Nikt nigdy nie powstrzymywał mnie przed tym, co robię. Nie powiedział, by robić coś bardziej praktycznego. Nie jest dobrze, jeśli naukowców stara się wkładać do określonych szufladek. To nie przyniesie pożądanych efektów. Wolność wyboru tematu jest tym, z czym nigdy nie musiałam walczyć i co również stanowi o wyjątkowości pracy naukowej na tle innych zawodów – mówi w wywiadzie dla FA dr hab. Łucja Kowalewska z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, tegoroczna laureatka Nagrody NCN.
Wczoraj Narodowe Centrum Nauki nagrodziło badaczy młodego pokolenia. Laureatką w obszarze nauk o życiu została dr hab. Łucja Kowalewska z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się biologią komórki roślinnej, w szczególności strukturą i dynamiką błon plastydowych. Z badaczką rozmawia Mariusz Karwowski.
Podobno, między innymi za pani sprawą, wśród tegorocznych laureatów Nagrody NCN jest wyraźna nadreprezentacja chórzystów.
Śmieję się, że znów po latach stanęliśmy na jednej scenie. Rzeczywiście, razem z Maćkiem (prof. Maciej Stolarski, nagrodzony w obszarze HS – dop. MK) śpiewaliśmy kilka lat w jednym chórze, jeździliśmy na różne festiwale. Później śpiewałam w 6-osobowym zespole wokalnym, wykonywaliśmy głównie muzykę dawną. Teraz czas już mi nie pozwala, więc traktuję śpiewanie bardziej jako hobby, choć zdarza się, że w sytuacjach nagłych, np. gdy ktoś zachoruje, występuję w zastępstwie.
Można zatem o pani powiedzieć: artystyczna dusza.
Skończyłam średnią szkołę muzyczną w klasie fletu poprzecznego, śpiewałam w paru zespołach i w pewnym momencie musiałam dokonać wyboru, czy iść drogą artystyczną, czy badawczą. Ale powiem panu szczerze, że od dziecka chciałam być naukowcem. To był od zawsze, jak pamiętam, mój wymarzony zawód. Więc to świadoma decyzja i nigdy jej nie żałowałam. Swoją drogą, znam wielu badaczy, zwłaszcza w naukach ścisłych, którzy aktywnie muzykują. Myślę, że to dobry sposób na wytrenowanie samodyscypliny.
W maju OPUS, we wrześniu nagroda Polskiego Towarzystwa Biologii Eksperymentalnej Roślin za najlepszą pracę oryginalną, teraz Nagroda NCN. Ten rok mógłby się nie kończyć…
Ta kumulacja, mam wrażenie, to gratyfikacja, tyle że odłożona w czasie. Jestem biologiem roślin, a to dość specyficzna odnoga biologii, w której bardzo długo czeka się na materiał. Właśnie przygotowuję pracę wieńczącą badania rozpoczęte sześć lat temu. Żeby rośliny były zdolne do wytworzenia struktury, która mnie interesuje, trzeba czekać nieraz i kwartał. Uzyskanie kilku powtórzeń biologicznych ciągnie się latami. Przez to odwlekają się też publikacje. Ale w końcu cierpliwość zostaje nagrodzona. Powiedziałabym, że pewne rzeczy we mnie kiełkują od dawna, tylko prezentuję je światu z pewnym opóźnieniem.
Uwielbiam historie o laureatach, którzy najczęściej przez telefon, w codziennym rozgardiaszu, dowiadują się o przyznanej im nagrodzie. Proszę opowiedzieć swoją.
Kiedy się dowiedziałam, byłam bardzo zaskoczona. Akurat drukowałam dyplomy za najlepsze plakaty na konferencji, którą współorganizowałam. Byłam w biegu, trochę zaaferowana, zadzwonił telefon, w pierwszej chwili pomyślałam, że coś się stało na konferencji. Zaniemówiłam, gdy po drugiej stronie przedstawił się dyrektor NCN. Musiałam się uspokoić, bo za chwilę miałam przecież prowadzić ceremonię zamknięcia konferencji.
To dla pani szczególne wyróżnienie?
Wprawdzie to nagroda indywidualna, ale biologia jest sportem zespołowym. Traktuję to więc jak wyróżnienie dla wszystkich osób, które ze mną pracują. Cieszę się z niej w sposób szczególny z dwóch względów.
