Myślenie o doskonałości nie powinno opierać się na wskaźnikach, na pokazywaniu, kto jest najlepszy. To pojęcie jest tak wieloznaczne i zależne od kontekstu, że trudno z niego czynić – jak chcieliby niektórzy – polską rację stanu. Dla mnie osobiście to bardziej refleksja nad tym, jak wygląda nasz zawód – mówi Karolina Zioło-Pużuk, sekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, podsumowując dla FA piątkowe sympozjum online.
W ostatni piątek ministerstwo zorganizowało sympozjum online pt. „Dyskurs o doskonałości. Dekonstrukcja krytyczna”. Wystąpili naukowcy z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Wrocławskiego, którzy z różnych perspektyw przyjrzeli się doskonałości naukowej.
Doskonałość w nauce wydaje się być czymś oczywistym, przecież ciągle o niej mówimy, zwłaszcza przy okazji ewaluacji, listy czasopism. Rzadko jednak mamy okazję, by porozmawiać, czym tak naprawdę ona jest i skąd się wzięła oraz jak powinna współgrać z polityką naukową państwa, a więc nie tyle doraźnie, co w dłuższej perspektywie czasowej – mówiła, otwierając spotkanie, wiceminister Karolina Zioło-Pużuk.
Choć pojęcie to stało się głównym organizatorem akademickiego dyskursu w ostatnich latach – przeniknęło wraz z zaczerpywanymi z Zachodu wzorcami reformowania systemu, a na dobre ugruntowało swoją pozycję po wprowadzeniu tzw. reformy Gowina – to jego obecność w nauce datuje się znacznie dłużej. Przypominając znaczenie dyskursu doskonałości w okresie transformacji ustrojowej, dr hab. Krystian Szadkowski z Pracowni Komunikacji Naukowej na Wydziale Filozoficznym UAM zaznaczył, że wbrew pozorom nie tylko opisywał on stan rzeczywistości, ale przede wszystkim tę rzeczywistość współtworzył. Jak zauważył, już w tamtym okresie bardziej pozwalał politykom uzasadniać ograniczenie publicznego finansowania badań, aniżeli przyczyniał się do realnej próby modernizacji systemu.
Zdaniem współautora raportu „Narodziny dyskursu doskonałości naukowej z ducha terapii szokowej” parametryczna ewaluacja jednostek naukowych została zaprojektowana jako tani i dostępny mechanizm pacyfikowania konfliktów o coraz bardziej kurczące się środki.
W latach dziewięćdziesiątych stworzono elementy oceny, które są z nami do dziś, a więc konkurencję, publikacje, sprowadzenie doskonałości naukowej do mierzalnej produktywności. Przełożyło się to na działanie i myślenie instytucji. W tym sensie doskonałość z języka modernizacji stała się strategią przetrwania i adaptacji do systemu, w którym nieustannie podcina się finansowanie – stwierdził Szadkowski.
W jego ocenie dyskurs doskonałości, spleciony z naturą nauki jako takiej i w jej imię toczony, sprytnie skrywał swój politycznie zaprogramowany charakter. Paradoksem, dodawał badacz, było uczynienie z doskonałości – terminu pustego, nic de facto nieznaczącego – polskiej racji stanu. Nie jest ona bowiem ani uniwersalnym ideałem, ani neutralnym narzędziem oceny jakości badań – podkreślał. To mechanizm, który wiąże ze sobą język stałej konieczności reform i racjonalizacji systemu z praktykami selekcji, hierarchizacji i kontroli.
Dlaczego w polskim systemie są same kije, a nie ma żadnych marchewek? To pytanie, które usłyszałem od kolegów z Turcji, oddaje cały sens dyskursu doskonałości naukowej. Właśnie w ten sposób „uporządkował” on nam naukę. Ponieważ nie tyle opisuje naukę, co ją organizuje. Przede wszystkim tworząc język dla urzędników i polityków, którzy w imię troski o jakość ustanawiają jednocześnie produktywność jako podstawową miarę wartości nauki. Zmiana tego stanu rzeczy wymaga przede wszystkim postawienia pytania o to, jaką rolę nauka ma odgrywać w życiu publicznym – zakończył Szadkowski.
