczych tych spółek pochodzą z politycznego nadania, a ich perspektywa zazwyczaj nie przekracza jednej kadencji parlamentu. Trudno więc zakładać, że będą oni realizować długofalowe i wymagające plany badawczo-inwestycyjne, a nie koncentrować się na doraźnych rozwiązaniach przynoszących krótkoterminowe korzyści.
Kolejną grupę w Top 20 warszawskiej giełdy stanowią firmy z sektora finansowego, głównie banki i jedna firma ubezpieczeniowa. Do tego mamy trzy firmy z branży informatycznej i dwie sieci sklepów spożywczych. Wśród wcześniej wymienionych firm kontrolowanych przez Skarb Państwa, w pięciu dominuje polski kapitał, a w jeszcze jednej udziałowcem większościowym jest PZU (czyli de facto również Skarb Państwa). W końcu, w najlepszym razie trzy z tych spółek można związać z nowymi technologiami (producenta gier, producenta oprogramowania i portal sprzedażowy), natomiast żadna z nich nie jest spółką przemysłową wytwarzającą nowe technologie.
Dla porównania, na koreańskiej giełdzie w pierwszej dziesiątce nie mamy ani jednej firmy finansowej, za to w pierwszej dwudziestce jest pięć firm z branży wysokich technologii, do czego dochodzą dwie spółki z branży komputerowej, dwie spółki motoryzacyjne i dwie farmaceutyczne. To pokazuje zupełnie inną strukturę obu rynków.
Sprawa jest jednak jeszcze bardziej jaskrawa, gdy spojrzymy dalej. Wśród 50 największych spółek giełdowych w Polsce jedynie cztery zajmują się rozwojem technologii informatycznych (świadomie pominąłem spółki z branży IT, choć rozumiem, że mogą mieć one odmienne zdanie), zaś kolejne cztery to producenci gier komputerowych. Co ważne, nie znajdziemy na tej liście ani jednej spółki, która zajmowałaby się przemysłem nowych technologii.
To właśnie w strukturze polskiego biznesu upatruję jednego ze źródeł problemów polskiej nauki. Tak, uderzyć się w nieswoją pierś jest najłatwiej, ale dla jasności: znam wady polskiego systemu nauki (i się z nimi zmierzę). W tym miejscu jednak chciałem pokazać, że obecnie nauka i biznes funkcjonują (niemal) w kompletnym oderwaniu od siebie. Nauka zajmuje się bowiem sama sobą, podczas gdy biznes zajmuje się robieniem pieniędzy. Na pierwszy rzut oka wszystko jest w idealnym porządku. W dłuższej perspektywie taki układ rodzi jednak wiele problemów, a może precyzyjniej – niewiele problemów rozwiązuje.
Nieelastyczni naukowcy
Wydaje się bowiem, że presja technologiczna wynikająca z rzeczywistych potrzeb rynku może być źródłem wartościowych badań. Nie wyłącznie, ale jednak. Dzieje się tak zwłaszcza w naukach technicznych, a do pewnego stopnia także w naukach ścisłych, biologicznych i matematycznych. Co więcej, tam, gdzie pojawiają się prywatne pieniądze, pojawia się i rozsądek, i rentowność ich wydatkowania. Wchodząc we współpracę z akademią, firmy mogą przekierować badania na zagadnienia istotne z punktu widzenia prawdziwego postępu technologicznego. Może się to odbywać m.in. przez transfer wiedzy do firm, ale i w drugą stronę – poprzez udział w kształtowaniu kierunków badań. Inną drogą jest dostęp do bazy aparaturowej, która znajduje się na uniwersytetach i w instytutach badawczych, a do której firmy nie mają dostępu.
Wiem, że wiele z tych rzeczy próbujemy robić. Niemal wszystkie uczelnie mają swoje centra transferu technologii. Są też programy wsparcia współpracy z przemysłem. Coś jednak w tym systemie nie gra. Naukowcy nie są wystarczająco otwarci i elastyczni, z kolei ze strony przemysłu często brakuje wizji i odwagi. A jest to absolutnie kluczowe. Tylko przestawienie gospodarki z trybu odtwórczo-usługowego na twórczo-innowacyjny umożliwia jej rozwój. Bez tego w końcu staniemy przed ścianą i tylko wzięcie na siebie ryzyka współpracy i wyjście poza swoje strefy komfortu pozwoli nam wykonać kolejny krok naprzód.
Choć często trudno nam to przyjąć, pod wieloma względami Polska nie jest już państwem na dorobku. Patrząc na panoramę Warszawy, mam poczucie, że nie powstydziłoby się jej żadne miasto w Europie. Zwiedzając Polskę, z dumą myślę o porządku i urodzie naszych miast i miasteczek. Rozmawiając z młodymi ludźmi, jestem przekonany, że całkiem słusznie nie mają kompleksów wobec rówieśników z innych krajów. Z drugiej strony jednak wciąż istnieją obszary, w których jesteśmy wyraźnie zapóźnieni. Kluczowa wydaje się zmiana mentalności i przestawienie wajchy. Być może nigdy nie osiągniemy poziomu Stanów Zjednoczonych, gdzie wiele prywatnych fundacji wspiera badania naukowe (to między innymi dzięki temu Harvard wciąż opiera się naciskom ze strony administracji federalnej). Za wzór może nam służyć nie tylko Korea, ale również, z zachowaniem odpowiednich proporcji, Chiny. Państwo Środka nie tak znów dawno temu podjęło decyzję o inwestowaniu w naukę, w tym również poprzez wysyłanie swoich studentów na najlepsze uniwersytety na całym świecie. To dzięki tym decyzjom odpowiedź na pytanie, kto jest dziś największym mocarstwem gospodarczym świata wcale nie jest oczywista.
„Badania, rozwój, pieniądze… Gdzie tu nauka?” – ktoś zapyta. Wróćmy zatem jeszcze raz do Korei Południowej. Inwestycje w badania mają jeszcze jeden ważny aspekt. Wśród naukowców pracujących na najlepszych światowych uniwersytetach istotną grupę stanowią Koreańczycy. Spotykałem ich na Harvardzie czy w Berkeley. Znam ich ze Stanforda czy MIT. Wielu z nich „robi” naukę na najwyższym światowym poziomie. Co więcej, wiele ich badań jest wspieranych przez… koreańskie koncerny. I to wcale nie są badania aplikacyjne. Często to badania podstawowe, gdyż szefowie koreański koncernów, nierzadko ludzie z doświadczeniem pracy również w nauce, mają świadomość, że dostęp do wybitnych i twórczych umysłów może pomóc rozwiązać ważny problem bądź odpowiednio wcześnie wyczuć nowe kierunki rozwoju. A to może w przyszłości stanowić o być albo nie być danej firmy.
