Argumenty na rzecz inwestowania w naukę nie są traktowane jako istotne przez decydujących o polityce państwa. Mamy kłopot z tym, by przekonywać, że istotne jest nie tylko to, co pojutrze, ale też za kilka lat. Bo to właśnie w kształceniu na poziomie wyższym, w badaniach naukowych, decyduje się, jak będzie wyglądała nasza gospodarka, społeczeństwo, możliwości rozwoju za jedną, dwie dekady – komentuje projekt przyszłorocznego budżetu dr hab. Marcin Pałys, przewodniczący Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Cztery lata temu na posiedzeniu Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego prof. Marian M. Szczerek przedstawił prezentację o problemach finansowania nauki w Polsce. Jeden ze slajdów, dotyczący nakładów na B+R, opatrzony był tytułem „Dryf na płyciźnie”. I rzeczywiście, oddawało to w pełni sytuację, z jaką mieliśmy do czynienia w porównaniu ze średnimi nakładami w Unii Europejskiej, Izraelu czy Korei Południowej. Dziś, po czterech latach, mam poczucie, że znajdujemy się w tym samym miejscu. Perspektywy rysują się w ciemnych barwach, stąd nic dziwnego, że przypomina to trochę dryfowanie.
W obliczu zaplanowanego na przyszły rok budżetu trudno będzie zachęcać kogoś do pracy w nauce, zwłaszcza z uwagi na płace. Również prowadzenie badań może być ograniczone ze względu na niewystarczające środki dla agencji grantowych czy w ramach subwencji. Innymi słowy, dużo słyszy się o tym, że nauka, badania są ważne, ale jak przychodzi do konkretnych działań, to wszystko pozostaje jedynie w sferze wypowiedzi. Na środki adekwatne do znaczenia nauki we współczesnym świecie liczyć już nie możemy.
Myślę, że do osób, które podejmują decyzje dotyczące finansów państwa, wciąż z trudem przebija się przekaz, że suwerenność technologiczna, suwerenność w zakresie bezpieczeństwa nie istnieją bez możliwości szybkiego i właściwego reagowania na wyzwania. Patrząc choćby przez pryzmat bezpieczeństwa: jeżeli nie będziemy posiadali własnych możliwości rozwoju technologicznego i wdrożeń, to będziemy skazani na zależność w tym zakresie od krajów, które poszły inną drogą, czyli zainwestowały w badania i mają w związku z tym możliwość odpowiedniego reagowania na zagrożenia.
Brakuje też świadomości, jak potrzebna jest w Polsce wykształcona kadra. Potrafiąca robić nie tylko rzeczy rutynowe, ale przede wszystkim mająca innowacyjne pomysły na rozwiązania, których dotąd nie było. Wiele z takich osób, rzutkich, z przełomowymi tematami, narzeka na mało atrakcyjne perspektywy i to, że w innych krajach bardziej docenia się ich kompetencje, talenty niż w Polsce. I dotyczy to również krajów z naszego regionu, nie tylko USA czy Europy Zachodniej. Nakłady na naukę w odniesieniu do PKB są przecież w Polsce mniejsze niż w niektórych państwach byłego bloku wschodniego. Świadomość, że odcinamy sobie w ten sposób możliwość przyszłego rozwoju, jest ciągle niewystarczająca.
Argumenty na rzecz inwestowania w naukę, a nie tylko traktowania jej jako koszt, są od dawna bardzo dobrze znane w środowisku akademickim. Natomiast nie są traktowane jako istotne przez decydujących o polityce ogólnopaństwowej. To pokłosie tego, że w polityce króluje krótkoterminowość i chęć odpowiedzi już jutro na problemy, które pojawiają się dzisiaj. Tymczasem badania naukowe, ale też kształcenie, wymagają namysłu strategicznego. Mamy kłopot z tym, by przekonywać, że istotne jest nie tylko to, co pojutrze, ale też za kilka lat. Bo to właśnie w kształceniu na poziomie wyższym, w badaniach naukowych, decyduje się, jak będzie wyglądała nasza gospodarka, społeczeństwo, możliwości rozwoju za jedną, dwie dekady.
Takim kierunkowskazem powinna być polityka naukowa państwa. W tej chwili jest ona nowelizowana i ciekaw jestem, czy rzeczywiście stanie się priorytetem oraz na ile ten dokument będzie miał wpływ na polityki, które są rozwijane w innych obszarach działalności państwa. Stworzenie bowiem nawet najlepszego opracowania dotyczącego polityki naukowej nie przyniesie skutków, jeżeli będzie ono ignorowane przez na przykład politykę obronną, politykę przemysłową itp.