Bądź doskonały albo giń!
We wspomnianym raporcie, który omawialiśmy też na naszych łamach, centralą figurą uczyniono doskonałego naukowca niedofinansowanego systemu. Spotkało się to z krytyką dr hab. Magdaleny Matysek-Imielińskiej z Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu Wrocławskiego. Model ten, jej zdaniem, jest próbą prywatyzacji publicznych problemów. Można odnieść wrażenie, mówiła badaczka, że to akademicy nie poradzili sobie z transformacją nauki i nie wiadomo z jakich powodów, może przez brak świadomości, wzmacniają teraz system, który ich ogranicza. Model ten, oceniła, stanowi wyraz oczekiwania od naukowców, że z czasem dojrzeją oni do reformatorskich rozwiązań doskonałościowych, staną się bardziej obrotni i konkurencyjni.
Dyskurs doskonałości i zrodzone z niego ostatnie dwie ewaluacje pokazały, że naukowcy są niedoskonali. Ale dlatego, że dobrze rozumieją czym jest nauka i cały czas bronią się przed uwewnętrznieniem narzuconej im logiki rywalizacji. Starają się ocalić możliwość uprawiania nauki, ale nie takiej, jak chcieliby ewaluatorzy – mówiła Matysek-Imielińska.
Jak zauważyła, architekci ewaluacji skonstruowali system bez wyjścia, którego efektem jest doskonały, w ich przekonaniu, naukowiec. W zasadzie nie ma możliwości wymknięcia się z tej matni: bądź doskonały albo giń. Naukowcy nauczyli się jednak umiejętnie ogrywać system, próbując ocalić etos zawodu i uzasadnić swoją rolę społeczną jako uczonego. Jak zauważyła badaczka, nie odbywa się to bezkosztowo. Ceną są nie tylko pochłanianie prywatne zasoby, i czasowe, i materialne, ale także alienacja wobec akademii i społeczeństwa.
Dekonstrukcja modelu doskonałości powinna dzisiaj polegać na terapii sprawiedliwości systemowej i po prostu przyznaniu, że system nauki tak naprawdę od samego początku nie był w stanie zapewnić warunków, by cokolwiek wytworzyć, a jedynie żyrował na swoim środowisku, wmawiając naukowcom, że na własne życzenie i z własnej winy są doskonałymi frajerami – przekonywała.
Jej zdaniem, o ile można jeszcze hasło „Naszym celem jest Zachód” uzasadniać w okresie transformacji, o tyle nie do obrony stało się ono po pierwszych reformach minister Barbary Kudryckiej. Nadganianie mitycznego Zachodu, oceniła, wynikało nie tyle z niedoborów finansowych, lecz przede wszystkim z braku własnych celów i ambicji. Jednym słowem z braku wizji na akademię i na rolę nauki, którą chcemy lokalnie budować.
Czy moje badania były doskonałe?
Pochwałę niedoskonałości wygłosiła z kolei dr hab. Iwona Kurz z Uniwersytetu Warszawskiego. Czy moje badania były kiedyś doskonałe? – zapytała na początek i od razu zastrzegła, że nigdy nie stawiała sobie takiego celu. Tradycja doskonałości jest chyba ostatnią, do której chciałaby się odwoływać. Jak zauważyła, doskonałość badań leży w ich niedoskonałości – stąd falsyfikacja, uwzględnianie innych interpretacji, ale także dopuszczenie porażki, przed czym nasz system się wzbrania. Tymczasem badania mogą się przecież nie powieść, co może być lekcją dla innych naukowców. Na to wszystko nakłada się jeszcze niedoskonałość współczesnego świata.