Po pierwsze, doceniono swego rodzaju niszowe badania. W swojej pracy nie podążam za trendami badawczymi, lecz szukam nowych tematów, które może dopiero w przyszłości będą te trendy wyznaczać. Po drugie, to dla mnie ważna nagroda, bo świadomie zdecydowałam się związać swoją ścieżkę kariery z Polską. Na Uniwersytecie Warszawskim zrobiłam doktorat, teraz kieruję Zakładem Anatomii i Cytologii Roślin. Każdy z nas ma jakąś wizję patriotyzmu, dla mnie jego przejawem jest właśnie prowadzenie badań w Polsce. Przyświeca mi w tym motto mojej mamy, inżyniera – a w tamtych czasach to nie był typowy zawód dla kobiety – która zawsze powtarzała mi, by iść przez życie bez kompleksów. Jeśli wierzysz w to, co robisz i wykonujesz uczciwą pracę, nie masz powodu się tego wstydzić. Nie wyjechałam z Polski i tę nagrodę odbieram jako dowód na to, że i tu, mimo czasem niesprzyjających warunków, da się robić jakościową naukę, wybierając przy tym niszową ścieżkę.
Jak pani na nią weszła?
Zawsze interesował mnie obraz, mikroskopia. Na studia dostałam się na dwa kierunki. Wszyscy radzili, by wybrać medycynę, a we mnie tkwiło silniejsze przekonanie, że to biotechnologia jest tą właściwą. Ciągnęło mnie do eksploracji, w kierunku nauki.
Na doktoracie, który związany był z wizualizacją układów błonowych, znajomi uznali, że zwariowałam, bo wtedy modna była biologia molekularna. O kriomikroskopii elektronowej czy tomografii elektronowej niewiele osób w Polsce wtedy słyszało, a jeszcze mniej ją stosowało. Z politowaniem patrzono, jak wybieram temat, który – tak się niektórym wydawało – nie ma żadnej przyszłości.
Dziś okazuje się, że luka pokoleniowa w mikroskopii elektronowej odczuwana jest na całym świecie. Wymowny jest tu przykład grupy prof. Ralpha Bocka, dyrektora Instytutu Fizjologii Molekularnej i Roślin im. Maxa Plancka. Potrzebowali do projektu mikroskopii elektronowej, bo ich pracownia przestała funkcjonować – wszyscy pracownicy przeszli na emeryturę. Odezwali się do mnie po ekspertyzy. To był właśnie namacalny efekt podjętej przeze mnie decyzji o skupieniu się na tej metodzie. Nie ukrywam, dla młodego naukowca była to bardzo komfortowa sytuacja, bo nie ja musiałam pukać do czyichś drzwi, a zdarzało się, że propozycje współpracy pojawiały się same.
Miała pani nosa.
Teraz jest już coraz więcej młodych osób zainteresowanych mikroskopią. Po boomie na biologię molekularną przyszła bowiem refleksja, że to nie wystarcza, że trzeba też obiekt badań zwizualizować. Bardzo intensywnie rozwijają się metody w zakresie zarówno mikroskopii elektronowej, jak i konfokalnej. Do Krakowa, na uroczystość wręczenia Nagrody NCN, przyjechałam wprost z Francji, gdzie od minionego piątku trwa konferencja MiFoBIO (Functional Microscopy for Biology – dop. MK), na której blisko pół tysiąca osób uczy się metod mikroskopowych. Jeszcze kilkanaście lat temu było to nie do wyobrażenia.
Dla części badaczy mikroskopia będzie tylko dodatkową metodą, dla mnie – główną. Z danych mikroskopowych chcemy wyciągnąć jak najwięcej, przełamując jednocześnie paradygmat myślenia o danych obrazowych i kształtach błon jako jedynie ładnych ilustracjach. Z uzyskanych obrazów czerpiemy zarówno dane jakościowe, jak i ilościowe, pokazujemy, że analiza struktury w skali nano sama w sobie może być interesującym zagadnieniem.
Prowadzi pani prace nad konfiguracjami błon sześciennych w plastydach roślinnych. Czy odniesienie do architektury będzie w tym przypadku właściwe?