Obserwując działania innych resortów, wydaje mi się, że dominuje tam myślenie typu nauka to nie nasza sprawa, nie obchodzi nas. Powinno obchodzić, bo to jest jak najbardziej ich sprawa. Dlatego za kluczowe uważam w tym momencie podjęcie prób dotarcia różnymi kanałami do członków rządu, którzy odpowiadają za najważniejsze obszary prac rządowych – myślę tutaj np. o ministrach finansów, obrony narodowej, spraw wewnętrznych i administracji, infrastruktury – i przekonanie ich do zainwestowania części funduszy tych resortów w badania naukowe. Na dłuższą metę przyniesie to same oszczędności – nie będziemy musieli kupować pomysłów z zagranicy po to, żeby je u nas wdrażać, tylko sami stworzymy dla siebie możliwości rozwoju różnych technologii. Gdyby choć 1% z budżetu każdego ministerstwa zainwestować w badania, byłby to istotny zastrzyk w skali całej polskiej nauki.
Nie chodzi przy tym o to, żeby pieniądze, którymi dysponuje nauka, przekazać w częściach innym resortom, tylko odwrotnie – procent funduszy, pozostających w ich dyspozycji, niech trafia na badania naukowe. Może to wprawdzie spowodować rozproszenie środków, ale wywołuje to we mnie mniejsze obawy, niż to, że ogólnie słabe finansowanie zdusi wszystkie badania.
Za równie słuszny uważam także pomysł przekazywania pieniędzy na naukę przez spółki Skarbu Państwa. Również w ich interesie leży rozwijanie potencjału innowacyjnego. Sądzę, że głos środowiska naukowego skierowany do tych właśnie instytucji mógłby istotne przyczynić się do podjęcia przez nie właściwych decyzji. Wszyscy doskonale wiemy, że pozycja Polski, ale też i Europy, będzie zależała od poziomu innowacyjności i jej konkurencyjności wobec Stanów Zjednoczonych czy Chin. Czas rozwoju gospodarczego opartego tylko na sprawdzonych gdzie indziej technologiach i powielaniu ich już się skończył. Powinniśmy zdać sobie z tego sprawę wszyscy, a w szczególności ci, którzy decydują dziś o przyszłości naszego kraju.
Not. Mariusz Karwowski
Badania naukowe nierozerwalnie wiążą się z kształceniem. Wykształcenie jest podstawą wiedzy, która z kolei, ze swej natury, czyni ludzi wolnymi i odpowiadającymi za własny los. Naród pozbawiony wiedzy jest podatny na przesądy, demagogię i manipulację. Mamy tego przykłady w ostatnich latach, gdy widzimy, jakie sukcesy odnosi moskiewska dezinformacja w naszym kraju.
Konkluzją jest, że w ciągu ostatnich przynajmniej 70 lat żadnemu, lub niemal żadnemu polskiemu rządowi nie zależało, aby społeczeństwo broniło się przed dezinformacją i demagogią za pomocą rzetelnej wiedzy.
WSKAZANE BYŁOBY to wreszcie zmienić. W obecnej sytuacji Polski, wewnętrznej i międzynarodowej, jedyną alternatywą jest oficjalne przyznanie przez rządzących że tak, jak dotychczas, jest im wygodniej i że z tego powodu trzymają naukę w kraju na wyniszczających racjach.
Cyt."Badania naukowe nierozerwalnie wiążą się z kształceniem. "
Ależ tak... bardzo ładnie napisane, tyle że "w takiej dziwnej kraju" (mówiąc językiem Zulu-Guli), to kształcenie niejednokrotnie ma się do badań naukowych prowadzonych przez daną osobę, jak przysłowiowy "piernik do wiatraka". Sam tego doświadczyłem, prowadząc zajęcia z przedmiotów czysto informatycznych przez pierwsze 6 lat mojej pracy na uczelni (na której pracuję 21 lat), później też je prowadziłem, oprócz nich miałem potem także i kursy mniej lub bardziej "zahaczające" o moją działalność naukowo-badawczą. Jednakże, te zajęcia informatyczne nie miały NIC wspólnego z moimi badaniami naukowymi, które usiłowałem prowadzić (i od czasu do czasu, coś udało mi się w tych badaniach zdziałać). Jednakże, wobec tego, naturalnym jest pytanie: JAK BARDZO spadła wskutek tego, moja "moc przerobowa", zarówno jeśli chodzi o same badania, ale też i o zajęcia? TO SAMO pytanie dotyczy, rzecz jasna, także wielu innych pracowników naukowo-dydaktycznych z mojej branży (dzisiaj nazywają się "badawczo-dydaktycznymi").
