W obecnie obowiązującym systemie, autorzy de facto płacą wydawnictwom za „znak jakości”, który gwarantuje, że artykuł ma określoną wartość, mierzoną w punktach ministerialnych czy impact factorowych. Płacą za to ogromne pieniądze. Jednocześnie tę jakość oceniają anonimowi, nieopłacani, często znajdowani na chybił trafił recenzenci. Trudno o bardziej absurdalną sytuację – o ważnym źródle patologii publikacyjnych pisze dr hab. inż. Paweł Kasprowski z Katedry Informatyki Stosowanej Politechniki Śląskiej.
W ostatnim czasie obserwujemy rosnącą falę oburzenia na naukowców, którzy korzystają z usług tak zwanych papierni (paper mills), które produkują masowo artykuły „naukowe” o bardzo niskiej jakości, jednak są w stanie opublikować je w liczących się wydawnictwach. Oprócz narzekań na nieetyczne postępowanie naukowców, można też przeczytać wiele krytycznych komentarzy na temat ewaluacji nauki, która – według krytyków – promuje „punktozę”, a więc rozliczanie naukowców na podstawie punktów uzyskanych za publikacje.
W całym tym sporze nie zauważyłem jednak krytyki strony naprawdę winnej istniejącemu stanowi rzeczy. Tą stroną są wydawnictwa publikujące wątpliwej jakości prace. Aktualny stan systemu wygląda następująco: autorzy przesyłają artykuł do czasopisma, czasopismo znajduje recenzentów, a potem na podstawie ich rekomendacji decyduje o publikacji (bądź nie) artykułu. Na papierze wygląda to rozsądnie, jednak zwrócić należy uwagę na dwa podstawowe problemy: czasopisma pobierają ogromne opłaty od autorów za publikację artykułu, z kolei recenzenci pracują zwykle za darmo (czasem za vouchery) i ich praca niespecjalnie liczy się jako dorobek naukowy (można się nim pochwalić w CV, ale nie ma za nią żadnych realnych „punktów”).
Przed powstaniem Internetu wydawnictwa utrzymywały się z subskrybentów. Dlatego wtedy istotna była wysoka jakość publikowanych artykułów, bo to przyciągało czytelników. W dzisiejszych czasach wydawnictwa utrzymują się z autorów. Powoduje to całkowitą zmianę priorytetów: w obecnym modelu biznesowym zamiast jakości artykułów (i liczby czytelników) wyznacznikiem powodzenia czasopisma jest publikacja jak największej liczby artykułów. To musi wpływać na obniżenie standardów.
Byłem redaktorem kilku wydań specjalnych (special issues) w czasopismach i wiem, jak trudno jest znaleźć kompetentnego recenzenta, który zgodzi się poświęcić swój czas, aby zapoznać się z artykułem i ocenić jego jakość. Nie dziwi mnie to, bo jako wielokrotny recenzent wiem też, że rzetelne recenzowanie jest bardzo czasochłonne i wymaga głębokiej specjalistycznej wiedzy z danej dziedziny. Z tego powodu recenzenci znajdowani są często „z łapanki” i poddawani presji czasowej. Coraz częściej możemy więc zaobserwować, że jakość recenzji jest bardzo niska, tym bardziej, że najczęściej są one anonimowe, więc recenzujący nie ponosi za nią właściwie żadnej odpowiedzialności. Do tego wraz z rosnącą liczbą przesyłanych artykułów (których często później nikt nie czyta) rośnie też zapotrzebowanie na recenzentów, co jeszcze pogarsza sytuację.
Dużo się ostatnio mówi o tak zwanych czasopismach drapieżnych (predatory journals), które publikują wszystko, byle tylko autorzy zapłacili. Jednak należy sobie jasno powiedzieć, że problem nie sprowadza się do ich wyeliminowania. Nie istnieje wyraźna granica pomiędzy czasopismami drapieżnymi a uczciwymi. Każda ich lista jest w dużym stopniu subiektywna. Można też wskazać wiele (zbyt wiele!) przykładów artykułów opublikowanych w „renomowanych” wydawnictwach, które nigdy nie powinny się w nich znaleźć (polecam liczne przykłady na https://forbetterscience.com/).
W obecnie obowiązującym systemie, autorzy de facto płacą wydawnictwom za „znak jakości”, który gwarantuje, że artykuł ma określoną wartość (mierzoną w punktach ministerialnych czy impact factorowych). Płacą za to ogromne pieniądze, stawki dochodzą do 15–20 tys. zł za artykuł. W wydawnictwie Wiley średnie APC to 2017 euro, maksymalne APC to 5640 euro (czasopismo Advanced Science), a 18 czasopism ma APC wyższe niż 3500 euro, czyli 15 tys. zł za artykuł. W periodykach Elseviera średnie APC wynosi 2770 euro, maksymalne aż 9300 euro (blisko 40 tys. zł – czasopismo Cell). Ogólnie na liście Elseviera na około 2 tys. czasopism 497 (ok. 25%) ma APC wyższe niż 3500 euro, a więc ponad 15 tys. zł za artykuł.
Jednocześnie tę jakość oceniają anonimowi i bynajmniej nie opłacani recenzenci, często znajdowani na chybił trafił. Trudno o bardziej absurdalną sytuację. Przy tym stawką są ogromne pieniądze, nic więc dziwnego, że znajdują się ludzie organizujący „spółdzielnie” (ja zrecenzuję tobie, a ty mnie) albo gotowi po prostu zapłacić za pozytywną decyzję.
Rozwiązaniem może być tylko kompletna zmiana systemu publikacyjnego. W nowym systemie autorzy mogliby publikować swoje artykuły natychmiast i za darmo (w jakimś serwisie typu Arxiv.org) i dopiero później mogliby się starać o przyznanie „znaków jakości” jakichś wydawnictw. Recenzje byłyby jawne i podpisane przez konkretne osoby zatrudnione przez wydawnictwa i dobrze opłacane za wykonaną pracę. Wydawnictwa przestałyby być przedsiębiorstwami utrzymującymi strony www z artykułami, a stałyby się jednostkami zajmującymi się oceną artykułów, zatrudniającymi wybitnych specjalistów; oczywiście za tę ocenę mogłyby pobierać opłaty jak dotychczas, jednak ich odpowiedzialność za decyzję znacząco by wzrosła (a pieniędzmi dzieliłyby się z recenzentami).
Czy taka reforma jest możliwa? Oczywiście, wydawnictwa nie będą zainteresowane zmianą profilu swojej działalności. Jednak widzieliśmy już podobne bitwy w przeszłości: potężny przemysł muzyczny zaciekle walczył z pomysłem udostępnienia muzyki w Internecie, ponieważ zarabiał na płytach CD. Podobnie było, gdy wielkie studia filmowe sprzeciwiały się usługom streamingowym, ponieważ ich głównym źródłem dochodu były kina. W obu przypadkach „stare” przegrało z „nowym”, ale korporacje coś zyskały: udział w nowym modelu. Może i w tej sytuacji to się uda? W każdym razie na pewno bez takiej reformy wszelkie „apele”, „głosy oburzenia”, „rekomendacje” czy dodatkowe ciała kontrolne, które miałyby wykonywać ponowne (lepsze?) recenzje, nie poprawią sytuacji.
Paweł Kasprowski
Szanowni,
Bez listy MNiSW zapanuje chaos ..... czy tego chcemy ?
A wtedy dopiero dyskusji nie będzie końca ..... a nam szkoda przecież czasu na dyskusje.
Zresztą i tak najważniejsze są IF - nie ma innej drogi!
a Lista MNiSW wiele porządkuje!
Natomiast zasady Ewaluacji powinny być dopracowane.
Nie. Chaos zapanuje wyłącznie w departamencie ministerstwa decydującym o dotacjach statutowych. Jest to ten rodzaj chaosu, na który jestem gotowy. Zwłaszcza ze ministerstwo będzie i tam musiało się jakoś ogarnąć.