Nie jesteśmy słuchani, nie umiemy wyjaśnić, dlaczego zasługujemy na to, by nas wysłuchać. Tłumaczymy się ciągle z tego, dlaczego nasze badania wyglądają tak, a nie inaczej, dlaczego niekiedy sobie przeczą. Musimy się przeprogramować i to w fundamentalnym sensie, chociażby w kontekście zmian w technologiach komunikacji społecznej – nawoływała.
Zmiana polityki naukowej, mówiła, musi się dokonać po obu stronach, i badaczy, i urzędników, którzy nadają kształt akademickim praktykom. Dziś problemem jest daleko posunięta niedoskonałość instytucji towarzysząca doskonałości praktyk adaptacyjnych, które pozorują uprawianie nauki. Jeśli premiuje się jak najwięcej publikacji, to idziemy „na ilość”. Jeśli ustala się punktację czasopism, to szukamy tych z największą liczbą punktów. Nie ma to nic wspólnego z uprawianiem nauki.
Badaczka odniosła się też do głośnego ostatnio sporu lokalne vs. globalne, którego istotą – jej zdaniem – jest przesuwanie środków, których permanentnie nie ma. Można więc pomyśleć o tym, jak inaczej dysponować tymi funduszami, które są w dyspozycji.
Naszym zobowiązaniem jest tworzenie lokalnego języka komunikacji społecznej i tworzenie języka społecznego, w którym nauka odgrywa istotną rolę. Nie możemy zrezygnować z języka polskiego jako języka prowadzenia badań i nie jest to – jak chcą niektórzy – tylko kwestia upowszechniania czy popularyzacji, ale sprawa absolutnie fundamentalna – wskazywała.
Oczywiście, jak dodała, nie należy zaprzestawać publikacji w czasopismach anglojęzycznych, ale może, sugerowała, zamiast wspierać prywatne konsorcja zagraniczne, które od lat żyją z budżetu polskiej nauki, nie wydając grosza na jej promocję, należałoby zadbać w Polsce o stworzenie silnego wydawnictwa czy konsorcjum wydawnictw uczelnianych, które zajmie się rzeczywistym umiędzynarodowieniem i będzie wsparciem dla naukowców.
Wpływ społeczny i wielojęzyczność
O tym, jak praktyki ewaluacyjne nadają znaczenie, mówiła dr Kamila Lewandowska z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych (EUROREG) Uniwersytetu Warszawskiego. Przywołała badanie, w którym analizowano ponad 2,6 tys. opisów wpływu społecznego. Najbardziej eksponowane były w nich uchwytne efekty współpracy nauki z przemysłem, a więc gotowe produkty, licencje, wdrożenia. Tymczasem, jak zauważyła, w innych krajach tę współpracę definiuje się głównie przez nieformalne relacje (wspólne projekty, doradztwo, certyfikaty). Czy zatem właściwa jest teza, że w Polsce opracowujemy wyjątkowo dużą liczbę wdrożeń?
Nie, natomiast wpływ na to ma dowodowa logika naszego systemu ewaluacji – wymaga się potwierdzenia wpływu formalnymi dokumentami. Aplikacje są łatwiejsze do udowodnienia niż długofalowe relacyjne procesy współtworzenia wiedzy. Obecny system skłania zatem do raportowania tych osiągnięć, które najlepiej wpisują się w mierzalne wskaźniki. Sposób, w jaki trzeba sprawozdawać efekty, zmienia definicję samego wpływu społecznego – tłumaczyła badaczka.
Dodała, że na tym przykładzie najlepiej widać tzw. lukę ewaluacyjną, czyli niedopasowanie między tym, co mierzą wskaźniki stosowane w ocenie, a tym, na czym faktycznie polega praca badawcza. Ewaluacja, przekonywała, ma charakter performatywny, a więc poprzez nagradzanie określonych działań i osiągnięć kształtuje się zarazem praktyki badawcze, a przez to – w ogóle rozumienie jakości i wpływu badań naukowych. Konstatowała, że przy projektowaniu systemów ewaluacji nieustannie się o tym zapomina.