Bardzo bym chciał, żeby potrzebę współpracy między nauką i przemysłem zrozumieli zarówno naukowcy, jak i biznesmeni oraz decydenci. Dla mnie jest to droga do silniejszej i lepszej gospodarki. Oczywiście, nie z każdym i nie nad wszystkim warto pracować. Lista grzechów środowiska naukowego jest długa. To jest tylko pierwszy z problemów, z jakim się mierzymy. Na rachunek sumienia przyjdzie wkrótce czas.
Szymon Pustelny
(śródtytuły od redakcji)
"W zestawieniu, które obejmuje 1000 uniwersytetów, znajduje się 29 szkół wyższych z Korei Południowej i 8 z Polski. " A no co Pan prof. liczy, że będzie więcej w tym 1000. I tak jest za dużo, mamy uniwersytetów pod dostatkiem, w każdej większej wiosce, jak Lublin, kilkanaście, w większych wioskach , jak Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, Gdańsk jeszcze więcej. Ale ale, mamy za to tysiące rektorów, prorektorów, dziekanów, pro, dyrektorów i kierowników. Na co możemy liczyć, gdy są hordy, jedynie na dalekie miejsca w takich zestawieniach. Połączyć uniwersytety, jak jest w WB, USA i innych krajach, to od razu skoczymy setki do góry. Ale kto na to pójdzie, rzesze nadętych rektorów, pro itd by się zbuntowali, gdyby był tylko jeden rektor np. w Lublinie, czy w Krakowie, czy dwóch w Warszawie. To dopiero by był ryk i lament jak to Polska nauka się zwija, a gawiedź nie mogłaby oklaskiwać pochodów w gronostajach. Od łączenia uczelni czas zacząć, i wspomagać naukę środkami zaoszczędzonymi na rządzonych i administrację.
Konsolidacja uczelni po to, żeby poprawić ich wyniki w liście szanghajskiej, to już szczyt absurdu. On nie ma nic wspólnego z tym, co powinno liczyć się dla studenta: z jakością kształcenia i z wartością dyplomu na rynku pracy.
Przede wszystkim 40% oceny w rankingu szanghajskim to liczba zatrudnionych na uczelni noblistów, laureatów Medalu FIeldsa, i wysoko cytowanych naukowców. Kolejne 10% to absolwenci uczelni mający takie osiągnięcia. Tylko, że ludzie tego kalibru przeważnie nie są już zaangażowani w dydaktykę. Z punktu widzenia studentów w ogóle nie istnieją.
Nic się nie zmieni, jeśli nie odpowiemy sobie na proste pytania:
1. Czy sytuacja polskich uczelni jest zła, a jeśli tak, to w jaki sposób jest zła?
2. Czy potrzebujemy uczelni? (mam nadzieję, że to pytanie retoryczne - patrz nasz kandydat na Wysokiego Komisarza ONZ do spraw migracji)
2. Do czego są nam potrzebne uczelnie?
3. Ilu i jakich uczelni potrzebujemy?
Proponuję panu profesorowi spróbować założyć jakiegoś startupa na uczelni albo zatrudnić się w tych korporacjach i próbować nawiązać współpracę z uczelnią i potem się wypowiadać. Łatwo pan odkryje przyczyny braku współpracy i na pewno nie chodzi o brak elastyczności pracowników uczelni. Artykuł to kolejny przykład, że nie zawsze tytuły naukowe idą w parze z inteligencją i mądrością życiową.
Skorzystałem z Pańskiej rady 10 lat temu - mam firmę, która, choć mała, ma swoje produkty (aparaturę naukową) w przeszło 150 laboratoriach na całym świecie, wliczając w to te na najlepszych uniwersytetach na świecie i te w TOP10 listy największych firm na świecie. Uczestniczyłem też w projektach z przemysłem, byłem przy tym jak moim koledzy zakładali firmy warte dziś miliard dolarów i znam obie strony (choć rzeczywiście jedną lepiej niż drugą). Absolutnie nie twierdzę, że znam odpowiedzi na wszystkie pytania, więc jeśli ma Pan do zaproponowania coś wartościowego, to chętnie "posłucham". Tymczasem pozdrawiam.
Milo powspominać. Ja polecam swój artykuł o zakładaniu start-upu w tamtym okresie: "Selected Financial-Economic Aspects of R&D in Renewable Energy Conversion Technologies. The Case of University Spin-off Company". My dotychczas, jak mówią piłkarze, cały czas gryziemy trawę ale na przykład kolega Grzegorz Brona wychodował białego jednorożca o wartości 1 mld!
Wracając do artykułu, w 2010 roku wnioski z prowadzenie start-upu uniwersyteckiego wyglądaly mniej wiecej tak (tłumaszenie z ang.):
"Praktyka pokazuje, że organizacyjne i finansowe warunki prowadzenia prac badawczo‑rozwojowych na uczelniach nie sprzyjają naukowcom i nie prowadzą do wdrażania nowych rozwiązań. Istnieje kilka powodów: (1) brak ciągłości finansowania, (2) długotrwałe procedury ubiegania się o środki niezbędne do prowadzenia badań naukowych, (3) skomplikowany system planowania, (4) brak naukowców, kadry zarządzającej i pracowników, (5) brak środków na wdrażanie wyników badań naukowych, (6) słaba ochrona praw własności intelektualnej"
i dalej:
"Uniwersyteckie spółki typu spin-off pełnią rolę interfejsu pomiędzy uczelnią a przemysłem. Mogą one rozwiązać wiele z wyżej wymienionych problemów i niedogodności związanych z zarządzaniem działalnością B+R na uczelni. Tworzą dodatkowe pole aktywności dla naukowców, którzy mogą pracować bez formalnych ograniczeń i biurokratycznych regulacji obowiązujących w instytucjach publicznych. Ilustracyjny przykład analizy finansowo-ekonomicznej uniwersyjnej spółki spin-off, założonej przez dwóch autorów niniejszego artykułu, pokazuje, że uzyskane wskaźniki znacząco różnią się od tych obliczonych dla tradycyjnych przedsiębiorstw o podobnej wielkości i z tej samej branży. Miary ryzyka i zwrotu, jak również stosowane metody analizy, wymagają zastosowania nowatorskiego podejścia. Tradycyjne metody i modele finansowo-ekonomiczne mogą okazać się nieskuteczne w przypadku uniwersyjnych spółek spin-off. Krótki opis rynku przekształtników energoelektronicznych pokazuje, że charakteryzuje go szybka dynamika, co pociąga za sobą konieczność ponoszenia dużych nakładów na badania i rozwój. Uniwersyjne spółki spin-off często nie dysponują środkami finansowymi na uzyskanie licencji lub tworzenie kosztownych laboratoriów ukierunkowanych na badania B+R. Istnieje możliwość wykorzystania wyników badań przeprowadzonych na uczelni poprzez ich transfer do spółki spin-off. Wzrost sprzedaży produktów generujący zysk pozwala spółce spin-off na przekazywanie uczelni opłat licencyjnych (royalties)"
Pan ma firmę. A co uczelnia ma z Pana firmy? Bo mówimy tutaj o współpracy nauki z biznesem czyli uczelnia pozyskuje zlecenia z biznesu, które wykonują naukowcy. Nie chodzi o chałturzenie, kiedy naukowiec dorabia w firmie, swojej czy cudzej. W ten ostatni sposób działa 3/4 kadry politechnik. W sumie trudno tym pracownikom zarzucić brak elastyczności. Właściwie jestem pod wrażeniem, że ktoś znajduje czas na pracę na dwóch etatach albo na etacie na uczelni i prowadzeniu własnej firmy.