W rzeczy samej
Bez listy każdy "normalny" będzie publikował tam gdzie jego badania pasują i będą czytane. W istocie nic się nie zmieni bo tak jak teraz niektórych będzie stać na słaba a niektórych na dobre czasopisma (żeby stworzyć listę powinno się wiedziec co jest dobre a co gorsze, po co nam lista jeżeli to wiemy, przynajmiej specjaliści w danum temacie; a jeżeli tego nie wiemy to tym bardziej stworzenie listy jest niemożliwe). Ludzie są oceniani merytorycznie na postępowaniach awansowych. Dotychczasowa lista generuje patologię i cwaniactwo, z każdą inną też tak będzie, sprytny Polak zawsze coś wymyśli.
Bez listy MNiSW zapanuje chaos? Doprawdy? Mnie akurat chaos kojarzy się z kretyńskimi listami MNiSW a nie ich brakiem. A listy MNiSW muszą być kretyńskie, nawet jak nobliści będą je ustalać, bo nikt nie ma na świecie takiej głowy, by ogarnąć wszystkie dyscypliny naukowe.
Ja proszę pana w swej dziedzinie pracuję 40+ i życzę sobie, by listę pism, w których mi wolno publikować, ustalał ktoś, kto w tej akurat niespecjalnie szerokiej ale ciągle istotnej dziedzinie ma niemniejsze osiągnięcia. Co więcej - wymagam aby nie był anonimowy i ze swych decyzji się przede mą wytłumaczył. Mam wrażenie, że tak nie jest.
Niestety, kolejny raz FA nie chce zamieścić mój komentarz tam gdzie trzeba. Publikuję go w tym miejscu.
Do ~rozbawiony 23.02.2025 11:08. Pierwszy Pana komentarz: ~rozbawiony 22.02.2025 11:01, pojawił się po komentarzu ~Mateusz 21.02.2025 20:37 i dotyczył tego, że Pan zarabia kasę i nie ma czasu na wolontariat – to znaczy pisanie recenzji. Mój komentarz odnosił się do tej Pana wypowiedzi: ~PŻ 22.02.2025 15:03. Ja nie neguję tego, że Pan ciężko pracuje, bo napisałem: Niech Pan robi to wszystko, za co Panu płacą. Po prostu wskazałem na to, że Pan nie rozumie, co oznacza pojęcie wolontariatu. A teraz proszę przeczytać swoją wypowiedź ze zrozumieniem: „Jak się w życiu ma mało rzeczy do roboty, to można robić recenzje w czasie rzeczywistym. Ja do czołówki nie należę, a kalendarz na przyszły tydzień mam zapełniony od góry do dołu i nie zamierzam wywalać z niego rzeczy, za które mi dobrze płacą, by robić wolontariat.”
O co Panu chodzi. Przecież ja w wypowiedzi : ~PŻ 21.02.2025 13:10, od której wszystko to zaczęło się, podałem fakt nie do podważenia: „Na przykład, już 2 miesiąca leży kolejny mój artykuł w dobrym czasopiśmie, na razie jest tylko jedna recenzja z trzech.” Takich przykładów w poprzednich dyskusjach w FA jest multum. A Pan zaprzecza sam sobie, pisząc: „Więc sprawa jest prosta: żaden dobry naukowiec nie bierze recenzji z tak krótkim terminem.”, prawdopodobnie mając na uwadze 7 dni. A w następnym komentarzu Pan pisze: „Robiłem kilkaset recenzji i standardowy czas na jej wykonanie nie przekracza miesiąca, a faktyczny czas wykonania właśnie 2/3 dni.” Czyż to oznacza, że Pan nie zalicza siebie do dobrych naukowców, bo wyrabiał się Pan w tak krótkich terminach?
Po moim komentarzu o wolontariacie: ~PŻ 22.02.2025 15:03 Pan obudził się i najpierw zaczął tłumaczyć się: ~rozbawiony 22.02.2025 19:28, a następnie próbuje Pan mnie obrazić: ~rozbawiony 23.02.2025 11:08 o czytaniu ze zrozumieniem. Przeczytałem Pana komentarze i porównałem je, patrz wyżej. Wynika z nich, że Pan kręci. Raz pisze, że dobry naukowiec nie bierze się za recenzje w tak krótkich terminach, a następnie – że Pan jednak robi szybkie recenzje. A dalej tłumaczy się pracą na etatach oraz pełnieniem kilku funkcji. Ostatnie Pana zdanie mnie rozbawiło: „Jak Pan ma mentalnosć niewolnika pańszczyźnianego, cóż poradzić.” Panie, ja w swoim dość długim życiu w nauce widziałem kilku, a może nawet i więcej osobników, którzy robią coś tylko dla zysku. Sądzi Pan, że opracowanie kilkuset recenzji jest uzasadnieniem pogardzania innymi? Gdyby ja, tak jak zrobił to Pan, zacząłem chwalić się, w ilu projektach brałem udział, ile mam patentów lub ilu wypromowałem doktorantów, niektórzy z których są już po habilitacjach a nawet po profesurze, to Pan by nie gadał głupot, za które powinien Pan wstydzić się.
Panie rozbawiony, powinien Pan uświadomić sobie, że w nauce, w tym na uczelniach, nie wszystko da się przeliczyć na złotówki. Wiele rzeczy nie robi się za kasę. Na przykład, udział w posiedzeniach Rady Wydziały, Rady dyscypliny, innych komisji, recenzowanie prac dyplomowych, obrona prac magisterskich, doktoratów i wiele innych. Nawet za prowadzenie doktoranta dostaje się śmieszne pieniądze. Kto myśli o kasie, weźmie godziny nadliczbowe. Komy zależy na kształceniu młodych – wypromuje doktoranta.
Pomijając już fakt Pana braku umiejętności dodania komentarza (zaspamował Pan forum tym samym 4x!), sens całej Pana narracji kończy się już na pierwszym zdaniu:
"Pierwszy Pana komentarz: ~rozbawiony 22.02.2025 11:01, pojawił się po komentarzu ~Mateusz 21.02.2025 20:37 i dotyczył tego, że Pan zarabia kasę i nie ma czasu na wolontariat – to znaczy pisanie recenzji".
Nie, nie dotyczył. Wyraźnie jest w nim napisane, że nikt poważny nie bierze recenzji z tygodniowym terminem, bo ludzie poważni mają pozapychane kalendarze z pewnym wyprzedzeniem. Całe wynurzenia o niechęci do wolontariatu to już Pana zwidy. Więc obraża się Pan sam, próbując wciskać komuś w usta treści, które sam pan zmyślił. A już pomysł z braniem godzin nadliczbowych dla zarabiania jest totalnie absurdalny - to się opłacało 15 lat temu, teraz to 1/4 stawki rynkowej. Dla mnie może Pan robić wszystko za darmo, na wczoraj, i jeszcze dziękować. Przełożeni, wydawnictwa i minister się ucieszą.
Do ~rozbawiony 23.02.2025 19:44. I dalej Pan rozbawiony kręci. W komentarzu ~rozbawiony 22.02.2025 11:01 napisał Pan, cytuję: „Jak się w życiu ma mało rzeczy do roboty, to można robić recenzje w czasie rzeczywistym. Ja do czołówki nie należę, a kalendarz na przyszły tydzień mam zapełniony od góry do dołu i NIE ZAMIERZAM WYWALAĆ Z NIEGO RZECZY, ZA KTÓRE MI DOBRZE PŁACĄ, BY ROBIĆ WOLONTARIAT.” Ja jedynie zwróciłem uwagę, że Pan nie rozumie, co to jest wolontariat. A Pan w ostatnim komentarzu prawie dokładnie zacytował siebie, pomijając ostatni kawałek zdania o wolontariacie, cytuję: „Wyraźnie jest w nim napisane, że nikt poważny nie bierze recenzji z tygodniowym terminem, bo ludzie poważni mają pozapychane kalendarze z pewnym wyprzedzeniem.” Próbuje Pan wyjść z twarzą z poprzedniego komentarza, z którego wyciął Pan słowa o wyborach pomiędzy wolontariatem a dobrze płatnych rzeczach. Niech Pan jeszcze raz przeczyta ze zrozumieniem kawałek pierwszej Pana wypowiedzi, którą ja zapisałem dużymi literami. I co? W ostatnim komentarzu Pan pisze, cytuje: „Całe wynurzenia o niechęci do wolontariatu to już Pana zwidy.” W taki sposób udaje Pan, że to nie on napisał ten kawałek, zapisany dużymi literami.