Bardzo, ale pod warunkiem, że mówimy o architekturze przyszłości – dynamicznej, w której nie będziemy projektować jedynie statycznych budynków, a raczej takie, które będą zdolne do zmiany swoich kształtów czy struktury elementów elewacji, w zależności od natężenia światła, wilgotności i innych czynników. W moich badaniach skupiam się na tym, czemu kształt jest tak ważny, czemu błony biologiczne wyglądają tak, a nie inaczej, jaką rolę dla funkcji biologicznej błony ma właśnie jej kształt w skali nano. Czy np. kompleksy białkowe ułożone są w taki, czy inny sposób na powierzchni płaskiej lub zakrzywionej błony i jak wpływa to na możliwość przeprowadzenia reakcji i ich wydajność. W wielu aspektach wiemy już, że kształt ma znaczenie, a w niektórych to wciąż tajemnica. Próbujemy ją rozwikłać stosując nowe metody, które rozwijamy, a także różnego rodzaju stresory, które wywołają określoną reakcję.
Ciągnie mnie do skomplikowanych strukturalnie układów, w plastydach do tej pory udało nam się zidentyfikować dwa układy sześcienne w różnych stadiach rozwojowych. Jeden, który był już znany wcześniej, ale jego struktura nie była dobrze wyjaśniona pod kątem geometrycznym. Drugi to zupełnie nowa struktura, której nikt wcześniej nie opisał w roślinnych plastydach. W najbliższych miesiącach opublikujemy to odkrycie i mamy nadzieję, że będzie to naprawdę ważna praca dla naszej grupy badawczej.
Od dwóch lat działa pani w sieci COST – jest wiceprzewodniczącą European Curvature and Biology Network. Co to za inicjatywa?
Jej celem jest zacieśnienie współpracy między różnymi dyscyplinami, aby poznać wpływ krzywizny powierzchni na zachowanie komórek i tkanek. Ta akcja ma nie tylko połączyć osoby z różnych dyscyplin – biologii, matematyki, fizyki, medycyny, inżynierii materiałowej, a nawet architektury – lecz także nauczyć ich wspólnego języka w opisywaniu i rozumieniu krzywizn. W mojej grupie pracujemy na skali nano, inne zespoły – na tkankach. Mała krzywizna dla nich i dla mnie znaczy zupełnie co innego. A są jeszcze osoby zajmujące się na przykład krzywizną krajobrazu czy krzywizną żuchwy, a to zupełnie inne skale. Mimo to wszyscy możemy się porozumieć i zrozumieć, że podobne mechanizmy działają na różnych poziomach organizacyjnych.
Co by pani powiedziała dziś osobom, które – tak jak pani kiedyś – marzą o karierze naukowca?
Na przykładzie mojej domeny zachęcałabym ich tym, że w nauce zadajemy pytania, na które nie ma do tej pory odpowiedzi. Myślę, że to jest w tym zawodzie fascynujące. Rośliny to niesamowite pole do eksplorowania. Dają prawdziwą wolność naukową w projektowaniu eksperymentów, rozpoznawaniu zupełnie nieznanego. Korzystając z tego przywileju, wolę stawiać pytania aniżeli hipotezy, bo te drugie w pewnym sensie już ukierunkowują psychikę człowieka na rozwiązanie. Natomiast otwarte pytania, odpowiedzi na nie, bycie pionierem, odkrywanie nowych lądów, to – moim zdaniem – najlepsza zachęta do rozpoczęcia tej przygody.
I jeszcze jedno – nikt nigdy nie powstrzymywał mnie przed tym, co robię. Nie powiedział, by robić coś bardziej praktycznego. Nie jest dobrze, jeśli naukowców stara się wkładać do określonych szufladek. To nie przyniesie pożądanych efektów. Wolność wyboru tematu jest tym, z czym nigdy nie musiałam walczyć i co również stanowi o wyjątkowości pracy naukowej na tle innych zawodów.
Jak jednak pozwolić sobie na wolność, kiedy nauka cierpi na niedofinansowanie?
