Co czeka polską naukę przy takim budżecie? To niewłaściwe pytanie, ja bym je rozszerzył o to, co czeka Polskę przy takim podejściu do inwestowania w rozwój. Odpowiedź jest jednoznaczna: stracimy do reszty suwerenność technologiczną – komentuje projekt budżetu na 2026 rok prof. Marek Konarzewski, prezes Polskiej Akademii Nauk.
Biorąc pod uwagę inflację, w budżecie na naukę będziemy mieli mniej pieniędzy niż w tym roku. Trudno przejść obojętnie wobec powyższego faktu. Oczywiście, rozumiem sytuację geopolityczną i to, że musimy przede wszystkim myśleć o wzmacnianiu potencjału obronnego, tyle że w tej sferze też nie będzie lepiej. Obszar rozwoju technologii obronnych potraktowany został w budżecie bardzo marginalnie, choć przecież mamy tutaj duży potencjał naukowy do wykorzystania. Właśnie zakończyłem przegląd instytutów Polskiej Akademii Nauk pod kątem kompetencji i możliwości włączenia się w programy obronne. To byłaby ogromna szansa dla przynajmniej części naszych jednostek. Pytanie, czy będziemy w stanie z tego potencjału skorzystać, jeśli nie będzie pieniędzy również na technologie zbrojeniowe?
Jeśli chodzi o przedstawiony projekt, to największą dla nas bolączką będzie znów niewystarczająca subwencja. Ciągle część instytutów jest zagrożona utratą płynności finansowej. W sytuacji, w której rosną koszty funkcjonowania, a pieniędzy jest mniej, spodziewam się, że problemów będzie przybywać. Na przestrzeni ostatnich lat zlikwidowaliśmy już trzy jednostki PAN, czyli de facto utraciliśmy część naszego finansowania. Oczekiwalibyśmy jej odzyskania poprzez możliwość utworzenia nowych instytutów międzynarodowych (o planach w tym zakresie pisaliśmy w FA jako pierwsi na początku czerwca – przyp. MK) – one co prawda w pierwszym etapie nie będą wymagały dodatkowych pieniędzy, ale z pewnością będą potrzebowały środków z subwencji. Już nie mówiąc o najmłodszym międzynarodowym instytucie PAN – Instytucie Mechanizmów i Maszyn Molekularnych (IMol) – o który wciąż nie możemy się doprosić, by został potraktowany stosownie do swoich potrzeb. A chodzi o naprawdę niewielkie sumy, bo to kwestia 3 mln zł rocznie.
Pomysł, by pieniądze na naukę kierować również z innych resortów, jest jak najbardziej słuszny (więcej o tym w komentarzu przewodniczącej Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich prof. Bogumiły Kaniewskiej). Mamy instytuty, które mogłyby być finansowane choćby z budżetu Ministerstwa Środowiska czy Ministerstwa Rolnictwa. Już zresztą występujemy o finansowanie z tych źródeł, ale na razie odbywa się to w bardzo wąskim zakresie. Podobnie w przypadku spółek Skarbu Państwa, o których też mówi się, że mogłyby część swoich zysków przekazywać na B+R. Na pewno jest tutaj ogromne pole do popisu dla dyrektorów instytutów, które współpracują z państwowymi przedsiębiorstwami, także z firmami zbrojeniowymi. Wobec nich formułuję szczególne oczekiwanie. Jeśli okazałoby się, że część pieniędzy zostanie pozyskana z zewnątrz przez instytuty, które mają takie możliwości, to nieco większy strumień funduszy będzie można wówczas przekierować na placówki np. Wydziału I, które są pozbawione takiej alternatywy.
Uważam, że to, co dziś najbardziej odbija nam się czkawką, to brak środków z Krajowego Planu Odbudowy. Kiedy inne kraje Unii Europejskiej przeznaczają na naukę kilkanaście, a nawet więcej procent swojego KPO, u nas to marginalia. Już niedługo ta perspektywa finansowania się zamyka i może się okazać, że będziemy zwracać część pieniędzy. Tymczasem sektor nauki chętnie pomógłby je rozsądnie wydać.
Naprawdę, nie zazdroszczę ministrowi Andrzejowi Domańskiemu, lecz z drugiej strony jestem absolutnie pewien, że w warunkach, w których przyszło nam recenzować ten projekt budżetu, musimy myśleć o przyszłości i zacząć w końcu traktować naukę jak inwestycję, a nie tylko koszt. Niedawno prof. Piotr Sankowski mówił w wywiadzie dla „Forum Akademickiego”, jak wyglądało ostatnie 20 lat finansowania nauki. Jestem przekonany, że gdyby cofnąć się jeszcze kilka lat wstecz, ten obraz nie byłby wcale lepszy. Pamiętam, kiedy było to nawet poniżej 1% PKB, a nauką „dopinało się” budżet. Po tym, jak wszystkie priorytety zostały uwzględnione, reszta zostawała na naukę. To już przerabialiśmy, chyba nikt by nie chciał powrotu do tamtych czasów.
Co czeka polską naukę przy takim budżecie? To niewłaściwe pytanie, ja bym je rozszerzył, bo tu chodzi nie tylko o naukę. Jako kraj wyczerpaliśmy już zasoby do prostego ekstensywnego wzrostu, gdzie konkurowaliśmy niską płacą, więc zasadne jest pytanie nie o polską naukę, tylko co czeka Polskę przy takim podejściu do inwestowania w rozwój. Gdyby to był jednoroczny przypadek, to można by zacisnąć zęby i… aby do przyszłego roku. Ale, jak pokazał prof. Sankowski, widać w tym kontynuację długofalowego trendu. Odpowiedź na to pytanie jest jednoznaczna: stracimy do reszty suwerenność technologiczną.
Not. Mariusz Karwowski
Dlaczego tak inteligentni nie potrafią zarządzać i grozi im utrata płynności ?
Dlaczego tyle idzie na pensje dla tych po 70 roku życia ?
Dlaczego rządowi wskazuje się co ma robić skąd brać pieniądze na naukę ?