Ja znajduję się w sytuacji jednocześnie bardzo złej i dobrej. Bardzo złej, bo jako naukowiec pozauniwersytecki dostępu do nauczania praktycznie nie mam, systemowo. System nie przewiduje. Tak, wiem, w każdej chwili mogę przyjąć jakiś półfikcyjny etat w wyższej szkole tego i owego i tam miałbym niby jakiś wpływ na kształcenie studentów, aha :-) A w dobrej dlatego, że ci nieliczni studenci, którzy przebili się przez bariery administracyjne i dotarli w okolice, gdzie grasuje nasz zespół, z marszu brali udział w naszych badaniach i niektórzy pewnie też zostaną naukowcami. Z pięciorga takich ostatnich stażystów czworo właśnie rozpoczęło doktoraty, i wcale nie wszyscy kontynuują to, co my robimy, zwyczajnie chcą robić naukę. Ale zdaję sobie sprawę, że do nas trafili najlepiej zmotywowani i że oni dostali się w krąg naszych działań dzięki temu, ze w naszym zespole jest też naukowiec z ich uczelni, świetny również jako dydaktyk. Więc można i uczyć i badać, tylko że w naszym przypadku jest to sięganie prawą ręką do lewego ucha i dostępne dla nielicznych. Uważam, ze nauka i wyższe kształcenie w Polsce jest fatalnie zorganizowane pod każdym chyba względem i w tym muszę się zgodzić z kolegą.
Gospodarka kraju opiera się na ludziach i to powiedzmy sobie wprost, obecnie w Europie - na tych wysoko wykwalifikowanych. Nie na drogach, nie na gmachach, nie na renowacji rynien, tylko na pomysłowych ludziach. Eldorado taniej siły roboczej już się kończy. Żeby coś sensownego wymyślić w dzisiejszym świecie, trzeba być przynajmniej na poziomie doktoratu. A więc cennym zasobem nowoczesnej gospodarki są doktoranci i naukowcy po doktoracie. Co do krajów byłego bloku wschodniego, potwierdzam, i Czesi, i Bałtowie oferują lepsze warunki pracy w R&D i na uczelniach. Ich firmy widzą, że mam PhD i same do mnie docierają. Za chwilę w Polsce nie będzie już młodych z kompetencjami do WDRAŻANIA bądź dostosowania CUDZYCH rozwiązań, nie mówiąc już o rozwoju własnych. 4700 netto za pełny etat w Warszawie – tyle rząd oferuje komuś, od kogo zależy gospodarka. Czy nasza klasa polityczna dostała ślepoty i nie zauważa, że bez należytego finansowania nauki zderzymy się ze ścianą? Na Zachodzie w polityce też króluje krótkoterminowość, ale tylko w Polsce pierwszą ofiarą krótkowzroczności jest nauka i szkolnictwo wyższe.
Cyt."Czy nasza klasa polityczna dostała ślepoty i nie zauważa, że bez należytego finansowania nauki zderzymy się ze ścianą?"
PRZEDE WSZYSTKIM, klasa polityczna z reguły ma NIKŁE pojęcie o tych dziedzinach, w które należałoby w pierwszej kolejności zainwestować (m.in. tworząc warunki dla rozwoju naukowego ludzi, którzy chcą w nich działać) tzn. dziedzinach ścisłych i technicznych.
Proszę popatrzeć: JAKIE WYKSZTAŁCENIE mają polscy politycy? Np. panowie Nawrocki i Tusk, przecież obaj są historykami z wykształcenia. A Pani Nowacka? Wg Wikipedii cyt. Pani Min. Nowacka "W 2006 uzyskała tytuł zawodowy inżyniera w zakresie informatyki w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych w Warszawie, a w 2013 tytuł zawodowy magistra na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. " No i cóż? Pomogło jej to w zrozumieniu wagi i znaczenia dziedzin ścisłych w kształceniu kolejnych pokoleń?
