Wszyscy wiedzą, że publikowanie za pieniądze w nierzetelnych, lecz wysoko punktowanych czasopismach, nie przynosi prestiżu ani nowych odkryć lub wynalazków, i zamiast napełniać kieszenie sprytnych wydawców, można by bardziej racjonalnie wydać zaoszczędzone w ten sposób środki. Gdyby więc naukowcy solidarnie zrezygnowali z łatwych punktów, to wszyscy by na tym skorzystali – pisze prof. Marek Kosmulski z Politechniki Lubelskiej.
Sytuacja polskich naukowców wobec zbliżającej się ewaluacji przypomina znany z teorii gier dylemat więźnia. Dwaj więźniowie zeznają w sprawie czynu zabronionego, który wspólnie popełnili. Policja wie, że go popełnili, ale nie wie, jaką rolę odegrał każdy z nich. Każdy z więźniów może powiedzieć prawdę (wspólny udział) lub skłamać (nie przyznać się i obciążyć drugiego więźnia). Oto macierz gry.
Jeżeli obaj się przyznają, to każdy zostanie skazany na rok więzienia (kategoria B+). Jeżeli każdy się wyprze i obciąży drugiego więźnia, to obaj zostaną skazani na 2 lata więzienia (kategoria B, wyższy wyrok za fałszywe zeznania). Jeżeli jeden się wyprze, a drugi przyzna, to kłamca dostanie wyrok w zawieszeniu jako mały świadek koronny (kategoria A+), zaś ten, który się przyzna, zostanie skazany na 3 lata więzienia (kategoria C). Dylemat polega na tym, że najkorzystniejsze dla obu więźniów jest solidarne przyznanie się: obaj uzyskują kategorię B+. Z drugiej jednak strony kłamstwo chroni przed najczarniejszym scenariuszem: kłamca uzyska w najgorszym razie kategorię B, a prawdomównemu więźniowi grozi C, a także daje szanse na najlepszy możliwy rezultat – kategorię A+, na którą prawdomówny więzień nie ma nawet teoretycznych szans w wypadku, gdyby drugi więzień się przyznał.
Wszyscy wiedzą, że publikowanie za pieniądze w nierzetelnych, lecz wysoko punktowanych czasopismach nie przynosi prestiżu ani nowych odkryć lub wynalazków, i zamiast napełniać kieszenie sprytnych wydawców, można by bardziej racjonalnie wydać zaoszczędzone w ten sposób środki. Gdyby więc naukowcy solidarnie zrezygnowali z łatwych punktów, to wszyscy by na tym skorzystali. Trudno jednak liczyć na solidarność innych. Dlatego też naukowcy chronią się przed najczarniejszym scenariuszem C/A+, który może się ziścić, gdy zrezygnują z publikowania za pieniądze w nierzetelnych, lecz wysoko punktowanych czasopismach, ale pozostali będą nadal to czynić. W rezultacie wszyscy mają mniej pieniędzy na badania, bo wydali je już na opłacenie publikacji, a w ewaluacji nic nie zyskali, gdyż podniósł się poziom oczekiwań odnośnie do zdobyczy punktowych (liczba punktów przypisana do jednostek referencyjnych).
Kiedy w 2017 roku zaczynał się poprzedni okres ewaluacji, trudno było przewidzieć taki obrót spraw, ale w roku 2022 wszyscy nie tylko doskonale wiedzieli o procederze kupowania punktów, ale też wielu kupowało je bez umiaru. Mimo to zasady ewaluacji pozostają bez zmian, patologia ma się dobrze i dylemat więźnia trwa.
Marek Kosmulski
Chyba się komuś mocno naraziłem, ża aż chce mnie wysłać na tamten świat. Jeszcze się nie wybieram. Gdy zaś chodzi o sprawy ostateczne i podsumowanie życia, są naprawdę ważniejsze rzeczy niż rozwiązywanie ewaluacyjnych dylematów i doktoryzowanie wszystkiego, co się rusza i na drzewo nie ucieka.
Wow! 80 komentarzy! Chyba nie wszyscy zrozumieli moje intencje, więc wyjaśniam.
1. Mój tekst ma charakter żartobliwy.
2. Dylemat więźnia ma tyle wspólnego z więziennictwem, co róża wiatrów z ogrodnictwem, a czeski błąd z Czechami. Jest to termin oznaczający sytuację, gdzie współpraca może przynieść obustronną korzyść, ale można też wiele stracić, gdy partner okaże się nielojalny. Takie sytuacje są częste w polityce krajowej i międzynarodowej, w biznesie, w grach hazardowych itd.
3. Jeżeli kogoś ineresują drapieżne czasopisma, ewalucja nauki itp., to zapraszam do lektury mojej nowej książki https://allegro.pl/oferta/lepiej-wypelnione-sloty-poradnik-dla-mlodych-naukowcow-17458592850?srsltid=AfmBOoqCAgnhY6Eb5B8avndfiqtGPRCHrDZUy59cNR54_JQHCEcnZOEo
Ciekawe ile dylematów Pan rozwiązał i ilu młodych naukowców Pan po sobie zostawi, gdy najdzie czas?
Gowin nas zamknął w więzieniu, siedzimy o 2019 roku. Czy ktoś nas uwalni, jesteśmy NIEWINNI
Zapytajcie lekarzy jak to jest.
Dla mnie zaskakujące jest, że absolwent studiów lekarskich (6 lat) ma na koncie 10 publikacji <niezbędnych do punktów do specjalizacji>.
Jak to jest, że na ponoć bardzo trudnych studiach ludzie już od pierwszego roku publikują "prace naukowe", które potem sobie wpisują w "CV naukowe"?
Ktoś kontroluje, ile oni płacą za recenzje / przyjęcie albo kto tak naprawdę z 12 autorów napisał pracę?
Sądząc po tym, co przedstawiają kandydaci do szkół doktorskich na innych kierunkach studiów (będzie to jakiś średnio daleki odpowiednik), są to zapewne w większości po prostu mało warte wypracowania, typu praca przeglądowa zrobiona przez osobę, która mało jeszcze widziała. Jest wymóg, to się ludzie dostosowują. Nie szukałbym tutaj jakichś korupcji czy innych grubych spraw. Wszystko da się GDZIEŚ opublikować.
nic dodać, nic ująć, Feudalizm i Korupcja w nauce:
https://www.onet.pl/informacje/okopress/okopress-i-wyborcza-ujawniaja-podwazone-glosowanie-i-zwrot-akcji-w-sprawie-profesury/s14tld5,30bc1058
Jak świat światem w awansach naukowych bywąły kontrowersje, szczególnie w humanistyce.