Też się nad tym zastanawiałem. Pan prezes zachowuje się jak dziedzic, który kupuje sobie konia wyścigowego (a wLaściwie trzy konie), mimo że majątek jest poważnie zadłużony i grozi mu licytacja. Geny?
Dodałbym do tego następujące pytania:
-Dlaczego nikt nie pójdzie strajkować skoro jest tak źle?
-Skoro jest źle to może warto zmienić pracę? Polecam, bardzo otwiera oczy....
Cyt."Skoro jest źle to może warto zmienić pracę? Polecam, bardzo otwiera oczy...."
Tak, dobra rada, ale nijak ma się ona do rzeczywistości, w której konkursy np. na adiunkta są często tak konstruowane, że od zainteresowanych wymaga się m.in. żeby doktorat uzyskali np. nie wcześniej, jak 5, czy 7 lat przed ogłoszeniem konkursu... Chyba, że ktoś zdecyduje się na pójście do jakiejś firmy.
@PP
Trudno nie zgodzic się z tą ostatnią poradą (pytanie #2)
Proszę tylko zwrocic uwage na to, ze jesli by ją wprowadzic w zycie, to wlasciwie strajki (pytanie #1) w zadnym zawodzie nie bylyby nigdy potrzebne, bo tez kazdej grupie zawodowej moznaby poradzic, zeby sobie zwyczajnie zmienili pracę.
Są tacy z top2% cytowanych czy wpływowych.
Trzeba ich prześwietlić i zastanowić się na czym polega ich "sukces".
I może wdrożyć u innych.
Dlaczego z tego nie ma przychodów dla Polski na przykład ?
Czy nie jest to efekt zdemoralizowania ?
Dlaczego tego fenomenu nie da się powielać ?
@ Zenon Laskowicz,
O jakich przychodach dla Polski pan głosi?
Wie Pan.
Są na przykład tacy geniusze od sieci neuronowych z multum publikacji i cytowań, a żadnej firmy w tym obszarze nie utworzyli.
To jest jakiś dysonans. Dlaczego opłaca się im być na państwowej posadzie, skoro firma przyniosłaby im większe przychody. Przykład: Comarch.
Problem polega na tym, że nie rozumie Pan na czym polega rozwój technologii. Jest taka skala, bodaj 7 punktowa: od badań podstawowych do produkcji masowej przemysłowej. Naukowcy na uczelniach zajmują się tymi początkowymi etapami - i je są w stanie realizować najczęściej w kilku osobowych zespołach za relatywnie niewielkie pieniądze a efektem są publikacje naukowe z wynikami, ktore czyta nie Pan tylko specjaliści z danej dziedziny pracujący np w firmach mający b. duży kapitał i zaplecze (np kilkaset osob) do jego dalszego rozwoju i wdrożenia. Wymaganie od kogoś, kto zajmuje się np. chemią - tworzy nowe związki chemiczne, że założy firmę i będzie leczył ludzi nowym lekiem jest po prostu głupie. Od związku chemicznego do powstania pełnoprawnego leku dzieki dziesiątki milionów złotych i pewnie z 10 lat pracy całych zespołów. I tak jest z każdą dziedziną, ale Pan najwyraźniej tego nie rozumie.
No tak, jest taka skalaz bodajże 7 punktowa : )
Dlatego właśnie czuje się usprawiedliwiony bo nawet nie wiem co to jest za skaa wg której w Polsce od ponad 10 lat są przeznaczene pieniądze na badania ale nie interesuje się tym bo ja jestem cały czas na pierwszym poziomie skali : )
Btw skala jest 9 punktowa...
Doskonale rozumiem, że tacy jak Pan pracujący jako naukowiec doskonale się ustawili w życiu w Polsce tak naprawdę żerując na innych. Pan całe życie będzie pracował w nauce i żadnego leku Pan nie stworzy.
Być może dlatego, że jego zadaniem nie jest STWORZENIE LEKU. To jest zadanie dla firm farmaceutycznych, które mają budżet i kadrę, żeby to zadanie wykonać. Zadaniem naukowców może być opracowanie i stworzenie struktur chemicznych (od podstaw lub na bazie związków występujących naturalnie), które będą obiecujące terapeutycznie. Zbadanie ich aktywności biologicznej, toksyczności, wchłaniania, metabolizmu, itd., itp. Ale już wdrożenie (czyli kilka ostatnich punktów na skali tzw. Poziomu Gotowości Technologicznej TLR, o której Chris pisał, a która ma aż dziewięć punktów) to zadanie dla biznesu. W przypadku leków, dużego biznesu, bo wdrożenie nowego leku to coś, czego nowa, mała firma nie udźwignie finansowo. To dziesiątki, a czasami setki milionów złotych, bo badania kliniczne kosztują krocie. Naukowcy zajmujący się głównie badaniami podstawowymi są w stanie dociągnąć potencjalny produkt do TLR 4, może TLR 5, nie wyżej, i to jest ich zadanie. Na pozostałe etapy nie mają środków, ludzi ani możliwości technicznych. Bez obrazy, ale mam wrażenie, że zupełnie nie ma Pan pojęcia, jak to działa, i być może przez to wymaga konkretnych działań od niewłaściwych ludzi.
Do postu poniżej.
Leki, a proszę wskazać polską firmę farmaceutyczną. Zostały sprzedane. 45 lat PRL finansowania nie wystarczyło, a jakie leki opracowano w III RP przez kolejne 36 lat ? Ktoś tu pisał o specjalizacji, że jedni w badaniach podstawowych a drudzy w ich wdrażaniu. A już do dziedzinowej specjalizacji nie można stosować ? Kto zyska na tych badanach podatnik z Polski czy ten z zagranicy ?
Cóż... czytałem kiedyś w książce Zbigniewa Święcha pt. ``Dlaczego Fleming przewraca się w grobie``, jak to Prof. Tadeusz Lachowicz odkrył w latach 60-tych XX w. w PRLu, STAFILOKOKCYNĘ A (STA), która była antidotum na gronkowca złocistego. O odkryciu antidotum na gronkowca marzył sam Alexander Fleming - odkrywca PENICYLINY.
