Otwarty dostęp oraz złe – ilościowe – systemy ewaluacji naukowców i jednostek naukowych to mieszanka wybuchowa prowadząca do obniżenia poziomu badań, a także obciążenia naukowców dodatkowymi obowiązkami wynikającymi z konieczności nawigowania w skomplikowanej przestrzeni wymagań agencji grantowych dotyczących OA – pisze prof. Andrzej Jajszczyk.
Niedawna uchwała Rady Narodowego Centrum Nauki dotycząca odstąpienia tej agencji od Planu S wywołała dyskusję na temat polityki otwartego dostępu w ogóle. Pojawiły się głosy kwestionujące tempo i szczegóły wdrażania tej polityki, jak np. w artykule Janusza Bujnickiego. Krytycy jednak na ogół zastrzegają, że model OA uznają w zasadzie za właściwy. Jednocześnie słyszymy wiele głosów w całej rozciągłości popierających Plan S. Moje stanowisko jest jednoznaczne: polityka otwartego dostępu od początku była błędna i przyniosła światu nauki więcej strat niż korzyści. Postaram się to w tym tekście uzasadnić.
Piękne założenia
Jednym z głównych argumentów za możliwością korzystania przez wszystkich z bezpłatnego dostępu do publikacji naukowych było to, że większość z nich powstała w wyniku finansowania badań ze środków publicznych, a więc nie powinni na nich zarabiać komercyjni wydawcy, a bezpłatny dostęp winny mieć szerokie kręgi społeczeństwa. Ta ładnie brzmiąca teza ma jednak dwie zasadnicze słabości. Po pierwsze, naiwne jest oczekiwanie, że szerokie rzesze będą czytać teksty hermetyczne i na ogół trudne do zrozumienia nawet przez specjalistów, szczególnie w kraju, gdzie, według badań OECD, blisko 40% dorosłych obywateli nie rozumie tego, co czyta, a kolejne 30% rozumie w niewielkim stopniu; ponad 20% Polaków nie czyta w ogóle, choćby pojedynczego artykułu w brukowcu. Oczekiwanie to wynika częściowo z tego, że część osób, nawet profesjonalnie związanych z instytucjami naukowymi, nie rozróżnia publicystyki od prac naukowych.
Warto także pamiętać, że osoby zainteresowane, również spoza świata naukowego, mogą korzystać z powołanych do tego bibliotek. Po drugie, jak mówią Amerykanie, nie ma darmowych obiadów. Koszty rzetelnego recenzowania i wydawania prac naukowych są znaczące i ktoś musi je ponieść. W otwartym dostępie ponoszą je naukowcy, zatrudniające ich instytucje bądź finansowane na ogół z pieniędzy podatników agencje grantowe.
Patologia opłat OA
Koszty publikowania w formule otwartego dostępu w renomowanych czasopismach naukowych są na ogół bardzo wysokie. Korzystają na tym czasopisma słabsze bądź wręcz drapieżne, oferując niższe opłaty. Prowadzi to do tego, że często kryterium wyboru miejsca publikowania wyników badań nie jest reputacja czasopisma, znanego na przykład z rzetelnego procesu recenzyjnego, ale koszt opublikowania. Pewien dyrektor renomowanej krajowej instytucji badawczej oświadczył mi ostatnio wprost, że zachęca pracowników do publikowania w popularnych wśród polskich pracowników nauki czasopismach drapieżnych, „bo tam jest najtaniej, a NCN wymaga do rozliczenia grantu publikacji w czasopiśmie z otwartym dostępem”. Kryterium ceny jest zabójcze dla globalnego wizerunku uprawianej w Polsce nauki i utrudnia konfrontację powstających u nas prac ze światową czołówką. Warto dodać, że naukowcy publikujący w słabych czasopismach OA, poza incydentalnymi przypadkami, zamykają sobie drogę na przykład do grantów ERC czy staży naukowych w cenionych jednostkach poza naszym krajem.
Polityka otwartego dostępu jest też skrajnie niesprawiedliwa. Jak już pisałem kilka lat temu (FA 9/2020), opłaty w czasopismach OA są na tyle duże, że uniemożliwiają publikowanie naukowcom prowadzącym badania w krajach niezbyt zasobnych. Gdy zaczynałem pracować naukowo, Polska należała do tej grupy. W bibliotece mojej uczelni brakowało wielu ważnych czasopism, ale zawsze mogłem prosić autorów artykułów o przysłanie bezpłatnej odbitki ich pracy. Jednak publikować mogłem wszędzie. Gdyby model otwartego dostępu obowiązywał wtedy, musiałbym zapewne zapomnieć o uprawianiu nauki. Usiłowałem już przed laty namówić Roberta-Jana Smitsa, odpowiedzialnego wówczas w Komisji Europejskiej za sprawy otwartego dostępu oraz jednego z głównych twórców i propagatorów Planu S, by stworzyć specjalny europejski fundusz wspierający w tym zakresie potrzebujących naukowców, nawet gdy pracują w krajach spoza Unii. Nic takiego się jednak nie stało. Co prawda niektóre wydawnictwa deklarują zwolnienia z opłat bardzo dobrych artykułów, gdy ich twórcy pochodzą z mniej zasobnych krajów bądź instytucji, ale działania te mają bardzo niewielką skalę.
Swoją drogą cenne byłoby przeprowadzenie rzetelnych badań porównawczych na temat rzeczywistych kosztów ponoszonych przez podatników, związanych z opłatami w otwartym dostępie i kosztami opłat subskrypcyjnych w modelu tradycyjnym. Wydaje się, przynajmniej z mojej perspektywy pracownika naukowego, że otwarty dostęp bardziej drenuje nasze kieszenie.
Problem jakości
Szerokie wprowadzenie polityki otwartego dostępu obniżyło, moim zdaniem, jakość publikowanych prac naukowych, jeśli wziąć pod uwagę wszystko, co się publikuje. Słyszy się głosy, że model publikowania nie ma wpływu na jakość, a zależy od innych czynników, w tym przede wszystkim od polityki redakcyjnej. Nie zgadzam się z tą opinią. Przeciwnie, redaktorzy naczelni, którzy rozliczani są w dużej mierze z przychodów, jakie przynosi czasopismo, skłaniają się do zróżnicowanych zachowań w zależności od przyjętego modelu biznesowego.
W przypadku czasopism wydawanych tradycyjnie przychód bierze się głównie z liczby sprzedanych subskrypcji bądź sprzedanych za pośrednictwem Internetu pojedynczych artykułów. To zaś zależy głównie od długoterminowej reputacji czasopisma i znaczenia oraz aktualności artykułów, a także liczby naukowców pracujących w danym obszarze. W czasopismach z otwartym dostępem liczy się najbardziej liczba przyjętych artykułów. Oczywiście, także w tym przypadku długofalowo należy dbać o jakość, bo czasopismo ryzykuje utratę chętnych do publikowania. Ale stanowisko redaktora może być zagrożone, gdy sito selekcyjne jest zbyt gęste. Nietrudno zauważyć, że redaktorzy czasopism subskrypcyjnych są rozliczani przede wszystkim z dbania o długofalową jakość, a redaktorzy czasopism z otwartym dostępem z liczby przyjętych artykułów. To ostatnie widać szczególnie w przypadku czasopism drapieżnych.