Zobaczmy np. na obronę Normana Davisa starającego się o stały etat profesorski na Stanford
https://www.prospectmagazine.co.uk/culture/55334/norman-davies-is-innocent
Co więc wspólnego ma temat awansu Manowskiej do kwestii nieudanej polskiej ewaluacji? Nic poza polityczną "wrzutką"
Brak norm awansowych to pole do korupcji. Jak Pan tego nie rozumie, to promuje pan antydemokratyczne i oligarchiczne metody spod Moskwy!
Przecież dla swoich, ale innych, prezydium podważyło dwukrotne głosowanie zespołu i to dyskwalifikujące dla kandydatki na profesora. Sprawa była głośna, bo kandydatka odwołała się do Gazety Wyborczej. Na komisji miała raz 13 a drugi 11 głosów na 35. I zostala profesorem mimo braku indywidualnego dorobku publikacyjnego i generalnie bardzo małego. Nie piszmy o zasadach bo dawno poszły w las.
Chyba kolega pisze o czymś innym, niż link dotyczy.
Przecież dla swoich, ale innych, prezydium podważyło dwukrotne głosowanie zespołu i to dyskwalifikujące dla kandydatki na profesora. Sprawa była głośna, bo kandydatka odwołała się do Gazety Wyborczej. Na komisji miała raz 13 a drugi 11 głosów na 35. I zostala profesorem mimo braku indywidualnego dorobku publikacyjnego i generalnie bardzo małego. Nie piszmy o zasadach bo dawno poszły w las.
Dylemat więźnia jest tu wyjątkowo trafną metaforą atmosfery dyskusji, której uczestnicy są uwięzieni w systemie, na który może lepiej by było spojrzeć z dalszej perspektywy.
Może warto zadać sobie pytanie w jakim celu rząd za pieniądze podatnika utrzymuje uczelnie i instytuty?
Same publikacje ani państwu, ani społeczeństwu, ani gospodarce nic nie dają.
Mogły by być punktowane, ale za tę działalność będąc właścicielem państwa nie dałbym więcej niż 10% punktów, które decydowałyby o finansowaniu.
Zapytałbym czyich absolwentów zatrudniają najprężniejsze firmy i instytucje państwa.
Jaki konkretny wkład mają poszczególne instytucje naukowe w rozwój gospodarki, struktur państwa, w rozwój kultury.... ?
Publikacje? Konferencje? Eventy? Przepraszam, traktowałbym tylko jak dodatek, prawie od kożucha kwiatek
Pełna zgoda. Ponoszenie przez podatnika horrendalnie wysokich kosztów za opublikowanie tekstu w wydawnictwach nastawionych na biznes (wszystko jedno MDPI, Elsevier, Springer, Willey czy inne) jest skandalem. Tym bardziej że te teksty, następnie zamienione na punkty, służą do wyciągnięcia kolejnej budżetowej kasy.
Zadaniem uczelni jest kształcenie i z tego powinny być rozliczane. Zadaniem badaczy jest dokonywanie odkryć., choćby niewielkich, ale odkryć. I zawsze musi to być napędzane pasją badawczą. Nie powielanie pomysłów innych wg. schematu: zbadali poziom czynnika xyz u koguta to my teraz to samo zbadamy u naszego koguta, zacytujemy publikację oryginalną, opublikujemy za 200 punktów, i wyciągniemy następną kasę z budżetu, a przy okazji nagrodę rektora (również z budżetu).
To nie jest nauka, to prawie plagiat, nie mówiąc już o braku jakiejkolwiek satysfakcji (poza wspomnianą nagrodą rektora).
W rzeczy samej
Przepraszam najmocniej, ale kolega chyba niezbyt orientuje się w działaniu nauki i w kwestii oddziaływania informacji naukowej. Nawet teoria Einsteina (ogólna teoria względności, nawiasem mówiąc bardzo niepraktycznie brzmiąca nazwa) została pierwszy raz ogłoszona nawet nie w publikacji, ale na wykładzie konferencyjnym właśnie, w 1915 roku. A teoria kopernikańska w książce. Zaś firmą, która autora teorii zatrudniała, był wtedy tylko kościół, który ani myślał na tej podstawie zrobić coś z gospodarką.
Faktycznie nie orientuję się szczególnie dobrze w finansach Mikołaja Kopernika. Jeśli jednak Kościół płacił mu pensję, to była to raczej pensja za administrowanie Biskupstwem Warmii, czyli stricte za pracę dla Kościoła i dla Państwa, a nie za pracę nad teorią heliocentryczną. Kopernik był osobą wszechstronnie wykształconą, co pozwoliło mu na przeprowadzenie rzetelnych jak na tamte czasy badań. Sytuacja zdrowa, nawet w odniesieniu do czasów współczesnych. Instytuty Maxa Plancka pracują dla Państwa i na rzecz gospodarki Niemiec. Finansowane są przez państwo tylko częściowo, a zarząd musi przekonywać Landy i przedsiębiorców do finansowego wsparcia ich działalności. Nie tylko tam tak to działa.
Tymczasem przedstawiciele polskiej nauki regularnie skarżą się na niskie finansowanie, egzystując niejako obok państwa. Jeśli zależy nam na solidnym finansowaniu nauki, zauważmy, że same publikacje, doktoraty, habilitacje i przyznawane sobie nawzajem nagrody są raczej mało przekonujące.
Pan, jak też Pan Rachwald porównujecie sytuację Einsteina i Kopernika do sytuacji dzisiejszych naukowców ? Przecież to zupełnie różne światy. Wtedy po ogłoszeniu nowej teorii (zwłaszcza w czasach Kopernika), można było liczyć na względnie szybki odzew (w przypadku Einsteina trochę to trwało - jako urzędnik biura patentowego, opublikował kilka prac m.in. swoją pierwszą pracę dotyczącą STW w 1905 r. - prze ileś miesięcy była cisza, aż odezwał się Planck).
A dzisiaj... dzisiaj jest zalew prac, opublikowanie jakiejś pracy prezentującej nawet bardzo nowatorskie wyniki, niespecjalnie zwiększa szansę na odzew. Czasem trzeba naprawdę dość długo czekać.
@Przemo
Prosze Pana, po raz kolejny pisze Pan komentarz, ktory sugeruje, ze istnienie i dzialanie instytutow Maxa Plancka bez prywatnego finansowania byloby niemozliwe.