Niestety, odkryciu prof. Lachowicza ``ukręcono łeb``. Jest tam też opisana inna bulwersująca historia, mianowicie historia odkrycia małżeństwa Giecewiczów, które opracowało (też w PRLu) nowatorską metodę wytwarzania węgla drzewnego. Komisja oceniająca to odkrycie, orzekła, że gdyby ta metoda była dobra, to dawno byłaby stosowana na Zachodzie. Niedługo po tym Japończycy opatentowali tę metodę u siebie... No cóż, skoro ani Zachód, ani Polska tej metody nie zastosowały, to wziął się za to... Wschód i to Daleki. :-|
A co do Pana stwierdzenia, Panie Zenonie, że Pan Chris "ustawił się", jako naukowiec w Polsce, no to proszę skierować swoje żale NAJPIERW do amatorów uprawiania nauki poprzez pisaninę o-siamtym-i-owamtym. Bowiem, z wypowiedzi pana Chrisa wnioskuję, że on do takich nie należy.
Proszę tylko spróbować namówić komentujących tu na FA wybitnych polskich naukowców na dociągniecie swoich badań do poziomu TRL 2 lub TRL 3. Oni w większości uznają, że nie są od tego aby choćby pomyśleć o zastosowaniu wyników swoich badań a środki na realizację tych badań im się po prostu należą.
Na dworach królewskich też byli tacy naukowcy-alchemicy co obiecywali złoto uzyskać i żyli dostatnio z tego tytułu.
Nadal nie powiedział Pan niczego konkretnego. Tylko nierealne oczekiwania. Naukowcy dostarczają materiał do dalszych prac, reszta to zadanie biznesu. Jak niby chciałby Pan sfinansować badania kliniczne, wykonywane przez małą firmę, założoną przez naukowców, przy bardzo wysokim ryzyku niepowodzenia? Tak, większość potencjalnych leków nigdy nie przejdzie tej fazy. Proszę o receptę, a nie o slogany i dyrdymały, bo te nie mają większej wartości.
Zachowuje się Pan trochę podobnie, jak dziecko, które widząc na obiedzie pierwsze danie np. zupę z warzywami, grymasi, bo od razu chciałoby drugie, a najlepiej deser. NIE MA tak łatwo, ani tak szybko. Jeśli ktoś chce taniej łatwizny, czy szybkiego efekciarstwa, to najprawdopodobniej się zawiedzie. Tak, jak napisał Kol. Chris, NAJPIERW są badania podstawowe, a POTEM dopiero - zastosowania wyników tych badań, przy czym UWAGA: często jest tak, że te zastosowania wyników zbadań podstawowych, są NIEZNANE tym, którzy osiągnęli te wyniki. Żeby było ciekawiej, te zastosowania pojawiają się najczęściej niejako przypadkiem - po prostu, ktoś po iluś latach, które upływają od otrzymania danych wyników, zauważa że dałoby się je zastosować w jakimś konkretnym celu.
Przykładem może być transformacja Radona (Panowie Dr Ciesielski i Dr Pogoda w swojej fascynującej książce o matematyce pt. "Królowa bez Nobla, używają nazwy "transformacja Radona-Nikodyma - nota bene, figurę drugiego z nich, można zobaczyć na krakowskich Plantach, jak na ławeczce nieopodal Wawelu "rozmawia" z figurą samego Stefana Banacha). Otóż, gdyby nie wspomniana transformacja, to żadna tomografia komputerowa, którą by wykonał jakiś pacjent, nie miałaby specjalnie sensu, gdyż lekarz nie otrzymałby obrazu narządów, które miałyby być zobrazowane. A przecież chyba ani Radon, ani Nikodym nie pracowali na zamówienie, żeby miało to zastosowanie do tomografii. Podobnie też teoria grup, która posłużyła Rejewskiemu, Różyckiemu i Zygalskiemu do łamania szyfru "Enigmy" - jakieś 100 lat wcześniej, ani Abel, ani Galois, ani Ruffini, którzy byli jej "ojcami", czy też prekursorami, raczej nie podejrzewali jej zastosowań do łamania szyfrów, a jeśli nawet, to interesowała ich czysta matematyka.
Z kolei: gdy zrobi Pan zdjęcie aparatem cyfrowym i użyje Pan powiększenia (zooma cyfrowego), to korzysta Pan wtedy z m.in. z pewnych wyników teorii fraktali.
Inny przykład? Proszę bardzo: specjalne wkładki do butów, przeznaczone dla osób mających zaburzenia błędnika. Zastosowanie tych wkładek opiera się na zjawisku rezonansu stochastycznego, a to zjawisko zostało przewidziane przy użyciu wyników Einsteina i Smoluchowskiego, dotyczących zjawiska ruchów Browna. Ani jeden, ani drugi chyba nawet nie podejrzewali, że takie wkładki powstaną, a jeśli nawet, to siedzieli nad CZYSTĄ fizyką.
Apropos, samych leków, to zmarły mój Kolega (któremu nie było dane pracować na etacie fizyka, więc przepracował w... bibliotece), jako pierwszy temat do doktoratu, miał zbadać proces rozpuszczania się tabletek w cieczy np. wodzie. Opublikował nawet ze sowim ówczesnym szefem 1 - 2 prace na ten temat, ale bardziej pociągnęła Go fizyka zjawisk nieliniowych, więc doktorat zrobił z tej tematyki. Otóż, aby badać proces rozpuszczania się tabletek, musiał dobrze znać m.in. teorię zjawiska dyfuzji (kłaniają się znowu Einstein i Smoluchowski i nie tylko).
Einstein swoje teorie opracował nie będąc na budżecie dla nauki.
Płacz wielu, że chcą na badania podstawowe to chęć polepszenia swego bytu w każdym wymiarze, a akurat środki finansowe nie miały wpływu na prace Smoluchowskiego ani Einsteina.
Jak w Polsce widzi się ludzi z tytułami profesorów, którzy mówiąc wprost pokazują, że mają inteligencję na poziomie ludzi z ulicy, to raczej trudno będzie kogokolwiek przekonać do tego, aby zwiększyć środki finansowe na naukę polską, a tym bardziej badania podstawowe.