Czasopisma z otwartym dostępem często kuszą potencjalnych autorów bardzo krótkimi czasami recenzowania i publikowania. Trudno mi uwierzyć, że te krótkie czasy recenzowania nie wpływają negatywnie na jakość ocen, mimo podkreślania tego przez redakcje. W większości dyscyplin nie da się napisać rzetelnej recenzji artykułu naukowego w ciągu dwóch tygodni. Mówimy tu o recenzowaniu przez uznanych ekspertów w swoich dyscyplinach, którzy są prawie zawsze osobami bardzo zajętymi. Warto dodać, że ci najlepsi rzadko zgadzają się na recenzowanie prac w czasopismach o wątpliwej reputacji, w których tak lubią publikować niektórzy nasi naukowcy.
Żyła złota
Opłaty za publikowanie w otwartym dostępie to prawdziwa żyła złota dla wydawców. Ujawniane niekiedy liczby dotyczące kosztów finansowania takich opłat w przypadku niektórych czasopism przyprawiają o zawrót głowy. Jak intratny jest to biznes, świadczy lawinowy wysyp nowych czasopism, w których można „wykupić” opublikowanie artykułu. Interes zwęszyły nawet wydawnictwa najbardziej renomowane, na przykład z grupy „Nature” czy „IEEE”, które rozpoczęły wydawanie czasopism w otwartym dostępie o wyraźnie rozluźnionych wymaganiach jakościowych, takich jak, odpowiednio „Scientific Reports” czy „IEEE Access”. Dorabia się do tego nawet odpowiednią ideologię, przekonując, że należy także publikować prace przyczynkarskie, mniej odkrywcze, czy nawet wyniki nieudanych eksperymentów naukowych, bo pozwala to na uniknięcie przez innych naukowców powtarzania badań mało wartościowych bądź zakończonych porażką. Jakkolwiek argumenty te mają pewną wagę, to warto zauważyć, że publikowane w ten sposób artykuły zaśmiecają przestrzeń publikacji naukowych, utrudniając naukowcom odróżnianie ziarna od plew i poszukiwanie wyników naprawdę ważnych. Do publikowania wyników negatywnych wystarczyłyby czasopisma o charakterze „Letters”, w których teksty nie przekraczałyby objętości jednej bądź dwóch stron.
Zyski generowane przez czasopisma publikujące w otwartym dostępie są tak duże, że nie dziwi zaciekła obrona tego modelu publikowania wtedy, gdy pojawi się jakakolwiek jego krytyka. Mam nieodparte wrażenie, że spora część artykułów w obronie OA jest wynikiem nieuczciwego lobbingu wydawców czy też naukowców, którzy w tego typu czasopismach znaleźli sobie ciepłą publikacyjną przystań.
AI i inne
Jednym z argumentów za modelem otwartego dostępu do publikacji naukowych jest także to, że jego istnienie ułatwia zbieranie informacji przez oprogramowanie sztucznej inteligencji. Moim zdaniem to także argument chybiony. Taki nieograniczony i słabo kontrolowany dostęp ułatwia po prostu kradzież własności intelektualnej. W modelu subskrypcyjnym można stosunkowo łatwo stworzyć mechanizmy dostępu przez AI do treści publikacji, jednocześnie gwarantując zabezpieczenie praw autorskich.
Niezależnie od argumentacji podanej powyżej, nie sądzę, by możliwe było odejście od modelu otwartego dostępu i powrót do systemu subskrypcyjnego. W tle są zbyt duże pieniądze. Niestety, otwarty dostęp oraz złe – ilościowe – systemy ewaluacji naukowców i jednostek naukowych to mieszanka wybuchowa prowadząca do obniżenia poziomu badań, a także obciążenia naukowców dodatkowymi obowiązkami wynikającymi z konieczności nawigowania w skomplikowanej przestrzeni wymagań agencji grantowych dotyczących OA. Jako środowisku naukowemu pozostaje nam wyłącznie merytoryczne, jakościowe ocenianie prac i dorobku naszych koleżanek i kolegów, a także zachęcanie młodych adeptów nauki do wybierania rzetelnej, a niekoniecznie najłatwiejszej, ścieżki rozwoju naukowego.
Andrzej Jajszczyk
Jest jednak problem z replikacją badań publikowanych w prestiżowych czasopismach, opisany przy pomocy DeepSeek
Problem z replikacją badań publikowanych w prestiżowych czasopismach naukowych, takich jak *Science* i *Nature*, stanowi istotne wyzwanie dla wiarygodności nauki. Poniżej przedstawiono kluczowe aspekty tego zjawiska, oparte na analizie dostępnych wyników wyszukiwania:
---
### 1. **Niska skuteczność replikacji**
Wiele badań opublikowanych w tych czasopismach nie udaje się powtórzyć. Przykładowo, w ramach projektu **Reproducibility Project: Cancer Biology** (RPCB) replikowano eksperymenty z 53 prac opublikowanych w renomowanych czasopismach. Okazało się, że jedynie 46% replikacji zakończyło się sukcesem, a efekty w powtórzonych badaniach były średnio o 85% mniejsze niż w oryginałach. W psychologii podobny projekt wykazał, że tylko 36% replikacji potwierdziło wyniki oryginalnych badań.
---
### 2. **Brak szczegółowości metodologicznej**
Wiele publikacji nie zawiera wystarczających informacji, aby inni naukowcy mogli odtworzyć eksperymenty. W projekcie RPCB **żadna z 53 analizowanych prac** nie zawierała pełnych danych potrzebnych do replikacji. Replikatorzy musieli kontaktować się z autorami, ale 1/3 z nich nie odpowiedziała na prośby o udostępnienie kluczowych reagentów lub protokołów. Podobne problemy występują w neuronauce obliczeniowej, gdzie brakuje dokumentacji parametrów symulacji.
---
### 3. **Presja publikacyjna i niewłaściwe praktyki statystyczne**
Nacisk na publikowanie „przełomowych” wyników prowadzi do:
- **P-hackingu** – manipulacji danymi, aby uzyskać istotność statystyczną (np. poprzez wielokrotne testowanie hipotez).
- **Selektywnego raportowania** – pomijania wyników negatywnych lub niespełniających oczekiwań (tzw. *efekt szuflady*).
- **Niedostatecznej mocy statystycznej** – stosowania zbyt małych prób, co zwiększa ryzyko błędów typu I.
W psychologii aż 97% oryginalnych badań wykazywało istotne efekty, ale w replikacjach odsetek ten spadał do 36%.
---
### 4. **Kulturowa i systemowa bariera dla replikacji**
- **Brak zachęt** – Replikacje są rzadko finansowane i publikowane, a autorzy nie są nagradzani za ich przeprowadzanie. Według Briana Noseka, jedynie 3% funduszy naukowych powinno być przeznaczane na replikacje, ale obecnie jest to bliskie zeru.
