Aktualności
Wybory 2024
11 Lipca
Źródło: archiwum prywatne
Opublikowano: 2024-07-11

W niepewnych czasach nie każdy chce nieść brzemię odpowiedzialności za uczelnię

Ustawa 2.0 dała rektorom bardzo duże kompetencje i możliwości, ale też i narzuciła potężną odpowiedzialność. Nie każdy w tak niepewnych czasach chce nieść to brzemię. Sądzę, że wielu potencjalnych kandydatów mogło postawić na przeczekanie tej najbliższej kadencji, przyjrzenie się z boku rozwojowi sytuacji, co się będzie działo, jakie zmiany finansowe i prawne zajdą, i wystartować za cztery lata – mówi Piotr Pokorny, współtwórca i prezes Instytutu Rozwoju Szkolnictwa Wyższego, podsumowując tegoroczną kampanię wyborczą na uczelniach. 

Publiczne szkoły wyższe wybierały w tym roku rektorów na kadencję 2024–2028. Aż w 2/3 przypadków doszło do reelekcji. Debiutanci stanowią większość tylko w uczelniach medycznych i ekonomicznych. Kampanię, którą na bieżąco relacjonowaliśmy w naszym serwisie internetowym, podsumowuje Piotr Pokorny, współtwórca i prezes Instytutu Rozwoju Szkolnictwa Wyższego.

Jaka była tegoroczna kampania wyborcza na uczelniach?

Była wyjątkowo spokojna, mało kontrowersyjna, poza kilkoma głośnymi przypadkami, które rozpalały środowisko, jak choćby na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym [tam wybory mają się odbyć między 19 VIII a 28 IX – przyp. MK]. Warto przypomnieć, że zaczęła się tak naprawdę już na początku 2023 roku, gdy zmieniono ustawę, podwyższając tym samym limit wieku kandydatów na rektora. To pozwoliło z powodzeniem ubiegać się o funkcję osobom, które nie spełniałyby wymogu formalnego wprowadzonego Ustawą 2.0. Dotyczy to choćby obecnego sternika Uniwersytetu Warszawskiego [prof. Alojzy Z. Nowak – dop. MK] czy byłego rektora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu [prof. Andrzej Tretyn – dop. MK].

Przyznam otwarcie, że nie byłem specjalnie zdziwiony tym, że ta kampania była spokojniejsza niż poprzednie i wynika to z dwóch głównych powodów. Łatwiej się walczy o reelekcję niż o pierwszą kadencję, a większość rektorów uczelni publicznych cztery lata temu debiutowała na tym stanowisku. I jeśli tylko nic złego przez ten czas się nie wydarzyło, to kontrkandydatom trudniej wygrać z urzędującym rektorem. Jest to możliwe, pokazały to tegoroczne wybory, ale nieporównanie trudniejsze niż gdy się przystępuje do wyścigu z tej samej pozycji po raz pierwszy.

Natomiast druga kwestia, moim zdaniem ważniejsza, dotyczy niewielu pretendentów do fotela. Wcale nierzadko ubiegała się o niego tylko jedna osoba, i nie mówię tu tylko o sytuacji, w której startuje urzędujący rektor. Jedną z przyczyn może być zniechęcający kandydatów bardzo trudny czas dla szkół wyższych. Kamyk do ogródka wrzuciły także rady uczelni, które w części przypadków po prostu wystawiały tylko jednego kandydata, znacząco wpływając tym samym na wynik wyborów. Wprawdzie statut może przewidywać także inne podmioty uprawnione do wskazywania kandydatów, ale nie wszystkie uczelnie z tego korzystają. Z perspektywy czasu widać, że idea rad uczelni, która legła u podstaw ich powołania w Ustawie 2.0 nie do końca się sprawdziła w kontekście wyborów rektorskich.

Minister Dariusz Wieczorek wprost mówi, że rola rad uczelni przy wyborze rektora została wypaczona.

Uważam, że rada uczelni nie powinna mieć kompetencji ani do wskazywania kandydatów, ani do wyboru rektora (jak pierwotnie było to w projekcie ustawy 2.0). Jeżeli rady mają dalej funkcjonować w strukturach uczelnianych, to powinny koncentrować się na wspieraniu i nadzorze w obszarze finansów, zarządzania. Natomiast zdecydowanie należałoby usunąć kompetencję związaną ze wskazywaniem kandydatów. Ewentualnie warto rozważyć znowelizowanie przepisów w taki sposób, żeby było absolutnie jasne, że rada uczelni nie może być jedynym podmiotem, który to robi. Część uczelni to już praktykuje, ale nie wszystkie i dlatego trzeba byłoby wprost wskazać, że statut uczelni musi przewidywać także inne podmioty typujące kandydatów. Wtedy mielibyśmy właściwą przeciwwagę. W tej chwili jeśli mamy radę uczelni złożoną z 7 czy 9 osób, to tak wąskie grono, wskazując jednego kandydata, a odrzucając pozostałych, dzierży bardzo dużą władzę w tym zakresie. Nie jestem przeciwnikiem rad uczelni, ale w kontekście tej konkretnej kompetencji uważam, że należałoby ją znieść albo bardziej zrównoważyć.