Tak, mam do zaproponowania coś wartościowego: proszę opisać dokładniej Pana model współpracy z uczelnią. Skoro Pan daje dobre rady, to warto byłoby napisać coś więcej o swoich pomysłach, jak Pan to wszystko pogodził - uczelnię, firmę, biurokrację na uczelni, biurokrację związaną z prowadzeniem firmy. Taki biznesowo-naukowy scenariusz, który czytelnicy mogliby naśladować.
Jakiś czas temu stworzyłem pewno rozwiązanie, które zostało dość powszechnie zaakceptowane w biznesie. Żyłem z tego nieźle przez 20 lat, większość z tego czasu za granicą. Żadna z polskich uczelni nie była zainteresowana, bym u ich poprowadził wykłady. Tyle na temat współpracy uczelni z biznesem.
Jakże to tak szanowny Panie Profesorze, że to zwłaszcza wybitny polski naukowiec ma się zajmować pisaniem publikacji i jeszcze zastosowaniem swoich wyników badań a może i jakim patentem albo i współpracą z firemką. Toć to się nie godzi polskiemu, zwłaszcza wybitnemu naukowcowi, żeby być wybitnym i jednocześnie ręce sobie brudzić jakąś prozaiczną praktyką. Chyba jest Pan zbyt wymagający, przecież nie można się rozdwoić jak Koreańczyk. Tylko publikacje i to te z najdroższych wydawnictw się liczą, zgodnie z zasadą jak drogie to musi być dobre. Nie jest ważna treść, nie są ważne cytowania byle było to w Nature. Bo jedynym celem i efektem (produktem) pracy polskiego zwłaszcza wybitnego naukowca jest kosztowna i niesprzedawalna publikacja, na której podobno zyskuje, od lat finansujący tą całą zabawę, polski podatnik.
@Grześ
W miejscu, gdzie pracuje, mozliwosc zalozenia firmy czy tez natychmiastowego wykorzystania wynikow swoich badan w praktyce rozwaza moze 1 na 30 naukowcow. Ostatecznie moze 1 na 50 probuje zalozyc firme. Wydaje mi sie, ze takie oczekiwania rzeczywiscie bylyby realistyczne.
Jestem tez zdania, ze jesli jakis naukowiec widzi realna szanse komercjalizacji swoich odkryc lub obserwacji, to powinna mu byc udzielona porada i pomoc, na roznych poziomach. Takie aktywnosci jak najbardziej powinny byc zauwazane i doceniane, rowniez w czasie ewaluacji. Nie ma jednak sensu oczekiwac, ze kazdy naukowiec lub wiekszosc naukowcow robiacych badania podstawowe bedzie uczestniczyla w translacji wynikow badan do przemyslu.
Prawdopodobnie na wydzialach technicznych (politechniki w Polsce) te liczby moga wygladac inaczej, poniewaz te szkoly lub wydzialy maja inny charakter i nieco inne priorytety. Ale tez bez przesady. Te statystyki naprawde mocno zaleza od profilu badan wykonywanych w danym osrodku.
Obawiam się, że w Polsce nie ma podobnej instytucji naukowej do tej w której Pan pracuje, czyli takiej w której z grantów zewnętrznych i w dużej mierze za prywatne pieniądze (fundacji, filantropów, przemysłu ...) wykonuje się badania podstawowe. Generalnie UK stać na finansowanie "czystych" badań podstawowych, choć pewnie i w bogatym UK chętniej finansowane są jednak te "ukierunkowane" badania podstawowe oraz badania stosowane. W Polsce 100% środków na finansowanie badań podstawowych od zawsze pochodzi z budżetu państwa i tu pojawia się potrzeba aby ta inwestycja się kiedyś Polsce zwróciła. Jeżeli jedynym efektem pracy naukowca pracującego w dziedzinach: ścisłych, technicznych lub przyrodniczych będzie publikacja i na tym jego rola się skończy, taki zwrot nie nastąpi nigdy. Proszę przeczytać zamieszczony powyżej komentarz prof. Pustelnego.
@Grześ
Prosze zwrocic uwage na to, ze z punktu widzenia codziennej pracy naukowca nie ma wielkiej roznicy, czy pieniadze na jego badania pochodza z rzadu czy tez organizacji poza-rzadowej. I z taka sama czestotliwoscia tym naukowcom beda przychodzic do glowy pomysly na komercjalizacje, niezaleznie od tego skad dokladnie pochodza granty na ich badania.
Natomiast jak to wyglada od strony panstwa (i podatnika), to juz wynikiem tego, jak dziala nauka. Moze to sie nie podobac, ale niestety tak juz jest, ze nie ma recepty na odkrycie naukowe. Tutaj wchodzimy na temat tego, co to jest 'serendipity' i ogolnie tego, ze odkrycia sa calkowicie nieprzewidywalne. Jest tylko jeden znany dotychczas sposob na to, aby zwiekszyc szanse na dokonywanie malych i duzych odkryc: trzeba wiecej pracowac i wiecej myslec na dany temat naukowy. Warunkiem, zeby to zadzialo jest kwestia jakosci badan - one naprawde musza byc na wysokim poziomie. Statystycznie rzecz biorac, im wiecej mamy dobrych i bardzo dobrych grup badawczych, tym wieksza sobie dajemy szanse na to, ze cos duzego, cos bardzo waznego zostanie odkryte, co pozniej zostanie wprowadzone do przemyslu. Nie ma tutaj zadnych gwaracji, sa tylko szanse.
I swiat to widzi i stara sie te szanse zwiekszyc. Nie istnieje panstwo, w ktorym nauka jest zrodlem wielu znaczacych innowacji, a jednoczesnie badania podstawowe kuleja. Dzieje sie tak dlatego, ze kierunek przeplywu wiedzy jest zawsze od badan podstawowych do innowacji, do przemyslu. I dlatego wlasnie wielkie osrodki transferu wiedzy, firmy nowych technologii, powstaja dookola silnych osrodkow badan podstawowych, nigdy odwrotnie.