Dziś, przy okazji nagrody, wracają do mnie reminiscencje sprzed lat, gdy słyszałam: „No tak, ciekawe, ale chyba zbyt ryzykowne”. A jednak było warto. Położenie nacisku na nieoczywiste, specyficzne tematy może być pomysłem na prowadzenie badań w naukach o życiu. Trzeba zdać sobie sprawę, że przy tak niskim finansowaniu nauki w Polsce w topowych tematach w dziedzinach eksperymentalnych rzadko mamy szansę, by konkurować z dużymi grupami na Zachodzie czy w Azji. Tam nawet trzydziestu badaczy potrafi w jednym zespole pracować nad danym zagadnieniem. Sposobem jest więc wejście w niszę badawczą, chociaż oczywiście nie rozwiązuje to w żaden sposób problemów systemowych. Dla przykładu, struktury, które nas interesują, rośliny tworzą w nocy i wtedy prowadzimy dużo badań. Niewiele grup podejmuje podobne tematy, bo wymaga to zbyt dużego poświęcenia. Na doktoracie wielokrotnie spędzałam w laboratorium trzy doby z rzędu. To były mocne doświadczenia, ale nie ma co żałować tych nieprzespanych nocy.
Rozmawiał Mariusz Karwowski
Róbmy swoje a Pani Profesor życzę aby wykorzystała swoje 5 minut.
Otrzymanie i realizacja projektu w moim przypadku to kara. Jako pracownik uczelni nie mam wsparcia w prowadzeniu badań. Brak techników, brak doktorantów, brak szkoleń, wypalenie zawodowe kolegów, brak finansów na naprawę aparatury, nowe przedmioty do prowadzenia sprawia że prace badawcze prowadzę sam począwszy od zamawiania odczynników, sprzątania, naprawy kranów, aparatury, czyszczenia szkła itp, kończąc na pisaniu publikacji, a doba ma tylko 24h. Zarządzanie gdzieś leży. A odkrycia to raczej praca zespołowa, której w mojej instytucji brakuje. Wszystko to zabija chęć do pracy. Z perspektywy 15 lat pracy na stanowisku adiunkta sugeruje aby odejść do przemysłu, najlepiej przed czterdziestką.
Ale habilitację Pan ma, prawda (tak wnioskuję z Pana podpisu tutaj)? Ja nie mam. Jak napisał powyżej Kol. "Jerzy Sz.": "Róbmy swoje". Otóż, ja robię swoje, ale czasem mam ochotę ze złości wysłać Rektorowi tej, czy innej uczelni (który na kolejnych inauguracjach i świętach uczelni wręcza nagrody za osiągnięcia naukowe), ale też i Prezydentowi RP (który wręcza dyplomy profesorskie), parę cierpkich słów odnośnie NIEDOCENIANIA ludzi bez habilitacji, którzy nie są dostrzegani przez tzw. establishment. Niech sobie nie wysnuwają fałszywego wniosku, że tylko tamci, nagradzani przez nich, mają osiągnięcia, a reszta - nie.
Pisze Pan o wypaleniu zawodowym. Ciekaw jestem, czy przez pierwsze 8 lat swojej pracy na uczelni prowadził Pan zajęcia, które miały się NIJAK do Pana dziedziny naukowej? Bo ja tak. ZMARNOWAŁEM ogółem jakieś 40 % z ponad 20 lat, które przepracowałem do tej pory, a 20 % tego czasu jest już prawdopodobnie bezpowrotnie STRACONE. No, ale jak się miało opiekunów doktoratu, którzy woleli najpierw załatwiać swoje prywatne sprawy, to o czym mówić?
To już raczej norma. Pion administracyjny praktycznie każdej uczelni jest niewydolny, bo nędznie opłacany. Kto coś potrafi, szybko ucieka. A zatem namawia się nas do pisania projektów, a później, nie daj Boże, ich realizacji. I wtedy się okazuje, że jesteś sam. Właśnie to przerabiam w projekcie europejskim. Na szczęście nr 1 małym. Na szczęście nr 2 na wydziale mamy osobę, która wie, co i jak. Ale centralnie to klasyczne "nie da się". Całą resztę jestem w stanie przeżyć - brak techników, doktorantów, czegokolwiek. Ale brak wsparcia w realizacji na poziomie administracyjnym to katastrofa. Te etaty to 1/3 całej uczelni. Po co zatem są?