A pan Kosiniak-Kamysz? Z wykształcenia lekarz. Były prezydent pan Duda ? Prawnik. Itd. Itd. Tu historyk, tam historyk, czasem trafi się informatyk(czka), częściej znajdziemy ekonomistów, lekarzy, politologów, prawników, czy socjologów (patrzę tutaj także na członków POPRZEDNICH ekip rządowych). Czy ta ekonomia, historia, medycyna, politologia, prawo, czy socjologia też im w czymś pomogły, jeśli chodzi o zrozumienie wagi NALEŻYTEGO finansowania badań naukowych?
Pan dr Gowin jest filozofem, a był przecież ministrem nauki, NO I CO? Pofilozofował sobie? Wygenerował "ustawę o nauce 2.0", która nie przymierzając, okazała się takim swego rodzaju odpowiednikiem "Windowsa Millenium", jeśli chodzi o funkcjonalność. Jego poprzedniczka, pani dr hab. Kudrycka specjalizowała się w naukach prawnych, napisała chyba rozprawę habilitacyjną "pt. Dylematy urzędników administracji publicznej. Zagadnienia administracyjno-prawne". NO I CO? Pomogło to coś w dylematach tych biednych urzędników? A w dylematach, które dotyczyły i dotyczą finansowania badań naukowych?
Pan jest doktorem, a nie potrafi odróżnić profilu wykształcenia od bycia naukowcem? Minister Wieczorek był inżynierem, i co, poprawił poziom STEM w Polsce? Badania w naukach społecznych są relatywnie tanie, a przy tym bardzo potrzebne. Nie stać nas na laboratorium STEM, które będzie pustostanem, bo grant się skończy i młodzi bez etatu wyjadą. STEM pochłania mnóstwo zasobów, bo ciągle trzeba zwiększać nakłady, a my nie jesteśmy Szwajcarią. Żadne megalomańskie inwestycje w te wszystkie popularne w mediach AI, kwanty i kosmos nie mają sensu bez zwiększenia podstawowych wynagrodzeń w sektorze NiSW i tworzenia etatów na uczelniach badawczych dla młodych. PRACĘ NAUKOWĄ NADAL MUSI WYKONYWAĆ CZŁOWIEK.
Porażająca jest ignorancja na tym forum, jeśli chodzi o rozumienie, w jakim miejscu są nauki społeczne i jak wiele mogłyby wnieść do poprawy sytuacji kraju, gdyby rząd sfinansował przynajmniej jedno centrum badawcze nauk społecznych przy jakimś uniwersytecie - UW a lepiej UJ w Krakowie, żeby jak najdalej od pokus bieżącej polityki. Są socjolodzy i politolodzy z odpowiednimi kompetencjami, ludzie po stażach zagranicznych (social data science, empirical policy research). Niech robią te badania i rozwiązują problemy! Uważajcie z tą pogardą wobec HS, bo wyjadą ostatnie osoby zdolne do pracy badawczej w tych dyscyplinach. A tylko one mają warsztat do analizy danych i proponowania polityk na poziomie państwa, nie mylić z "ekspertami od wszystkiego" w mediach. Inaczej będziemy skazani na znudzonych emerytów, co opowiadają o swojej ostatniej monografii z 2007 roku i jaki był dobry koniak na konferencji w Czechosłowacji.
Wyżej wspomniane firmy zajmują się analizą danych społecznych (sic!), nie żadne AI laby. Czyli za taką ekspertyzę się płaci w krajach byłego bloku wschodniego, tylko nie w Polsce, bowiem tutaj już osiągnęliśmy szczyt i teraz będziemy z niego lecieć - na pysk!
Nie potrzeba być naukowcem, żeby zrozumieć wagę i znaczenie badań w tej, czy innej dziedzinie. Einstein został zapytany kiedyś przez Infelda (wybitny polski fizyk), dlaczego jest tak niechętny mechanice kwantowej, mimo że sam przecież ją współtworzył na początku. Odparł, że traktował ją, jako konieczność, a nie sądził, że inni zamienią ją w cnotę.
Otóż, w Polsce uczyniono CNOTĘ z pisaniny o-siamtym-i-owamtym, i podniesiono ją do rangi działalności, która ma być zawsze uznana za naukową i finansowana tak, jak np. działalność w chemii, fizyce, czy matematyce. Tak ma być i basta. RÓWNOLEGLE, MARNUJĄ SIĘ ludzie, którzy mogliby naprawdę dużo zdziałać w chemii, fizyce, czy matematyce, i nierzadko ich działalność też nie pociągnęłaby za sobą dużych kosztów. Wystarczyłoby dać im etat, 4000 PLN "na rękę"na dobry początek, i mają działać. NIE, nie da rady, bo... nie ma pieniędzy, bo... dana osoba nie jest "w klanie badawczym", bo... jej szef podpadł kiedyś establishmentowi naukowemu, więc cóż... są pozostawieni sami sobie. Jazda więc na bezrobocie lub do firm IT, czy do banków etc.