Instytuty Maxa Plancka sa finansowane czesciowo z budzetu federalnego, a czesciowo ze stanowego, przy czym obydwa te zrodla to sa pieniadze podatnikow.
Tak wiec "zarząd NIE musi przekonywać przedsiębiorców" do niczego.
Oczywiscie, ze prywatne finansowanie ma miejsce, ale to odnosi sie do konkretnych projektow, a nie do finansowania calych instytutow na zasadzie "core funding".
Jesli ma Pan konkretne informacje, ktore mowia co innego, to bardzo prosze o link. Chetnie przeczytam.
Rowniez zdanie "Nie tylko tam tak to działa" bez zadnego wsparcia zrodlami wlasciwie niczego konkretnego nie mowi. Gdzie dokladnie " tak to działa"? Gdzie instytuty panstwowe, ktore zajmuja sie badaniami podstawowymi, wymagaja wsparcia przemyslu, zeby w ogole mogly dzialac?
Nie twierdzę, że byłoby niemożliwe. Byłoby mniej satysfakcjonujące, a spadek w rankingu w oczach zarządu to sytuacja niewesoła. Nie wszystkie informacje umieszcza się na stronach internetowych. W Singapurze np. oddziały Research and Development dużych firm farmaceutycznych nie wyrastają wokół uniwersytetów przez przypadek. Trzeba mieć współprace, trzeba skutecznie pracować na rzecz gospodarki. Inaczej instytucje są rozwiązywane, albo ludzi się zwalnia i rozpisuje się konkursy na nowo. Martwią się tam o nas, pytają: co się stało z Europa, która była dla nas wzorem?
@Przemo
Jest jeden, naprawde niezwykle prosty powod, dla ktorego firmy duze i male rodza sie i zamieszkuja w poblizu mocnych osrodkow naukowych. I przeciez tak sie dzieje na calym swiecie, a nie tylko w Singapurze. Otoz tym powodem jest fakt, ze te uczelnie te sa wlasnie mocnymi osrodkami naukowymi. Prowadzone tam badania podstawowe sa zrodlem odkryc, ktore potem zarowno czesc samych naukowcow (odkrywcow), jak i zwyczajni inwestorzy, chca skomercjalizowac. Te kluczowe odkrycia biora sie tylko i wylacznie z badan fundamentalnych prowadzonych wlasnie na tych uczelniach. Ot, i cala tajemnica.
Kierujacy tymi firmami nie mysla, ze "trzeba mieć współprace, trzeba skutecznie pracować na rzecz gospodarki", tylko chca byc w stanie jak najszybciej wprowadzic jakis produkt do sprzedazy, aby ubiec konkurencje. Oczywiscie, ze sprawne firmy "pracuja na rzecz gospodarki", ale to nie to jest ich bezposrednim celem i motywacja.
W temacie instytutow sieci Maxa Plancka pisze Pan, ze "zarząd musi przekonywać Landy i przedsiębiorców do finansowego wsparcia ich działalności". Czy moze Pan napisac konkretnie, jaki zarzad i kogo dokladnie przekonuje? Kogo im udalo sie przekonac? Jakies fakty, zdarzenia, informacje?
Pisze Pan, " Inaczej instytucje są rozwiązywane, albo ludzi się zwalnia i rozpisuje się konkursy na nowo". Czy nalezy wiec rozumiec, ze instytucje są rozwiązywane, albo ludzi się zwalnia i rozpisuje się konkursy na nowo, poniewaz te instytucje (w domysle, naukowe) nie potrafily "skutecznie pracować na rzecz gospodarki"? Prosze podac jakies konkretne przyklady, dobrze? Ktore instytucje zostaly rozwiazane?
Pisze Pan, ze "martwią się tam o nas, pytają: co się stało z Europa, która była dla nas wzorem?" . To znaczy, kto dokladnie sie tak martwi? Czy moze Pan podac jakies konkretne informacje na ten temat? Jakies zrodlo tych informacji.
Naprawde, dobrze by bylo rozdzielic odczucia, przeczucia i czyjes opinie od faktow. To pomogloby w dyskusji. Mieszanie faktow z domniemaniami wprowadza szum i dezinformacje, a przeciez jestesmy na "Forum akademickim".
" na calym swiecie" ?
Ja w okolicy widzę parę uniwersytetów, wokół których nic ciekawego nie powstaje, a w latach 90-tych zaczęło, po czy przestało.
Pyta Pan o imiona, nazwiska i kontakty?
Nie powiem :-)
@Przemo
Oczywiscie, ze "na calym swiecie". Na calym swiecie, czyli gdziekolwiek tam, gdzie takie firmy w ogole sa.
W USA, UK, Szwajcarii, Danii, gdzie sie nie spojrzy startupy i wieksze firmay lgna do uniwersytetow. I rosna z uniwersytetow. Podejrzewam, ze w Polsce jest podobnie, bo dlaczego nie? Jasne, w Polsce tych firm jest raczej niewiele (w porownaniu), ale jesli juz powstaja, to zapewne wlasnie w ten sposob.
Nie chodzi mi "o imiona, nazwiska i kontakty", tylko o zrodla informacji, z ktorych cos wynika. I o poziom uogolnienia. To, ze jedna osoba cos powie, to jeszcze nic nie znaczy.
Z opowiesci jednej osoby nie mozna wywnioskowac, ze "tak jest w Singapurze". Co najwyzej, mozna wywnioskowac, ze "ktos mi powiedzial, ze tak jest w Singapurze".
Na przyklad, wracajac do tych instytutow Maxa Planka, nie znalazlem w internecie jakiegokolwiek sladu, informacji, ktora wsparlaby Panskie stwierdzenie mowiace , ze "zarząd musi przekonywać Landy i przedsiębiorców do finansowego wsparcia ich działalności." Co mozna powiedziec o stwierdzeniu, ktore nie wyglada aby bylo poparte zadnym solidnym zrodlem?
Dla dobra dyskusji, trzymajmy jakis podstawowy poziom odpowiedzialnosci za to, co piszemy.
To, co napisałem, na potrzeby tej dyskusji powinno wystarczyć: zgadzamy się że mamy tam częściowe finansowanie przez rząd.
Startupy to zupełnie inna historia niż duże przedsiębiorstwa.