Mysle, ze znacznie lepiej, niz ja, ten temat przedstawil dyrektor NCN w tym wywiadzie:
https://forumakademickie.pl/dyrektor-ncn-dzis-decyduje-sie-miejsce-nauki-na-kolejne-dekady/
Ma Pan bardzo idealistyczne i kosmopolityczne podejście do nauki i słusznie bo jest ona wspólnym dobrem ludzkości. Jednak, gdy pojawia się w odniesieniu do nauki hasło inwestycja to i pojawiają się takie hasła jak: biznes, zwrot i termin zwrotu nakładów, zysk. Oczywiście można te hasła nadal traktować jako przenośnie, gdyby nie kryły się za nimi jednak realne pieniądze o które my naukowcy słusznie postulujemy. Dla samego naukowca jest faktycznie wszystko jedno za czyje pieniądze wykonuje swoje badania podstawowe, jednak dla finansującego te badania rozsądnego inwestora nie powinno być obojętne w jakiej formie, do kogo i kiedy nastąpi zwrot zainwestowanych pieniędzy. I tu pojawia się pytanie czy inwestora stać na bardzo niepewną inwestycję, do której zwrotu potrzebne jest zaistnienie 'serendipity' i co do której nie ma pewności czy sam inwestor będzie jej beneficjentem. Moim zdaniem świat nie jest globalną wioską a nauka podobnie jak kapitał ma wciąż narodowość. Przykładowo według mnie błędem było pełne otwarcie nauki USA na Chiny. Podobnie nie chciałbym aby za polskie pieniądze realizowane były badania podstawowe, które będą zalążkiem wdrożeń nie w Polsce a np. w Rosji. Jak to zapewnić kiedy celem i efektem pracy polskiego naukowca jest wyłącznie publikacja (koniecznie OA)?
@Grześ
Trudno jest pogodzic ze soba te dwa stwierdzenia z Panskiego komentarza:
1. "Ma Pan bardzo idealistyczne i kosmopolityczne podejście do nauki i słusznie bo jest ona wspólnym dobrem ludzkości"
2. "Moim zdaniem świat nie jest globalną wioską a nauka podobnie jak kapitał ma wciąż narodowość."
I obawiam sie, ze Panskie ostateczne wnioski sa jednak bardziej zblizone do stwierdzenia #2, niz do #1.
Polscy naukowcy robiacy badania w polskich laboratoriach w olbrzymiej wiekszosci uzywaja wiedzy i metodologii opracowanych poza granicami Polski. Stad w kazdym artykule opublikowanym przez polska grupe bedzie 90%, lub wiecej, cytowan do publikacji z laboratoriow zagranicznych (mam na mysli badania w STEM). To, ze Polacy, lub jakakolwiek inna nacja, sa w stanie cokolwiek zrobic i opracowac, cokolwiek odkryc, wynika z tego, za maja dostep do wiedzy opublikowanej w artykulach pochodzacych z calego swiata. I ich know-how rowniez stamtad wlasnie pochodzi. To tylko jeden przyklad na to, jak bardzo swiat naukowy jednak jest ta "globalną wioską".
Mozna by tutaj teraz zaczac rozpisywac sie na rozne tematy, na przyklad o tym, ze komercjalizacja jakiegos pomyslu przez przemysl dowolnego kraju (nie Polski), jest lepsza dla spolczenstwa, niz calkowity brak tej komercjalizacji. Te wszystkie tematy wymagalyby tekstow zbyt dlugich, zeby wpasowywac je tutaj na forum.
Ale rzeczywiscie bardzo roznimy sie w rozumieniu tego, co nazywamy "nauka", w jaki sposob ta nauka wplywa na spoleczenstwa na calym swiecie, i jaka w tym wszystkim jest rola naukowcow oraz fundatorow badan naukowych.
Dlaczego trudno pogodzić te stwierdzenia? Pierwsze mówi jak powinno być. Drugie natomiast jak jest, czyli że niestety światem, również tym naukowym, rządzi pieniądz i ścierają się w nim interesy różnych nacji. Przykład: obecnie na świecie trwa wyścig badań nad fuzją jądrową jako efektywnego źródła energii (wiem, że to nie Pana dziedzina - poruszaliśmy już ten temat w kontekście rozgraniczenia tego co jest a co nie jest badaniem podstawowym). Przodują w tych badaniach Chiny i USA. Czy myśli Pan że zespoły naukowe z tych krajów współpracują ze sobą i szeroko udostępniają wyniki swoich badań? Nie, tam gdzie pojawia się biznes i interesy narodowe tam niestety kończy się naukowa "globalna wioska". A tu już przykład bliższy Pana zainteresowań. Czy uważa Pan że koncerny farmaceutyczne zupełnie bezinteresownie finansują badania podstawowe z zakresu chemii i medycyny i bez nadzoru pozwalają na publikowanie wyników tych badań?
Tak różnimy się bardzo w postrzeganiu nauki i jej roli. Dla mnie Pana podejście jest idealistyczne i trochę naiwne. Dla Pana moje może zbyt pragmatyczne, prostackie ... - ja publikuję wyniki badań pobocznych, patentuję to co i tak jest nie do podrobienia, natomiast wdrażam to na czym ja i mój pracodawca jesteśmy w stanie zarobić.
@Grześ
W tym miejscu jeszcze podam wiec definicje tego, co to jest nauka:
"Nauka jest systematyczną dyscypliną, która buduje i porządkuje wiedzę w formie weryfikowalnych hipotez i przewidywań dotyczących wszechświata."
Naprawde, wokol tej wlasnie definicji powinna krecic sie praca kazdego naukowca. Czy przy okazji cos z tej nowej wiedzy zostanie skomercjalizowane, to z punktu widzenia pracy pojedynczego naukowca nie ma znaczenia. Albo inaczej: jesli uda sie skomercjalizowac, to swietnie, ale absolutnie nie jest to zaden priorytet. Przypomne tez ze sa dziedziny wiedzy, w ktorych bezposrednia komercjalizacja jest albo bardzo rzadka, albo w ogole nie istnieje, i to ciagle nie swiadczy o tym, ze badania naukowe w tych dziedzinach sa niewazne (np. astronomia, archeologia czy paleontologia, i wiele innych).
Ciesze sie, ze podal Pan przyklad firm farmaceutycznych. Otoz w ostatnich latach mamy ogolnie w STEM, wlaczajac jak najbardziej biologie, duzy problem z powtarzalnoscia badan. Czyli czesto wynikow zaprezentowanych w danej publikacji inne laboratoria nie moga powtorzyc, i jest to naprawde gigantyczny problem. Pomijajac juz tutaj niezwykle istotne tematy rzetelnego i systematycznego budowania wiedzy oraz etyki pracy, jednym z najwazniejszych aspektow jest to, ze badania biomedyczne, idace w kierunku nowych lekarstw, nowych terapii i ogolnie nowych metod klinicznych, opieraja sie wlasnie na tych publikacjach. To pokazuje, jak bardzo firmy farmaceutyczne polegaja na badaniach podstawowych. Nikt w zadnej firmie farmacetycznej nie posunalby sie na milimetr do przodu, gdyby nie wyniki badan fundamentalnych prowadzonych przez naukowcow w ogole nie zainteresowanych komercjalizacja.