No to jest, jak jest. NIKT nie zadał sobie pytania: czy Polska może sobie na to POZWOLIĆ przy swoim budżecie.
NIE jestem humanisto-żercą, ani też zajadłym przeciwnikiem dziedzin społecznych. Jestem PRZECIWKO GŁUPOCIE marnowania talentów, przeciwko intelektualnej "cukrzycy", która od DEKAD toczy polską naukę i w ogóle, polskie społeczeństwo. Jestem PRZECIWKO szaleństwu, jakie ma miejsce w polskim systemie nauki i szkolnictwa wyższego. Miałem kiedyś sąsiada, który nie mogąc znieść, jak się marnują nie zrywane przez nikogo porzeczki, potrafił chodzić po sąsiadach i namawiać ich do zrywania. Przydałby się taki ktoś w Ministerstwie Nauki.
Pisze Pan m.in. "Minister Wieczorek był inżynierem, i co, poprawił poziom STEM w Polsce?" Sam pan min. Wieczorek, oczywiście, nie dałby rady chyba tego poprawić. Tyle, że pytanie, czy w ogóle tego CHCIAŁ, czy w ogóle chciał jakichś zmian.
No cóż, Ś.P. Pan Minister Handke był profesorem chemicznych, a ja widzę, że jako doktor, wiedziałem i wiem WIĘCEJ od niego, jak powinna być NAUCZANA fizyka. W każdym razie, ta profesura W NICZYM mu specjalnie nie pomogła w tym zakresie. Podobna uwaga dotyczy Ś.P. "wszechwiedzącej" pani dr Łybackiej, która była matematykiem z wykształcenia, jak też pana prof. dr hab. inż. Wittbrodta, który jest profesorem nauk technicznych. Każdy z tej trójki był swego czasu szefem MEN i... NIC to nie dało w połączeniu z ich stopniami naukowymi, jeśli chodzi o zapewnienie NAUCZANIA fizyki w szkole (zamiast tego, mamy jej ośmieszanie). A rezultat tego jest taki, że nie ma zajęć z fizyki lub jest ich bardzo mało, bo przeciętny maturzysta ma "gęsią skórkę" na brzmienie słowa "fizyka", więc jest problem z etatami dla fizyków, no to niekiedy likwiduje się kierunki "fizyka", a czasem nawet całe Instytuty Fizyki. Ale przecież, co tam, na inauguracjach wszyscy są uśmiechnięci i zadowoleni, więc co tam... nikt nie chce widzieć problemu.
"Porażająca jest ignorancja na tym forum, jeśli chodzi o rozumienie, w jakim miejscu są nauki społeczne i jak wiele mogłyby wnieść do poprawy sytuacji kraju, gdyby rząd sfinansował przynajmniej jedno centrum badawcze nauk społecznych przy jakimś uniwersytecie - UW a lepiej UJ w Krakowie, żeby jak najdalej od pokus bieżącej polityki. "
Niech się Pan nie łudzi, że bieżąca polityka będzie z dala od takiego centrum badawczego. To chyba zbyt łakomy kąsek. ZNAM wagę dziedzin humanistycznych i społecznych, sam głęboko interesuję się historią. Ale w Polsce ta cnota działalności w dziedzinach humanistycznych i społecznych przybrała, niestety, ZA DUŻE, rozmiary.
A młodzi owszem, tak jak Pan pisze, wyjadą, bo dużo kasy idzie m.in. na etaty dla filozofujących o-czymś-tam, czy dla piszących o korespondencji pomiędzy poetą X., a poetą Y, albo o działalności politycznej kogoś-tam.
Czy ktoś uważa, że tak ma być? DOBRZE, tylko należy to powiedzieć PODATNIKOM, niech się nie łudzą, że ich pieniądze są dobrze wydawane.
"tworzenia etatów na uczelniach badawczych dla młodych" - czyżby? I ci młodzi tak się będą rwali do pracy w NiSW widząc nędzne perspektywy, czyli sposób traktowania starszych stażem pracowników? Przeraźliwie płaską krzywą awansową i równie spłaszczone zarobki?
Pieniędzy nigdy nie było, niema i nie będzie. Dla każdego rządu nauka to koszt nie inwestycja.