Zdziwiło mnie zastosowane przez prof. Kosmulskiego wielokrotne porównanie naukowców do przestępców. Bo 2/3 malutkiego artykuliku zawiera takie porównania. I to nie do podejrzanych, a od razu do więźniów. W domniemanym postępowaniu, przeprowadzonym przez prof. Kosmulskiego pominięto prokuraturę oraz sąd. Wynika z jego rozważań, że ewaluacja jest równoważna ze skazaniem. Nawet gdy powiedzą prawdę – rok więzienia (kategoria B+). W analizowanym artykuliku zapomniano (a może celowo pominięte) kto wymyślił system, obowiązujący od roku 2018. Otóż „prawo” napisał minister Gowin. Jego rozporządzenie dotyczące ewaluacji pozwala na arbitralne obniżenie lub podwyższenie punktacji o ± dwa poziomy. Do Gowina punktacja była jednoznacznie oparta o wartości IF, i w związku z tym nikt nie miał zastrzeżeń co do wysokości punktów. Wprowadzone przez Gowina zasady pozwoliły ministrowi Czarnkowi na podwyższenie zeszytom naukowym wybranych przez niego „powiatów” oraz „parafii” punktacji do poziomu Nature. Następny minister Wieczorek cofnął tą punktację.
Jak wiadomo, składa dokumenty do ewaluacji przewodniczący rady dyscypliny. Z artykuliku prof. Kosmulskiego wynika, że to przewodniczący jest tym głównym najpierw przestępcą a następnie oszustem. Bo żeby uzyskać lepszą kategorię musi kłamać. Powstaje pytanie – kim jest ten drugi więzień i oszust, z którym razem dokonali przestępstwa? Może zastępca przewodniczącego? A może prorektor ds. nauki? A może nawet rektor? Niestety, z kontekstu artykuliku nie da się ustalić, kogo prof. Kosmulski miał na myśli. Można jedynie przypuszczać, że ten drugi pochodzi z tej samej uczelni. Bo zmowa z przedstawicielem innej uczelni nie wpłynie na ocenę rady, kierowanej przez „więźnia” – przewodniczącego rady.
Wyraźnie widać, że prof. Kosmulski nie śledził dyskusji na temat ewaluacji w FA. Bo pisze o „skazaniu” na kategorię B lub nawet C. Panie profesorze, żadna uczelnia lub instytucja nie boi się tego. Po reformie Gowina liczba rad dyscyplin, które uzyskały kategorie B oraz C drastycznie zmalała i wynosi obecnie około 6,7 % od ponad 1000 jednostek. Są to jednostki z uczelni powiatowych lub jednostki, które nie bawią się w uzyskanie wyższych kategorii, bo ich interesy leżą gdzie indziej.
Z artykuliku wyraźnie widać, że prof. Kosmulski nie jest prawnikiem. Bo według prawa najpierw musi być podejrzany, następnie – oskarżony, a dopiero po dwuinstancyjnych wyrokach sądu – więzień. A prof. Kosmulski bez sądu zalicza część naukowców do przestępców. Za co? Za to, że korzystają z możliwości, które daje im obowiązujące prawo w postaci listy czasopism.
W szeregu komentarzy do artykuliku prof. Kosmulskiego oraz w poprzednich dyskusjach pojawiają się narzekania na ministra lub ministerstwo. Zwracam się z uprzejmą prośbą o dodawanie do wyrazu minister nazwiska. Bo dzisiejsze problemy ewaluacji spowodował nie obecny, lub nawet poprzedni minister. Proszę o dokładność, bo młodzi adepci nauki, którzy nie znają historii rozwoju ewaluacji, która po raz pierwszy przypadła na rok 1998, mogą pomyśleć, że winą za tą sytuację ponosi obecny minister.
Muszę na tym poprzestać, bo mój komentarz może być większy, niż analizowany artykulik prof. Kosmulskiego.
Publikowanie gdziekolwiek, czy to w MDPI czy Nature czy też w Elsevier, za pieniądze jest chorym procederem. Za opublikowanie to czasopisma powinny płacić autorom i recenzentom publikacji tak jak to było jeszcze kilkanaście lat temu. Natomiast dostęp do tych publikacji powinien być płatny tak aby to rynek w doskonały sposób weryfikował rangę czasopisma czy wydawnictwa. Ocenianie obecnie naukowców (przyznawanie niepotrzebnych stopni - habilitacji i tytułów naukowych - profesur) oraz instytucji naukowych (ewaluacja) na podstawie tego systemu, opartego praktycznie wyłącznie na publikacjach jest więc patologiczne u podstaw.
W rzeczy samej
W rzeczy samej
A takie stopnie nadają w oparciu o takie publikacje.
Można być po tuż doktoracie np. w 2024 i mieć już dziś wysoki h-indeks taki, aby być habilitowanym i to wszystko na płatnych artykułach.
Nie można. H zależy od liczby cytowań, a nie od liczby publikacji. W ciągu jednego roku wzrost liczby cytowań prac opublikowanych w danym roku jest w najlepszym przypadku minimalny, w najgorszym żaden.
Doktora zrobiony w lipcu 2024
https://scholar.google.pl/citations?view_op=list_works&hl=pl&hl=pl&user=BfRpIqgAAAAJ
Zgadza się. Tak jak twierdziłem: ani jednego cytowania prac opublikowanych w 2024 roku. Która zresztą w ogóle jest tylko jedna.
Musi Pan poszperać po publikacjach młodych "naukowców", to się Pan przekona, że można.
Nie piszę tego bo mi się tak wydaje, ale na podstawie tego co widzę.
Taki Pan Maciej z Wydziału Fizyki UW.
Doktorat w 2024 a obecnie ma h-indeks taki, że może się habilitować, zrealizowany na artykułach wieloautorskich. Jego osobisty artykuł ma 0 cytowań.
Publikacje płatne w MDPI, ale i droższe jedna około 20 tys. zł.
@kk
Prosze Pana, czy piszac "Doktorat w 2024 a obecnie ma h-indeks taki, że może się habilitować, zrealizowany na artykułach wieloautorskich. Jego osobisty artykuł ma 0 cytowań." odnosi sie Pan do przykladu podanegop powyzej, czyli pana Macieja Krajewskiego?
Jesli nie, to co dokladnie, czy tez kogo dokladnie, ma Pan na mysli?
Jesli tak, czy zdaje sobie Pan sprawe z tego, ze ten "osobisty artykuł" to nie jest zaden "artykuł", tylko praca doktorska, ktora zreszta zapewne nie bedzie cytowana, bo zamiast niej zwyczajnie lepiej jest cytowac artykuly peer-reviewed? Lista publikacyjna tego pana dokladnie odzwierciedla to, jak wygladaja obecnie prawdziwe publikacje naukowe z dziedzin eksperymentalnych, czyli fakt, ze praktycznie wszystkie sa wieloautorskie.