Przyklady:
"Replicating scientific results is tough — but essential"
https://www.nature.com/articles/d41586-021-03736-4
"Preclinical cancer research suffers another reproducibility blow"
https://www.nature.com/articles/d41573-022-00012-6
Badania podstawowe popychaja nasza do wiedze do przodu, sa zalazkiem wszystkich innowacji. W tych wlasnie badaniach tkwia korzenie kazdego kroku naprzod w temacie nowych technologii. Jeszcze raz zachecam do przemyslenia tego, o czym mowil dyrektor NCN w wywiadzie dla FA.
Takie zadałem pytanie do ChatGPT:
Jakie obecnie dominują na świecie badania, badania podstawowe czy aplikacyjne?
Oto jego odpowiedź:
Obecnie na świecie prowadzi się zarówno badania podstawowe, jak i badania aplikacyjne, ale dominuje podejście aplikacyjne, czyli badania nastawione na praktyczne zastosowanie wyników. Jednak sytuacja jest bardziej złożona i zależy od wielu czynników:
Czym się różnią badania podstawowe i aplikacyjne?
Typ badań Cel Przykład
Podstawowe (fundamentalne) Zrozumienie zjawisk, bez natychmiastowego zastosowania Badania nad strukturą DNA, cząstkami elementarnymi
Aplikacyjne (stosowane) Rozwiązanie konkretnego problemu lub stworzenie technologii Opracowanie szczepionki mRNA, AI w medycynie
Obecne trendy – co dominuje?
✅ Dominacja badań aplikacyjnych
Finansowanie: Rządy i korporacje chętniej inwestują w badania, które mogą przynieść szybki zwrot finansowy lub strategiczny.
Przykłady dominujących obszarów:
Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe (AI/ML)
Biotechnologia i medycyna (np. terapie genowe, mRNA)
Zielone technologie i energia odnawialna
Technologie kosmiczne
Quantum computing
🧠 Rola badań podstawowych nie zanika
Mimo mniejszego udziału w ogólnych wydatkach, badania podstawowe są fundamentem postępu naukowego.
Przykład: Bez badań podstawowych z XX wieku nie byłoby dzisiejszego AI, internetu czy technologii kwantowych.
📊 Statystyki (wg danych OECD, UNESCO, Nature)
Około 70–80% światowego finansowania badań trafia na badania stosowane i rozwojowe (R&D).
20–30% to badania podstawowe, z większym udziałem w sektorze publicznym (uniwersytety, instytuty).
🌍 Różnice regionalne
USA, Chiny, Niemcy, Korea – dominacja badań aplikacyjnych i rozwojowych.
UE (program Horyzont Europa) – próba równoważenia obu typów badań.
Polska – duży nacisk na zastosowania praktyczne, chociaż rośnie rola badań podstawowych w NCN.
📌 Podsumowanie:
Obecnie na świecie dominują badania aplikacyjne, głównie ze względu na naciski ekonomiczne, społeczne i technologiczne. Jednak badania podstawowe pozostają kluczowe i często to one są początkiem rewolucji technologicznych.
Oczywiście AI to nie wyrocznia ale ja się z jej opinią w tej sprawie zgadzam.
@Grześ
Postanowilem zrobic to samo. Poprosilem ChatGPT zeby odpowiedzial/a na pytanie "can applied research exist without basic research?"
ChatGPT odpowiedzial/a na to pytanie w czesciach, podam tutaj tylko poczatek i koniec, dla zwiezlosci. Mam nadzieje, ze angielski nie sprawi klopotu.
Short answer
Yes — applied research can and does exist without contemporaneous basic research, at least for long stretches and for incremental innovation.
But not in a sustainable or unconstrained way: applied work ultimately rests on a stock of prior basic knowledge, and major breakthroughs almost always trace back to basic research.
Conclusion
Can applied research exist without basic research? — Yes, in the short to medium term and for many useful, incremental advances.
Can it thrive and produce transformational breakthroughs indefinitely without basic science? — No. Applied research depends on a prior and continuing supply of fundamental knowledge for major leaps.
Implication: Funding and institutions should treat both as complementary — separate streams make sense administratively, but healthy ecosystems keep channels open between them.
Przyznam się, że nie widzę żadnych sprzeczności w wygenerowanych przez ChatGPT odpowiedziach na Pańskie i moje pytanie. Wręcz przeciwnie, uważam, że się wzajemnie potwierdzają i uzupełniają,
@Grześ
Wniosek jest taki, ze na badaniach aplikacyjnych mozna sobie pojechac przez pewna chwile, jesli nie ma dobrze prowadzonych podstawowych, ale nie za dlugo.
"Applied work ultimately rests on a stock of prior basic knowledge, and major breakthroughs almost always trace back to basic research"
"Applied research depends on a prior and continuing supply of fundamental knowledge for major leaps."
To jest to, co caly czas probuje tutaj powiedziec, czyli ze bez dobrej jakosci badan podstawowych nie ma wynikow komercjalizacji. I zgodnie z tym, w Polsce, czy tez gdziekolwiek indziej, nie bedzie zadnej liczacej sie komercjalizacji, dopoki nie bedzie dobrej jakosci badan podstawowych prowadzonych na wysokim poziomie.
Wczorajszy Nobel z medycyny (ze strony noblowskiej):
"Silny układ odpornościowy organizmu musi być regulowany, inaczej może zaatakować nasze własne narządy. Mary E. Brunkow, Fred Ramsdell i Shimon Sakaguchi dokonali przełomowych odkryć dotyczących obwodowej tolerancji immunologicznej, która zapobiega szkodliwemu wpływowi układu odpornościowego na organizm. Ich odkrycia położyły podwaliny pod nową dziedzinę badań i przyspieszyły rozwój nowych metod leczenia, na przykład raka i chorób autoimmunologicznych."
Czyli jeszcze raz: "Ich odkrycia położyły podwaliny pod nową dziedzinę badań i przyspieszyły rozwój nowych metod leczenia". I tak mozna w kolko i bez przerwy. Wolalbym sie juz nie powtarzac, zakoncze wiec w tym miejscu.
Trochę się te trendy zapętlają.
Dlaczego?
Dlatego, że najlepszym klientem dużej firmy nie są dzisiaj nabywcy jej usług czy towarów, tylko rządy.
Rządy zamawiają szczepionki, rządy narzucają jedne technologie, a inne odrzucają.
Potężna koncentracja kapitału powoduje, że wolny rynek zanika i pomału, niepostrzeżenie wracamy do feudalizmu.
Nic nie szkodzi, że mimo nadprodukcji żywności ludzie umierają z głodu, że prowadzą absurdalne wojny, że wycinają lasy tropikalne, co nieodwracalnie zmieni klimat, będziemy inwestować w technologie kosmiczne oraz w AI - polecimy na lepszą planetę i nie będziemy musieli myśleć ;-).