Na pomijany w dyskursie doskonałości aspekt wielojęzyczności w naukach humanistycznych i społecznych zwrócił z kolei uwagę dr Stanisław Krawczyk z Zakładu Socjologii Wiedzy i Kultury w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego. To nie tylko pisanie w języku ojczystym czy po angielsku, ale również w języku trzecim. W niektórych obszarach HS wielojęzyczność (i regionalność) jest normą – prestiżowe publikacje ukazują się np. po niemiecku czy francusku. Tyle że reformy z lat 2018–2019, wraz z towarzyszącym im dyskursem doskonałości, wspierały międzynarodową komunikację naukową głównie po angielsku. Inne języki i kultury akademickie zostały, w ocenie prelegenta, zmarginalizowane. Tymczasem wielojęzyczność w HS to nie tylko stosowanie różnych języków w różnych krajach, ale nawet w obrębie jednego: Stopień wielojęzyczności jest odmienny także w poszczególnych dyscyplinach – w psychologii więcej niż w historii publikuje się po angielsku, z kolei historia i archeologia (poza badaniami nad językami i literaturą), mają w Polsce najwięcej artykułów w tzw. językach trzecich.
Zdaniem badacza, warto to docenić. Po pierwsze, ze względów poznawczych. Każdy język, każda kultura akademicka inaczej patrzy na świat. Czytanie Heideggera po niemiecku jest czym innym niż po angielsku. Podobnie Kartezjusza po francusku. Ale są i inne powody. To rozwój współpracy badawczej z sąsiednimi krajami, ale też z krajami odległymi o zbliżonej pozycji geopolitycznej (np. część państw Ameryki Łacińskiej). To także kwestie strategiczne, jak np. dyplomacja naukowa w Europie Środkowo-Wschodniej. Wreszcie ostatni aspekt dotyczy prywatyzacji wiedzy w języku angielskim, czego doświadczyliśmy przy okazji pandemii COVID-19.
Jak mogłoby wyglądać wsparcie dla wielojęzyczności? Między innymi poprzez dostęp do publikacji w wielu językach, warto pomyśleć też o wskaźnikach ewaluacyjnych z baz danych, które w większym stopniu niż WoS i Scopus odpowiadają wielojęzyczności nauk HS. Również dobór recenzentów w konkursach grantowych mógłby być szerzej ukierunkowany niż tylko na angielskojęzycznych.
O tym, czego nie dostrzega dyskurs doskonałości, mówił natomiast dr hab. Andrzej Nowak z Zakładu Filozofii Nauki i Techniki na Wydziale Filozoficznym UAM. A nie dostrzega ludzi wiedzy, a więc aspektów równościowych, reprodukcyjnych, sensotwórczych, także wypalenia zawodowego, ale i nie widzi całej osnowy, która podtrzymuje wiedzę. To drugie jest powodem, dla którego zwalczanie fake newsów, dezinformacji jest tak nieskuteczne. Dyskurs doskonałości jest w kontrze do nas, naukowców – mówił. Wyniki prowadzonych przez niego badań jakościowych pokazały, że właśnie po 2018 roku uniwersytet przestał pełnić swoją organiczną funkcje społeczną, skupiając się niemal wyłącznie na wskaźnikach.
Widać w wywiadach wyraźne pęknięcie ontologiczne, nastąpił rozpad świata akademickiego na dwie niekomunikujące się rzeczywistości: oficjalną politykę sukcesu, gdzie królują strategie, punkty, ewaluacja, sprawozdawczość, oraz na codzienną, żmudną praktykę badawczą i dydaktyczną. To sprawia, że uniwersytet staje się „u-nie-wersytetem”, w którym biurokracja jest nadrzędna wobec wartości pracy akademickiej – raportował.