Gdy byłem w liceum, marzyłem o byciu kimś, jak Einstein, nie chodziło mi od raz o sławę, ale o uprawianie nauki właśnie tak, jak on to robił: w samotności, oddany swoim naukowym celom. Tyle, że zarówno on sam, jak i jego czasy, to coś już niespotykanego. Inne były realia uprawiania nauki WTEDY, a inne są dzisiaj, w dodatku w Polsce. Pan podpisujący się tutaj, jako "Profesor PAN", napisał tutaj kiedyś, że swoim uczniom odradza zadawanie się ze systemem nauki w Polsce (o ile dobrze to zrozumiałem), i niestety, z każdym kolejnym rokiem akademickim, przekonuję się, że miał dużo racji.
Skoro bowiem, jestem na polskiej uczelni, to jestem "elementem" dość specyficznego systemu, który postrzegam, jako rower o kwadratowych "kołach" (z kwadraturą koła, jako taką, nie ma to nic wspólnego :) ). Duży odsetek zajęć dydaktycznych, które prowadzę od wielu lat, ma się NIJAK do moich badań naukowych (prowadzę je w dwóch dziedzinach) - zarówno te zajęcia, jak i badania są wymagające i to bardzo mocno, w dodatku co roku mam obowiązki organizacyjne (jak każdy zresztą) trzeba m.in co roku opracowywać sylabusy przedmiotów (nie tylko zresztą), to chyba mam prawo wymagać, żeby moja praca (OGÓŁEM), była należycie wynagradzana. Jak do tej pory, nigdy nie brałem udziału w grancie NCN, czy NCBiR, a więc jedyne pieniądze, jakie zarobiłem, to wynagrodzenie płacone przez uczelnię.
Obraził pan rozmówcę, którego nawet nie zna. Czy zastanawiał się pan, co czytelnicy Forum Akademickiego sobie o panu pomyślą? Potrzeba tego panu?
Dobrze, że Pan Profesor PAN (cha cha cha) i Pan Chris mają o sobie dobre zdanie.
Oczywiście, że są specjaliści od sieci neuronowych z multum publikacji i cytowań, co żadnej firmy w tym obszarze nie utworzyli. Są też szachowi arcymistrzowie, którzy źle biegają, jest nawet znakomity koszykarz, co nie zna tabliczki mnożenia. I co?
Cywilizacja polega na specjalizacji, proszę pana. To od pana oczekujemy stworzenia tych firm. Ktoś tak elekwentny na pewo zarobi milioy dla ojczyzny a przy okazji dla siebie.
Tak taka specjalizacja od odkręcania zardzewiałej śruby.
Można tworzyć algorytmy sterowania oparte o genetyczne czy neuronowe zasady, ale każdy na budowie powie, że najlepsza jest coca-cola.
Nauka teraz to taka sztuka dla sztuki.
Za dużo cwaniaków jest nie naukowców w świecie nauki.
@Zenon Laskowicz
Nauka, jak kazda domena zycia spolecznego, wymaga ciaglej uwagi, ciaglych zmian i udoskonalania. Nauka swiatowa ma wiele problemow, czasami bardzo trudnych do rozwiazania.
Zas najlepszym przykladem na to, ze wspolczesna nauka to NIE jest "taka sztuka dla sztuki", jest wczorajszy artykul z BBC:
"Huntington's disease successfully treated for first time"
https://www.bbc.co.uk/news/articles/cevz13xkxpro
No i widać, że "Za dużo jest cwaniaków od odkręcenia ... zardzewiałej śruby w świecie" udających mądrych, wszechwiedzących. Śrubki to można odkręcać i zakręcać, nie wiem czy pan potrafi to, raczej nie. Znamy w świecie takich, co to są za, a i nawet przeciw, co to sami pokonali, o, o, co to oni nie stworzyli i jakie cuda nie wymyślili. I tych co to, tato mamo chwalą nas, a kto .... no to niech śrubki nauczy się odkręcać każdy taki mądry. Gdyby nie było mądrych w nauce, matematyce, fizyce, chemii, astronomii, biologii itd. to byś człeku dziś nie pisał na forum, a siedziałbyś na drzewie albo w norze.
Proszę pana, proszę się zastanowić - czy przypadkiem nie wykorzystuje pan Forum Akademickiego do wywnętrzania własnych frustracji? Jeśli tak, to nie czyni pa świata lepszym, cel istnienia Forum Akademickiego jest zupełnie inny.
Proszę Pana forum jest po to by na nim pisać, a Pan domaga się samo-cenzury jak niegdyś a nawet dziś domagają się co poniektórzy samokrytyki i samopotępienia.
Sam fakt, że ktoś jest profesorem czy nazywa się naukowcem nie jest podstawą by za to płacić.
To Rosjanie domagają się by im płacić tylko dlatego, że są.
Bardzo trafne to przyrównanie poglądów wybitnego Profesora PAN do typowych zachowań zarozumiałych ruskich elit. Uważam jednak, że jest on trolem FA i należy jego wypowiedzi ignorować.
Nie, proszę pana, forum jest dla czytelników a nie dla tych, którzy potrzebują wywnętrzenia tego, co im akurat leży na wątrobie. Tę potrzebę lepiej zrealizować wykrzykując swoje bóle w pobliskim lasku. A czytelnik Forum Akademickiego będzie oczekiwał akademickiego etosu piszących: wyższego niż przeciętny poziomu inteligencji, kultury i samokontroli.
@Zenon Laskowicz
Myli Pan nauke z biznesem.
Nie kazdy fizjoterapeuta musi zalozyc sklep ze sprzetem rehabilitacyjnym. Od zolnierza nie wymaga sie, aby zaczal produkowac i sprzadawac bron. Naukowiec ma odkrywac, jak dziala swiat wokol nas, a nie prowadzic firme.
Jesli jakis naukowiec ma mozliwosc, checi i zdolnosci do zalozenia firmy i komercjalizacji swoich (lub cudzych) odkryc, to chwala mu za to. I dobrze by bylo, gdyby panstwo jakos mu/jej w tym pomagalo. Ale z definicji to nie jest rola naukowca.