Ośmielam się stwierdzić, że Pan znów gada głupoty, pisząc, cytuje: „Dla mnie może Pan robić wszystko za darmo, na wczoraj, i jeszcze dziękować”. Jak i w poprzednich komentarzach, Pan przekręca moje słowa. Przecież w ostatnim akapicie pisałem, cytuje: „Panie rozbawiony, powinien Pan uświadomić sobie, że w nauce, w tym na uczelniach, nie wszystko da się przeliczyć na złotówki. Wiele rzeczy nie robi się za kasę.” I przytoczyłem szereg obowiązków, wykonywanych, zgodnie z Ustawą, bez opłaty.
Na Pana głupie zaczepki też nie mam czasu. A obowiązki, które Pan raczył przytoczyć, są niczym innym, niż obowiązkami wykonywanymi w ramach etatu i opłacanymi w ramach etatu.
Pewne wydawnictwo znane wszystkim jako M... faktycznie daje możliwość darmowej publikacji artykułów naukowych (w zamian za vouchery rec.) i zupełnie za darmo je udostępnia naukowcom/społeczeństwu z całego świata!
ale niektórym się to nie podoba,
chyba wiadomo z jakiego powodu tak jest
Za dobrze się wpisują w logikę (patologię) systemu i powodują konkurencję. Tak nie wolno.
Stare "Stare Prestiżowe wydawnictwa" za chwilę za open acces (dostęp) zażyczą sobie grubych tysięcy $ już obecnie kwota ok. 5 $ dolarów/artykuł nikogo nie dziwi.
Proszę Państwa czy stać nas na ten prestiż i jak niektórzy piszą renomę?
odp.; Otóż nie stać nas!
Zajmijmy się patentami, badaniami, które realnie wpłyną na stan gospodarki i poziom życia społeczeństwa,
a nie prestiż zadufanej w sobie jednostki z Uniwerku.............
To prawda, natomiast te stare wydawnictwa, które tego nie robią, spadły w "prestiżu" do poziomu IF~1.5, w porównaniu z typowym poziomem dla co lepszych nawet z MDPI około 2.5. Mówię o niektórych czasopismach, które 20 lat temu były niekwestionowaną profesjonalną pierwszą ligą, najczęściej wydawane przez towarzystwa naukowe. To nadal jest ten sam wysoki poziom, trudno tam opublikować, ale czasopisma te zostały zagłuszone przez płatne openakcesowe chwasty. No i oczywiście puntracja ministerstwa stanowi odbicie tej sytuacji, ale o to mniejsza.
Bardzo dobra uwaga. I kolejna patologia powstanie jak ministerstwo powie: dobrze nie ma uznaniowości tylko impact factor. I tak, źle i tak niedobrze. Kolejny argument aby nie było punktacji ale nawyżej lista A i B bez punktów.
W tym roku w Polsce powstanie około 46 tysięcy artykułów naukowych. Ich wydanie będzie kosztowało budżet około 400 milionów złotych, które wyparują z naszego rynku, ponieważ polskich wydawnictw naukowych praktycznie nie ma. Można by za te pieniądze przyznać 800 grantów na badania eksperymentalne, które pozwoliłyby zespołowi 2-4 osób pracować na nienajgorszym poziomie przez 2-3 lat. Razem 64.000 lat wsparcia dla pracy eksperymentalnej / osobę. To ważne przeliczenie ponieważ w Polsce tylko 7% wnioskujących otrzymuje granty. Zatrudniamy około 98 tysięcy nauczycieli akademickich. Gdzie są pieniądze z budżetu, które powinny być wydawane na naukę?
Wracając do publikacji: czy nie lepiej by było pozwolić uczelniom na publikowanie na własnych stronach internetowych? Te strony i tak już są (od dawna), a ich potężna objętość zajęta jest zawartością nienaukową: sprawy administracyjne, wydarzenia sportowe i kulturalne, nagrody, którymi naukowcy chętnie wzajemnie się nagradzają, programy studiów, rzeczy mniej lub bardziej potrzebne, ale bardzo mało naukowe.
Mamy 50 tysięcy uniwersytetów na świecie i 35 tysięcy czasopism naukowych. To czas, żeby strona internetowa uniwersytetu stała się czasopismem naukowym – wreszcie czytanym. Czasopisma „naukowe” są już niepotrzebnym i kosztownym elementem systemu, stwarzającym dodatkowo taki problem, że przestajesz prenumerować, możesz już nie mieć dostępu do lat poprzednich. Wyrzucona praca, wyrzucane pieniądze.
Nie przesadzajmy, ja w tym roku będę mieć 3 artykuły. Nie zapłacę za open access i nie mam grantu. Wiele osób jest w podobnej sytuacji, więc nie przesadzajmy z wgdumanymi kosztami. Chyba że ktoś ma mało wartościowe badania to musi publikować tam gdzie trzeba płacić. Powinienem dostać podwyżkęza publikowanie w uzbanych czasopismach bez nadwyrężania budżetu naszego kraju :)
Bardzo dobry pomysł! Popieram w 100%
Szkoda pieniędzy na opłaty publikacyjne i open accessy!
Brawo!
Ktoś jeszcze myśli w tym kraju.
Kim jest pisarz lub dziennikarz, który płaci za to, że pisze i jeszcze dopłaca za "znak jakości"?
Czy nie przypomina to wynajmowania klakierów?
Artykuł to forma reklamy uczonego, autor licznych dobrych artykułów ma więcej szans na atrakcyjną posadę. Recenzja to ewaluacja artykułu, coś jak rating dla przedsiębiorstwa. ic nie jest za darmo a płaci ten, kto korzysta czyli - autor.
Do ~Przemo 22.02.2025 12:26. Cytuję: „Kim jest pisarz lub dziennikarz, który płaci za to, że pisze i jeszcze dopłaca za "znak jakości"? Czy nie przypomina to wynajmowania klakierów?”
Szanowny/a Panie/i, proszę wziąć pod uwagę, że badania naukowe oraz badacze, przy ciągłym podkreślaniu przez każdą z władz ogromnego ich wpływu na rozwój cywilizacji oraz wzrost dobrobytu społeczeństwa są praktycznie ignorowane oraz szykanowane przez władze. I to praktycznie od zawsze. Przypominam tu ze średniowiecza los Giordano Bruno.
Porównamy, na przykład, twórców disko polo oraz wynalazców. Twórca po napisaniu swojego utworu ma zastrzeżone prawa autorskie na chyba 50 lat i dostaje z tego tantiemy. Gdyby ktoś napisał coś zbliżonego, to może to grozić sprawą sądową o plagiat. Czasami słyszymy o tym lub czytamy w internecie. A co z wynalazcą? Po pierwsze, musi zapłacić już za złożenie zgłoszenia patentowego. Następnie za udzielenie patentu. Kolejne opłaty związane są z okresami ochronnymi na następne lata. Niby jeden, jak i drugi są twórcami. Jeden dostaje tantiemy, drugi płaci. Ten drugi, wynalazca, żeby jego patent był uznawany w różnych państwach, powinien tam opatentować wynalazek, płacąc za to w każdym z nich. Wyjątkiem jest UE, ale i tam trzeba zapłacić, żeby uzyskać patent europejski.
To samo z naukowcami i artystami. Publikacja utworu artystycznego w mediach daje autorowi kasę. Publikacja wyników badań wymaga kasy. Niby i tam, i tam kasa. Tylko artysta ją dostaje, a naukowiec płaci. Świadczy to o tym, że naukowcy, jak mawiał klasyk, „są gorszym sortem”, i to bez względu na ich poglądy polityczne lub ich brak. Co prawda, czasami za poglądy polityczne, wyznawane zgodnie z chwilowo obowiązującą linią, można dostać jakąś fuchę. Ale za publikację wyników badań i tak trzeba zapłacić.