Naukowe Las Vegas
Na koniec głos zabrała wiceministra Karolina Zioło-Pużuk. Stwierdziła, że performatywny efekt dyskursu doskonałości naukowej (sama, jak przyznała, woli określenie „kształtujący”) widać najlepiej w patologiach systemu, który wypromował publikowanie ilościowe, drapieżne, byle po angielsku, bez dbałości o jakość, ze znikomą cytowalnością, ale za to nagradzane przez uczelnie i instytuty. Zmiany, które zaproponowała w nowej ewaluacji, mają premiować co innego.
Myślenie o doskonałości nie powinno opierać się na wskaźnikach, na pokazywaniu, kto jest najlepszy. To pojęcie jest tak wieloznaczne i zależne od kontekstu, że trudno z niego czynić – jak chcieliby niektórzy – polską rację stanu. Dla mnie osobiście jest to bardziej refleksja nad tym, jak wygląda nasz zawód – podsumowuje dla FA wiceszefowa resortu.
Właśnie w imię tak pojmowanej doskonałości wprowadzony zostanie II filar oceny, który pozwoli zobaczyć pracownika w całym ekosystemie, nie tylko od strony uprawianej przez niego nauki, ale też i warunków, w jakich to robi. Odpowiedzialność za ten drugi obszar leży już po stronie instytucji.
Będzie to dla nich swego rodzaju papierek lakmusowy. Wiadomo, poszczególne jednostki różnią się od siebie, ale jesteśmy w stanie pokazać, że są uczelnie czy instytuty, które będąc w gorszej sytuacji, potrafią zrobić więcej z posiadanymi zasobami także w kwestii tworzenia przyjaznego środowiska pracy. Mam nadzieję, że dzięki temu naukowcy zyskają o wiele więcej wolności, swobody – mówiła na spotkaniu Zioło-Pużuk.
Dodała, że ewaluacja oparta w dużym stopniu na ocenie eksperckiej ma być mniej uciążliwa zarówno dla administracji uczelni czy instytutu, jak i samych naukowców, ale też i znacznie tańsza od obecnej. Zadeklarowała, że chce odejść od mierzenia działalności naukowej jako celu samego w sobie.
Naukowcy znajdują się dziś w sytuacji, w której to podatnik płaci za ich badania, za możliwość publikacji wyników w renomowanych czasopismach, a później jeszcze raz – za dostęp. To naukowe Las Vegas, tyle że zamiast kasyn wygrywają zawsze zagraniczne koncerny wydawnicze. Jest to bardzo nie w porządku, a naszą bronią powinno być wzmacnianie naszych publikacji w międzynarodowym obiegu poprzez otwarty do nich dostęp – wskazywała.
Nie chodzi przy tym tylko o publikacje w języku polskim, ale też o angielskie opisujące polskie badania. Zapowiedziała, w zależności od dostępnych środków, nowy program dla czasopism dwujęzycznych.
Chcemy pokazywać polską naukę opisywaną w naszym języku, ale też po angielsku, która będzie otwarta dla wszystkich. Jeśli fundusze nam pozwolą, to w przyszłym roku uruchomimy specjalny program dla czasopism, które decydują się na artykuły polskich autorów w dwóch wersjach językowych i nie będą wymagały przy tym dodatkowych opłat. Oczywiście, nie od razu polska nauka stanie się lepiej widoczna, ale od czegoś trzeba zacząć i dlatego chcemy mieć własne, liczące się „wehikuły” na tej międzynarodowej autostradzie – deklaruje sekretarz stanu w MNiSW.
Oczekiwanym rezultatem tych działań, zdaniem wiceszefowej resortu, miałaby być w perspektywie najbliższej dekady rozpoznawalność kilku, kilkunastu czasopism w różnych dyscyplinach na rynku nie tylko europejskim, ale i światowym. – Tak, to ambitne założenie, ale realne – przyznaje Karolina Zioło-Pużuk.