Gratuluje i cieszę się z tego, że pisze Pani o dużej wadze badań podstawowych. Właśnie od tego jesteśmy. My możemy wspierać badania komercyjne jeśli jednostki komercyjne (w tym sektor państwowy) zgłoszą do nas potrzebę jakiegoś kierunku. Ostatnio są próby wmawiania społeczeństwu, że mamy złych naukowców bo jest mało praktycznych rozwiązań opartych na nauce. Nie, my mamy złych polityków, którzy nie mają dalekosiężnych planów na rozwój sektora komercyjnego. Dla nauk roślinnych takim hamulcem jest np. brak możliwości wykorzystywania technik edycji genomów. Wielu biotechnologów przez to odeszło z nauki. W latach 90-tych robiliśmy transgeniczne rośliny - do szuflady.
Kolejna sprawa to, że jeśli nie ma przemysłu to nie ma zapotrzebowania na nasze odkrycia. NCN robi bardzo dobrą robotę ale politycy robią bardzo złą, na każdym kroku. Jeszcze raz gratuluję życzę dalszych sukcesów.
Gratuluję odwagi w myśleniu. Miałem podobnie. Dzisiaj u siebie diagnozowałbym takie stanowisko jako „młodzieńczą naiwność”. Gdyby Skłodowska, kierując się patriotyzmem, została w Polsce – podobnie jak setki innych cenionych badaczy polskiego pochodzenia – nigdy byśmy o nich nie usłyszeli. Nauka nie jest sportem narodowym. To coś uniwersalnego. Podział na „narodową” naukę to kwestia wtórna, techniczna, a w pewnym stopniu nawet anaukowa.
O tym jak wygląda wspieranie patriotyzmu przez NCN niech świadczy fragment recenzji wniosku grantowego (HS): "(...) the primary focus on Poland may limit the broader international relevance of findings".
Kiedyś jeden ze znanych profesorów matematyki (uznany w świecie specjalista z matematyki stosowanej), powiedział mi, że jego wniosek o grant NCN odrzucono, a w uzasadnieniu napisano m.in. że to, czym się zajmuje, to... RZEMIOSŁO. Bez komentarza.
Patriotyzmem i "prestiżem" rachunków się nie zapłaci :) Zwłaszcza w Warszawie.
To można się przenieść do Białegostoku. Ładnie
Gratuluję Nagrody!
I wywiadu - świetna rozmowa!
Wyrazy Szacunku dla Pani Profesor.
Nonsens. Przejawem patriotyzmu jest prowadzenie badań tam, gdzie są do tego najlepsze warunki, czasem istotnie może być to Polska. Rzadko albo bardzo rzadko. O ile się orientuję, to obecna polityka naukowa państwa polega na tym, by wyselekcjonować mniejszość, która będzie dostawać co smakowitsze kąski, a reszta ludu naukowego niech nadal przymiera głodem. Liczą na to, że ta mniejszość istotnie będzie prowadzić badania w Polsce. Jestem mocno sceptyczny co do takiego pomysłu ale to wszystko powoli przestaje być moją sprawą.
Cyt." O ile się orientuję, to obecna polityka naukowa państwa polega na tym, by wyselekcjonować mniejszość, która będzie dostawać co smakowitsze kąski, a reszta ludu naukowego niech nadal przymiera głodem. Liczą na to, że ta mniejszość istotnie będzie prowadzić badania w Polsce. "
ZGADZA SIĘ, tyle że tak jest chyba od wielu lat. Od lat, wybrańcy budują swoje kariery naukowe tak, jak powinno się to robić, niektórzy z nich brylują w świetle fleszy, odbierając nagrody, i uśmiechając się z zadowolenia (no i dobrze, czemu mieliby przy tym się smucić?). A "lud naukowy" zasuwa do zajęć, uśmiechając się z przymusu, gdy się ich zapytają na korytarzu "Co nowego?" (bo być niezadowolonym nie wypada), wiedząc że ich publikacje są nierzadko traktowane, jak "psu na budę", choćby zawierały nawet oryginalne i ważne wyniki naukowe. Po prostu, jak ktoś (np. właśnie ta Pani z ww. artykułu), miał ODPOWIEDZIALNEGO promotora doktoratu, który wiedział dokąd pchnąć swojego doktoranta/doktorantkę, kierując go/ją np. do jakiejś grupy badawczej, wysyłając na staż, czy przynajmniej zatrzymując w swojej grupie, no to później owoce są. A jak się jest zostawionym samemu sobie, to skutki tego będą dość szybko widoczne... Ale tego już nikt w żadnym artykule nie opisze...