Mądrzy ludzie tłumaczą to w taki sposób. Naukowiec publikuje informacje o zasadach, które i tak działają w naturze i nie potrzebują jego ingerencji, żeby istnieć. Artysta wymyśla coś takiego, co by bez jego udziału nie powstało. I to jest świetne uzasadnienie dla różnicowania twórczości artystów i naukowców.
Kazde spolecznosc naukowa ma kilka "swoich" czasopism/konferencji, w których publikowanie jest poważane. Obserwując od wielu lat polskich naukowców muszę stwierdzić, że 80-90% z nich nie próbuje należeć do takich społeczności. Uprawiają pseudo-nauke, a fakt, że oceniają się nawzajem, zapewnia im awanse zawodowe. "Polscy naukowcy" nie naprawia tego systemu i nie zmieni tego żaden system recenzowania. Poważne czasopisma nie maja problemów z rekrutacja najlepszych recenzentów, nawet wtedy, gdy im nie płacą.
Przede wszystkim uczelnie nie powinny płacić APC a kupowane punkty nie powinny być uwzględniane w żadnej parametryzacji. Przez te wszystkie artykuły/komentarze/dyskusje o tym, że żeby opublikować za granicą (z IF), trzeba zapłacić, zrobiło się mylne przekonanie, że wszyscy tak działają (że z każdym artykułem wiąże się opłata). Tu także jest mowa o wielkich kwotach u różnych wydawców. Nikt nie wspomina, że można publikować wysokiej jakości prace, w uznanych czasopismach, za darmo!
Kiedyś otrzymałam pytanie, skąd mam pieniądze (tyyyle pieniędzy) na moje publikacje z IF. Odpowiedziałam: nie potrzebuję żadnych pieniędzy, publikuję w czasopismach, w których nie trzeba płacić. Są naukowcy tacy jak ja - tj. publikujący w uznanych czasopismach Elseviera, Emeralda czy Wileya bez żadnych opłat! Trwa to często 2-3 lata (od pomysłu do publikacji) a nie miesiąc-dwa. Płacenie za "Greka" czy "M...wiadomo co" to nieuzasadnione wydawanie często środków publicznych. Uznawanie tych publikacji w ocenach pracowników, przyznawaniu nagród np. rektora (najpierw uczelnia płaci za APC a potem finansuje pracownikowi nagrodę) czy parametryzacji uczelni to pomyłka.
Na jedno wychodzi, czy płacę za publikację czy za open acces!
Dla podatnika to jest to samo, czy płaci za artykuł czy za dostęp do niego!
Moim zdaniem jeszcze gorzej bo wyniki Polskich naukowców będą mogli "czytać" tylko zamożni naukowcy z USA lub innych krajów czołówki PKB...
Wyniki z polskich uczelni muszą być dostępne dla badaczy z tego kraju,
no chyba że aż tak niektórzy w "swojej wielkości" już odpłynęli ..........
Do ~Karolina 21.02.2025 18:55. Już pisałem o tym w FA. Na początku kadencji Gowina na stanowisku ministra od nauki po opublikowaniu artykułu w dobrym czasopiśmie z wydawnictwa na E… ze zdziwieniem zauważyłem, że ma znaczek „open access”. Przecież zrobiono to było bez mojej wiedzy i zgody! Zrobiłem rozeznanie i ustaliłem, że ministerstwo zapłaciło wydawnictwu za kilka tysięcy artykułów za to, że zaopatrzono je w znaczek „open access”. Otóż publikacja niby darmowa. A jednak kosztowała grube pieniądze podatników. A jakie jeszcze minusy? Czas od złożenia do opublikowania prawie rok! Pani Karolina, wysyłając do „dobrego darmowego czasopisma” swoje artykuły, nabija Pani nieświadomie kasy wydawnictwu! Ktoś powinien to Pani uświadomić. Pozwala mu Pani upokarzać siebie oczekiwaniem, kiedy wydawnictwo zlituje się nad Panią i od niechcenia opublikuje po roku Pani artykuł. A przy okazji Pani obraża, może nie do końca przemyślanie, tych, który nie zgadzają się na wielomiesięczne oczekiwanie łaskawie panujących starych wydawnictw, proponując, cytuję: „…kupowane punkty nie powinny być uwzględniane w żadnej parametryzacji.” W rzeczywistości Pani artykuły również są płatne, tylko z innego źródła. To co, Pani artykuły również nie uwzględniać w ewaluacji? Ależ by Pani obraziła się. Prawie nie ma obecnie bezpłatnych czasopism. Wydawnictwa stare zarabiają na wszystkim. Niech Pani przeczyta komentarze, w których wymieniono źródła ich zarobków. Po za znaczkiem „open access” są to subskrypcje, poprawa tłumaczenia, organizacja konferencji. Nie dalej jak wczoraj dostałem od IEEE zaproszenie na konferencję na Zanzibarze. Za publikację w wersji elektronicznej 6 stronicowego referatu liczą sobie 300 USD, pod warunkiem że sam przygotujesz tekst, a oni wkleją go do wirtualnej książki. Chyba to najłatwiejszy zarobek – kopiuj – wklej i masz kasę.
W wydawnictwach tzw. "Prestiżowych" - Ciekawe ile artykułów z Polski przyjęto bez opłat? i nie zapłacono open access?
Ktoś ma takie statystyki? że to niby autorzy nie zapłacili 5 tys $ za open access (pdf) lub 3,5 tys $ za opublikowanie 6 akapitów artykułu.
Proszę o statystyki!
Bo jak dotychczas był program ministerialny i opłacano pewną pulę artykułów/rok
Z drugiej strony bez opłat, nikt waszych artykułów/wyników nie przeczyta i nie zacytuje....
Ciekawe ilu wziętych Profesorów opublikuje bez open access (ok. 5 tys $/artykuł , czasopismo IF 4.0)???
Samo gadanie że płaci się za open access nic nie zmienia, i tak się PŁACI!
Do ~Rozsądek 22.02.2025 15:24. Na stronach biblioteki jednej z uczelni technicznych przeczytałem: 06.12.2024. Informujemy o zamknięciu programu publikowania otwartego OA Springer na 2024 rok, w związku z wyczerpaniem puli dostępnych artykułów. Wznowienie programu Springer będzie możliwe w 1. kwartale 2025 r. po przyznaniu przez MNiSW finansowania na 2025 r. i po podpisaniu nowej umowy z wydawcą.
Oznacza to, że prawie do końca 2024 r. artykuły, kierowane do tego wydawnictwa były publikowane w programie OS. To znaczy ministerstwo opłacało to.
Właśnie wysyłam artykuł do szanowanego wydawnictwa na E, mam zapłacić 3490 dolarów? Tyle kosztuje publikacja. Nauki przyrodnicze. ??? Proszę
Pani proszę przesłać tytuly czasopism gdzie nie muszę płacić.. Będę wdzięczny, też chce opublikować za darmo.
Z góry dziękuję
Prawie wszystkie z fizyki i matematyki, większość z nauk technicznych, połowa z ekonomii. W ekonomii jest submission fee a nie APC, w najbardziej prestiżowym piśmie (Journal of Finance) wynosi ona 525$. Chyba pana na tyle stać.
Potwierdzam, w dziedzinie nauki ścisłe i przyrodniczne nie płaci się (chyba, że za open access).
Świetnie, tylko pamiętaj, że w niektórych dziedzinach temat może się zdeaktualizować, jeśli cały proces będzie trwał 2-3 lata. Druga sprawa: w tym wydawnictwie na M... jak to Pani ujęła nie wszyscy płacą, więc proszę nie wprowadzać w błąd i nie oczerniać. Tym sposobem przyczynia się Pani do trendu, który polega na lobbowaniu przez duże koncerny wydawnicze. Proszę zobaczyć post PŻ. Bardzo się cieszymy, że Pani publikuje bez opłat, ale jak Pani myśli, że nie są płacone pieniądze podatników na rzecz tak szanowanych wydawnictw jak Elseviery, notabene opanowanych również przez papiernie, to jest Pani w błędzie. Proszę zobaczyć ile kosztują subskrypcję i ile uczelnie wydały na nie, ale co tam myślimy, że za darmo wszystko działa. Nie w dzisiejszym czasie, w którym króluje pieniądz. Kiedyś sobie to Pani uświadomi.