- **Oparcie na metrykach** – Ocena naukowców opiera się na liczbie publikacji i wskaźniku cytowań, co promuje „szybkie” odkrycia zamiast rzetelności.
- **Komercyjny model wydawniczy** – Wydawcy preferują sensacyjne wyniki, które przyciągają uwagę, nawet kosztem jakości metodologicznej.
---
### 5. **Propozycje rozwiązań**
Eksperci sugerują zmiany na poziomie:
- **Autorów**: Pełne udostępnianie danych, kodów i protokołów oraz unikanie HARKingu (formułowania hipotez po analizie danych).
- **Recenzentów i redaktorów**: Wymóg stosowania checklist reprodukowalności (np. wytyczne TOP Guidelines) oraz promowanie formatów takich jak *Registered Reports*, gdzie ocena następuje przed przeprowadzeniem badań.
- **Instytucji i fundatorów**: Wprowadzenie nagród za replikacje, finansowanie projektów weryfikacyjnych oraz reformę systemu oceny naukowców.
Przykładem pozytywnej inicjatywy jest wprowadzenie przez *Nature* w 2013 roku obowiązkowych checklist dla autorów, wymuszających raportowanie kluczowych parametrów eksperymentalnych.
---
### Podsumowanie
Kryzys replikacji w *Science* i *Nature* odzwierciedla szersze problemy współczesnej nauki: od niedostatków metodologicznych po systemowe zachęty do publikowania „atrakcyjnych”, ale niestabilnych wyników. Choć rozwiązania wymagają współpracy całej społeczności naukowej, kluczowe jest przejście od kultury „publikuj albo giń” do kultury otwartości i rzetelności.
W punkt! Bardzo dziękuję za ten głos!
U nas na uczelni, to rektor nawet daje takim autorom, którzy opublikowali w OA za grube pieniądze tejże uczelni, dyplomy z gratulacjami i nagrody pieniężne za zdobyte punkty. Gdyby nie było to żałosne, to byłoby śmieszne. I jak tu ma być normalnie i sprawiedliwie, no jak?
Pełna zgoda.
Chyba na wielu uczelniach jeszcze tak jest, że za płatne publikacje w drapieżnych mega-journalach, nastawionych głównie na zysk, typu MDPI dostaje się potem jeszcze nagrody pieniężne i podwyżki projakościowe.
Takie rzeczy są możliwe chyba tylko na uczelniach czy instytutach naukowych, w środowisku ludzi inteligentnych i rozsądnych. Bo nawet (przepraszam) w domach publicznych by to nie przeszło :( Ale z drugiej strony, ryba psuje się od głowy.
Oszuści i szarlatani w nauce zdarzali się od dawna. Obecnie jednak doszło do zainfekowania punktozą całego środowiska naukowego. W naszym kraju trąbi się o tym od wielu miesięcy, i co? I nic. System ewaluacji jednostek naukowych, a pośrednio także finansowania nauki, obok tolerowania ordynarnej przestępczości, doprowadził do demoralizacji znacznej części środowiska naukowego. Minister nauki powinien natychmiast, nie oglądając się na grymasy części elity profesorskiej, która ten system aprobowała, natychmiast zawiesić jego funkcjonowanie, a conajmniej wstrzymać finansowanie publikacji z funduszy publicznych. Prywatne uczelnie same przestaną płacić, gdy okaże się, że to nic nie daje. A oceniając sytuację z czysto ekonomicznego punktu widzenia warto zauważyć, że OA odsłania bezwartościowość większości produktów pracowników naukowych. Gdyby były coś warte, ktoś by za nie płacił. W gruncie rzeczy bowiem w przypadku OA nie mówimy o rynku produktów naukowych, a promocji pracowników i zatrudniających ich jednostek naukowych, za którą oczywiście trzeba płacić.
Pełna zgoda ! Niestety proste rozwiązania są najtrudniejsze. W tym przypadku hamulcowym jest grupa wypalonych intelektualnie profesorów uczelnianych, którzy obsiedli polską naukę. Narobiło się ich cala armia, głównie za sprawą obniżenia wymagań habilitacyjnych. Po tytuł nie wystąpią bo nie mają z czym. Ale do emerytury muszą dojechać dlatego sięgną po każdy nawet najbardziej nieetyczny sposób zdobycia punktów. Jest ich niestety tak wielu, że stanowią dominujący głos w każdej radzie wydziału. Na słabych uczelniach zdominowali również senat nie mówiąc już o stołkach rektorskich. Zablokują każdą reformę upatrując w niej zagrożenie dla swojego nicnierobienia.
Większość z nich nigdy nie kierowała żadnym zespołem badawczym, nigdy nie kierowała grantem nawet dawnym KBNowskim. Nigdy niczego nie odkryli, nie mają zresztą takich ambicji i nigdy ich nauka nie interesowała. Całe życie coś dłubali i w najlepszym wypadku powielali metody innych (zwykle nieudolnie).
Nigdy nie byli w świecie (co najwyżej na Słowacji a wcześniej Ukrainie i Białorusi). Zresztą po co mieli by tam jechać. W tym czasie lepiej natrzepać nadgodziny i dostać kasę.
Wprowadzenie podziału punktów za publikację przez liczbę współautorów byłby dla tej grupy bardzo dotkliwy. Za każdą publikację, także za 100, 140, 200 punktów.
To spowodowałoby sprzeczność interesów w spółdzielniach. Następny krok to jednolite kryteria oceny pracowników na uczelniach i PANach: kategoria B x, kategoria B+ 2x, kategoria A 3x, kategoria A+ 4x punktów. Do tego zwiększone oczekiwania punktowe od habilitowanych i profesorów.
Tylko jak znaleźć większość dla takich pomysłów ?
To też. Jednakże spółdzielnie i inflacja profesorów uczelnianych to tylko dodatkowe efekty reformy Gowina, którą przez rok smażyli profesorowie belwederscy, a teraz nie wiedzą jak z tego szamba wyjść.
100% zgody z Panem profesorem. Wiadomo, że klient nasz pan. Jeśli klientem jest czytelnik, to wydawnictwo musi trzymać poziom, żeby sprzedawać czasopismo. Jeśli płaci autor to jemu należy dogodzić. To z resztą bardzo dziwny układ. Czy słyszał kto kiedy, żeby autor artykułów w gazecie, albo pisarz płacił za publikację swoich dzieł (np. kryminałów)? Naukowcy w ostateczności rezygnują z wynagrodzenia autorskiego, ale żeby jeszcze dopłacać to już postawienie sprawy na głowie!
Mają rację, bo nie płaci się za publikację tylko za certyfikat jakości. Publikacja jest za darmo, może pan umieścić swoją pracę na ArXivie albo innym serwerze preprintów i cały świat może ją bez trudu zobaczyć - jeśli tylko zechce. Najczęściej nie zechce. Płaci się nie za publikację tylko za potwierdzenie, że pańska praca reprezentuje pewien minimalny poziom. Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli tę opłatę poniesie pan albo pańska instytucja.
Oczywiście, komuś takiemu jak Grigorij Perelman jakości prac sprawdzać nie trzeba. On może spokojnie publikować na ArXivie.