I jeszcze pytanie: skad ta mysl, ze "ma h-indeks taki, że może się habilitować" ?
A wedle Pana jaki minimalny h-indeks w Polsce jest wymagany na habilitację ?
@kk
Nie wiem, ale w naukach STEM raczej na pewno nie 5.
To jeszcze raz, kogo mial na mysli komentujac "Doktorat w 2024 a obecnie ma h-indeks taki, że może się habilitować, zrealizowany na artykułach wieloautorskich. Jego osobisty artykuł ma 0 cytowań." ?
A dlaczego nie opublikował wyników z pracy doktorskiej jako artykułu ?
Czyżby badania nie były oryginalne ?
@kk
"A dlaczego nie opublikował wyników z pracy doktorskiej jako artykułu ?" - nie znam badan tego pana, ale zgaduje, ze albo juz opublikowal, albo wkrotce opublikuje.
Praca doktorska ma inny charakter, niz publikacja oryginalna, wiec zawartosc zwykle publikuje sie w jednym lub kilku kawalkach w polaczeniu z wynikami innych, aby praca byla pelniejsza i ciekawsza.
Prawde mowiac to, co tutaj pisze, to sa tak absolutne podstawy warsztatu naukowca, ze az czuje sie naprawde nieswojo opisujac takie oczywistosci...
Zas co do wymagan w temacie habilitacji, to raczej nie powinno byc roznic powiedzy wydzialami, tylko co najwyzej roznice pomiedzy dziedzinami wiedzy. Czy ktos jest astrofizykiem z Torunia, czy z Wroclawia, to nie ma wiekszego znaczenia. Natomiast czy ktos jest astrofizykiem z Wroclawia, czy moze badaczem literatury staroslowianskiej rowniez z Wroclawia.. to juz ma wielkie znaczenie.
Proszę mu to zarzucić osobiście, na pewno się przed kolegą usprawiedliwi.
Każdy Wydział w Polsce ma inne warunki.
Widziałem h=6 jak kiedyś podawano, ale jeszcze wcześniej wystarczyło 10 publikacji zagranicznych.
Wie Pan pewnie, że w naukach medycznych, biologicznych i chemicznych jest najwięcej wytwórni artykułów.
Nie ma oficjalnie wyznaczonych wartości.
Mowa o przypadku podlinkowanym powyżej? Habiliotować? Z 46 cytowaniami w Google Scholar? Bez zaistnienia w Scopusie? I to z fizyki? O jakiej równoległej rzeczywistości my tu w ogóle rozmawiamy?
A kto mówił, że z Fizyki.
Jak się porozglądacie to wystarczy h=6 aby starać się o habilitację w innych dyscyplnach.
Również uważam, że to niemożliwe. Chyba, żeby podciągnął fizykę pod dzieła boże i habilitował się z teologii. Podobnie jak kolega "kk" mocno naciąga fakty pod tezę :-)
W oparciu o TEOLOGIĘ budowano i rozwijano UNIWERSYTETY w Europie i w Ameryce. Ja tam nic do niej nie mam. Jednak mam wrażenie że wielu potrzebna jest spowiedź. Wiara czyni cuda.
#rozbawony
A czy fizycy są cytowani tylko przez fizyków ?
Jako badania podstawowe mają zastosowanie w wielu innych dziedzinach.
A kto mówi, że z fizyki.
Ja się przychylam do pojawiających się tu czasem głosów, żeby przede wszystkim zbadać skalę zjawiska.
Bo alternatywa 'kupuj albo trać punkty' to fałszywa alternatywa. Przede wszystkim dostepna jest jeszcze taka strategia, żeby po prostu robić dobre badania i wszystkie 'sloty' wypełnić punktami za normalne bardzo dobre publikacje. I skoro trzymamy się języka teorii gier, jest to tzw. strategia dominująca, czyli lepsza od kupowania, ponieważ uczciwie da się uzyskać taką samą punktację, za to bez ponoszenia wydatków finansowych i reputacyjnych (obecność podejrzanych czasopism w CV).
Coraz większe głupoty i porównania są wypisywane na temat ewaluacji nauki. Wyścig patologicznego przedstawiania ewaluacji popadł w obłęd. A "mundrych" przybywa w tym obłędzie.
Toć to MY WIELCY NAUKOWCY, nie kto inny, w 1000 a i więcej osób wybieraliśmy te osoby, w setkach komisji produkowaliśmy przepisy, układaliśmy listę czasopism, a ministerstwo to przyklepało. Toć to KWIAT POLSKIEJ NAUKI z siebie to wszystko wydał. I co mamy? Czy hordy ten światłej nauki, co teraz tak jedzie jak po łysej kobyle, czy to nie my sami stworzyliśmy, to co mamy, czy świat nauki oszalał? czy wtedy był tak głupi, że nie wiedział co robi?. A może wtedy i teraz są wichrzyciele, miernoty, cwaniaki, co to na tych zawirowaniach chcą dorwać się do koryta i rządzenia, a co będzie potem, ważne, że my rządzimy i nauką pomiatamy, a nie wspieramy, a własny interes mamy, na dodatek jeszcze ogłupiamy tych co chcą jeszcze w nauce coś zrobić.
Może czas zacząć przewietrzać, likwidować komisje, itd. i pognać z nauki tą część patologiczną, co utrudnia jej rozwój?
Cyt."Może czas zacząć przewietrzać, likwidować komisje, itd. i pognać z nauki tą część patologiczną, co utrudnia jej rozwój? "
Nieżyjący już pewien bardzo znany prof. X. opowiadał mi kiedyś, jak to szukał recenzenta do doktoratu, którego był promotorem. Doktorat dotyczył zastosowań fizyki w ekonomii. Pojechał do pewnego miasta, na uczelnię, gdzie pracował jeden z autorytetów w ekonomii. `Gdy ów autorytet zobaczył tę pracę, wyraził duże zdziwienie, że równań różniczkowych nie stosuje się w ekonomii, i odmówił recenzowania tej pracy. Zdegustowany prof. X zapytał się innego bardo znanego profesora, co o tym sądzi. Na to usłyszał w odpowiedzi, że to się musi zapaść, i że czekają nas dwa scenariusze: albo "odbicie się od dna", ale że tego doczekają nasze wnuki, albo całkowity kolaps nauki polskiej.
Zatem, odpowiadając na Pana pytanie, napiszę prosto: być może mój, czy Pana (pra)wnuk lub (praw)wnuczka, będzie ministrem nauki i to kiedyś naprawi...