O ile dobrze pamiętam, to pan Grzegorz (zdrabniający swoje imię) właśnie zawodowo zajmuje się praktycznym wdrażaniem rozwiązań naukowych. Z jakiegoś jednak powodu znajduje przyjemność w wypominaniu uczonych, że wykonują pracę swoją a nie jego. Można oczywiście wypominać koszykarzom, że marni z ich dżokeje, ale czy coś dobrego z takiej retoryki wyniknie?
Obiecałem sobie i sugeruję innym aby nie karmić trolla ale ...
Tak, zawodowo zajmuje się praktycznym wdrażaniem SWOICH rozwiązań naukowych.
Natomiast w kwestii koszykarzy i dżokejów to przypominam pewien dialog o lekarzach:
"~Profesor PAN 14.08.2025 12:49
Nie wyobrażam sobie nauki oddzielonej od dydaktyki, popularyzacji i zastosowań. To tak jakby ktoś chciał się zająć zdrowiem w zupełnym oddzieleniu od medycyny i higieny.
~sdf 14.08.2025 19:33
Nie wiem. Nie ma możliwości oddzielenia tych rzeczy systemowo, ale na poziomie jednostki? Jak najbardziej można. Dobry naukowiec w ogóle nie musi (choć może) uczyć. Dobry naukowiec w ogóle nie musi (choć może) popularyzować. Dobry naukowiec może (ale nie musi) zajmować się wdrożeniami. Człowiek-orkiestra to rzadkie zjawisko. Większość z nas jest dobra co najwyżej w dwóch z tych czterech obszarów. Często w zaledwie jednym.
~Profesor PAN 14.08.2025 20:46
Brzmi to jak: dobry lekarz wcale nie musi znać się na medycynie."
No to zamknięte. Skoro zajmuje się pan zawodowo praktycznym wdrażaniem rozwiązań naukowych, to pretencję o niedoskonałe wdrażanie rozwiązań naukowych w Polsce powinien mieć pan do siebie, ewentualnie swoich kolegów po fachu. Pretencja do naukowców o to, że robią to, co jest ich zadaniem, a nie to, co jest zadaniem pańskim, brzmi mocno absurdalnie.
Ma pan problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Nie pamięta pan swoich wcześniejszych komentarzy i nie jest pan konsekwentny w swoich stwierdzeniach. Ułożonych przez siebie zadań też nie potrafi pan poprawnie rozwiązać. Obraża pan i straszy tu komentujących cenzurą i paragrafami. Takie zachowanie nie przystoi nikomu a zwłaszcza profesorowi PANu. Może to już czas na głębszą refleksję nad swoją osobą?
Jednak zdecydowanie nie należy karmić trolla.
Poproszę administrację o usunięcie wpisów obraźliwych. Takie zachowanie nie jest godne uczonego.
Cyt."Przy każdej reformie jak mantra wraca pytanie: kiedy w końcu doczekamy się naukowego Nobla? A zaraz za nim pojawia się i drugie: kiedy nasze uniwersytety znajdą się w światowej czołówce?"
Niech NADAL MARNUJĄ SIĘ w Polsce zdolni ludzie. Niech NADAL mówią im ważne "szychy" akademickie, że nie ma dla nich miejsca w grupach badawczych. Niech nadal polscy fizycy i matematycy, nierzadko nawet po doktoratach, "przekwalifikowują się" np. na informatyków i niech dumają nad diagramami UML, nad tym co powinno być w podwójnej pętli "for", albo jaki wzorzec architektoniczny zastosować (może MVC, może MVV?), w projekcie danego systemu informatycznego. Proszę, przecież "rozwijają się". Może niech wyślą wyniki tych swoich dociekań do "Fyz Rewu", to może tam ich docenią... A równolegle niechaj polscy filozofowie dzielnie filozofują, politolodzy niech piszą o partiach politycznych i demokracji, o przemianach demokratycznych w państwie takim-a-takim, historycy niech zręcznie omijają drażliwe tematy i piszą sobie na tematy, które są wygodne, proszę, niech to wszystko odbywa się tak, JAK DO TEJ PORY. Przecież NA TO SĄ pieniądze... To się dzieje od lat.
Artykuł jest wart lektury. Po 1989 r. III RP miała być drugą Japonią, Koreą Południową, Irlandią, a ostatnio drugim Izraelem. Niestety, ale szanse na to są niewielkie. Korea Południowa to kraj położony na końcu świata, z dala od głównych szlaków handlowych i pozbawiony bogactw naturalnych. Ten kraj wyszedł z wielkiej biedy i stał się czwartą innowacyjną gospodarką globu. Koreańczycy wybrali inny model gospodarczy niż MY. Dzięki przemyślanej polityce gospodarczej i naukowej Korea Południowa ma własne marki i koncerny, które konkurują z powodzeniem na rynku zachodnim i rynkach globu. Oni są właścicielami, a MY podwykonawcami. Korea inwestuje w B+R, aby ich koncerny, firmy miały przewagi technologiczne. Ponadto mają kapitał inwestycyjny, a także własne banki. Mają też wysoki wskaźnik robotyzacji w procesie produkcji przemysłowej 1000 robotów na 10 tys. pracowników, gdzie średnia światowa wynosi 162 roboty. U nas jest 78 robotów na 10 tys. pracowników. Oni są inwestorami u siebie z centrami planistycznymi, badawczymi i rozwojowymi. U nas jest odwrotnie, gdyż czołowym inwestorem i eksporterem nad Wisłą są firmy zagraniczne. Ich gospodarka jest konkurencyjna, a o czym świadczy m. in. struktura eksportu, która jest bardzo zaawansowana technologicznie. Natomiast MY nie mamy ani polskich marek, ani polskich brandów, ani polskich firm, które mogłyby konkurować na rynkach zachodnich. Nie mamy też kapitału inwestycyjnego, banków. Do tego dochodzą niskie nakłady na B+R. Kim MY w ogóle chcemy być? Koreą na pewno nie będziemy.
Nie musimy być zgodni z aktualnym wzorcem jakiegoś kraju. Uwarunkowania są różne i widać że możliwe są najróżniejsze kombinacje. Mam idealny przepis: róbmy tak żeby było dobrze!
@ lachim,
Zgoda. Róbmy tak żeby było dobrze. Nie mam zastrzeżeń do moich rodaków, którzy są przedsiębiorczy i ciężko pracują. Oni ciągną ten wóz. Natomiast krajowa klasa polityczna, to jedno wielkie nieporozumienie. Trudno też być optymistą. Musimy mieć świadomość, że właściwie wszystko w tym kraju przejął kapitał międzynarodowy, a to oznacza, iż mamy niewielkie pole manewru. Również UE i Europa jest w trudnej sytuacji. Według mnie przyszłość należy do Azji, która jest czołową fabryką świata z zaawansowaną produkcją opartą o roboty przemysłowe.