Bardzo trafne spostrzeżenie.
Autor tekstu słusznie zauważa, że „koszty publikowania w formule otwartego dostępu w renomowanych czasopismach naukowych są na ogół bardzo wysokie”. Ale to jest wina korporacji, które te czasopisma wydają i utrzymują absurdalnie wysokie marże, nawet na poziomie 40–50%. Z tym trzeba walczyć (oczywiście nie tylko w Polsce, ale na szczęście coś już się dzieje np. na poziomie Unii Europejskiej – przywołam tylko przykład koalicji CoARA), a nie z ideą otwartego dostępu jako taką. Nie możemy kapitulować przed korporacjami.
Zgadzam się w zupełności z powyższym komentarzem. To nie idea czy polityka Open Access jest winna, a środowisko naukowe. Po 2 wojnie światowej zaczęliśmy oddawać czasopisma, które wcześniej były wydawane przez uczelnie czy towarzystwa naukowe, w ręce prywatnych wydawnictw. To nie one stworzyły reputację tych czasopism, ale my sami, naszymi publikacjami. A teraz wydawnictwa, nie dość, że dostają za darmo treść, nie dość, że nie płacą recenzentom, nie dość, że narzucają kosmiczne ceny subskrypcji/ dostępu do naszych własnych treści, to jeszcze znalazły sobie dodatkowe źródło dochodu w postaci open access. Do rozwiązania tego problemu trzeba podejść od tej właśnie strony: oligopolu wydawnictw, które przejmują publiczne pieniądze na różne sposoby, a my im na to pozwalamy ze względu na patologiczny system ewaluacji naukowej. Open Access powstał jako reakcja na tę patologiczną sytuację, a że został w pewnym stopniu wynaturzony, to jest wina właśnie systemu ewaluacji, a nie samej idei OA. Dlatego ważne jest szerzenie wiedzy jak można obejść płacenie tak wysokich fees. Ilu naukowców wie, że na stronie https://openpolicyfinder.jisc.ac.uk/ można sprawdzać polityki otwartości czasopism? Ilu wie, że często można preprinty umieszczać w repozytoriach? Ilu zastanawia się przed podpisaniem umowy wydawniczej cedującej majątkowe prawa autorskie na wydawcę? Większość pewnie nawet tych umów nie czyta. A są inne opcje. Nie tylko jedna jedyna w postaci płacenia tysięcy euro za OA pazernym wydawnictwom!
Proponuję, aby zacząć o tym mówić i patrzeć na to z właściwej perspektywy.
1. Do ilu procent czasopism/publikacji nie mieliśmy, jako naukowcy, dostępu przed tym - jakże poprawnym politycznie - szaleństwem OA? Czy było to np. 80% czy może 10%, które i tak można było zredukować do 0% prosząc np. autora o prywatne przesłanie pracy.
2. Ile procent nie-naukowców czyta nasze prace?
3. Czy w czasach kiedy mamy opłacony dla polskich naukowców OA dla zdecydowanej większości uznanych czasopism istnieje jeszcze potrzeba publikowania w czasopismach drapieżnych, pod pozorem tańszej publikacji OA? Przecież polscy naukowcy mają już opłacony OA w większości uznanych czasopism i można to robić za "darmo". Mam tu na myśli np. umowę ze Springerem, Elsevierem, Taylor&Francies, i wiele innych. Skąd ten argument, że musimy ponosić bardzo wysokie koszty publikując np. w Springerze i dlatego korzystamy np. z MDPI?
Ile procent nie-naukowców czyta nasze prace?
Obstawiam że 0,001%, pewnie koło 1% światowej populacji czyta cokolwiek poza SMSami i mediami społecznościowymi, a z drugiej strony najwyżej 10% naukowców pisze cokolwiek, co jest w stanie zaiteresować kogokolwiek poza nauką.
1. Jakim „szaleństwem OA”? Chodzi o ideę otwartego dostępu (którą popieram), czy o wymóg publikowania w otwartym dostępie (który mi się nie podoba)?
2. Nie ma sensu zadawać pytania o to, „jaki procent”. Wystarczy, żeby te prace były dostępne np. dla wybranej grupy dziennikarzy, nauczycielek i tak dalej.
3. To już chyba nie do mnie pytanie. ;-)
Dziękuję za odniesienie się. Zgadzam się z Panem.
1. Chodziło mi o szalone twierdzenia, że przed planem S nie było otwartego dostępu, a po planie S jest. W mojej ocenie OA dla naukowców był przed planem S taki jak i po planie S. Nie znam nikogo w swoim środowisku kto miałby przed planem S problem z dostępem do prac naukowych. Mamy zawarte krajowe umowy z uznanymi czasopismami/wydawnictwami i dzięki temu mamy tam OA "za darmo". Nie chodzi mi tylko o dostęp do czasopism ale również o możliwość "darmowego" publikowania w OA.
Rozumiem, dziękuję również za odpowiedź. Jeśli chodzi o możliwość bezpłatnego dla autorek/autorów publikowania w OA w prestiżowych czasopismach/wydawnictwach, to ona jednak dotyczy tylko określonej liczby artykułów w roku (na szybko – jest o tym mowa np. tutaj: https://bg.sggw.edu.pl/otwarta-nauka/programy-publikowania-otwartego/program-publikowania-otwartego-springer/). No i to wciąż są koszty dla polskiego budżetu na naukę, a więc środki, które nie mogą zostać wydane na coś innego.
Nie mówię, że to absolutnie złe rozwiązanie, widzę pewne jego zalety, ale myślę, że to wciąż jest przelewanie zbyt dużych pieniędzy korporacyjnym wydawcom i że to jeszcze nie powinno być „endgame”. :)
W roku 2018 powstał list otwarty (bardzo wyważony zresztą) przeciw Planowi S.
https://sites.google.com/view/plansopenletter/open-letter
Bardzo niewielu Polaków podpisało ten list (notabene, opcja podpisywania chyba wciąż jest otwarta).
Z niektórych krajów (np. Holandia) są tam setki podpisów, także bardzo znanych naukowców.
Zadziwiająca jest polityka NCN - wymagają publikacji OA, ale bardzo zawężają katalog czasopism za które wolno płacić. Koszty pośrednie OA wystarczają w przeciętnym OPUSie na jedną porządną publikację. Wydają zapowiedź, że czasopisma drapieżne nie będą brane pod uwagę przy rozliczaniu grantu, ale nie wskazują które to są te drapieżne.
Logika ogranicza przyjemność posiadania władzy. W LWP też kazano żołnierzom czyścić schody szczoteczkami do zębów.
Powodzenia zatem w opublikowaniu wyników nieudanego eksperymentu w Pattern Recognition Letters, czy SIgnal Processing Letters. Może, jeśli ktoś ma baaardzo wyrobione nazwisko, to mu przejdzie. W większości to manuskryptu nawet recenzenci nie zobaczą - poleci szybkie desk rejection.
To oczywiście musiałyby być "Letters" przeznaczone specjalnie do publikowania wyników negatywnych i o takich też myślałem wspominając o nich w tekście.
