Czy uczelnia ma prawo ingerować w treści prezentowane na prywatnych profilach swoich pracowników w mediach społecznościowych? Czy można wymagać od naukowców, by publicznie przedstawiali jedynie zweryfikowane naukowo informacje? W jakiej roli występuje naukowiec zabierający głos w mediach?
Wolność akademicka jest od zawsze jedną z fundamentalnych zasad systemu szkolnictwa wyższego i nauki. Na przestrzeni lat diametralnie zmieniły się jednak formy i kanały naukowego przekazu. Współcześnie wielu naukowców to także „influencerzy”, którzy swoje wykłady z sal akademickich przenoszą do mediów, popularyzując naukę, dzieląc się wynikami swoich badań, a niekiedy także… swoimi poglądami. Bardzo często stają się aktywnymi uczestnikami debaty publicznej, sama zaś nauka staje się „towarem”. I choć w oczach wielu wciąż są wiarygodnymi ekspertami, którzy wzbudzają zaufanie, to ich postawy i udział w niekontrolowanych, inkluzywnych dyskusjach w świecie online potrafią zniekształcić ten obraz. Siłą rzeczy oddziałuje to także na wizerunek całej społeczności akademickiej oraz systemu szkolnictwa wyższego.
Wraz rozwojem mediów społecznościowych, a co za tym idzie ze zmianami w sposobie komunikacji, pojawia się więc wiele pytań i wątpliwości związanych z granicami i współczesnymi wyzwaniami wolności akademickiej. Czy uczelnia ma prawo ingerować w treści prezentowane na prywatnych profilach swoich pracowników w „socjalach”? Czy można wymagać od naukowców, by publicznie przedstawiali jedynie zweryfikowane naukowo informacje? Czy uczelnia odpowiada za słowa swoich pracowników wypowiadających się z jej afiliacją? Wreszcie, w jakiej roli występuje naukowiec zabierający głos w mediach?
Do kluczowych wolności konstytucyjnych, które w istotny sposób się ze sobą łączą i wzajemnie przenikają, trzeba zaliczyć wolność słowa, a także wolność nauki, która obejmuje wolność badań, wolność ogłaszania ich wyników oraz wolność nauczania. Ustawa zasadnicza przyznaje tę wolność każdemu – niezależnie od jego wiedzy czy kompetencji. Nie zawęża przy tym środków ekspresji – można ją wyrażać na konferencjach naukowych, ale także tytułowym TikToku czy Instagramie. Ponadto konstytucja sama w sobie nie ocenia – wolność może obejmować także nieprawdziwe lub błędne teorie naukowe. Dość znamiennym i trudnym do oceny przykładem są tu kontrowersyjne poglądy czy teorie naukowe negujące Holocaust czy zbrodnię wołyńską. Co więcej, również na gruncie prawa cywilnego szeroko pojęta twórczość zaliczana jest do chronionych prawnie dóbr osobistych. W efekcie zarówno naukowcom, jak i innym osobom, które prowadzą działalność w sferze nauki w mniej formalny sposób, zapewnia się swobodę działania w tym zakresie i możliwość jej ochrony.
Dzięki temu różne teorie i poglądy naukowe ścierają się ze sobą na miltonowskim wolnym rynku idei, na którym w założeniu zwyciężać mają te z nich, które „odkrywają” prawdę. Niewątpliwie zatem wolność nauki odwołuje się do kategorii prawdy, a więc tej wartości, która jest motorem postępu cywilizacyjnego i rozwoju społeczeństwa. Dlatego nauka jest immanentnie związana ze swoją społeczną misją wyrażoną choćby w preambule do ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Również w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego stwierdza się, że wolność nauki jest szczególnie istotna dla pracowników naukowych oraz nauczycieli akademickich, a korzystanie z niej wiąże się ze szczególną odpowiedzialnością tych osób oraz szkół wyższych – odpowiedzialnością za świadczenie dydaktyki oraz uzyskiwanie wyników badań na możliwie najwyższym poziomie. W wyroku z 2009 roku TK wyraźnie podkreślił, że wolność powinna iść w parze z odpowiedzialnością, w szczególności w przypadku osób, które formalnie stanowią część świata nauki i których misją powinno być dążenie do owej prawdy.