Cyt."Kim MY w ogóle chcemy być? Koreą na pewno nie będziemy."
Na pewno jesteśmy swego rodzaju "rajem" dla tych, którzy robią kariery akademickie w oparciu o pisaninę o-siamtym-i-owamtym, oczywiście, przy założeniu, że mają odpowiednie warunki, bo nie każdego dopuszcza się "do wodopoju". Konstrukcja tego "raju" jest wzmocniona, a może nawet właśnie istnieje dzięki feudalnemu systemowi nauki i szkolnictwa wyższego. Tworzą go:
1. magnateria złożona z prof. dr hab.-ów (profesorowie, którzy otrzymali swoje profesury w Belwederze),
2. szlachta złożona z dr hab.-ów (nie prof. belwederskich),
3. drobna szlachta ("zaściankowa") złożona z dr-ów bez habilitacji,
4. parobcy, tzn. magistrzy.
Niektórzy z dr-ów bez habilitacji oscylują pomiędzy parobkami, a drobną szlachtą.
Dzielnie wspiera tę sytuację w większości niczego nieświadome polskie społeczeństwo, którego bardzo duży odsetek składa się ze sumy dwóch zbiorów: ZOBOJĘTNIALI IGNORANCI oraz KONSUMPCJONIŚCI (oczywiście, te oba zbiory mają część wspólną). Elementom tego pierwszego zbioru jest wszystko jedno, skąd pochodzi dany produkt, który kupują, zaś elementy tego drugiego zbioru cel życia upatrują w tym, żeby to życie upływało możliwie miło i przyjemnie. Ani jedni ani drudzy nie widzą specjalnie znaczenia tego, że Polska powinna się rozwijać itd.
@ dr-On,
Nie chciałbym się specjalnie wypowiadać na temat ścieżki kariery akademickiej w PL. Odnośnie społeczeństwa polskiego, to pamiętajmy, że jest ono częściowo nieświadome, ale i niewyedukowane, co jest korzystne dla krajowych politykierów. Gospodarka nad Wisłą nie jest konkurencyjna, bo to co może zaoferować inwestorom, to jedynie dłonie do pracy, i korzystny kurs złotego.
Ma Pan rację, polskie społeczeństwo, to w większości przeliczalny zbiór baranów. Panowie politykierzy, cóż.. może nie będę tu nic o nich pisał, bo jeszcze zgrzeszę... Nadzwyczajna kasta "profesorsko-habilitowana" ma się nieźle, układ zakonserwowany niemal idealnie.
Gdy w Polsce powstaje jakiś wynalazek, to mam wrażenie, że jego autor/autorzy są traktowani, jak zło konieczne. Pisałem już o tym, że Red. Zbigniew Święch opisał w swojej książce pt. ``Dlaczego Fleming przewraca się w grobie``, jak to Prof. Tadeusz Lachowicz odkrył w latach 60-tych XX w. w PRLu, STAFILOKOKCYNĘ A (STA), która była antidotum na gronkowca złocistego. O odkryciu antidotum na gronkowca marzył sam Alexander Fleming - odkrywca PENICYLINY. Niestety, odkryciu prof. Lachowicza ``ukręcono łeb``. Jest tam też opisana inna bulwersująca historia, mianowicie historia odkrycia małżeństwa Giecewiczów, które opracowało (też w PRLu) nowatorską metodę wytwarzania węgla drzewnego. Komisja oceniająca to odkrycie, orzekła, że gdyby ta metoda była dobra, to dawno byłaby stosowana na Zachodzie. Niedługo po tym Japończycy opatentowali tę metodę u siebie... No cóż, skoro ani Zachód, ani Polska tej metody nie zastosowały, to wziął się za to... Wschód i to Daleki. :-|
nominacje odbiera się w pałacu prezydenckim NIE w Belwederze!!!
Dziękuję za uwagę. W razie czego będę wiedział, dokąd się udać. :=) Natomiast, cóż... w kontekście tj całej dyskusji o sytuacji w polskiej nauce i szkolnictwie wyższym, przypominają mi się słowa wypowiadane przez jedno z bohaterów powieści Marka Hłaski pt."Ósmy dzień tygodnia":
"Wszyscy czekamy na dzień, który nie nadszedł, i nie nadejdzie prędko, jest poza tygodniem, poza miesiącem [...] Trzeba czekać, trzeba mieć siłę., a najważniejsze: trzeba żyć mądrze, o wiele mądrzej, niż żyło się dotychczas. Nie dać się oszukać, walczyć, bronic się przed świństwem. Może potem będzie dobrze. Czy masz siłę czekać?"
Zgadzam się z tytułem artykułu, Polska (nauka) jak najbardziej może być drugą Koreą, trzeba tylko dodać, że Północną, a nie Południową.
System punktowy, brak zainteresowania nauką, traktowanie uniwersytetów jak szkoły. Jedynie coraz mniej "zasłużonych" na uczelniach, ale to kwestia upływu czasu.
Problemem Polski jest to, że duży przemysł był do roku 1990 państwowy. Od tego czasu obserwujemy ładnie pisząc upolitycznienie i kadencyjność, które faktycznie przemysł dobijają. Ja bym to nazwał porewolucyjną grabieżą i wyprzedażą. Wystarczy spojrzeć na stronę Wikipedii i zobaczyć co się dzieje z produkcją leków przez niegdysiejsze zakłady Polfa. Podobnie wygląda sprawa odczynników chemicznych, nie produkujemy już i nie eksportujemy maszyn górniczych, a w tej branży byliśmy potentatem, stocznie - szkoda mówić.
Polska potrzebuje poważnych zmian politycznych, które nie nastąpią, kiedy środowiska akademickie będą nadal pozostawały bierne i spolegliwe.
Powyższy artykuł mógłby być interesującym tematem na kilkusetstronicowe opracowanie na temat historii sukcesu gospodarczego Korei Płd. - niestety bez znaczenia i bez możliwości oddziaływania na sytuację w Polsce. Przykład? Pierwszą falę technologii w Korei Płd. wdrażały duże i niewydolne przedsiębiorstwa państwowe - tzw. czebole. Kadra zarządcza tak jak w Polsce, zmieniała się co wybory. Co więcej, jak jeden prezydent chciał budowy kolei dużych prędkości, to następny wycofywał wszystkie plany i zgody. Nawet do tego dochodziło. Technologię wdrażał przemysł na mocy umów międzynarodowych. Dawcą technologii były obce państwa i ich koncerny, a wdrażanie technologii gwarantowały rządy. Początkowo, na miejscu, transfer technologii odbywał się więc z przemysłu do uczelni (nie odwrotnie). Ale pozyskana od zagranicznych dawców technologia była tak solidna, a ochrona praw własności intelektualnej Francji czy Niemiec w Korei Płd. -odległym dzikim kraju azjatyckim - tak słaba, że przeniesienie technologii z Europy do Korei Płd. udało Koreańczykom się w 1000% -tach. Te nadmiarowe 900% procent oznacza, że na bazie pozyskanych technologii zagranicznych udało się zbudować ogromny krajowy potencjał naukowy i przemysłowy. I tu należy postawić kropkę w zakresie szukania szans i podobieństw dka Polski. Gospodarka koreańska nie była zdominowana przez przedsiębiorstwa zagraniczne. To była łąka/pastwisko -jeżeli szukać analogii do polskiej publicystyki. Nikt im nie przeszkadzał w rozwoju gospodarki, a kiedy gospadarka się rozwonęła - kapitał koreański był już silny. I jest coraz silniejszy.