Natomiast teraz jest 29 marca 2025 r. i nie będzie poprawy sytuacji ani za miesiąc ani prawdopodobnie za rok.
Cyt."Gdy ów autorytet zobaczył tę pracę, wyraził duże zdziwienie, że równań różniczkowych nie stosuje się w ekonomii, i odmówił recenzowania tej pracy."
Tzn. tę osobę tak te równania użyte w tej pracy przejęły, że dziwiąc się temu, iż zostały tam użyte, odmówiła recenzowania.
Od razu widać, gdzie się znajdujemy, jeśli chodzi o tzw. naukę polską...
Dopóki nie zmieni się MENTALNOŚĆ społeczeństwa, a co za tym idzie, także środowiska naukowego, NIE MA SIĘ CO ŁUDZIĆ, jeśli chodzi o poprawę sytuacji.
Tylko ekonomia, proszę pana, reszta dyscyplin sobie wegetuje -ani nie zsuwa się na dno ani od niego nie odbija.
A upadek ekonomii wziął się stąd, że 4 czerwca 1989 roku polscy ekonomiści poszli spać jako marksiści a ranem 5 czerwca obudzili się już jako liberałowie. Tyle, że z tego marksizmu coś wiedzieli, a o ekonomii liberalnej, tyle co wyczytali u Janusza Mikkego. Może krzywdzę, niektórzy mogli przeczytać całkiem dobrą książkę Marka Belki. Teraz po 35 latach jest nieco lepiej, całkiem wielu ekonomistów wykształciło się w USA na dobrych uiwersytetach, nazwisk wymieniać nie będę, by kogo nie pominąć. Nie wiem, czy to już można nazwać odbiciem się od dna.
PS. Kto nie zna równań różniczkowych (i to cząstkowych), lepiej niech od współczesnej ekonomii trzyma się z dala.
Może na początku warto byłoby się zastanowić po co komu ta ewaluacja? Jakie problemy polskiej nauki rozwiązuje, jakie powinny być jej konsekwencje, jak przygotowuje nas do dramatycznej sytuacji demograficznej już za dwa lata i wreszcie jakie są jej koszty w stosunku do potencjalnych korzyści. A szczegóły może później.
Lista Czarnkowa, oprócz dowartościowania polskich czasopism w bazach (Scopus i WoS) wzmacniała najważniejsze czasopisma dla dyscyplin. Jeden z motywów był taki, że choćby wypełnić sloty to ktoś z mądrych i utytułowanych uczonych zechce w nich drukować. I odpadnie jakąś część środków wyprowadzanych za granicę. To takie minimum w sytuacji gdy nie było siły aby dokonać radykalnej zmiany. Stosowna i ważna a pominięta komisja spala. Czarnek dopisał kilka czasopism katolickich i to fakt. My wkładamy ogromne miliony w naprawę polskich czasopism. Kto ma w nich drukować ? Prawie 500 przeszło ogromną metamorfozę. Te dowartościowane to 80 czasopism z nauk innych niż społeczne i humanistyczne. Teraz po zmianie dokonanej przez nową władzę mimo baz znowu punktowo szorują po dnie. A listy z drapieznymi i tak nie usuniemy. Lobbyści będą zawsze. Jak w warunkach rynkowych i przy członkostwie w UE usunac coś co jest legalne? To musi być decyzja polityczna a nie ględzenie sfrustrowanych uczonych. PiS też nie dał rady choć uczeni z nim związani wiedzieli o problemie.
Lista Czarnkowa, oprócz dowartościowania polskich czasopism w bazach (Scopus i WoS) wzmacniała najważniejsze czasopisma dla dyscyplin. Jeden z motywów był taki, że choćby wypełnić sloty to ktoś z mądrych i utytułowanych uczonych zechce w nich drukować. I odpadnie jakąś część środków wyprowadzanych za granicę. To takie minimum w sytuacji gdy nie było siły aby dokonać radykalnej zmiany. Stosowna i ważna a pominięta komisja spala. Czarnek dopisał kilka czasopism katolickich i to fakt. My wkładamy ogromne miliony w naprawę polskich czasopism. Kto ma w nich drukować ? Prawie 500 przeszło ogromną metamorfozę. Te dowartościowane to 80 czasopism z nauk innych niż społeczne i humanistyczne. Teraz po zmianie dokonanej przez nową władzę mimo baz znowu punktowo szorują po dnie. A listy z drapieznymi i tak nie usuniemy. Lobbyści będą zawsze. Jak w warunkach rynkowych i przy członkostwie w UE usunac coś co jest legalne? To musi być decyzja polityczna a nie ględzenie sfrustrowanych uczonych. PiS też nie dał rady choć uczeni z nim związani wiedzieli o problemie.
Analogia będzie bardziej odpowiednia, gdy dodamy, że owi przestępcy dokonali tego czynu w wyniku policyjnej prowokacji i policja dokładnie wie który z nich i co uczynił. Policja ma wszystkie karty w ręku. Policja zrobiła zresztą prowokację po to, aby zobaczyć, kto popełni przestępstwo, a kto nie. No ale policja "zapomniała" o swoim celu, nie ma koncepcji co zrobić, i jakoś sprawa się rozmyła, a owoce tego przestępstwa (przygotowane zresztą przez samą policję w ramach tej prowokacji), zostają w rękach uwolnionych przestępców, którzy już nawet się temu nie dziwią, bo "tak było zawsze".
Tłumacząc to na nasze: gdyby konfiskować wysokie punkty uzyskane w słabych czasopismach (gdy się okaże, że są one słabe), to o wiele ostrożniej pochodzono by do kuszących ofert (o których każdy wie, że nie są tyle warte - no, ale skoro to się opłaci, i kary nigdy nie ma - to bierzemy). Jednym z dość niezawodnych kryteriów na jakość czasopisma (międzynarodowego) jest przyznanie mu bardzo wysokich punktów i poczekanie rok czy dwa (taka mała "prowokacja"). Jeśli odsetek polskich afiliacji zwiększy się wielokrotnie (wobec niskiej poprzeczki w takim czasopiśmie), to już mamy dowód, że pismo jest słabiutkie, i przyznane punkty można z czystym sumieniem zabrać (lub mocno obciąć). W praktyce takich testów mieliśmy w latach 2019-2021 mnóstwo. Ale wciąż nie ma woli politycznej, aby wyciągnąć z tego jakieś wnioski.