Pan to się para tym czym się Pan para dla samego parania.
Żeby być bisnesmanem nie trzeba mieć nawet wykształcenia wyższego.
Wystarczy mieć pomysł i parę osób do pracy.
Jak do tej pory naukowcy nie otworzyli mocy wiązana cementów ze starożytności, więc powiedzmy sobie szczerze, że dyrdymały umysłowe co stanowi 90% tego co nazywa Pan nauką niczemu nie służy. To tak szum lub błoto, w którym może się pojawić perełka i tyle.
@kk
Studenci pierwszego roku, kiedy przychodza na uniwersytet, tez czesto nie wiedza dokladnie, jak dziala metoda naukowa, co to jest nauka oraz kiedy i jak spoleczestwo czerpie z badan naukowych. Wtedy my, nauczyciele akademiccy, rozmawiamy ze studentami i tlumaczymy, jak to wszystko dziala. To zajmuje calkiem sporo czasu, omawiamy rozne aspekty tego problemu, z przykladami.
Prosze wybaczyc, ale tutaj na Forum nie ma na to za bardzo ani miejsca, ani czasu. Tak wiec jesli Pan kwestionuje podstawowe definicje tego, co to jest nauka oraz zasady, na jakich dziala nauka, to ja nie mam nic przeciwko temu. Prosze to robic dalej, ale niestety nie bede wchodzil w dyskusje na ten temat, bo - jak pisze - to nie czas ani miejsce.
Nauka to nauka, ale nie każdy nauczyciel akademicki to naukowiec ani nie każdy nauczyciel akademicki nauką się zajmuje (chodzi o tych którzy są na stanowiskach naukowo-dydaktycznych czy dydaktycznych).
Sam fakt, że ktoś pracuje na uczelni i publikuje artykuły nie oznacza z automatu, że jest osobą użyteczną dla społeczeństwa bo równie dobrze może być pospolitym pasożytem, który się dobrze kamufluje.
@ Zenon Laskowicz,
Nie każdy naukowiec ma gen przedsiębiorcy lub bankiera. Niemniej jak już pan dotyka krajowych firm, to spieszę z info, iż do dziś nie dorobiliśmy się przedsiębiorstw, które mogłyby konkurować na rynkach zachodnich. Nie wyszliśmy z naszą produkcją, towarami na zewnątrz.
A co Pan opowiada już w PRL takie były.
@ kk,
Żywot PRL-u dobiegł końca 36 lat temu. Niech się pan zdecyduje o czym chce pan rozmawiać. Powtórzę jeszcze raz, iż MY dziś nie mamy ani polskich marek, ani polskich brandów, ani polskich przedsiębiorstw, które mogłyby konkurować na rynkach zachodnich. MY nie jesteśmy konkurencyjni. Jeżeli spojrzy pan na dane Banku Światowego, a dotyczące nominalnego PKB per capita w krajach UE, to praktycznie nasza pozycja nie uległa specjalnej zmianie od 1995 r. Nie chodzi tutaj o wartości bezwzględne, ale o nasze miejsce w UE. Nasza konkurencyjność głównie sprowadza się do siły roboczej inaczej rąk do pracy.
Pan prezes twierdzi, że ciągle część instytutów jest zagrożona utratą płynności finansowej. Co w związku z tym robi? Wydaje resztki funduszy na tworzenie kolejnych trzech instytutów, prawdopodobnie dublujących działalność już istniejących. Logika godna czołowego polskiego uczonego. Przepraszam, naukowca.
@ Profesor PAN,
Panie profesorze wszelkie deficyty budżetowe w instytutach naukowych PAN-u wynikają z faktu, że dotychczasowa subwencja im przyznana jest zbyt mała, aby pokryć wszelkie wydatki, co wiąże się z inflacją, wzrostem cen mediów i realizacji samych badań naukowych. Prezes PAN jak i całe kierownictwo Akademii rozmawiają z MNiSzW w tej sprawie. Piłka jest u decydentów, gdyż to oni dysponują, zarządzają funduszami na rozwój polskiej nauki. Tyle tylko, że budżet na szkolnictwo wyższe i naukę stanowi raptem 10 mld euro, a to niestety bardzo niewiele. Skąd pan wie, że Akademia przeznaczyła jakiekolwiek fundusze na powstanie trzech instytutów? Pierwszy raz słyszę.
Mysle ze manager lokalnej Zabki na tle PANowskiego zarzadzania bylby wybitny.
@ Wiesław,
Czy potrafi pan uzasadnić swoją wypowiedź?
Panie Maćku PAN to powinien codziennie umieszczać jakiś filmik z tego co robi i byłoby fajnie, a najlepiej jakby kamerki zainstalowali tak, aby społeczeństwo wiedziało, że pracują, umieszczało jakieś objaśnienia co robią w danej chwili i jaki postęp uczynili w ciągu miesiąca roku.
Panie Zenonie,
Dostępne są sprawozdania z działalności statutowej Akademii. Istnieją też strony internetowe instytutów naukowych PAN, które są coraz lepiej opracowane. Ukazują się też filmiki o działalności poszczególnych instytutów Akademii itp. Jeżeli mi na czymkolwiek zależy w tej naszej pożal się boże Rzeczypospolitej, to jest to PAN. Dlatego wspieram Akademię. Natomiast jesień życia zamierzam spędzić na Morawach zwanych Słowiańską Toskanią. Jest to idealne miejsce dla marzycieli i romantyków.
Jeśli stworzenie trzech instytutów nie wiąże się z żadnymi kosztami, to byłoby to coś, o czym ja pierwszy raz słyszę. No nie, bez przesady, można wierzyć w przejście Żydów przez Morze Czerwone, można wierzyć w chodzenie po wodzie i przemianę wody w wino, ale stworzenie trzech instytutów bez kosztów to musiałby być prawdziwy cud. Niemożliwe.