Abstrahując od rad uczelni, dlaczego kandydatów było jak na lekarstwo? Na 122 uczelnie, aż w 86 przypadkach startowali „soliści” – to o 14 więcej niż przed czterema laty.

Ustawa 2.0 dała rektorom bardzo duże kompetencje i możliwości, ale też i narzuciła potężną odpowiedzialność. Nie każdy w tak niepewnych czasach chce nieść to brzemię. Sądzę, że wielu potencjalnych kandydatów mogło postawić na przeczekanie najbliższej kadencji, przyjrzenie się z boku rozwojowi sytuacji, co się będzie działo, jakie zmiany finansowe i prawne zajdą, i wystartować za cztery lata. Wtedy większość obecnych rektorów zakończy swoje urzędowanie, a to według mnie wyzwoli dodatkowo chęć startu u wielu przymierzających się do tego od jakiegoś czasu osób. To mogła być swego rodzaju kalkulacja: „teraz nie, za duże ryzyko, ale za cztery lata… kto wie?”.

Co jeszcze mogło zaważyć na tym, że kandydaci nie garnęli się do fotela rektora?

Pamiętajmy też, że jesteśmy w trudnym okresie dla szkolnictwa wyższego, przede wszystkim z punktu widzenia finansowego. Zarządzanie uczelnią w tak niestabilnej sytuacji jest naprawdę wymagające i może być istotnym czynnikiem zniechęcającym do startu w wyborach. W kuluarach słychać, że kiedy kurz wyborczy opadnie, kiedy zaczną się nowe kadencje, to dopiero wtedy tak naprawdę zacznie się myślenie o realnych planach oszczędnościowych, które nierzadko będą konieczne dla przetrwania.

Do tego dochodzi niedawna zmiana władzy i niepewność co do możliwych kierunków zmian ustawowych. Pierwotnie mówiło się, że najbliższa nowelizacja miała być bardziej techniczna, mało kontrowersyjna i niewywołująca poważnych skutków finansowych, ale nie jestem przekonany, czy na tym się zakończy, czy przypadkiem przepisy, które się pojawią w projekcie nie będą szły o wiele dalej, nie będą ingerować głębiej w autonomię uczelni – czy nie pojawią się jakieś poważniejsze zmiany ustrojowe. Według deklaracji Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego jeszcze w tym miesiącu mamy się przekonać.

W niektórych ośrodkach pojawili się kandydaci, którzy otrzymali jeden, pięć, a w jednym przypadku – zero głosów. Czy to jedynie listek figowy dla demokratycznego wyboru, czy porywanie się z motyką na słońce?

Dla części osób wybory są swego rodzaju przetarciem szlaku, sprawdzeniem, jak to wygląda od środka, z bliska. Tacy kandydaci, z którymi teraz być może nikt się jeszcze na poważnie nie liczy, zyskują bardzo cenne doświadczenie na przyszłość. Jeżeli wykonali swoją pracę rzetelnie, spotykali się z ludźmi, rozmawiali, to nawet jeżeli teraz ich nie przekonali, to z pewnością zebrali sporo informacji, które pozwolą im lepiej się przygotować na wybory za 4 lata. Cenię osoby, które wiedząc, że mają małe szanse, jednocześnie wykazują się odwagą i chcą coś zmienić, startując w wyborach. Nawet samo wyjście naprzeciw faworytowi zmusza go do większego wysiłku. Oczywiście, z zastrzeżeniem, że kandydaci w czasie kampanii działają fair.

Kampania w zasadzie zakończona, rektorzy wybrani, czyli demokracja na uczelniach ma się dobrze?

Trudno mi ocenić, czy można mówić o kryzysie demokracji na uczelniach, choć z pewnością pewne niekorzystne zjawiska da się dostrzec. Wiele osób chce decydować w imię demokracji, ale gdy pojawia się konieczność wzięcia odpowiedzialności za te decyzje i ich skutki, to często nagle brakuje chętnych. Z boku wielu uważa, że zarządzałoby uczelnią czy nawet jakąś jednostką lepiej niż ten, który robi to teraz, natomiast jak przychodzi co do czego, to pojawiają się schody. Pełnienie funkcji rektora to nie tylko splendor, ale też setki decyzji dziennie, nierzadko trudnych i niepopularnych, lecz koniecznych.

Przede wszystkim potrzebujemy zredefiniować rolę rektora w uczelni. Problem stanowić może jego kadencyjność. Z jednej strony jest to dobre rozwiązanie, bo zapewnia wymianę pokoleniową, dopływ świeżej krwi u sterów, ale z drugiej – trudno jest planować długofalowy rozwój, gdy raz na cztery lata może się zmienić głównodowodzący, a z nim wizja rozwoju uczelni.