Proszę nie przeprowadzać takich analiz, bo wkręcamy się w analizę patologii (w ministerstwie pomyślą: jakie to ważne, jak dyskutują ale to oni zgotowali nam idiotyzm; zawsze się znajdą cwaniacy i oszuści i wszystko wypaczą). Należy urealnić listę a najlepiej zlikwidować i nie będzie żadnych punktów do zbierania.
Do postępowań awansowych lista nie jest potrzebna więc i w każdej innej sytuacji można się bez niej obyć.
Publikacja w Nature lub Science chyba wymaga dłuższego okresu ewaluacji niż obecne 4 lata.
Myślę, że minimum 6 lat winien wynosić taki okres.
MDPI czy to efekt finansowania uczelnianego i wysokiej punktacji ?
Jeśli nie MDPI to co ?
Okaże się wkrótce, że w Polsce nie ma naukowców.
Wszyscy będą więc dydaktykami na polskich uczelniach ? Zostaną tylko zespoły 12 osobowe.
Oczywiście, że publikowanie za pieniądze w nierzetelnych lecz wysoko punktowanych czasopismach nie przynosi nowych odkryć lub wynalazków. Jest jeszcze gorzej - publikowanie za pieniądze lub nie w nierzetelnych albo rzetelnych czasopismach jest jedynie dokumentowaniem wykonania badań, więc nic nie przynosi, coś przynieść mogą tylko same te badania. Odróżniajmy rzeczy same w sobie od ich przedstawień, jak to rzekł Immanuel Kant a powtórzył za nim Wielki szu.
Mninsterialne punkty jednak z nieba nie spadły, wiemy kto je wymyślił - ministerstwo. To samo ministerstwo, którte przydziela kategorie a za nimi - pieniądze. Ja sobie pozwalam na takie rozumowanie: jeśli ministerstwo chce, by w jakimś piśmie publikować, daje mu dużo punktów. Skoro przyjmuję od ministerstwa pensję, to powinienem robić to, czego sobie ono ode mnie życzy, publikowanie w wysoko punkrowanych pisma nie jest zresztą wyrzeczeniem tak wielkim, bym sobie na nie nie mógł pozwolić.
Chcecie, by nie publikowano w pewnych pismach? Zabierzcie im punkty.
Dokładnie tak! Jakim cudem te "nierzetelne" czasopisma znalazły się na liście i mają taką wysoką punktację, skoro jak się okazuje wszyscy wiedzą, że są "nierzetelne" ? kto dopuścił, żeby pojawiły się na liście?
Wyszła prawda o nas, grupa profesorów nie ma lepszej etyki niż grupa innych dowolnie wybranych ludzi. Przysłowe "każdy orze jak może" naprawdę wielką mądrość niesie.
A pan nowy, że dopiero teraz to zauważył? Moim zdaniem poziom moralny naukowców jest niższy (ale tylko minimalnie) niż średnia społeczna.
Mam szczęście pracować w normalnym środowisku więc faktycznie dopiero zauważyłem parę lat temu, jak zacząłem regularnie czytać forum akademickie albo sprawdzać co u innych widać w Scopusie (zwłaszcza w innych dyscyplinach i zastanawiać się że niektórzy mają tytuł profesora a wg. znanych mi standardów zasłużyli co najwyżej na doktorat).
Ostatnio faktycznie jestem w szoku co się dzieje i dlatego zacząłem pisać na forum. Ale chyva już przestanę ;)
Czy rzeczywiscie, takie cos jak "nierzetelne, lecz wysoko punktowane czasopisma" istnieje?
Bo chyba nie powinno......
Polacy nie gęsi, swoją listę mają.
Bredzenie. Ciekawe z jakich środków można tak sobie hojnie publikować za pieniądze i kupować punkty ? Z kosztów bezpośrednich w projektach nie można pokrywać opłat za publikowanie, koszty pośrednie i subwencja MNiSW idzie głównie na koszty stałe utrzymania jednostki i wynagrodzenia tych co grantów nie mają i innego personelu. Z pensji adiunkta (8000 brutto) też nikt nie zainwestuje i nie kupi kilku artykułów po 2-3 tys. USD. Poza tym dlaczego mam nie wysłać manuskryptu do czasopisma, które jest na oficjalnej liście ministerstwa, a wydawca opublikuje mój artykuł w formule Open Access całkowicie za darmo ?
No, trudno jednak podważać wnioski płynące z obserwacji. A z obserwacji wynika, że tysiące uczonych polskich jakoś sobie z tym problemem poradziło.
Sugeruję prześledzić, na co idą środki z IDUBu...
Zależy od Twoich celów, czy chcesz przetrwać czy być w pierwszym obiegu i być lepiej widocznym dla najlepszych w swojej specjalizacji
Pierwszy obieg jest poza Polską. Jak kto chce być w pierwszym obiegu, na polską listę ministerialną uwagi nie zwraca.
Tak, ale wtedy trzeba też pracować poza Polską, bo inaczej ''zagryzą'', bo przecież jak można ignorować listę ministerialną ułożoną przez ''wybitne zespoły eksperckie złożone z najbardziej Wybitnych Polskich Profesorów a zatwierdzali najwybitniejsi ministrowie'' ?
Żaden problem, starczy pisać dwie prace rocznie. Jedną dajemy do slotu a w drugiej prezentujemy osiągnięcia naukowe.
To podejście brzmi rozsądnie w teorii, ale w praktyce nie zawsze działa. Z założenia slotowa publikacja nierzadko wymusza dopasowanie się do formalnych oczekiwań systemu, kosztem jakości czy realnego wkładu naukowego. Z kolei artykuły prezentujące rzeczywiste osiągnięcia, jeśli nie zostaną opublikowane w czasopiśmie z listy ministerialnej - nie są uwzględniane w ewaluacji, więc de facto "nie istnieją” dla systemu.
Ostatecznie sprowadza się to nie do rozwoju nauki, lecz do umiejętnego zarządzania punktami. I choć jak wiemy wielu badaczy potrafi się w tym odnaleźć, nie każdy chce poświęcać czas na publikacje pisane głównie po to, by „wypełnić slot”.
Niestety, to wciąż bardziej "gra w system" niż spokojna, merytoryczna praca naukowa. Zamiast wspierać realne osiągnięcia, system promuje kombinowanie i strategię - co w dłuższej perspektywie nie służy nikomu.
Proszę pana, płacą panu za "grę w system", jak pan to elegancko ujął. Pracodawcy nie należy zaglądać w rękawy, skoro za to płaci, widać tego chce a czego innego nie chce, pan może to wziąć lub nie. Rad dawać nie będę ale mnie ten układ wydaje się dość korzystny. Najważniejsze, że zostawia dużo czasu na pracę naukową, choć chyba się zgadzam, że nie należy się nią przełożonym zanadto chwalić.