@ Profesor PAN,
Na razie nic nie wiem o jakimkolwiek finansowym wkładzie Akademii. Wszystko rozstrzygnie się w nadchodzącym 2026 r. Nie ulega wątpliwości, że należy dokapitalizować dotychczas istniejące instytuty naukowe PAN, ale też trzeba być otwartym na możliwość powołania nowych.
Ale to dokapitalizowanie trwa od 1945 i marne efekty.
Może lepiej tłumaczyć na polskie artykuły zachodnie.
@ Zbyszek,
Żartowniś z pana. W 1945 r. trwała jeszcze II wojna światowa, w sensie organizacyjnym polskiej nauki nie było. Dlaczego mamy tłumaczyć na język polski artykuły zachodnie?
O tu:
https://forumakademickie.pl/zielone-swiatlo-dla-nowych-instytutow-pan/
Nie ma to większego sensu. Szczególnie w jednym przypadku, ale już wolę nic na ten temat nie mówić ;)
Lepiej mówć. Bo znowu zarzucą nam, że nie protestowaliśmy.
@ sdf,
Bardzo sobie cenię pana komentarze. Pamiętam naszą rozmowę na temat PAN, gdzie nie byłem precyzyjny w komentarzach, a za co przepraszam. Niech pan się podzieli swoimi przemyśleniami.
A dziękuję za miłe słowa. Nie mam żadnych szczególnych przemyśleń. Po prostu, te instytuty nic nie wnoszą. A szczególnie jeden, ale naprawdę wolę za wiele nie mówić, za blisko tego jestem. Tak już wygląda rzeczywistość polskiej nauki, trochę to smutne, ale czasami autocenzura jest niezbędna. W dużym skrócie, jeden z instytutów jest tylko spełnieniem ambicji jednego, dość kontrowersyjnego, ale i wpływowego, profesora. Będzie to kosztowało (bo zawsze kosztuje), a nic nie zmieni. Sztuczna struktura, która nie wnosi żadnej nowej jakości, pożre pieniądze na administrację, a nic nie doda. Nawet, jeśli stworzy okazję, żeby dostać jakieś środki, to w warunkach polskiego finansowania będzie to wysysanie środków, które mógłby dostać ktoś inny na bardziej sensowne cele.
"Jest trzech panów, jeden z nich jest złodziejem ale nie powiem który" - to bardzo nieładna forma wypowiedzi. Każdy spotyka się z insynuacją, nikt nie spotyka się z oskarżeniem. Jeśli ma pan poważne zarzuty, pańskim obowiązkiem jest je przedstawić, zwłaszcza teraz.
Nie sądzę. Nie nazwałem też nikogo złodziejem, to już Pańska nadinterpretacja. Napisałem jedynie o pewnym kontrowersyjnym profesorze. Każdy może sobie wyłuskać z tych (nielicznych na razie) dostępnych zapowiedzi, kto za czym stoi, i jakie są plany na poszczególne nowe instytuty, i na tej podstawie wyrobić własne zdanie. Przy czym, jest to na tyle jałowe działanie, że nie wpłynie w żaden sposób na realizację przedstawionych planów, bo mam wrażenie, że decyzja już zapadła.
To była tzw. analogia, forma spotykana w rozmowach. Po prostu oskarżył pan jedną z trzech instytucji o coś nagannego i odmówił wskazania która to z nich. Odium padło na wszystkie trzy. Mnie się to nie spodobało.
A że nic w sprawie się nie da zrobić, to też się nie zgodzę. Pan prezes może się czuć tytanem, bo dziś akurat ma władzę, ale wkrótce ta władza się skończy. Panu Czarkowi też się wydawało, że Akademia Kopernikańska to znakomity pomysł.
Była to analogia insynuująca. Oskarżyłem nie instytucję, bo ta jeszcze chyba nie istnieje, a ludzi, którzy stoją za próbą jej powołania. I nie o coś nagannego, co najwyżej niepotrzebnego. A odium? Jakie odium, Szanowny Panie? Moje pisanie tutaj jest dla osób decyzyjnych w tej sprawie i w innych sprawach nauki mniej więcej tak istotne, jak szczekanie owczarka w Ustrzykach Dolnych. Stanowczo przecenia Pan mój wpływ na rzeczywistość.
Nie czuję większej potrzeby, żeby coś robić, bo takich niepotrzebnych działań to my mamy w polskiej nauce dużo, i niby wszyscy to wiedzą i nawet o tym mówią, ale nic się nie zmienia. Przecież np. te setki osób w różnych instytucjach, które poświęcają tysiące godzin pracy na "optymalizację ewaluacji", to całkowity nonsens i olbrzymia strata pieniędzy. Ale się to odbywa i będzie odbywać się nadal. Wyleczyłem się już z donkiszoterii. Szkoda czasu, żeby walczyć o przegrane sprawy. Tu jest podobnie, ot powstanie sobie instytut, który moim zdaniem jest zbędny, trudno.
Szkoda, odrobina donkiszoterii konieczna jest dla zdrowia psychicznego. I zadziwiająco często nie jest to działanie na próżno.
A co do instytutów in spe - też mam pewne podejrzenia i ciekawy byłem na ile są one wyłącznie moje. Bo jeśli komuś dwie osoby mówią że pijany, lepiej by poszedł spać.
Pozdrawiam
Zostawiam sobie tę odrobinę donkiszoterii na rzeczy bardziej istotne dla mnie osobiście, a nie istotne z punktu widzenia dobra "polskiej nałki". Tu nie mam już żadnej nadziei, niestety. A instytuty in spe są intrygujące. Pan się tym pewnie bardziej interesuje, ja akurat mam ten komfort, że ani nie jestem członkiem PAN, ani pracownikiem tejże instytucji. Ale w tej sprawie ktoś ewidentnie jest pijany ;)
Pozdrawiam również, ale już milknę dla dobra własnego i współpracowników.
Jest źle i będzie jeszcze gorzej. Potencjalnych organizatorów ogólnopolskiego strajku nie widzę. 100 komentarzy na Facebooku i to jest całe oburzenie. Im dalej w karierze akademickiej, tym mniej boli. Ale co mam robić w tej sytuacji? Macie jakieś rady dla osoby świeżo po doktoracie? Chcę tylko robić naukę...
