Wyobraźmy sobie miasto, w którym non stop wbija się łopaty w ziemię i zaczyna budowę kolejnych wieżowców. Koparki dudnią, media ogłaszają historyczne przełomy, inwestorzy klaszczą, mieszkańcy robią zdjęcia przy tablicach z nazwą inwestycji. Tyle że prawie nikt nie wraca, żeby wylać stropy, postawić ściany, założyć dach i okna. W efekcie miasto składa się głównie z głębokich wykopów, szkieletów fundamentów i… pustki, w której nie da się normalnie żyć.
Krist Vaesen, filozof z Uniwersytetu Technologicznego w Eindhoven, w książce Neomania: How Our Obsession With Innovation is Failing Science, and How to Restore Trust (2026) opisuje współczesną naukę właśnie w taki sposób. Nie chodzi o pojedyncze wpadki ani o lenistwo poszczególnych badaczy. To systemowy polikryzys – splot kilku nakładających się na siebie załamań. Wyników badań nie udaje się powtórzyć w innym laboratorium. Metody są słabe, statystyka kuleje. Coś działa w jednym miejscu, a w innych już nie. Najpiękniejsze odkrycia z laboratorium nie przekładają się na realne życie. Brakuje spójnych teorii, które trzymałyby całość w ryzach. Te problemy widać w psychologii, ekonomii, medycynie, neurobiologii, ekologii, tak naprawdę w większości dziedzin nauki.
Jednak widząc ów smutny obraz, Vaesen wcale nie zaczyna od moralizowania. Pokazuje, skąd się to bierze: wszyscy – naukowcy, uczelnie, agencje grantowe, media – najbardziej nagradzają nowość. Słowa „nowe”, „innowacyjne”, „przełomowe” wygrywają z „solidnym”, „sprawdzonym”, „powtórzonym”, „użytecznym w praktyce”. To nie wina złych charakterów, to po prostu logika systemu. Nowość przyciąga uwagę, uwaga liczy się w cytowaniach, cytowania budują karierę, granty, awanse. Dlatego nawet dobry wynik musi być dobry i nowy albo nawet odwrotnie.
A co z pracami, które są nudne, ale niezbędne? Tak jak powtórzenie cudzego eksperymentu. Sprawdzenie, czy efekt działa też gdzie indziej. Dopracowanie narzędzia pomiarowego. Budowanie spójnej teorii z wielu puzzli. Vaesen nazywa to czerwoną strefą – tam właśnie wiedza naprawdę dojrzewa i staje się wiarygodna. Tylko że systemowo jest spychana na margines, bo jest „wtórna”, żmudna i mało efektowna w oczach mediów i komisji grantowych. Dzieje się to nawet w ekologii, gdzie lokalność jest kluczowa dla zachodzących procesów. Największy problem nie leży nawet w tym, że niektóre replikacje wypadają słabo. Największy dramat polega na tym, że ogromnej części literatury nikt w ogóle nie replikuje, więc nie wiemy, ile w niej prawdy, a ile złudzenia.
Czy istnieją rozwiązania? Zapewne tak, choć za Vaesenem ostrzegam, że proste recepty – poprawmy statystykę, wprowadźmy prerejestracje, zaostrzmy recenzje – leczą objawy, ale nie chorobę. Choroba jest osadzona głębiej, w ekonomii prestiżu i uwagi. Skąd się to wzięło? Choroba ta rozwija się całkiem długo, a Vaesen poświęca osobny rozdział historii neomanii – nazywają ją wręcz „krótką historią obsesji”. Już w XVII wieku, który historycy nazywają „wiekiem nowego” (Age of the New), nastąpił gwałtowny zwrot. Historyk Lynn Thorndike zauważył w połowie XX wieku, że w tytułach prac naukowych dramatycznie przybyło słów „nowy”, „niesłychany”, „niespotykany”. Wystarczy spojrzeć na klasyków: William Gilbert – New Physiology (1600), Johannes Kepler – New Astronomy (1609), Francis Bacon – Novum Organum (1620), Galileo Galilei – Two New Sciences (1638), Robert Boyle – liczne New Experiments. Ten trend objął niemal wszystkie dziedziny: od metodologii, przez astronomię i fizykę eksperymentalną, po chemię, anatomię i inżynierię.