Słusznie Pan zauważył, że każdy może ten układ przyjąć lub odrzucić - i to właśnie robi różnicę. Dla wielu młodszych badaczy problemem nie jest samo ''wypełnianie slotów”, tylko to, że system premiuje pozory produktywności, a nie jej istotę. Można oczywiście ''grać”, i wielu z nas ''gra'', bo jak Pan to określił płaca nam za grę, ale wtedy pytanie brzmi: czy rzeczywiście uprawiamy naukę, czy jedynie dostarczamy punkty do wewnętrznych rozliczeń instytucjonalnych?
Nie każdy potrafi zignorować rozziew między rzeczywistą wartością prowadzonych badań a ich formalnym uznaniem. I owszem, system pozostawia czas - ale co z motywacją, jeśli wysiłek włożony w rzetelną pracę badawczą pozostaje niedostrzeżony, podczas gdy punkty i nagrody zbierają ci, którzy opanowali grę opartą na strategii publikacyjnej?
Co więcej, coraz częściej obserwuje się zjawisko, w którym osoby przez lata nieprowadzące aktywnej działalności naukowej, nagle - w obliczu zbliżającej się ewaluacji i na skutek nacisków przełożonych - rozpoczynają intensywną ''slotową” aktywność publikacyjną, której celem jest wyłącznie spełnienie formalnych wymogów systemowych. Bywa też, że są one dopisywane do projektów badawczych lub publikacji mimo marginalnego (bądź żadnego) wkładu merytorycznego, co często uzasadniane jest logiką ''utrzymania etatu”.
Takie praktyki są nie tylko demotywujące dla badaczy uczciwie traktujących swoją pracę, ale podważają też spójność i wiarygodność całego systemu ewaluacji nauki. Niestety, podobne mechanizmy obserwujemy również w kontekście działalności dydaktycznej.
Na wielu uczelniach funkcjonują nieformalne ''dydaktyczne konsorcja'' - grupy osób realizujących skrajnie nierealistyczne obciążenia dydaktyczne, często znacznie przekraczające fizyczne możliwości pojedynczego pracownika. Jednocześnie rzeczywiste godziny dydaktyczne bywają odbierane osobom spoza lokalnych układów personalnych, co prowadzi do sytuacji, w której część pracowników nie jest w stanie zrealizować wymaganego pensum, mimo gotowości do pracy. Co gorsza, przeciwdziałanie temu zjawisku okazuje się w praktyce niemożliwe - układ trwa, a narzędzia jego weryfikacji są albo iluzoryczne, albo celowo niewykorzystywane.
W połączeniu z procederem ''spółdzielni artykułów” mamy do czynienia z wielopoziomowym systemem uzależnień, który - choć formalnie zgodny z przepisami - w praktyce podważa podstawowe wartości akademickie: rzetelność, uczciwość, transparentność i merytoryczne uzasadnienie działań.
Może więc warto nie tylko ''brać lub nie”, lecz również podejmować realną dyskusję i realne działania - wewnątrz środowiska - o konieczności głębokich, systemowych zmian. Bez tego możemy dojść do punktu, w którym pozory działania całkowicie przesłonią prawdziwą misję uczelni wyższych: tworzenie i upowszechnianie wiedzy w sposób etyczny, odpowiedzialny i służący społecznemu dobru.
W ustawie "Prawo o szkolnictwie wyższym" słowo pensum nie występuje. Tym niemniej gros uczelni napisało statuty przywracające PRL.
A w kwestii rozziewu między rzeczywistą wartością prowadzonych badań a ich formalnym uznaniem - jeśli nie będzie pan tego w stanie zaakceptować, proszę raczej zmienić zawód. Do nauki bardziej niż do jakiejkolwiek innej ludzkiej działalności stosuje się przysłowie: Chłop strzela a Pan Bóg kule nosi. Nawet w świecie, w którym ludzie są etyczni do przesady i wszystko jest znakomicie zorganizowane.
Pana zadaniem jest wykonanie badań i opublikowanie wyników. Nie ma pan żadnego wpływu na to, co z tym zrobią inni. Mnie się wiele razy zdarzało, że znakomite moim zdaniem prace przemykały niezauważone a nieważne przyczynki robiły niezrozumiałą karierę.
Brawo. Niestety, obawiam się, że opinia X poniżej trafnie oddaje rzeczywistość. Ale życzę Panu, żeby Pan wytrwał w tym systemie. Bo jeśli pseudonim jest prawdziwy i takich osób znajdzie się więcej, to może jeszcze kiedyś uda się ten system zmienić.
Grono profesorów decydujących o systemie nauki (ci których słuchają ministrowie) nie są wystarczająco uczciwi i rozsądni aby przjąć do wiadomości Pana mądrą wypowiedź.
W kwestii czy rzeczywiście uprawiamy naukę, czy jedynie dostarczamy punkty do wewnętrznych rozliczeń instytucjonalnych, odpowiedź brzmi: jak kto. Wszyscy muszą grać w system (podoba mi się pańskie określenie i będę go za pozwoleniem używać) a niektórzy jeszcze pozwalają sobie na uprawianie nauki.
Dalszą część wypowiedzi moża streścić, że świat jest paskudny a ludzie są źli. Jest to wiedza, którą powinniśmy uzyskać gdzieś na poziomie liceum. Jak kto tego nie wie później, powinien się zastanowić nad sobą.
Tę wiedzę o świecie zyskuje się po czterdziestce - jak uczy tradycja językowa i literacka. Wchodzi się wtedy na smugę cienia.
Powiem ironicznie: polską listę ministerialną układały wybitne zespoły eksperckie złożone z najbardziej Wybitnych Polskich Profesorów a zatwierdzali najwybitniejsi ministrowie, więc jakże ja szeregowy pracownik naukowy śmiałbym ją ignorować. A poważnie, ja akurat nie mam problemu z pierwszym obiegiem. Wiadomo jednak, że nie da się co miesiąc robić przełomowych i rewolucyjnych odkryć. Dobre papiery idą do lepszych czasopism, a te trochę mniej dobre do słabszych (ale często lepiej punktowanych). Panu Bogu świeczkę a diabłu (MNiSW) ogarek. Nic mądrzejszego nie wymyśliłem, chociaż jest jedna opcja - wyjechać za granicę i tym razem już nie wracać.