Przychody Elsevier w 2023 roku to nieco ponad 3 mld funtów, natomiast zysk operacyjny 1.17 mld funtów, przy marży 38%. Zatem realnie mogliby się pokusić o obniżenie kosztów publikowania o około 25%.
Z drugiej strony jest to nieco bardziej skomplikowane, bo większość artykułów i tak nie jest publikowana w formie OA. Ponadto, większość zysków to prawdopodobnie subskrypcje uczelni na cała biblioteki, a nie opłaty za OA.
Wydawanie pieniędzy na OA to i tak wyrzucanie pieniędzy w błoto. Nawet wysyłając artykuł do niektórych czasopism w Elsevier, w samym procesie jest pytanie czy umieścić preprint w repozytorium SSRN, które jest częścią Elsevier.
"Koszty rzetelnego recenzowania i wydawania prac naukowych są znaczące i ktoś musi je ponieść. W otwartym dostępie ponoszą je naukowcy, zatrudniające ich instytucje bądź finansowane na ogół z pieniędzy podatników agencje grantowe."
Koszty pobierane przez tzw. "prestiżowe" wydawnictwa są wielokrotnie zawyżone, a same wydawnictwa nie wkładają w proces publikacji dużego wysiłku - a na pewno nie tak, który by uzasadniał koszty publikacji. Co więcej, model działania tych "prestiżowych" czasopism opiera się w dużej mierze na wyzysku naukowców. To naukowcy za darmo recenzują prace, redagują je, piszą artykuły za darmo i prowadzą badania dla wydawców nie tylko za darmo, ale jeszcze za publiczne pieniądze, a na końcu muszą jeszcze zapłacić korporacjom wydawniczym, często ponad 10 000 PLN, za to, że łaskawie opublikują plik PDF na swojej stronie (lub uczelnie muszą płacić horrendalne kwoty za wykup dostępu). Jedyne co zapewnia "prestiżowe" czasopisma to splendor łechtający nasze naukowe ego - i za to się płaci.
Czasopisma "prestiżowe" często działają jak kluby wzajemnej adoracji, gdzie o publikacji decydują znajomości w środowisku oraz umiejętność pisania i formułowania artykułów w sposób zgodny z niepisanymi regułami tego kręgu. To wiedza, której często nie można zdobyć, jeśli nie jest się częścią danego środowiska lub nie ma się wpływowych promotorów. Dlatego czasopisma otwarte wywracają ten układ do góry nogami, dając szansę publikacji ludziom z peryferii. I nagle okazuje się, że te prace, które w „prestiżowych” czasopismach nie miałyby szans na uznanie, zdobywają dziesiątki cytowań, a czasopisma, które je publikują, osiągają wysokie wskaźniki IF. Jak to możliwe?
Dobitnie pokazuje to rosnąca liczba wydawnictw, które – choć określane przez niektórych jako "drapieżne" – często spełniają wszelkie formalne bibliograficzne wymagania "prestiżu". Wiele z czasopism określanych jako "drapieżne" posiada wysokie wskaźniki IF, które dla wielu w Polsce są wyznacznikiem jakości naukowej. Artykuły publikowane w tych czasopismach mają dziesiątki, a nawet setki cytowań. Jednak te same osoby, które są gorącymi zwolennikami IF i liczby cytowań jako wyznaczników"prestiżu" ignorują je, gdy dotyczą czasopism spoza ich "klubu". Dla przykładu wydawnictwa MDPI ma ponad 300 czasopism indeksowanych w WoS i Scopus, w tym ponad 180 z IF > 2 [https://www.mdpi.com/about/journals/wos] — czy to nie świadczy o prestiżu wydawnictwa?
Cały ten bałagan pokazuje jedno: "prestiżowe" czasopisma nie są już w ogóle potrzebne nauce. Argument o tym, że są źródłem jakości, jest nietrafiony. W dopie powszechnego dostpeu do intertu, publikacje powinny być otwarte i darmowe dla autorów oraz czytelników. Dlaczego artykuł opublikowany na prywatnym blogu czy w instytucjonalnym repozytorium ma być mniej naukowy niż w prestiżowym czasopiśmie? Artykuł na blogu może zostać zrecenzowany przez dziesiątki, a może i setki recenzentów, a te recenzje będą widoczne w komentarzach dla wszystkich. Podczas gdy recenzje artykułów w prestiżowych czasopismach są zwykle anonimowe, a recenzenci dbają o jakość w równym stopniu, co o swoje interesy, np. zachęcając do cytowania swoich prac. Te recenzje często nie są dostępne dla czytelnika.
Przykładowo za pieniądze, które NCN wydaje na opłaty za publikacje dla prywatnych korporacji, można by stworzyć czasopismo "NCN Open Journal", gdzie publikowane byłyby wszystkie raporty z badań finasowanych przez NCN, które i tak naukowcy muszą tworzyć, i które są recenzowane i sprawdzane.
Ale oczywiście się nie da, bo przecież to nie będzie „prestiżowe”
Zgadzam się w zupełności! Poza tym częścią idei otwartej nauki jest również otwarte recenzowanie, dlatego warto i taki aspekt włączyć w myślenie i współczesnej komunikacji naukowej.
Pomysł NCN Open Journal jest bardzo rozsądny.
Tylko kto zapłaci za jego utrzymanie? Choć pewnie koszt takiego zespołu redakcyjnego byłby o niebo niższy niż koszty OA w projektach NCN ;-)
A prestiż się wyrobi sam, jeżeli zasady recenzji/publikacji będą wysoko ustawione.
Zapomniał Pan jeszcze dodać o trylionach wydań specjalnych i tryliardach niezwykle wartościowych naukowo przeglądówek i case studies napędających sobie nawzajem cytowania.
Jeżeli Pisze Pan o wskaźnikach/cytowaniach to wypadałoby pochylić się nad tym trochę głębiej. W przeciwnym razie wyjdzie nam, że takie orły jak ten młody Pakistańczyk, o kórym ostatnio media pisały, robi dużo lepszą naukę, niż większość noblistów.
Co jest złego w byciu prestiżowym? Na prestiż/markę trzeba ciężko zapracować i potem to jeszcze utrzymać. Czasopisma prestiżowe to czasopisma prowadzone często przez organizacje naukowe, gdzie redaktorami i recenzentami są uznani naukowcy wyrózniający się oryginalnością i jakością prowadzonych badań, gdzie recenzentami nie są szybcy, mający dużo wolnego czasu, vouczerowcy, ... Co jest złego w takich standardach, w sensie naukowym (nie ekonomicznym)?
"Jeżeli Pisze Pan o wskaźnikach/cytowaniach to wypadałoby pochylić się nad tym trochę głębiej. W przeciwnym razie wyjdzie nam, że takie orły jak ten młody Pakistańczyk, o którym ostatnio media pisały, robi dużo lepszą naukę, niż większość noblistów. "
Nie bardzo rozumiem, na czym polega to „głębsze pochylenie”. Jeśli założymy, że cytowania są wskaźnikiem prestiżu, to kto ma decydować, czyje cytowania będziemy liczyć, a czyje nie? Czy to oznacza, że jedno czasopismo z IF 4 będzie uznane za prestiżowe, a inne już nie, bo tak nam się podoba? Uważam, że używanie cytowań i wskaźników bibliometrycznych jako wyznacznika jakości naukowej jest absurdalne i w dużej mierze właśnie to powoduje wszystkie ostatnie problemy.