Filozofowie przyrody tamtej epoki chcieli wyraźnie zerwać z przeszłością, z autorytetem starożytnych (głównie Arystotelesa), ze scholastyką i dominacją teologii w poznaniu natury. Bacon, jeden z symboli tego przełomu, obiecywał nową metodę, nowe organum poznania, nowe moce nad przyrodą, wiedzę, która da ludzkości realną władzę i poprawi byt materialny. To był program rewolucyjny: nauka jako narzędzie postępu, odkrywania nieznanego, budowania nowego świata. I rzeczywiście ta obietnica okazała się historycznie niezwykle płodna, dała impuls rewolucji naukowej. Z czasem jednak idea „nowości” została stopniowo uwięziona w logice wzrostu gospodarczego i globalnej konkurencji.
W XX wieku, zwłaszcza po II wojnie światowej, nauka zaczęła być postrzegana przede wszystkim jako motor innowacji technologicznych i wzrostu PKB. Modele takie jak liniowy model innowacji (od badań podstawowych do zastosowań) czy koncepcja Triple Helix (uniwersytety – przemysł – państwo) utrwaliły ten kierunek. W Stanach Zjednoczonych ustawy typu Bayh-Dole Act (1980) zachęcały do komercjalizacji wyników badań i patentowania. Nauka miała dostarczać innowacje, a innowacje napędzać gospodarkę. Presja na szybkość i nowość stała się tak wielka, że fundamenty sprawdzamy później… albo wcale. W biologii środowiskowej co chwilę ktoś ogłasza rewolucyjny mechanizm albo przełomową metodę. W medycynie co kilka miesięcy nowa wielka nadzieja na cudowny lek. Jednak to zjawisko wykracza poza naukę. Jak śpiewał Leonard Cohen: „nie ma lekarstwa na miłość”. Nie ma też prostego lekarstwa na naszą zbiorową miłość do nowości. System po prostu ją wykorzystuje.
Otwarte dane, otwarte kody, prerejestracje – to kroki w dobrą stronę. Jak ujął to Brian Nosek: otwartość nie jest potrzebna dlatego, że naukowcy są nieuczciwi. Jest potrzebna, bo są ludźmi – podatnymi na błędy poznawcze, presję, złudzenia optymistyczne. Ale otwartość usuwa przeszkody, nie tworzy jednak motywacji. Dane leżą otwarte, a mało kto je naprawdę ponownie analizuje, replikuje, testuje w nowych warunkach. Biblioteka już stoi, tylko prawie nikt do niej nie zagląda. Vaesen nie wierzy, że rynek publikacji sam wyselekcjonuje prawdę. W epoce neomanii selekcjonuje głównie powierzchowną uwagę.
Proponuje więc coś bardziej radykalnego: zorganizować naukę wokół dużych, wspólnotowych programów badawczych z jasno uzgodnionymi priorytetami. W takich programach czerwona strefa nie jest hobby idealistów, staje się zaplanowanym, szanowanym etapem. Potrzebujemy konferencji i spotkań, które szukają konsensusu i decydują, co warto doprowadzić do dojrzałości. Potrzebujemy podziału pracy, wieloletniego finansowania i instytucji, które traktują „pracę utrzymaniową” jako prestiżową. Brzmi to trochę naiwnie i zupełnie nieseksownie, sam autor to przyznaje. Nie ma tu romantycznego mitu samotnego geniusza. Ale najbardziej solidna wiedza zawsze tworzona była zbiorowo: replikacja, synteza, teoria to społeczna obróbka odkrycia. Neomania tę obróbkę rozbija, bo premiuje sprinty, a nie maraton.