A u nas tymczasem zamyka się kopalnie, ponieważ węgiel można tanio kupić za granicą, statków i własnej floty także nie potrzebujemy, a zatem po co nam stocznie, a jeśli chodzi o naukę, organizacja uczelni jest tak pomyślana, żeby nauki było jak najmniej. Są pieniądze na budynki, sprzęt i administrację, ale nie ma na prowadzenie badań. Jeśli nie ma na prowadzenie badań, trzeba zająć badaczy coraz bardziej rozbudowywaną sprawozdawczością.
Od czego należy zacząć, żeby to sukcesywne umieranie gospodarki i nauki zatrzymać?
Szkoda, ze Autor w najciekawszym miejscu poskąpił nam konkretów - jak Koreańczycy organizują sobie współpracę nauki i przemysłu i jak my mielibyśmy to robić.
Myślę jednak, że różnice kulturowe grają tu olbrzymią rolę i nie tak łatwo byłoby nam pójść ich drogą. Koreańczycy mają chyba charaktery i zwyczaje podobne do Japończyków - grzeczność, szacunek do starszych (nawet w języku - inne są formy zwracania się do starszych od mówiącego, inne do młodszych od niego), zakładam, że profesor cieszy się na już wstępie olbrzymim szacunkiem, jak w Japonii. Inne jest poczucie wspólnoty, skłonność do oszczędzania, szybkość podejmowania decyzji (z którymi w Korei trzeba się przespać). Polak raczej przypomina Amerykanina - szanuje tego, kto ma więcej siły, wyższą pozycję, pieniądze; jest indywidualistą, decyzje podejmuje szybko, w biznesie - klepiąc rozmówcę po ramieniu i mówiąc "it's a deal", a gdyby się ociągał, to dopiero pomyślano by, że kręci. Natomiast dalekowschodnia skłonność do deliberacji na pewno sprzyja przychylnemu patrzeniu na naukę, czy R&D.
Artykuł mija się z prawdą. Polska nie pójdzie drogą Korei i nie osiągnie poziomu Korei. Raczej nigdy. Pomijając różnice kulturowe i mentalność, Korea Płd. zaczynała swoją przygodę z technologią od zera. Była dosłownie dzikim krajem, bez kadry inżynierskiej i naukowej, nie zinfiltrowanym przez przemysł zagraniczny. Jednakże była łakomym kąskiem jako rynek zbytu dla przestarzałych technologii, min. kolejowych, wielu państw - w tym Francji. Kąsek był ba tyle łakomy, że Francja w ramach dobrze przygotowanej umowy międzynarodowej (pod czujnym okiem wynajętego w tym celu integratora z USA) przez lata szkoliła u siebie setki pół-robotników, pół-rolników koreańskich do przejęcia przestarzałej technologii TGV. A że Koreańczycy są sprytni i przy okazji wynieśli wiedzę o nowych technologiach. Tu mamy punkt zbieżności - Polacy też są sprytni. Ale tu też jest rozbieżność - nie mamy zagranicznego nauczyciela, który nas porządnie nauczy podstaw fachu, abyśmy je dalej rozwijali - i to na wszystkich polach. Mamy za to zagranicznych pracodawców, którzy zatrudniają naszych absolwentów. Mówiąc kolokwialnie, aktualnie świat nam ucieka, a my jesteśmy jak dziecko, które już umie grać na skrzypcach i zagra na urodzinach, ale nie zaczynało od zera swoich lekcji z wirtuozem najwyższej klasy i z tego powodu nigdy nie wygra konkursu im. Henryka Wieniawskiego. Chociaż 20 lat temu było to jeszcze możliwe albo inaczej - realne. Jednak mimo wszystko mam nadzieję, że się mylę.
Nuaka polska nie zmierza w stronę Korei, tylko w stronę Iranu i Pakistanu. I to dosłownie - masowo importujemy papierników z tych krajów, NCN i uczelnie klepią im milionowe granty.
Zmierzanie to jest niejednostajne, bo przyśpiesza. :)) Kiedyś mieliśmy być "drugą Japonią", jak stwierdził to pewien elektryk ze Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. Mówił z zapałem, że od tej pory, to nawet śrubka się nie zmarnuje... Tymczasem, OD LAT w Polsce marnują się ludzkie talenty...
PS. Tak przy okazji, jako katolik, uważam, że nie powinien się Pan podpisywać imieniem tego, czy innego Świętego.
Zgadza się – tak, jak Japończycy, będziemy pracować do osiemdziesiątki.
Pragnę zauważyć, że teksty o nieustalonym autorstwie, przypisywane znanym postaciom biblijnym i ojcom Kościoła, leżą u samych podstaw teologii chrześcijańskiej. W czasach starożytnych podpisywanie dzieł religijnych cudzym imieniem, czyli pseudoepigrafia, było częstą praktyką. Czasem chodziło o uhonorowanie nieżyjącego już "autora" i utrwalenie jego nauk, czasem o przywłaszczenie sobie jego autorytetu. Dlatego nie widzę nic niewłaściwego w podpisywaniu się w taki sposób.
A kto powiedział, że Japończycy pracują do osiemdziesiątki? Pracują tak jak my - do 65 roku życia. Dodatkowo na uczelniach publicznych jest to obligatoryjny wiek emerytalny. NIE MOŻNA pracować dłużej. A 30 lat temu było to 60 lat. Dlatego np. prof. Kenji Mori, którego znałem, po przejściu na emeryturę w University of Tokyo, zatrudnił się na uczelni prywatnej - Science University of Tokyo. Ich te przepisy nie obowiązywały (i chyba dalej nie obowiązują, ostatnio nie sprawdzałem).
Nie wiem, jak wygląda sytuacja na japońskich uczelniach - ale w sektorze prywatnym pracuje się coraz dłużej. Przyczyn jest wiele i wszystko wskazuje na to, że ten trend się utrzyma. Proszę spojrzeć:
https://www.japantimes.co.jp/news/2024/09/05/japan/society/japan-elderly-workers/
https://mainichi.jp/english/articles/20240927/p2a/00m/0na/015000c
https://www.independent.co.uk/news/business/news/japanese-to-work-until-80-ageing-population-pensions-a7132331.html