"Co jest złego w byciu prestiżowym? Na prestiż/markę trzeba ciężko zapracować i potem to jeszcze utrzymać. Czasopisma prestiżowe to czasopisma prowadzone często przez organizacje naukowe, gdzie redaktorami i recenzentami są uznani naukowcy wyrózniający się oryginalnością i jakością prowadzonych badań, gdzie recenzentami nie są szybcy, mający dużo wolnego czasu, vouczerowcy, ... Co jest złego w takich standardach, w sensie naukowym (nie ekonomicznym)?"
Większość „prestiżowych” czasopism jest wydawana przez prywatnych wydawców, takich jak Springer, Nature, Wiley czy Elsevier, którzy skupiają się na zyskach i nie ma czemu się tu dziwić, bo to są biznesy, które mają zarabiać. Owszem, gdyby czasopisma były wydawane np. przez instytucje naukowe czy towarzystwa naukowe, mogłoby to mieć jeszcze jakiś sens, ale niestety z tego co ja obserwuję jest to rzadkość.
Prestiż czasopism jako wyznacznik jakości jest problemem, ponieważ prowadzi do tego, że naukę robi się dla prestiżu, a nie dla odkrywania czegoś nowego. Obecnie celem nauki staje się publikowanie w prestiżowych czasopismach, a nie rzeczywiste dokonywanie odkryć. Mamy coraz więcej „prestiżowych” publikacji, a coraz mniej odkryć.
To jest odwrócona logika - pewne czasopisma stały się prestiżowe dlatego, że publikowano/publikuje się w nich dobre jakościowo i ważne badania i ma dobry editorial boad zapewniający dobrych uczonych do recenzji. Impct faktor (i właściciel czasopisma) jest tu bez znaczenia bo mierzy głownie popularność tematu. Dlatego prestiż jest ważny a jie bibliometria. Ludzie dążą do lepszego i jeżeli moje badania są przyjmowane do dobrych czasopism to znaczy że najprawdopodobniej są dobre. Nie trzeba się wstydzić dobrze wykonanej pracy.
Problem bierze się z konieczności oceny jakości dorobku (na potrzeby ewaluacji jednostek, projektów, oraz naukowców), którą jakoś trzeba przecież robić. Ideałem byłaby wnikliwa ocena czysto ekspercka, z tym że po pierwsze jest zbyt zasobochłonna, a po drugie często jest wsobna. Na drugim biegunie jest ocena czysto automatyczna, np. po parametrach bibliometrycznych, zawsze będących jakąś pochodną liczby cytowań. Wszyscy się zgadzają, że to też nie działa za dobrze.
Idealnego rozwiązania nie ma, a prawdopodobnie nie ma też rozwiązania dobrego. Trzeba szukać rozwiązania najlepszego z możliwych (nawet w sensie 'make the best of a bad job') i nie mam wątpliwości, że takowe łączy elementy obu podejść. W pierwszym kluczowe jest uzewnętrznienie oceny, najlepiej poza Polskę, a w drugim jakieś zniuansowanie parametrów (poza IF też 'jest życie'; np. SNIP czy CNCI próbują uwzględniać specyfikę dyscypliny i 'poddyscypliny' i choć póki co robią to nieudolnie, to przecież można dobrać optymalny zestaw parametrów i wag).
Istnieją jeszcze inne metody np: ocen jakości artykuł/wydawcy, a nie jego wskaźnikowego prestiżu.
Przykładem może być ocena artykułu/wydawcy nie ze względu na spektakularne wyniki, cytowania czy wskaźniki bibliometryczne, ale z uwagi na stosowane praktyki wydawnicze. Taką metodą jest np. Transparency & Openness Factor (TOP Factor), [https://www.cos.io/initiatives/top-guidelines], gdzie wydawca może być "prestiżowy" niezależnie od tego, ile jego artykuły mają cytowań, o ile stosuje się do rzetelnych szczegółowo opisanych praktyk wydawniczych.
To cenna uwaga, ale powiedziałbym, że to też jest "wskaźnikowy prestiż", tyle że nie oparty na cytowaniach. I mierzy bardziej przejrzystośc i otwartość, niż jakość badań jako taką (chociaż korelacja na pewno istnieje, jestem przekonany że badania prerejestrowane są wyższej jakości niż nierejestrowane, itd.). Nie zmierzy nam przełomowości odkryć, itd. Nie zastąpi wskaźników opartych na cytowalności, ale na pewno może je fajnie uzupełnić.
Gdyby trzeba było szybko opracować nową metodę automatycznej oceny publikacji - a właśnie teraz trzeba - to 50% oparłbym na kombinacji różnych wskaźników cytowaniowych (np. w Scopusie 3 główne czyli CS, SJR oraz SNIP) oraz właśnie takich dodatkowych, a pozostałe 50% na podstawie list czasopism już istniejących w innych krajach typu Finlandia. Na to trzeba byłoby nałożyć jeszcze komponent ekspercki.
tak, standardy i cele danego czasopisma da się oszacować, i to jest dużo ważniejsze, niż te - tak wypaczone w dzisiejszych czasach - wskaźniki
Nie do końca. Standardy otwartości są ważne, ale oprócz tego ważna jest poprawność metodologiczna, nowatorstwo, itd. Tych drugich nie da się łatwo mierzyć, ale zakładając, ze prestiż pisma odzwierciedla restrykcyjność recenzji (założenie rozsądne), to z ww. również koreluje.
'oceny jakości mierzonej ilością' powinno być ;)
Bardzo Panu dziękuję za ten artykuł. Oczywista prawda. Pytanie do psychologów, dlaczego nadal wiele osób tego jeszcze nie widzi lub raczej nie chce zobaczyć? Jak długo to ilościowe szaleństwo, bylejakość, pozory, ... będzie jeszcze trwało w tym kraju? :(
Myślę, że do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej. Niestety. Bo to leży w interesie szerokiej grupy ludzi tzw. nauki. A może precyzyjniej: pozorujących naukę...
Bardzo szanuję głos prof. Jajszczyka, ale w tym temacie (można rzec, wyjątkowo) nie zgadzam się z jego opinią. Dostrzegając poruszone problemy, myslę że warto dopowiedzieć parę "ALE":
- "Koszty rzetelnego recenzowania i wydawania prac naukowych są znaczące i ktoś musi je ponieść... Koszty publikowania w formule otwartego dostępu w renomowanych czasopismach naukowych są na ogół bardzo wysokie."
zgadza się ALE głównym problemem nie jest wysokość tych kosztów, tylko kto je ponosi, w jakiej formie, i kto się na nich bogaci. Wydawnictwa niezasłużenie bogaciły się już w modelu zamkniętym, a teraz znalazły sposób, by nadal robić to w modelu otwartym. Problemem jest więc dystrybucja korzyści z publikowania, która jest fundamentalnie niesprawiedliwa w obu modelach. W modelu otwartym płacimy wydawcy, ale w modelu zamkniętym oddajemy mu, na własność i za darmo, wartość intelektualną, którą on dalej może kapitalizować. Wcale nie jest jasne, że to pierwsze jest gorsze od tego drugiego. Podejrzewam że na odwrót.