Mariusz Karwowski
Wpisujemy w wyszukiwarkę frazę "Bezsensowny, ale widoczny zap***dol to świętość dla Polaków, felieton Jarosława Górskiego" i czytamy. Potem można to przemyśleć.
O "doskonałości" chcą dyskutować ludzie, którzy nie potrafią zachować podstawowej zasady prawnej naszej cywilizacji: prawo nie działa wstecz.
Kpiną jest fakt, że ministerstwo dyskutuje nad kształtem ewaluacji w czasie jej trwania. I z bezwstydną bezczelnością zapowiada, że lista czasopism będzie opublikowana po wakacjach, ale obowiązywać będzie od 01.01.2026.
Mało tego, do tej pory nie poznaliśmy wartości referencyjnych dla POPRZEDNIEGO okresu ewaluacji. Wartości, które powinny być znane PRZED jego rozpoczęciem, czyli 5 lat temu...
Byłem przekonany, że zapowiedź ministerstwa w sprawie listy czasopism była taka, że będzie to koniec pierwszego kwartału 2026, czyli za tydzień. Tu na FA czytałem!
W rzeczy samej
Ależ w Polsce jest doskonałość i to PERFEKCYJNA, a polega ona na MARNOWANIU ludzi zdolnych, którzy mogliby wiele zdziałać w dziedzinach ścisłych i przyrodniczych. Ale przecież co to może obchodzić p. Zioło-Pużuk, prawda? Co najwyżej odpowiedziałaby zapewne, że "jest jej przykro" itp. banialuki. Pani Zioło-Pużuk, podobnie, jak tych, co się wypowiadali w tym artykule, są ustawieni w świecie akademickim, i ich to nic nie obchodzi. Im będzie co najwyżej "przykro", hahahhaha...
Szanowna Pani Sekretarz Stanu, ten stan, to częściej jest chyba stan co najwyżej walencyjny, a rzadziej przewodnictwa, używając terminologii z zakresu fizyki. Polski system nauki i szkolnictwa wyższego, to takie kiepskie złącze izolator-półprzewodnik.
Odnoszę wrażenie że prawdą jest teza iż " wszystkie zwierzęta są sobie równe ale niektóre są równiejsze ".
Wreszcie wykrystalizowała się jasna koncpecja ministerstwa. Cywilizowany świat będzie robił badania, a my będziemy robić ich dekonstrukcję. Po polsku.
Doskonałość nie istnieje, niezależnie poglądu autorów od tego koślawego tłumaczenia angielskiego słowa "excellence". Nauka w dziedzinie zrozumienia zagranicznych wyrażeń mogłaby się bardziej postarać.
Zapoznając się z relacją z owego dictum o niedoskonałej doskonałości, trudno oprzeć się wrażeniu, że biorący w nim udział naukowcy wzięli sobie do serca stalinowską zasadę, iż kadry decydują o wszystkim.
Stąd ów specyficzny słowotok, który zgrabnie zastąpił głośny poklask pod łaskawym okiem delegowanej na spotkanie wiceministry z resortu nauki. W tym orwellowskim spektaklu jedna z mówczyń wystąpiła niemal jako kapłanka nowej liturgii, dokonując publicznego uświęcenia niedoskonałości. Reszta audytorium, zachowując milczącą solidarność z tym aktem kapitulacji, de facto utożsamiła rzetelność badawczą z ewaluacją parametryczną.
To smutny dowód na to, że na ołtarzu punktu i grantu nauka ochoczo ogłasza własną porażkę jako statystykę sukcesu. Widać tu hołd niewolniczy złożony wiceministrze – wyraz gorliwości przed władzą, która dla świata akademickiego ma już tylko ostentacyjną pogardę, kierując do debaty z profesorami urzędnika o znacząco niższej randze naukowej.