Moje rady są takie:
1. niech Pan raczej nie próbuje uprawiać nauki sam, tj. będąc poza jakąkolwiek grupą badawczą
2. należy starać się wyjechać na jakiś staż badawczy, to potem procentuje, i to podwójnie - z jednej strony, poznaje Pan nowych ludzi w swojej dziedzinie, uczy się Pan też nowych rzeczy lub nowego podejścia do tematyki swoich badań, a z drugiej strony, gdy będzie Pan później starał się o habilitację, będzie wymagane od Pana m.in. legitymowanie się właśnie odbytym stażem lub działalnością badawczą na innej uczelni lub instytucji badawczej (niż w tej, na której robił Pan doktorat) - wtedy będzie Pan mógł wpisać do wniosku o postępowanie habilitacyjne, że taki staż lub taką działalność ma Pan na swoim koncie.
Piszę to w oparciu o smutną historię działalności naukowo-badawczej mojego Oica, ale też i mojej własnej.
Bilety ciągle są w sprzedaży.
Boja sie wychylic cos powiedziec krytycznego bo wiedza ze to sa kolka wzajemnej adoracji i lansu i od czyjegos slowa czy dobrego komentarza zalezy kariera. Tutaj dam komus pozytywna opinie pracy doktorskiej tutaj habilitacji, tutaj pomoge z grantami. Tutaj dostanie sie awans na jakiego kierownika czy prodziekana. Jesli straci sie czyjas sympatie mozna wiele stracic. To srodowisko dziala troche jak mafia. Nie chca sie wychylac rozwniez narazac politykom a noz ktos kogos zatrudni na panstwowej posadzie jako eksperta za 20k miesiecznie. Mozna wiele stracic. Nauka to jest ostatnia rzecz kogokolwiek kogos interesuje w tym kraju zaczynajac od nauczycieli po politykow. Nikt nie chce sobie robic wrogow nie potrzebnie. Ale fakt samemu walczac przeciw jakiejs grupie mozna duzo zaryzykowac i stracic.
Cyt." Nauka to jest ostatnia rzecz kogokolwiek kogos interesuje w tym kraju zaczynajac od nauczycieli po politykow. "
Nie, tak ostro bym nie stawiał sprawy. Po prostu, jeśli ktoś ma poparcie, jest w grupie badawczej, bowiem jego opiekun naukowy miał odpowiednią dozę odpowiedzialności za swoich uczniów i potrafił zapewnić im rozwój naukowy (nawet przy beznadziejnej dydaktyce) itd. itd., to oni uprawiają naukę i często efekty tego są. Reszta wiedzie żywot "szaraków" i/albo takich "parobków od dydaktyki". Zatem, dobrodziejstwa (jeśli takie są) większości tych tzw. reform nauki w Polsce, dotyczą najczęściej tamtej pierwszej grupy tj. grupy odpowiednio ustawionych. Pozostali coś tam robią, ale właściwie system nauki ma ich "gdzieś". Pewien odsetek z nich coś opublikuje od czasu do czasu, ale chyba na tym się najczęściej (choć nie zawsze) kończy.
Einstein, którego przykład przytaczał tutaj Kol. "kk", też na początku nie miał lekko, bowiem po opublikowaniu jego słynnych prac w "Annalen der Physik", a wśród nich pracy o fotoefekcie (za którą dostał potem Nobla) i pracy o STW tj. "O elektrodynamice ciał w ruchu" (dzięki której jest najbardziej znany), zapadła cisza... Tę ciszę przerwał dopiero Max Planck, i TO był moment przełomowy w życiu Einsteina.
komentator (poprzedni) - Dziękuję za te odpowiedzi. W trakcie doktoratu nie dostałam wsparcia od promotora, ani od szkoły doktorskiej. Żeby pracować w mojej tematyce badawczej w ramach zespołu, muszę wyjechać za granicę, a więc komentarz o biletach również pozostaje aktualny. Tutaj rzeczywiście nadal będę sama, marząc o jakimś grancie NCN. Nie wiem, czy się uda, bo rynek postdoków w UE i USA dzisiaj jest hiperkonkurencyjny. Powiem szczerze - niewielu Polaków ma szansę na dobrego postdoka za granicą czy na staż w trakcie doktoratu. U nas poziom przygotowania naukowego jest dość przeciętny, wszyscy o tym wiedzą i w wielu miejscach na polskie CV nikt nawet nie zwróci uwagi. Pomimo biedy w naszej nauce i braku wsparcia, doktorat mnie utwierdził w przekonaniu, że muszę robić naukę. Wiem, że wielu zrezygnowało, ale ja nadal czuję się na siłach. Niestety nie w Polsce. Mówię niestety, bo znam kilka osób, z którymi chętnie bym pracowała...ale one nie mogą założyć własnego zespołu od lat ze względów finansowych. Budżet na naukę znowu będzie niski, więc nie założą zespołu w kolejnych latach. A i takie osoby jak ja odpłyną za granicę. Za chwilę zostaną im tylko studenci do współpracy (nie liczę profesorów w wieku przedemerytalnym). Kto ma robić naukę??