Oczywiście wolność słowa czy wolność nauki nie jest wolnością absolutną. Konstytucja ustanawia zasady, zgodnie z którymi zapisane w niej wolności podlegają ograniczeniom. Po pierwsze może to mieć miejsce jedynie na podstawie przepisów ustawowych– nie można więc ograniczyć konstytucyjnych wolności w drodze rozporządzenia ministerialnego czy wewnętrznego statutu uczelni. Po drugie ograniczenia są dopuszczalne tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie w celu ochrony określonych wartości pozaprawnych – bezpieczeństwa państwa lub porządku publicznego, ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności praw. Na tej podstawie jest wiele regulacji prawnych, które zakazują pewnych kategorii wypowiedzi jako tych, które nie korzystają z ochrony. Za przykład mogą posłużyć chociażby przepisy Kodeksu karnego, które przewidują odpowiedzialność m.in. za znieważenie czy pomówienie Prezydenta RP bądź przepisy penalizujące tzw. kłamstwo oświęcimskie. Wydaje się również, że w tym duchu ustawodawca zdecydował się podnieść wymagania etyczne stawiane naukowcom i dydaktykom akademickim, przewidując odpowiedzialność dyscyplinarną za czyn uchybiający godności pracownika nauki czy nauczyciela akademickiego i dając tym samym uczelniom narzędzie do przeciwdziałania negatywnym postawom akademików.
Niemniej, od strony prawnej, wypowiedzi naukowców formułowane zarówno w publikacjach naukowych, jak i social mediach korzystają co do zasady z konstytucyjnej ochrony. Wolność ta została dodatkowo wzmocniona przez dodany w 2021 r. przepis, który wskazuje, że nie stanowi przewinienia dyscyplinarnego wyrażanie przekonań religijnych, światopoglądowych lub filozoficznych. Pomimo iż przepis ten stricte nie odnosi się do ogłaszania wyników badań, a zatem wolności nauki, to posługuje się nieostrym zwrotem „przekonań światopoglądowych”. Po pierwsze, pojęcie to wpisuje się w zakres generalnej wolności słowa, ale co więcej – w debacie publicznej daje naukowcom większą siłę do wyrażania swoich poglądów bez ryzyka negatywnych konsekwencji dyscyplinarnych czy służbowych.
Co istotne, przepisy prawa są niezwykle lakoniczne w zakresie tzw. afiliowania, a więc określania swojej naukowej tożsamości poprzez przynależność do danej jednostki naukowej. Pewne regulacje szczegółowe znajdują się w przepisach regulujących ewaluację działalności naukowej głównie odnoszących się do zaliczania osiągnięć naukowych poszczególnych osób na potrzeby tego procesu. Jednakże w duchu autonomii szkół wyższych w dalszym ciągu duże znaczenie mają w tym zakresie regulacje wewnętrzne oraz przyjęta praktyka akademicka, które powinny być stosowane w duchu współtworzenia danej wspólnoty akademickiej oraz budowania jej wizerunku. Być może jednak powinniśmy dążyć do wypracowania ogólnych zasad „afiliowania” na poziomie ustawowym, które odnosiłyby się do wszystkich członków danej wspólnoty akademickiej, z uwzględnieniem roli poszczególnych grup.
Dlatego poza aspektem ściśle prawnym jest także wymiar aksjologiczny. Naukowcy dysponują orwellowską bronią w postaci możności „mówienia innym tego, czego nie chcą usłyszeć” – a więc krytycznej oceny i formułowania konstruktywnych wniosków opartych na zdobywanej wiedzy. Ale tak jak wszyscy – nie działają w próżni. Celem samym w sobie nie może być więc niczym nieskrępowana realizacja przysługujących wolności, nieuwzględniająca w szczególności czasu, miejsca, wrażliwości odbiorców, formy, sposobu czy środka przekazu. Dlatego wypowiedź i postawa naukowca może być oceniana właśnie przez pryzmat tych właśnie okoliczności. Tu tkwić będzie sedno problemu, czy dochodzi albo nie dochodzi do nadużycia swoich wolności i praw. Tak naprawdę wydaje się, że stawką w wyważeniu interesów uczelni i poszczególnych naukowców jest obrona, a może nawet „przywrócenie” autorytetu naukowca w świecie, w którym „autorytetem” z nazwy może stać się każdy.
r.pr. Barbara Pietrzyk-Tobiasz
współpraca r.pr. Wojciech Kiełbasiński
Artykuł powstał we współpracy z Kancelarią dla Nauki
Autorką targają sprzecznosci. Powinna najpierw dojść do ładu sama z sobą.
Nauka nie ma wyboru, jeśli chce pozostać nauką, musi stać na straży wolności słowa. Nie ma dla nas świętości ani tabu, ani dogmatu. Nauka wynika z ciekawości i mówienia: sprawdzam.