Na szczęście, jak w przypowieści, znalazły się panny roztropne, które nie zapisały się na ten online’owy seans, zachowując oliwę rzetelności w swoich lampach. One nie musiały stać w kolejce pod drzwiami weselnymi systemu, bo wiedziały, że cena wejścia to utrata twarzy.
Do ~Tadeusz B. Hadaś 24.03.2026 04:28
Po przeczytaniu powyższego kawałka, cytuję: „Widać tu hołd niewolniczy złożony wiceministrze – wyraz gorliwości przed władzą, która dla świata akademickiego ma już tylko ostentacyjną pogardę, kierując do debaty z profesorami urzędnika o znacząco niższej randze naukowej.” opadły mi ręce. Z tego kawałka wynika jednoznacznie, że Pan Tadeusz uważa, że doktor jest niegodny dyskutować z profesorami. Jest to, moim zdaniem, wyraz, jak pisze pan, hołdu niewolniczego przed tytułami.
"Kadry decydują o wszystkim” to slogan przypisywany Leninowi. Ale fakt, Stalin go spopularyzował. Ale tym niemniej jednak Lenin :-)
Do ~rkaminski85 24.03.2026 09:59.
Stalin wdrożył to hasło, płacąc absolwentom techników po przyjęciu do pracy dziesięciokrotność stypendiów. Absolwentom uczelni wyższych jeszcze więcej. W Polsce absolwenci tak zarabiają jedynie w medycynie. Co prawda, następcy Stalina, jak liczba wykształconych wrosła, zmienili to i inżynierowie zaczęli zarabiać mniej, niż ich podwładni.
No nie wiem.
Doskonałość najbardziej mi się kojarzy z ciałem doskonale czarnym, które możemy sobie wyobrazić jako np. maluteńki dołek pokryty sadzą ;-)
Centra doskonalenia (naukowców, sportowców i kierowców) - może być.
Centra doskonałości (naukowców, sportowców i kierowców) - bardzo źle.
No, jak Pan wie, ciało doskonale czarne pochłania wszelkie promieniowanie. System nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce (wliczając w to m.in. centra doskonałości, czy doskonalenia), pochłania też wszelkie środki, jakie do niego wpadną, więc podobieństwo jakieś jest na pewno.. ;=)
Już pisałem: centrum doskonałości to niezdarne tłumaczenie określenia centre of excellence. Może i okrzyk 'excellent!' da się przetłumaczyć jako 'doskonale!' ale leksykalnie słowa te mają inne znaczenia. Nie jest najgorsze, że Polska jest pawiem narodów i papugą, najgorsze jest, że jest nieudolną papugą.
Nazwa śmieszna i nieadekwatna. To fakt. Nie jestem jednak pewien czy jest to nieudolność czy ominięcie? Bywa, że ludzie zainteresowani określoną działalnością nie chcą nazwać jej tym, czym faktycznie jest. Myląca i bezsensowna nazwa chroni ich przed krytyką, zwłaszcza uzasadnioną.
No nie wiem.
A czy nauka mogłaby się do czegokolwiek przydać państwu, reprezentującemu swoich podatników?
Do czegoś poza swoją własną "doskonałością", prestiżem, rankingiem, etc.?
Sztuka dla sztuki, to fajna, stara idea, ale to się robi na własny rachunek.
"Naukowcy znajdują się dziś w sytuacji, w której to podatnik płaci za ich badania, za możliwość publikacji wyników w renomowanych czasopismach, a później jeszcze raz – za dostęp. To naukowe Las Vegas, tyle że zamiast kasyn wygrywają zawsze zagraniczne koncerny wydawnicze. Jest to bardzo nie w porządku, a naszą bronią powinno być wzmacnianie naszych publikacji w międzynarodowym obiegu poprzez otwarty do nich dostęp – wskazywała."