Na koniec Vaesen rzuca cień na możliwości sztucznej inteligencji. To właśnie ona może przyspieszyć wszystko co najgorsze: szybsze pisanie tekstów niż ich sprawdzanie, skalowanie fabryk pseudonaukowych artykułów, jeszcze większy pęd za nowością. Ale może też pomóc: wyłapywać anomalie, robić błyskawiczne przeglądy literatury, wspierać powtarzalność. Kluczowe pozostaje jednak to, co Galileusz nazywał ślimaczym tempem i głębokim brakiem zaufania do własnych odkryć. Nauka potrzebuje instytucji, które w odpowiednim momencie potrafią powiedzieć: Stop! Teraz sprawdzamy poważnie. Nie ma prostych recept, a każda obietnica szybkiego rozwiązania śmierdzi szarlatanerią. Sam lubię nowości. Lubię ten moment, kiedy coś nagle zaskakuje, kiedy nieoczywiste łączy się z nieoczywistym. Ale najlepiej szukać takich połączeń, stojąc na twardym, sprawdzonym gruncie. Bo inaczej budujemy kolejne imponujące fundamenty, w których nikt nigdy nie zamieszka. Może najwyższy czas przestać być bananowymi dziećmi, które chcą tylko nowinek i zwolnień z nudnej roboty laboratoryjnej czy terenowej. Może czas pozwolić dorosnąć – sobie i nauce.
prof. Piotr Tryjanowski
Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu
Wprowadzenie zasad wolnorynkowych w nauce czyli wolnej konkurencji i wojny o granty nie uzdrowiło nauki tylko spłyciło. Wcześniej taki Galileusz szlifował soczewki, kradł cudze pomysły i organizował wędrowne pokazy eksperymentów fizycznych połączone z kwestą. Kiedy eksperymenty zrobiły się droższe model się załamał. Mój ulubiony przykład to przełomowa modernizacja przychodni zdrowia.
A co z dziedzinami w których w zasadzie nic nie jest replikowalne, jak w Architekturze a które muszą "robić naukę"...
W RZECZY SAMEJ
Jak to najczęściej bywa, mamy w miarę rzetelny opis złej sytuacji, która ma wiele przyczyn oczywistych i mniej oczywistych. Jeśli zaś idzie o receptę, to albo jej nie ma, albo jest chybiona. Co więcej, zdaje się, że z roku na rok, kolejne recepty są coraz gorsze. Lekarz jest tu własnym pacjentem w coraz gorszym stanie.
"zaostrzyć recenzje" - absolutnie źle.
Należy całkowicie znieść recenzje. Tylko wtedy da się dobrze zdiagnozować schorzenia i je wyleczyć.
Recenzja to dzisiaj nic innego, jak rozcieńczenie odpowiedzialności autora, rozgrzeszenie go i przypudrowanie jego wad.
Kiedy nauka nie potrzebowała recenzji i prestiżowych (czytaj iluzjonistycznych czasopism) miała się lepiej niż obecnie.
Jednym z elementów pozwalających sprawdzić czy badania naukowe zostały dobrze przeprowadzone, a ich wyniki prawdziwe jest... Ich wdrożenie. Jeśli działa w praktyce, w biznesie to nie muszą być one poddane innej recenzji.
Najważniejszym!
PCR, sekwencjonowanie DNA, NGS, lampa Roentgena, GFP, transformacja roślin za pomocą Agrobacterium, tysiące wspaniałych przykładów. Albo coś działa, albo nie działa.
Mamy też miliony badań wtórnych, niepowtarzalnych. Skąd to? Z renomowanych, recenzowanych i bardzo drogich czasopism. Nauka jest okradana. Jak można i gdzie tylko można.
Co zrobić, żeby nie było można?
@Paweł Płatek
To działa tylko dla wąskiej kategorii badań, które mają szansę być szybko wdrożone, a większość badań naukowych nie wpada w tą kategorię. Albo wpada, ale przez długi czas możemy o tym nie wiedzieć.
Bardzo sensowny tekst. W psychologii pogoń za nowością przejawia się ignorowaniem wielu wcześniejszych dokonań, cytowaniem prac najwyżej z ośmiu ostatnich lat (no, chyba, że to szacowny klasyk), wyważaniem otwartych drzwi, publikowaniem pod własnym nazwiskiem efektów dawno zaobserwowanych tyle że przez kogoś innego. Ma się wrażenie, że zarzut (przekonanie o ) niereplikowalności tylko wzmacnia te tendencje.
Zgoda w 100%
W duchu tego, co pisze pan profesor, może to niektórych zainteresuje:
Slow Science
https://www.slow-science.com/