Bardzo dobrze.
Zakazać wszelkich opłat za publikowanie. Wtedy okaże się kto robi prawdziwą naukę.
Kolejna nieprawdziwa informacja, Pan myśli, że subskrypcje nie kosztują? W jakim celu powielacie Państwo takie informacje? Publikowanie nic nie kosztuje, a wydawnictwa żyją z wolontariatu ...
Proszę odróżniać "autor nie płaci" od "czytelnik nie płaci". Na szczęscie jest arxiv, chemrxiv, biorxiv, researchgate i scihub.
Proszę mnie nie rozśmieszać. Jakie to ma znaczenie, czy autor płaci czy czytelnik, podczas gdy częstokroć czytelnik jest autorem? Przecież subskrypcje wykupują uniwersytety, w których to autorzy czytają artykuły udostępnione z pieniędzy publicznych. Inna droga to umowy podpisane z wydawnictwami, typu Elseviery, Springer na duże sumy dla publikacji w OA. Ile pieniędzy polskich podatników poszło na to? Podsumowując, nie ma znaczenia czy autor czy czytelnik, uczelnie płacą czy to w formie dostępu czy w formie OA. Nie ma tu znaczenia wydawnictwo. W zasadzie każde z wydawnictw jest drapieżne, bo po prostu najzwyczajniej w świecie chce zarobić. Proszę Państwa, tu nie ma etosu, tu chodzi o kasę! Jak to zrozumiemy to faktycznie wtedy możemy wdrażać pomysły zaprezentowane przez pana profesora w niniejszymi artykule. Swoją drogą popieram je i liczę na wdrożenie, Pani Minister.
Proszę mnie nie rozśmieszać. Co to ma do rzeczy, czy płaci autor czy czytelnik, kiedy często autor = czytelnik? Przecież uniwersytety są często kupcami dostępu do artykułów albo mają podpisane umowy na OA z wydawcami. A autorzy są często pracownikami tychże uniwersytetów... Podatnicy płacą grube miliony tak czy siak niezależnie od trybu. I nic z tego nie ma w zasadzie. A nie przepraszam oprócz splendoru, że opublikowałem w czasopiśmie z IF 1500. Normalnie warto nad drzwiami sobie powiesić, na pewno to się przyda Polsce.
Proszę korzystać ze SciHub i tym podobnych, tylko tak chyba możemy się buntować jako autorzy (wolę kraść niż być okradanym, innej alternatywy w tej patologii nie ma; sprawa do rozwiązania chyba tylko międzynarodowo).
Proszę powiedzieć to ogromnej rzeszy uniwersytetów i politechnik, które mają podpisane umowy, co z tego, że ktoś będzie korzystał z tego (notabene niedozwolonego źródła), jak pozostali i tak wykładają pieniądze. To tak jakbym nie generował plastiku podczas gdy pół świata zaśmieca nim oceny.
Krótki artykuł, a wywołał tyle dyskusji.
Zainspirował mnie komentarz ~Chryzantem zlocisty 21.02.2025 05:00. Cytuję: „Wszyscy kupcie sobie dywan perski. Bez wyjątku. A potem zaopiekujcie się radzieckim jeżem.”
Jak już wspomniano o ruskich, to przypomniał mi się krótki kawałek ze starego, jeszcze radzieckiego, filmu o dziejach z 19 stulecia. A mianowicie, siedzą chłopi w knajpie i piją ulubiony trunek ruskich. I jak to przyjęto przy tym, toczą mądre dyskusje. Jeden z nich, mówiąc językiem naukowym, postawił taką oto tezę: „Gdyby zrobić wóz drabiniasty o 40 osiach i naładować go żelaznymi resorami, to ile potrzebne było by koni, żeby ruszyć go z miejsca?” Zaznaczam, że nie przepadam za ruskimi, ale mi, jako naukowcowi, wpadł w pamięć ten przykład niektórych dyskusji naukowych. Do czego zmierzam? Zarówno artykuł, jak i część komentarzy miejscami przypominają tą dyskusję filmową. Szanowni koleżanki i koledzy! Pamiętajcie, że Polska znajduje się obecnie poza 20 najbardziej rozwiniętych państw. Stąd również wynika nasz wpływ na różne istotne lub mniej istotne rzeczy, dziejące się na świecie. Dotyczy to również i wydawnictw naukowych.
Stary skostniały system publikacji naukowych w „dobrych” czasopismach stawiał autora na poziomie petenta. Czasopismo zmuszało go do wielomiesięcznego oczekiwania na recenzje. Bo recenzenci mieli nieograniczony czas na ich wykonanie. Na przykład, już 2 miesiąca leży kolejny mój artykuł w dobrym czasopiśmie, na razie jest tylko jedna recenzja z trzech.
Następnie po szybkich odpowiedziach na nie autor znów musiał czekać i czekać na decyzję. Po decyzji pozytywnej znów wiele miesięcy na publikację, bo na stronie czasopisma w dniu podjęcia decyzji już widoczne spisy treści kilku numerów, które zostaną opublikowane w kolejnych miesiącach. A gdy decyzja zapadła w III kwartale, nawet i w następnym roku. W taki sposób od złożenia do publikacji mijało do roku a nawet więcej. W ostatnich latach pojawiło się w „dobrych” czasopismach nowe narzędzie, stosując które odrzucają artykuł po kilku dniach lub nawet kilku godzinach z uzasadnienie „niezgodności z profilem czasopisma”. Obniża to wskaźnik przyjętych artykułów, który niby wskazuje na wysoką jakość ich pracy. A po jakimś czasie dostaję do recenzji artykuł dotyczący podobnych zagadnień, teraz już zgodny z profilem czasopisma. I nie wstydzą się wysłać mi go na recenzję, odrzucając pod wydumanym pretekstem mój artykuł.
A co zrobiły nowe wydawnictwa, nazywane obecnie „drapieżnymi”? Przeanalizowały wady starego systemu i wyeliminowały je. Wyeliminowali nieograniczony czas recenzji, skracając go do 7 dni. Przecież dochodziło do absurdu. Na przykład w niektórych czasopismach z wydawnictwa IEEE rozmiar artykułów ograniczany do 10 stron, w tym rysunki i literatura. Żeby to zrecenzować wystarczy parę wieczorów, a nie kila miesięcy. W starych czasopismach recenzent pracował w czynie społecznym. W tzw. „drapieżnych” za terminową recenzję dostaje się bonus, który obniża koszty kolejnej publikacji recenzenta. Redakcje tych czasopism „polują” również na autorów z wysokim hirshem, dając im prawo do darmowego publikowania. Ja, na przykład, w styczniu i lutym 2025 r. dostałem z różnych czasopism MDPI propozycje opublikowania 6 darmowych artykułów. O co im chodzi? Widząc mój wysoki hirsh, zakładają, że moje publikacje podbiją im cytowania, a szereg takich, jak ja, przyczyni się do wzrostu ich IF oraz CiteScore.
A teraz o odpowiedzi na to „starych dobrych” czasopism. Stare wydawnictwa wykupiły nowe wydawnictwa z biedniejszych krajów i zlikwidowały część ich czasopism. Po co? Przecież „nowe” czasopisma odbierali im kasę, o czym świadczą spadające IF starych czasopism. Pozostałe, w tym MDPI nie dało się wykupić, bo za nimi stoi druga potęga gospodarcza. Wtedy ogłoszono te wydawnictwa i ich czasopisma „drapieżnymi” i zaczęto je zwalczać. To jest geneza „drapieżności”. A to, że różne formalne i nieformalne organizacje w kraju oraz niektórzy naukowcy włączyli się do nagonki, jest nierozsądnym lobbowaniem za starymi wydawnictwami, które tracą zyski, bo są niekonkurencyjne w stosunku do nowych.