A co do Einsteina i roli opiekunów ma Pan absolutną rację. Jestem świadkiem, jak na plecach znanych naukowców nawet dość przeciętni doktoranci robią kariery - np. przez współautorstwo publikacji w dobrych czasopismach. Patrząc powierzchownie na IF i listę ich publikacji, będzie im łatwiej zdobyć dobrego postdoka. ps jestem "panią"
Dziękuję Pani za odpowiedź. Jestem ciekaw, w jakiej dziedzinie Pani działa? Co do mnie, są to dziedziny ścisłe. Koleje mojej tzw. kariery akademickiej dość zadziwiająco przypominają mi karierę mojego Ojca. Jego promotor najpierw dał mu (to były lata 70-te XX w., znam to z opowieści Ojca), jakiś problem badawczy, po którym Ojciec się zorientował, że to nie bardzo pójdzie tzn. że doktoratu z tego raczej nie będzie. Po prostu pan promotor (nota bene, "szycha" w PZPR), obawiał się, że po doktoracie Ojciec założy naukowy zespół na swojej macierzystej uczelni, konkurencyjny do zespołu pana promotora. Ojciec nie dał się jednak wymanewrować, wymyślił własny problem badawczy, i z tego zrobił doktorat. W międzyczasie, pan promotor (nie wiadomo do końca, z jakich pobudek), wyemigrował z Polski w daleki świat, by osiąść na stałe na antypodach. Przez szereg kolejnych lat Ojcu udawało się uzyskiwać oryginalne i ważne wyniki naukowe oraz je publikować w dobrych czasopismach (wtedy były tylko takie). Dzięki temu miał etat na uczelni. Niestety, jeśli chodzi o awans naukowy, to był "poza klanem naukowym", w ciągu tych lat poumierali jego potencjalni "Ojcowie chrzestni", tzn. panowie prof. dr hab., którzy mogliby go "wprowadzić do towarzystwa" habilitowanych. W dodatku, podpadł paru osobom, gdy na międzynarodowej konferencji wytknął jednemu dr hab.-owi błąd, gdy ten referował swoje wyniki.
Usiłował walczyć, miał na koncie jeden bardzo prestiżowy wynik (z teorii liczb), ale zepsuł tym chyba humor redakcji czasopisma, która robiła dziwne uniki i ten wynik NIGDY nie został opublikowany. Niektóre z pozostałych prac też były odrzucane. Za każdym razem, w odpowiedzi redakcji, czy recenzenta/recenzentów brakowało tak naprawdę, merytorycznych argumentów za nieopublikowaniem pracy, czy nawet przeciwko wysłaniu jej do recenzji. Jedną z tych prac opublikowaliśmy (w rozszerzonej wersji), już ileś lat potem. Przedtem przeszedł na emeryturę, potem współpracowaliśmy naukowo, udało się opublikować m.in. dwie ww. prace, i po kilkunastu latach na tym się skończyło. Jako posiadacz stopnia "dr" bez habilitacji, a więc jedna z "szarych mrówek", nie jest zauważany przez feudalny system nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce. Ot, jeszcze jeden dr i tyle. Przecież nie ma sensu tłumaczyć tu, czy tam np. "A mój Ojciec dr X. osiągnął takie-a-takie wyniki.", prawda? No przecież, jakby to wyglądało? Gdyby miał stempel "dr hab", to Oooo ho ho, to już gość, a jeszcze lepiej "prof. dr hab.", ale skoro jest tylko dr, na emeryturze, to scenariusz od razu automatycznie się "pisze" w głowie: pewnie nie wychodziły mu te badania, prace, może coś tam zrobił, a potem zajął się dydaktyką i tyle, NIKT nie będzie badał jego dorobku - co najwyżej specjaliści (no i tu jest PRZEDZIWNA okoliczność, że jakoś niemal nikt tych prac nie cytuje - zastanawiające, no ale może kiedyś ta zagadka będzie rozwiązana).
Z kolei, moi opiekunowie naukowi, mimo ciekawych zapowiedzi z ich strony, że skierują mnie po doktoracie do grupy badawczej w Niemczech, czy też, że mnie skontaktują z ludźmi z tej grupy (tak wnioskowałem z rozmowy), nie zrobili NIC w tym kierunku. Jeden z nich miał resztki sumienia i coś próbował mi pomagać, ale przez 2 -3 lata po doktoracie polegało to na 20-30 minutowej rozmowie z nim w kawiarni 1 raz/2 - 3miesiące. Może Banachowi wystarczyłaby taka częstość spotkań naukowych w "Kawiarni Szkockiej", ale cóż... ja Banachem nie jestem.
ŻAŁUJĘ, że nie przyjrzałem się tym ludziom odpowiednio wcześniej, kierowałem się wyłącznie TEMATYKĄ naukową, którą miałem rozwijać do doktoratu.
Z drugiej strony, co by nie powiedzieć, to I TAK mi się LEPIEJ ułożyło, niż dwóm moim Kolegom, którzy (byli też doktorantami wspomnianego przeze mnie wcześniej opiekuna mojego doktoratu), mają jeszcze bardziej "pod górkę". Jeden z nich od... 21 lat jest na rencie i na bezrobociu. Drugi jest na etacie dydaktycznym i... chyba tyle. Obaj mają i talent i pracowitość. Ale system ma takich "gdzieś". Są "naukowymi roninami" (zresztą chyba nie oni jedni).
ZATEM, do moich rad dorzucę jeszcze takie: jeśli to możliwe, to trzeba się dowiedzieć, z KIM się zadajemy (to przykre, ale niestety, życie pisze różne scenariusze), trzeba KILKA razy się zastanowić, ZANIM się coś powie, A NAJLEPIEJ nie zakładać sławy, splendorów płynących z rezultatów naukowych itp., tylko robić swoje w nauce, a przygotować plan(y) awaryjny(e) na wypadek różnych dziwnych zdarzeń.
Przepraszam za ewentualny długi wywód.
Dam panu prezesowi radę - jeśli te naukowe instytucje tworzą coś wartościowego, to proponuję znaleźć klientów na rynku i im to po prostu sprzedać. Dlaczego tylko polegać na jednym odbiorcy - rządzie RP, które zawsze jest spłukany?
Z powodów już wskazanych przez Maćka, marne szanse. Zagraniczne korporacje są skłonne jedynie kupić patent/licencję. Niewiele więcej. Polskie firmy albo nie mają środków na wdrożenia, albo boją się zaryzykować (bo to zawsze jest ryzyko, często dość znaczne).
@ Arek,
W III RP czołowym eksporterem i inwestorem zarazem są międzynarodowe korporacje i firmy zagraniczne, to one mają kapitał inwestycyjny. Jednak im nie opłaca się inwestować w sektor B+R w Polsce, gdyż ich siedziby i centra rozwojowe znajdują się poza Polską. Widoczne jest to np. w kontekście robotyzacji procesu produkcji 78 robotów przemysłowych na 10 tys. pracowników. Reasumując trzeba mieć kapitał inwestycyjny. MY go nie mamy.