- "należy także publikować prace przyczynkarskie, mniej odkrywcze, czy nawet wyniki nieudanych eksperymentów naukowych" - jak prof. zauważa w kolejnym zdaniu, publikowanie wyników negatywnych jest jednak też ważne (a dokładniej, niepublikowanie wyników negatywnych potrafi być bardzo szkodliwe, i to na wiele sposobów).
- „bo tam jest najtaniej, a NCN wymaga do rozliczenia grantu publikacji w czasopiśmie z otwartym dostępem” - to jest problem tych osób, a nie modelu otwartego, NCN czy planu S. Jak nawet tutaj zauważa jeden z dyskutantów, wcale nie jest tak, że trzeba płacić, żeby wykazać publikację dla NCN. Na tym forum wymieniałem chyba 5 różnych sposobów, jak można rozliczyć publikację bez dodatkowego finansowania. Problemem nie jest NCN, tylko bardzo niska świadomość środowiska w kwestii OA i możliwości, jakie istnieją. To jest tak samo, jak kiedyś była niska świadomość dot. komisji etycznych, a obecnie dot. danych naukowych. Póki można to ignorować i da się publikować bez zgody komisji itd. to większość osób bedzie to robić, a podniesie świadomość dopiero kiedy będzie to konieczne. Większość badaczy i PI woli po prostu zapłacić i mieć sprawę z głowy niż teraz zgłebiać co to jest AAM i jakie to jest repozytorium OpenDOAR. Na tej samej zasadzie naukowcy traktują DMP jako zło konieczne itd.
Po drugie, jeśli uznajemy, że część pism OA obniża loty (np. Scientific Reports czy Frontiers, w których sam publikowałem, ale widzę, że ich restrykcyjność faktycznie spada), to przecież po prostu te publikacje można odrzucić na bazie oceny merytorycznej, ew. decyzji na poziomie NCN, że "od 2026 nie uznajemy publikacji w MDPI".
I na koniec:
- "część osób, nawet profesjonalnie związanych z instytucjami naukowymi, nie rozróżnia publicystyki od prac naukowych" -- tu akurat niestety nie mam żadnego "ale", niestety właśnie tak to wygląda.
- "Usiłowałem już przed laty namówić Roberta-Jana Smitsa, odpowiedzialnego wówczas w Komisji Europejskiej za sprawy otwartego dostępu oraz jednego z głównych twórców i propagatorów Planu S, by stworzyć specjalny europejski fundusz wspierający w tym zakresie potrzebujących naukowców" - to też jest bardzo fajny pomysł moim zdaniem.
Nie mam pod reka, ale widzialem art o zmiane % acceptance rate w duzych wydawnictwach i Frontiers oraz MDPI byly jedynymi, gdzie acceptance rata SPADA.
Takze kwestia restrykcyjnosci niekoniecznie jest oczywista (jasne ze moga miec wiecej submisji i mimo wiekszej liczby odrzucen byc mniej restrykcyjni niz wczesniej, ale co to swiadczy o innych wydawcach?).
W kwestii publicystyki najwiecej za uszami maja prawnicy, o ktorych jeszcze glosno przy okazji polityki - typu publiczne czytanie doktoraty wiceministra Myrchy.
Proszę wziąć pod uwagę, że do MDPI najlepsi nie wysyłają swoich prac. Skoro tak, to średni poziom wysyłanych tam prac jest prawdopodobnie dużo niższy, niż w uznanych naukowych czasopismach. A skoro tak, to nie można porównywać acceptance rate z MDPI z acceptance rate uznanych czasopism. Poza tym, w MDPI przyjmują do ponownej recenzji relatywnie dużo prac wcześniej odrzuconych, w tym samym lub innym czasopiśmie. I pewnie możnaby jeszcze niejedną taką okoliczność znaleźć, która czyni takie porównanie bezsensownym.
Proszę nie stawiać za wiele pieniędzy, że najlepsi nie wysyłają swoich prac do MDPI, bo je pan straci. MDPI ma rozbudowany system zniżek i zwolnień od opłaty i czołowi badacze są dosyć często zapraszani do publikacji za darmo. I chętnie z tego korzystają, bo akurat MDPI autora traktuje lepiej niż recenzenta, co standardem niestety nie jest. Czas na recenzję jest ograniczony, nie ma roku czekania na kilka komunałów wskazujących na to, że recenzent nic a nic nie zrozumiał z pracy, za to bardzo nie lubi autora, co dla innych wydawnictw jest dość typowe. I nie ma roku czekania na opublikowanie już przyjętej do druku pracy, co innym też się często zdarza.
Co gorsza - owi mityczni "najlepsi" wcale się MDPI nie wstydzą, bo pewnie wiedzą, że są najlepi nie dlatego, że publikują w Springerze a w MDPI nie, tylko dlatego, że piszą dobre prace, które dobre pozostaną, bez względu na to, gdzie się ukażą. Takiemu Perelmanowi, który bez wątpieia należy do tych najlepszych, wystarcza ArXiv.
Wiem, Polakowi to ciężko zrozumieć.
Opieram swoje twierdzenie na podstawie obserwacji swojej dyscypliny naukowej. Najlepsi nie wysyłają do mdpi. Jakiś wyjątek zdarzy się raz na jakiś czas, ale to tylko wyjątek. Chodzi, jak zawsze, o skalę. Nie widzę sensu rozmawiania o wyjątkach.
Idzie na to, że ci pańscy najlepsi sami siebie za najlepszych nie uznają, skoro muszą sobie dodawać powagi okładką pisma. Moi najlepsi nie mają takich kompleksów, pewie uznają za najlepsze to pismo, któremu uczynili ten zaszczyt, że wysłali tam artykuł do publikacji.
Wszyscy pamiętamy artykuł "O elektrodynamice ciał w ruchu" niejakiego Alberta Einsteina. Konia z rzędem temu, kto pamięta nazwę pisma, w którym tę pracę wydrukowano. Było to oczywiście bardzo dobre pismo, bo wydrukowano w nim klasyczną pracę. Nie odwrotnie.
Jest taka historyjka o Paulu Gauguinie, którego dziennikarz spytał, dlaczego opuścił centrum artystyczne, jakim w owym czasie był Paryż, by osiedlić na krańcu świata: Tahiti. Gauguin odpowiedział krótko: cetrum jest w moim mózgu.
Koszty recenzowania? Pierwszy raz spotykam się z takim wyrażeniem. ;)
Do czasopism grupy Nature zgłoszono w ubiegłym roku 1,5 miliona artykułów. Aby to obsłużyć muszą być zatrudnieni zawodowi redaktorzy, którzy sterują procesem recenzyjnym, rozsyłając prace do redaktorów merytorycznych itd. Ci redaktorzy muszą gdzieś siedzieć i na czymś pracować. Do tego dochodzą osoby utrzymujące systemy informatyczne obsługujące proces recenzyjny, bazy danych itd.