Badania naukowe (oczywiście, z wyjątkiem badań doświadczalnych), może prowadzić KAŻDY, kierowca autobusu, ekspedient, mechanik samochodowy, malarz pokojowy itp. itp. Natomiast, poważnie i realnie myśleć o jakiejś sławie (czy choćby o karierze), może raczej tylko członek klanu badawczego. Osoby "spoza klanu" są często niechętnie widziane przez tzw. establishment naukowy.
Zgadzam się. Prowadzenie aktualnie badań w Polsce to nie patriotyzm a masochizm. Pani z artykułu jest zadowolona bo ma grant, ale ta dobra passa może się wkrótce skończyć, bo ocena NCN coraz bardziej schodzi na psy. Co prawda przyciskają recenzentów, żeby więcej pisali, ale ostatecznie wszystko zostaje po staremu. Ludzie bez dorobku dostają ocenę 4-5, a osoby z znaczącym światowym dorobkiem ocenę 3,5. Poczekamy 10 lat i zobaczymy ten patriotyzm. A patriotyzm jest wtedy gdy pracując za granicą i odnosisz sukcesy mówisz, że jesteś Polakiem i jesteś dumny z Polski, chociaż z tym coraz trudniej, bo nie wiadomo, z czego teraz być dumnym.
Cyt." A patriotyzm jest wtedy gdy pracując za granicą i odnosisz sukcesy mówisz, że jesteś Polakiem i jesteś dumny z Polski, chociaż z tym coraz trudniej, bo nie wiadomo, z czego teraz być dumnym."
Tylko, że wtedy piszą, iż np. X to jest amerykański, brazylijski, brytyjski, francuski, kanadyjski, niemiecki itp. biolog, chemik, fizyk, logik, matematyk itp. z EWENTUALNYM dopiskiem, że pochodził z Polski. Ale za polskiego naukowca już raczej nie będzie uważany, chyba że niektóre ważne wyniki uzyskał PRZED emigracją z Polski.
Tak było z Alfredem Tarskim, który np. teorii operacji konsekwencji w logice, opracował w latach 30-tych w Polsce, ale tak już nie było z Albertem Michelsonem, czy Emilem L. Postem - po prostu, obaj "nie zdążyli" osiągnąć swoich wyników w Polsce, gdyż obaj, jako małe dzieci, wyemigrowali z rodzicami z Polski do USA. Pierwszy, jak wiadomo, zasłynął tam doświadczeniem Michelsona-Morley'a, a drugi niezależnie od Turinga, osiągnął ważne wyniki odnośnie obliczalności (stworzył zapomnianą dzisiaj trochę, maszynę Posta - analogon maszyny Turinga). Obaj są określani mianem amerykańskiego fizyka (Michelson) i amerykańskiego logika (Post).
Tymczasem, polski GŁUPAWO-IDIOTYCZNY system nauki i szkolnictwa wyższego działa trochę, jak swego rodzaju, krzyżówka roweru o trójkątnych kołach z parowozem. Zaś tzw. "reformy", można opisać, jako pomysły "pomysłowych reformatorów", które polegają na zainstalowaniu czegoś w rodzaju małego reaktora jądrowego, czy to na rowerze, czy w parowozie, żeby ICH zdaniem osiągnąć pożądany cel tzn. całość się szybciej poruszała. Ta zaś się, owszem, szybciej porusza, ale niektóre z osób na pokładzie tej prześmieszno-strasznej konstrukcji, wypadają przy tym na zewnątrz. Tak to mniej więcej wygląda.
Raczej w Polsce trudno badać faunę i florę Madagaskaru. AI na przykład można jednak rozwijać i badać w RP, albo właściwości architektury.
AI teorii ma bardzo mało, w większości to działalność praktyczna. Dlatego AI nie można rozwijać w Polsce, bo do tego trzeba mieć straszną kasę do zatrudnienia setek a przynajmniej dziesiątków programistów. Mogą oni istotnie pracować w Polsce ale czapka musi być gdzie indziej i to najlepiej poza Europą. W Polsce można się zajmować Platonem, topologią algebraiczną albo splątaniem kwantowym ale to tylko pod warunkiem, że nie będzie się prowadzić eksperymentów.