Widzę tu swoisty paradoks. My chętnie podchwytujemy pewne nowe trendy, na przykład, sztuczną inteligencję, pompujemy w nie kasę i szczycimy się tym. Natomiast rękoma, nogami i co najgorsze, umysłami, sprzeciwiamy się nowemu w publikacji naszych osiągnięć naukowych. Wspierając, tym samym, skostniały, często upokarzający naukowców, system starych wydawnictw, tworzących swoisty kartel, wstęp do którego dla obcych jest zamknięty. Co w tym najgorsze, że to zwalczanie tak zwanych drapieżnych czasopism podpięto i złączono z walką z papienikami. Papiernicy, ewidentnie, są plagą współczesnej nauki. Jednak papiernictwo, jak wynika z badań zachodnich, DOTYCZY W RÓWNEJ MIERZE STARYCH JAK I NOWYCH CZASOPISM (patrz: https://en.wikipedia.org/wiki/Research_paper_mill). W kraju, poza pojedynczymi nie do końca udowodnionymi przypadkami, takich badań nie wykonano. Natomiast krzyk o zwalczaniu, podkreślam, niesłusznie połączonych zagadnień papiernictwa i „drapieżności” niesie się zaczynając od różnych zrzeszeń rektorów, przez różne instytucje naukowe, ostatnio, na przykład, przez NAWA, kolegia rektorskie niektórych szkół wyższych aż do dyskusji pod wieloma artykułami w FA.
Szanowni Autor artykułu, koleżanki i koledzy. Powinniście dać sobie sprawę z tego, że wszystkie wasze mądre uwagi, że względu na miejsce naszej nauki na świecie nawet nie będą tam przeczytane. Nie mówiąc już o ich wdrożeniu. A jeżeli chcecie zrobić coś wyjątkowego na skalę krajową, czego będą nam zazdrościli na świecie, to pamiętajcie, że rower już wynaleziono. Tymi „rowerami” w nauce światowej są IF oraz CiteScore. Do wiadomości, ruscy wymyślili swój indeks. Słyszałem o tym, lecz nie wiem nawet jak nazywa się. Prawdopodobnie i wy też nie wiecie, a wiele z was nawet nie słyszało. Ruski indeks jest, ze względu na jego wagę w nauce światowej, podobny do naszych punktów w ewaluacji. Należy, jak mówią niektórzy politycy, „cofnąć się do tyłu” i wrócić do stosowanego przed rokiem 2018 sposobu automatycznego naliczania punktów na podstawie IF, bez żadnych niepotrzebnych ingerencji ekspertów. Może to być również CiteScore, ze względu na większą liczbę czasopism indeksowanych. W arkuszu Exelowskim można to zrobić w ciągu kilku minut. Wysoka komisja do spraw ewaluacji nie zrobiła tego w ciągu roku, choć zobowiązała się opublikować nową listę do końca 2024 r. Natomiast dla czasopism krajowych przywrócić listę B, pod warunkiem, że największa liczba punktów na liście B będzie mniejsza, niż dla czasopism z najmniejszymi IF lub CiteScore. I tu będzie pole do popisu ekspertów.
"Wyeliminowali nieograniczony czas recenzji, skracając go do 7 dni. Przecież dochodziło do absurdu."
I dochodzi dalej. Tylko do innego: wydawnictwa oczekują szybkiej i w miarę dobrej, ale co najważniejsze darmowej recenzji. I nie, vouchery nie są formą zapłaty za recenzję (ale rekompensaty już tak).
Problem w tym, że te sprawne czasopisma zapraszają naraz kilku-kilkunastu recenzentów, po czym gdy dostaną dwie, trzy recenzje to nie chcą już pozostałych recenzji.
7 dni to ultra mało na recenzję dobrej publikacji, szczególnie biorąc pod uwagę to, jak dobierani są recenzenci.
Niestety, z jednej patologii wpadliśmy w drugą.
Do ~maciej 21.02.2025 16:37
Cytuję: „7 dni to ultra mało na recenzję dobrej publikacji, szczególnie biorąc pod uwagę to, jak dobierani są recenzenci”.
Panie Macieju, a ile czasu potrzebuje Pan żeby napisać recenzję dobrego 10 stronicowego artykułu? 2 tygodnie? A może 3?, A może miesiąc? A może, jak w „dobrych” czasopismach – 2-3 miesiące lub więcej? Problemem jest to, że w kraju od dawien dawna recenzenci doktoratów, habilitacji i profesur czuli się nietykalni. Nowa ustawa (chyba to jedno z nielicznych pozytywnych jej osiągnięć, a może nawet jedyne) nieco zmieniła takie podejście, bo szef komisji habilitacyjnej musi pilnować terminów. Do zmian w ustawie znane były mi przypadki, gdy recenzje wpływały po pół roku, a nawet po 9 miesiącach. I żaden włos nie spadł z głów recenzentów. Bo tak znane i szanowane, wielce zasłużone mają tyle na głowie, że jacyś habilitanci lub kandydaci na profesorów mogą zaczekać. A w niektórych krajach UE za przekroczenie terminów recenzowania idzie się do sądu. A i po zmianie ustawy również zdarzają się kilkakrotne przekroczenia terminów. Przekroczenie terminów jest chamskie i poniżające w stosunku do oczekujących na recenzje. Pokazuje, że JA mogę wszystko, a ty, malutki, musisz siedzieć cicho i nie podskakiwać. Podobne nawyki przeciągania recenzowania widoczne w tych czasopismach, gdzie nie ma limitów czasowych. Mnie (recenzentowi) nie spieszy się, i ty (autor) zaczekasz. Przecież to chore – recenzja ponad 100 stronicowego doktoratu – do 2 miesięcy, recenzja 20 stronicowego artykułu – 3 miesiące.
Co do terminów recenzowania artykułów. Ja wolę dostać recenzje, nawet odrzucające, w krótkim terminie. W stosunku do wyników doświadczalnych nikt nie może mi coś zarzucić, bo są pewne i wielokrotnie sprawdzone. Mogą być uwagi do naszych interpretacji. Z poszanowaniem do recenzentów mogę praktycznie zawsze obalić takie uwagi w odpowiedziach i zdać się na decyzję redaktora.
Cytuję: „vouchery nie są formą zapłaty za recenzję (ale rekompensaty już tak)”. Nie pisałem, że jest to zapłata. W języku polskim jest na to świetne określenie – rabat, który uzyskujesz przy złożeniu artykułu.
Cytuję: „czasopisma zapraszają naraz kilku-kilkunastu recenzentów, po czym gdy dostaną dwie, trzy recenzje to nie chcą już pozostałych recenzji”. Po pierwsze, nie są mi znane takie praktyki. Po drugie, gdy dostajesz w poniedziałek rano artykuł na recenzję, pamiętaj, że w Chinach jest już koniec dnia roboczego. Jeżeli odłożysz napisanie recenzji na weekend i wyślesz w poniedziałek, to oznacza, ze minęło już siedem dób, a redaktor skończył tego dnia swoją pracę. I nie dostaniesz voucheru. Wysyłać recenzję trzeba po 3-4 dobach. Wtedy dostaniesz.
7 dni to czas zupełnie wystarczający na recenzję, bo recenzent nie ocenia, czy praca zasługuje na nagrodę Nobla, tylko czy spełnia minimalne wymagania postawione przez pismo.
Proszę mi wyjaśnić jakim cudem 7 dni, jeśli zakładamy, że przyjmuje Pan recenzje, to jest za mało?? Ludzie, na podstawie czego Wy to mówicie??Pierwsza sprawa: przyjmuje się recenzje, jeśli jest na to przestrzeń czasowa, a nie po to, by leżało. Mi wystarczą 2 dni poświęcone na artykuł, żeby ocenić nowość, jakość, opis sekcji eksperymentalnej, przedstawienie wyników oraz redakcję artykułu. Na jakiej podstawie Państwo opieracie to błędne założenie?? Jakim cudem w Springerowych czasopismach jest na przykład 10 dni i to jest ok, ale 7 dni to już za krótko? Jak to tak w 7 dni sprawdzić papier?
2 dni może i wystarczą, tylko trzeba mieć szansę znaleźć te 2 dni w przeciągu 7 najbliższych dni.
W przypadku publikacji, gdzie wyprowadzane są nowe modele teoretyczne, używane jest specjalistyczne oprogramowanie, a wyniki eksperymentów są interpretowane w oparciu o modele teoretyczne samo przeczytanie artykułu i sprawdzenie po łebkach jego dokładności to za mało, a przynajmniej dla mnie.