@Andrzej Jajszczyk
Mysle, ze komentarz @X to sarkazm.
:-)
Natomiast nalezy pamietac, ze nie wszystkie wydawnictwa dzialaja tak, jak grupa Nature.
Jest wiele bardzo dobrych czasopism, ktorymi kieruja towarzystwa naukowe, i gdzie nie ma redaktorow (editors) zatrudnionych na etatach, a raczej sami naukowcy pelnia te funkcje pro bono.
Te pisma oczywiscie rowniez maja swoje koszty i tam rowniez sa oplaty, a recenzenci rowniez recenzuja za darmo.
Oczywiście, że sarkam, można wyliczać koszty ale gdzieś czytałem, że realna kwota OA powinna wynosić kilkaset a nie kilka tysięcy euro czy dolarów. Tu potrzebne jest działanie międzynarodowe bo jesteśmy tacy głupi czy sterroryzowani przez publish or perish, że niektórzy znaleźli sobie biznes na tym. Chyba nie istnieje bardziej opłacalny legalny biznes: teks i recenzje za darmo ("czasopismo" nie utrzymuje "dziennikarzy"), tekst wysyłamy w Latexu i ONI nie muszą robić prawie nic co generuje koszty.
Od jakiegoś czasu piszę o takiej propozycji pozytywnej (w sensie, że jeśli wszystkie znane obecnie modele są złe, to co byłoby lepsze):
- nie ma czasopism
- artykuły publikowane są na otwartych platformach takich jak osf, arxiv, itd. (niekomercyjnych, mogą być natomiast dotowane)
- recenzje zamawiane są odpłatnie u firm tak jak zamawia się audyt albo certyfikat
- firma wybiera najbardziej kompetentnych recenzentów i płaci im
- przed recenzją art ma status jak pre-print, po recenzji jak artykuł w piśmie, a jego jakość, zamiast marki pisma, potwierdza marka certyfikującego
- koszty procesu są wielokrotnie mniejsze i dodatkowo sprawiedliwiej dystrybuowane
- dodatkowy plus to że możliwość porównania wersji przed i po recenzji byłaby wbudowana w system
Główne trudności
- jak ocenić prestiż publikacji?
---> prestiż publikacji wynika bezpośrednio z cytowalności artykułu oraz prestiżu firmy recenzującej (z wielu względów nie jest to idealne, ale nie gorsze niż obecne dziedziczenie przez artykuł prestiżu pisma)
- czy firmy recenzyjne nie powielą zachłanności i innych patologii wydawców
---> jest takie ryzyko, ale przynajmniej na początku startujemy z otwartej konkurencji a nie oligopolu
- skąd środki na recenzje mają wziąć naukowcy z biednych krajów
---> musiałby powstać centralmny fundusz, np. europejski
Moje doświadczenie jest takie, że jakość zapewnia editorial boad, w którym są uczeni specjaliści w dziedzinie, w zasadzie wystarczyło by aby czasopisma uwolniły się od korporacji i już można by znormalizować koszty i utrzymać prestiż, nawet jeżeli wymagało by to zmiany nazwy czasopisma (łatwo ustalić właśnie po edytorach, że jest to kontynuacja tego co znamy).
To prawda (cf. Lingua, NeuroImage, itd.). Jednak prościej byłoby, gdyby editorial boards stały się zamiast tego radami naukowymi firm certyfikujących, albo radami sekcji dziedzinowych.
Zgadzam się w 100%. NCN i inne polskie agencje grantowe powinny jak najszybciej wycofać się z wymuszania publikowania w OA.
Tak jak napisałem poniżej: NCN nie wymusza płacenia i publikowania w OA. Wystarczy położyć preprint w darmowym otwartym repozytorium. Publikować można normalnie, nie płacąc pół grosza za OA. Uprzejmie zachęcam do zerknięcia na mój niższy post.
Publikacje w ramach grantów NCN można składać w otwartym repozytorium na licencji CC BY. Ja osobiście kładę wszystkie prace przed wysłaniem ich do czasopisma na https://arxiv.org. Staram się publikować w jak najlepszych czasopismach, nie płacąc w nich za OA. Nie zapłaciłem nigdy nawet złotówki za OA z moich grantów. W raportach jako OA zamieszczam linki do preprintów na arxiv.org. NCN nigdy nie robiło mi z tej racji problemów.
A co na to czasopisma? Spotykałem się z tym, że ze względu na preprint nie chcieli mi przyjąć pracy ponieważ jest już dostępna za darmo w sieci.
Matematyczne. W moim środowisku standardem jest to, że wszystko składamy na arxiv. Żadne czasopismo nie robiło mi z tej racji problemów.
Co więcej, wiele czasopism wręcz zachęca, powtórzę: ZACHĘCA do tego, by wpierw złożyć preprint w bazie arxiv, a dopiero potem słać do czasopisma, najlepiej od razu z numerem preprintu.
No ale nie wszystkie. Co może wpłynąć na problem z opublikowaniem.
Znam czasopisma, które życzą sobie wycofywania preprintów. A mówiono mi, że są też takie, które nie opublikują artykułu, jeśli kiedykolwiek jego preprint był umieszczony w bazie z publicznym dostępem.
Nie jest to w sumie dziwne. Celem wydawnictwa jest zarabianie pieniędzy a sprzedaje ono pisma z artykułami. Jeśli jego produkty będą osiągalne za darmo gdzie indziej, nie wpłynie to dobrze na biznes.
Indywidualne doświadczenie nie obala ogólnej reguły, tyle z metodologii nauk naukowiec powinien wiedzieć.
Zgadzam się z prof. Jajszczykiem. Pane doktore, co mi je?
No nie?
Czekam aż ktoś uderzy się w piersi za ubóstwienie grantozy i monetozy (monetoza polega na utożsamieniu wyniku naukowego z ilością pieniędzy "przyniesionych" w projektach do uczelni czy instytutu badawczego).
To nie ubóstwienie, bo to nie kwestia wiary. To zwykła ekonomia. Jeżeli produktem umożliwiającym przeżycie są punkty i granty wszelakie, to konieczne (dla przetrwania) jest poszukiwanie tychże wszelkimi sposobami. Takie zbieractwo. na początek.
Potem, wraz z rozwojem społecznym, powstaje odpowiedni rynek i możliwy jest handel produktem, co prowadzi do społecznego podziału pracy. Wydajność systemu wzrasta.
Niektórzy się temu dziwią, ale ci są jak bakterie żywiące się żelazem, które się dziwią, że inne potrzebują związków tlenu.
Można przypomnieć: "Ekonomią głupcze".
To jak rynek ETS. Nikt grosza by za to nie dał gdyby nie wykreowano takiego rynku. Można się dziwić, ale ten ma się dobrze.
Pozdrowienia dla wątpiących w prawa Ekonomii bazujące na potrzebach.
Monetoza to jest to samo co grantoza, w ewaluacji liczy się kwota z grantów, nie mówiąc o kosztach pośrednich dla uczelni.