Patrzę na rektora jako na tymczasowego gospodarza, którego rolą nie powinno być skupianie się tylko na „tu i teraz”, ale nieustannym tworzeniu środowiska do efektywnej pracy na czasy daleko wykraczające poza swoją kadencję. Skutki jego działań są bowiem widoczne bardzo często dopiero po wielu latach, dlatego ważne jest, by patrzeć na to w dłuższej perspektywie, żeby nie ograniczać możliwości podejmowania kluczowych decyzji. Oczywiście, są już teraz tacy rektorzy, którzy ambitnie spoglądają w przyszłość, próbują przekazać swoją wizję następcom, ale nie zawsze się tak dzieje. W kampanii, kiedy trzeba powalczyć o głosy, zawiera się kompromisy, które nie zawsze są korzystne dla uczelni, ale konieczne, by jakaś strategia mogła przetrwać, żeby rektor mógł kontynuować swoje dzieło.

Czy ponowny wybór urzędującego rektora jest bardziej kwestią wygody uczelnianej wspólnoty, czy niechęci do zmian? A może i jedno, i drugie?

Generalnie w środowisku akademickim wciąż mamy do czynienia z niechęcią do większych zmian i to jest fakt. Ale w przypadku wyborów większe znaczenie ma według mnie to, czy faktycznie ktoś przeprowadził uczelnię suchą stopą przez trudny czas. Pamiętajmy, że mijająca właśnie kadencja była niezwykle trudna. Zaczęła się od COVID-u, potem kłopoty finansowe, wojna, a w międzyczasie jeszcze kluczowa dla wszystkich ewaluacja. Wielu elektorów może pomyśleć, że skoro dany rektor sprawdził się w tak trudnym czasie, nie popełnił błędów, które mocno by nadszarpnęły wizerunkiem uczelni, to warto dać mu kolejną szansę. Choćby po to, by mógł kontynuować rozpoczęte działania. Natomiast są uczelnie, gdzie mijająca kadencja była na tyle turbulentna, że doprowadziło to do zaskakujących werdyktów wyborczych. Jak widać, demokracja chyba jednak zadziałała.

W kampanii wielokrotnie słychać było głosy o zbyt dużej wadze głosów studentów w kolegiach elektorskich, a niedoważeniu innych grup, jak choćby pracowników niebędących nauczycielami akademickimi. Na ostatnim Zgromadzenie Ogólnym KRASP pojawiły się głosy wskazujące konieczność zmniejszenia siły głosu żaków. Co pan o tym sądzi?

Z całą stanowczością należy stwierdzić, że niedoszacowana jest kadra wspierająca, czyli formalnie rzecz biorąc jeszcze „pracownicy niebędący nauczycielami akademickimi”, choć dzięki staraniom Forum Administracji Akademickiej to określenie ma się zmienić przy okazji nowelizacji, o czym informowało także „Forum Akademickie”.

Przypomnę, że 20% głosów studenckich to był kompromis wypracowywany przez lata, bo na początku studenci w ogóle nie mieli formalnego prawa głosu. Kiedy powołano Parlament Studentów RP zaczęto się o to dopominać, najpierw było 10%, potem doszło do 20%. Nie uważam, że jeszcze większy procent głosów dla studentów byłby lepszy, natomiast dla mnie naturalną sytuacją jest to, że studenci jako liczbowo największa część wspólnoty akademickiej, walcząc o swoje interesy, chcą blokowo głosować po to, żeby zwiększyć szanse na uzyskanie korzystnych zmian. Może to budzić kontrowersje, bo mając taką pulę głosów są języczkiem u wagi, a przez to zawsze wyciągani przed nawias, to o nich się zazwyczaj szczególnie zabiega, ale nie chciałbym powiedzieć, że należałoby im przez to odjąć głosów. Moim zdaniem studenci to przede wszystkim bardzo ważny partner do uczciwych rozmów i do rzeczywistego działania, a nie „grupa młodych do przekabacenia”, jak niektórzy głoszą.

W tym kontekście warto przywołać przykład niecodziennego i wartościowego rozwiązania, jakie wypracowano w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Otóż tam wszyscy pracownicy uczelni, którzy spełniają ustawowe przesłanki wchodzą do kolegium elektorskiego, a do tego dolicza się studentów stanowiących 25% jego składu. W ten sposób reprezentatywność kolegium elektorskiego jest niepomiernie większa niż w przypadku mało licznych kolegiów. Oczywiście, ASP w Krakowie to mała uczelnia, ale pokazuje, jak takie bezpośrednie wybory mogą być jeszcze bardziej demokratyczne. Ciekawe, jak wyglądałoby to na innych, większych uczelniach, gdyby zdecydowały się na upowszechnienie wyborów.

Rozmawiał Mariusz Karwowski

Szczegółowe podsumowanie tegorocznej kampanii w wakacyjnym numerze „Forum Akademickiego”

Dyskusja (1 komentarz)
  • ~akademik 11.07.2024 09:40

    A może to ustawa 2.0 z jej późniejszymi "modyfikacjami" jest główną przyczyną takiego stanu rzeczy ???