W takim przypadku zadaje sobie trud sprawdzenia czy autorzy nie popełnili (być może celowo) błędów rachunkowych, czy może istnieją inne modele, które mogłyby być zastosowane oraz czy nie dałoby się jeszcze ulepszyć manuskryptu.
Sprawdzam poprawność przedstawionych obliczeń, bo taka jest moim zdaniem rola recenzenta - wyłapać każdy, nawet najmniejszy mankament publikacji. To właśnie odróżnia dobre, rzeczowe recenzje od tych po łebkach, na które notabene wszyscy narzekają w przypadku recenzji z NCN.
W springerowych czasopismach jest 10 dni? Super, to dlaczego ostatnio w czasopiśmie Springera cały proces recenzyjny mojej publikacji trwał ponad 3 miesiące?
"2 dni może i wystarczą, tylko trzeba mieć szansę znaleźć te 2 dni w przeciągu 7 najbliższych dni".
Bardzo słuszne spostrzeżenie, ale wspomniane czasopisma to przewidują i opracowały sposób radzenia sobie z problemem. Musiały, jeśli chciały dotrzymać terminów, które obiecują autorom. Otóż redakcje od razu wysyłają artykuł z prośbą o recenzję do co najmniej dwukrotnie większej liczby potencjalnych recenzentów, po czym przyjmują pierwsze, które nadejdą, a pozostałym dziękują za pomoc. I tyle, działa.
Jak się w życiu ma mało rzeczy do roboty, to można robić recenzje w czasie rzeczywistym. Ja do czołówki nie należę, a kalendarz na przyszły tydzień mam zapełniony od góry do dołu i nie zamierzam wywalać z niego rzeczy, za które mi dobrze płacą, by robić wolontariat. A najlepsi mają kalendarz zapełniony na miesiąc z góry. Więc sprawa jest prosta: żaden dobry naukowiec nie bierze recenzji z tak krótkim terminem. I nie bez powodu tytuły ich wymagające mają artykułu na zasadzie "metoda trzyma się kupy, implikacji i nowatorstwa brak, bierzemy".
Śmiech na sali. Jakby każdy tak myślał jak Pan to nikt by nie recenzował prac. Ja podejmuje się recenzji w momencie kiedy mam względny czas na to. A na ten moment mam swój projekt z NCNu i biorę udział w projekcie NCBR oraz prowadzę dydaktykę i prace inżynierskie. Więc również mogę powiedzieć, że nie mam czasu, ale wiadomym jest, iż zawsze znajdzie się jakieś okienko o mniejszym natężeniu realizacji workpackage'ów projektowych albo zajęć dydaktycznych. Nie ma żadnego wytłumaczenia dla przetrzymywania prac przez pół roku. Jak ktoś może to podejmuje się recenzji i faktyczny czas na realizację recenzji to naprawdę 2/3 dni. W dobie powszechnego dostępu do informacji sprawdzenie pomysłu przedstawianego w pracy, czy jest nowością nie zajmuje długo. A ocena technicznych aspektów pracy dla eksperta to nie jest długi czas.
Niestety, kolejny raz FA nie chce zamieścić mój komentarz tam gdzie trzeba. Publikuję go w tym miejscu.
Do ~rozbawiony 23.02.2025 11:08. Pierwszy Pana komentarz: ~rozbawiony 22.02.2025 11:01, pojawił się po komentarzu ~Mateusz 21.02.2025 20:37 i dotyczył tego, że Pan zarabia kasę i nie ma czasu na wolontariat – to znaczy pisanie recenzji. Mój komentarz odnosił się do tej Pana wypowiedzi: ~PŻ 22.02.2025 15:03. Ja nie neguję tego, że Pan ciężko pracuje, bo napisałem: Niech Pan robi to wszystko, za co Panu płacą. Po prostu wskazałem na to, że Pan nie rozumie, co oznacza pojęcie wolontariatu. A teraz proszę przeczytać swoją wypowiedź ze zrozumieniem: „Jak się w życiu ma mało rzeczy do roboty, to można robić recenzje w czasie rzeczywistym. Ja do czołówki nie należę, a kalendarz na przyszły tydzień mam zapełniony od góry do dołu i nie zamierzam wywalać z niego rzeczy, za które mi dobrze płacą, by robić wolontariat.”
O co Panu chodzi. Przecież ja w wypowiedzi : ~PŻ 21.02.2025 13:10, od której wszystko to zaczęło się, podałem fakt nie do podważenia: „Na przykład, już 2 miesiąca leży kolejny mój artykuł w dobrym czasopiśmie, na razie jest tylko jedna recenzja z trzech.” Takich przykładów w poprzednich dyskusjach w FA jest multum. A Pan zaprzecza sam sobie, pisząc: „Więc sprawa jest prosta: żaden dobry naukowiec nie bierze recenzji z tak krótkim terminem.”, prawdopodobnie mając na uwadze 7 dni. A w następnym komentarzu Pan pisze: „Robiłem kilkaset recenzji i standardowy czas na jej wykonanie nie przekracza miesiąca, a faktyczny czas wykonania właśnie 2/3 dni.” Czyż to oznacza, że Pan nie zalicza siebie do dobrych naukowców, bo wyrabiał się Pan w tak krótkich terminach?
Po moim komentarzu o wolontariacie: ~PŻ 22.02.2025 15:03 Pan obudził się i najpierw zaczął tłumaczyć się: ~rozbawiony 22.02.2025 19:28, a następnie próbuje Pan mnie obrazić: ~rozbawiony 23.02.2025 11:08 o czytaniu ze zrozumieniem. Przeczytałem Pana komentarze i porównałem je, patrz wyżej. Wynika z nich, że Pan kręci. Raz pisze, że dobry naukowiec nie bierze się za recenzje w tak krótkich terminach, a następnie – że Pan jednak robi szybkie recenzje. A dalej tłumaczy się pracą na etatach oraz pełnieniem kilku funkcji. Ostatnie Pana zdanie mnie rozbawiło: „Jak Pan ma mentalnosć niewolnika pańszczyźnianego, cóż poradzić.” Panie, ja w swoim dość długim życiu w nauce widziałem kilku, a może nawet i więcej osobników, którzy robią coś tylko dla zysku. Sądzi Pan, że opracowanie kilkuset recenzji jest uzasadnieniem pogardzania innymi? Gdyby ja, tak jak zrobił to Pan, zacząłem chwalić się, w ilu projektach brałem udział, ile mam patentów lub ilu wypromowałem doktorantów, niektórzy z których są już po habilitacjach a nawet po profesurze, to Pan by nie gadał głupot, za które powinien Pan wstydzić się.
Panie rozbawiony, powinien Pan uświadomić sobie, że w nauce, w tym na uczelniach, nie wszystko da się przeliczyć na złotówki. Wiele rzeczy nie robi się za kasę. Na przykład, udział w posiedzeniach Rady Wydziały, Rady dyscypliny, innych komisji, recenzowanie prac dyplomowych, obrona prac magisterskich, doktoratów i wiele innych. Nawet za prowadzenie doktoranta dostaje się śmieszne pieniądze. Kto myśli o kasie, weźmie godziny nadliczbowe. Komy zależy na kształceniu młodych – wypromuje doktoranta.
Ano nie ma, tylko to przetrzymywanie prac przez pół roku to jest mit. Robiłem kilkaset recenzji i standardowy czas na jej wykonanie nie przekracza miesiąca, a faktyczny czas wykonania właśnie 2/3 dni. Jak dojdzie Panu etat w biznesie albo kilka funkcji na uczelni, możemy porozmawiać o byciu zajętym.
Do ~rozbawiony 22.02.2025 11:01
Cytuję: „Jak się w życiu ma mało rzeczy do roboty, to można robić recenzje w czasie rzeczywistym. Ja do czołówki nie należę, a kalendarz na przyszły tydzień mam zapełniony od góry do dołu i nie zamierzam wywalać z niego rzeczy, za które mi dobrze płacą, by robić wolontariat.” Niech Pan robi to wszystko, za co Panu płacą. Panie rozbawiony, wolontariat to to, co robimy nie w pracy, a poza obowiązkami służbowymi, po godzinach pracy oraz nie dla bliskich, kolegów i przyjaciół.