W RZECZY SAMEJ
Jest w tym jakieś niezrozumienie, bo jak podatnik płaci za możliwość publikacji, to nie płaci już za dostęp. A jak płaci za dostęp, to nie zapłacił za możliwość publikowania. Co oczywiście niewiele zmienia w wadliwym systemie, ale bądźmy precyzyjni.
Smutno się to czyta. Mimo przeżycia i aktywnego udziału w przygotowywaniu danych do ewaluacji czasów min. Kudryckiej i Gowina nie pamiętam, by żądano od nas doskonałości. Dążenia do doskonałości może i tak, choć raczej podnoszenia jakości. Oba hasła są czymś zupełnie innym niż 'bycie doskonałym'. Odrzucenie idei, że bycie naukowcem to dążenie do doskonałości, czyli do prawdy - bo ona musi być doskonała, a zatem nieosiągalna w pełni dla człowieka - rodzi pytanie: to co w zamian? Sugestia, że w zamian ma być ' refleksja nad tym, jak wygląda nasz zawód' jest mówiąc oględnie niezrozumieniem przedmiotu dyskusji. Z licznych słów wyłowiłem w zasadzie jedno: zmuszanie do pracy naukowej w obecnym stanie finansowania nauki jest złem. A oszukiwanie w miejscu pracy jest wyrazem społecznej odpowiedzialności naukowca. Strasznie to smutne i jednocześnie symptomatyczne. Bo wbrew podniosłym słowom, zdecydowanej większości pracowników nauki (nie naukowców, lecz pracowników nauki) żadne represje za systemowe bujanie w obłokach nie dotykają. Zarabiają tyle samo przeciętnie co ci, którzy jednak realizują marzenie o dążeniu do prawdy. Ba, śmiem twierdzić, że w ciałach administrujących dominują dziś ci, którym nauka ciąży. Co widać po kształcie dyskursu wokół ewaluacji. Jeśli więc już tak bardzo polska nauka nie chce być jako nauka w świecie współczesnym, to jaka chce być? Bo w tej relacji odpowiedzi nie znalazłem. Smutno.
Wszystko przez tłumacza, który excellence przetłumaczył jako doskonałość.
Lepiej mówić WYBITNOŚĆ I WSPANIAŁOŚĆ GALAKTYCZNA
Najlepiej to nie być pawiem narodów i papugą i posługiwać się własnymi kategoriami a nie tylko nieudolnie tłumaczyć.
"systemu, który wypromował publikowanie ilościowe, drapieżne, byle po angielsku, bez dbałości o jakość, ze znikomą cytowalnością, ale za to nagradzane przez uczelnie i instytuty."
Czy to autorefleksja o własnym dorobku Pani Minister?
System promuje publikowanie ilościowe? W jaki niby sposób? Czy Pani Minister rozumie w ogóle jak działają sloty? Właśnie slotoza jest zaprzeczeniem pracy ilościowej, przecież wystarczy mały wkład przyczynkowy aby zapewnić sobie wypełnienie slota i tzw. święty spokój.
Wreszcie ktoś pisze rozsądnie. Po komentarzach pisanych przez miernoty naukowe ktoś napisał jak jest. Teraz będzie ewaluacja co 5 lat i to 2N bez N0, a od jednej osoby będzie można wpisać 8 publikacji. Dla małych dyscyplin gdzie N jest 12 to 24 publikacje. Czyli 3 osoby zrobią całą robotę a reszta będzie udawać że pracuje naukowo. Gowin chyba posika się ze śmiechu jaka jest odpowiedź na krytykę jego ustawy. Najdalej 5 lat i połowa uczelni wyleci z rankingów światowych. Po co niszczyć naukę jak można ją oddać w ręce lewicy.
Ano właśnie. System slotów to w swojej istocie problem plecakowy gdzie limit slotów to tzw. plecak, a artykuły to przedmioty chowane do plecaka. Stąd celem systemu, co do zasady, jest nie maksymalizacja ilości artykułów a maksymalizacja ich jakości mierzonej ilością punktów. Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Problem_plecakowy