Cytuję: „A najlepsi mają kalendarz zapełniony na miesiąc z góry. Więc sprawa jest prosta: żaden dobry naukowiec nie bierze recenzji z tak krótkim terminem.” Pan przenosi swoją niechęć do robienia czegoś bez opłaty, na innych, jeszcze lepszych niż Pan. A może spośród tych innych są osoby, które myślą inaczej, niż Pan? Może są spośród nich tacy, którzy coś robią nie tylko w pracy, a i poza nią, nie biorąc za to pieniądze? Pisałem o potrzebach niczym nie ograniczonego czasu na recenzje w ~PŻ 22.02.2025 10:18.
"Pan przenosi swoją niechęć do robienia czegoś bez opłaty, na innych" - proszę nauczyć się czytać ze zrozumieniem. To cenna umiejętność. Jestem gotów się założyć, że zrobiłem więcej recenzji niż Pan - ale nie będę ich robił z dnia na dzień, kosztem rodziny lub regularnych obowiązków. Jak Pan ma mentalnosć niewolnika pańszczyźnianego, cóż poradzić.
Niestety, kolejny raz FA nie chce zamieścić mój komentarz tam gdzie trzeba. Publikuję go w tym miejscu.
Do ~rozbawiony 23.02.2025 11:08. Pierwszy Pana komentarz: ~rozbawiony 22.02.2025 11:01, pojawił się po komentarzu ~Mateusz 21.02.2025 20:37 i dotyczył tego, że Pan zarabia kasę i nie ma czasu na wolontariat – to znaczy pisanie recenzji. Mój komentarz odnosił się do tej Pana wypowiedzi: ~PŻ 22.02.2025 15:03. Ja nie neguję tego, że Pan ciężko pracuje, bo napisałem: Niech Pan robi to wszystko, za co Panu płacą. Po prostu wskazałem na to, że Pan nie rozumie, co oznacza pojęcie wolontariatu. A teraz proszę przeczytać swoją wypowiedź ze zrozumieniem: „Jak się w życiu ma mało rzeczy do roboty, to można robić recenzje w czasie rzeczywistym. Ja do czołówki nie należę, a kalendarz na przyszły tydzień mam zapełniony od góry do dołu i nie zamierzam wywalać z niego rzeczy, za które mi dobrze płacą, by robić wolontariat.”
O co Panu chodzi. Przecież ja w wypowiedzi : ~PŻ 21.02.2025 13:10, od której wszystko to zaczęło się, podałem fakt nie do podważenia: „Na przykład, już 2 miesiąca leży kolejny mój artykuł w dobrym czasopiśmie, na razie jest tylko jedna recenzja z trzech.” Takich przykładów w poprzednich dyskusjach w FA jest multum. A Pan zaprzecza sam sobie, pisząc: „Więc sprawa jest prosta: żaden dobry naukowiec nie bierze recenzji z tak krótkim terminem.”, prawdopodobnie mając na uwadze 7 dni. A w następnym komentarzu Pan pisze: „Robiłem kilkaset recenzji i standardowy czas na jej wykonanie nie przekracza miesiąca, a faktyczny czas wykonania właśnie 2/3 dni.” Czyż to oznacza, że Pan nie zalicza siebie do dobrych naukowców, bo wyrabiał się Pan w tak krótkich terminach?
Po moim komentarzu o wolontariacie: ~PŻ 22.02.2025 15:03 Pan obudził się i najpierw zaczął tłumaczyć się: ~rozbawiony 22.02.2025 19:28, a następnie próbuje Pan mnie obrazić: ~rozbawiony 23.02.2025 11:08 o czytaniu ze zrozumieniem. Przeczytałem Pana komentarze i porównałem je, patrz wyżej. Wynika z nich, że Pan kręci. Raz pisze, że dobry naukowiec nie bierze się za recenzje w tak krótkich terminach, a następnie – że Pan jednak robi szybkie recenzje. A dalej tłumaczy się pracą na etatach oraz pełnieniem kilku funkcji. Ostatnie Pana zdanie mnie rozbawiło: „Jak Pan ma mentalnosć niewolnika pańszczyźnianego, cóż poradzić.” Panie, ja w swoim dość długim życiu w nauce widziałem kilku, a może nawet i więcej osobników, którzy robią coś tylko dla zysku. Sądzi Pan, że opracowanie kilkuset recenzji jest uzasadnieniem pogardzania innymi? Gdyby ja, tak jak zrobił to Pan, zacząłem chwalić się, w ilu projektach brałem udział, ile mam patentów lub ilu wypromowałem doktorantów, niektórzy z których są już po habilitacjach a nawet po profesurze, to Pan by nie gadał głupot, za które powinien Pan wstydzić się.
Panie rozbawiony, powinien Pan uświadomić sobie, że w nauce, w tym na uczelniach, nie wszystko da się przeliczyć na złotówki. Wiele rzeczy nie robi się za kasę. Na przykład, udział w posiedzeniach Rady Wydziały, Rady dyscypliny, innych komisji, recenzowanie prac dyplomowych, obrona prac magisterskich, doktoratów i wiele innych. Nawet za prowadzenie doktoranta dostaje się śmieszne pieniądze. Kto myśli o kasie, weźmie godziny nadliczbowe. Komy zależy na kształceniu młodych – wypromuje doktoranta.
Do ~rozbawiony 23.02.2025 11:08. Pierwszy Pana komentarz: ~rozbawiony 22.02.2025 11:01, pojawił się po komentarzu ~Mateusz 21.02.2025 20:37 i dotyczył tego, że Pan zarabia kasę i nie ma czasu na wolontariat – to znaczy pisanie recenzji. Mój komentarz odnosił się do tej Pana wypowiedzi: ~PŻ 22.02.2025 15:03. Ja nie neguję tego, że Pan ciężko pracuje, bo napisałem: Niech Pan robi to wszystko, za co Panu płacą. Po prostu wskazałem na to, że Pan nie rozumie, co oznacza pojęcie wolontariatu. A teraz proszę przeczytać swoją wypowiedź ze zrozumieniem: „Jak się w życiu ma mało rzeczy do roboty, to można robić recenzje w czasie rzeczywistym. Ja do czołówki nie należę, a kalendarz na przyszły tydzień mam zapełniony od góry do dołu i nie zamierzam wywalać z niego rzeczy, za które mi dobrze płacą, by robić wolontariat.”
O co Panu chodzi. Przecież ja w wypowiedzi : ~PŻ 21.02.2025 13:10, od której wszystko to zaczęło się, podałem fakt nie do podważenia: „Na przykład, już 2 miesiąca leży kolejny mój artykuł w dobrym czasopiśmie, na razie jest tylko jedna recenzja z trzech.” Takich przykładów w poprzednich dyskusjach w FA jest multum. A Pan zaprzecza sam sobie, pisząc: „Więc sprawa jest prosta: żaden dobry naukowiec nie bierze recenzji z tak krótkim terminem.”, prawdopodobnie mając na uwadze 7 dni. A w następnym komentarzu Pan pisze: „Robiłem kilkaset recenzji i standardowy czas na jej wykonanie nie przekracza miesiąca, a faktyczny czas wykonania właśnie 2/3 dni.” Czyż to oznacza, że Pan nie zalicza siebie do dobrych naukowców, bo wyrabiał się Pan w tak krótkich terminach?
Po moim komentarzu o wolontariacie: ~PŻ 22.02.2025 15:03 Pan obudził się i najpierw zaczął tłumaczyć się: ~rozbawiony 22.02.2025 19:28, a następnie próbuje Pan mnie obrazić: ~rozbawiony 23.02.2025 11:08 o czytaniu ze zrozumieniem. Przeczytałem Pana komentarze i porównałem je, patrz wyżej. Wynika z nich, że Pan kręci. Raz pisze, że dobry naukowiec nie bierze się za recenzje w tak krótkich terminach, a następnie – że Pan jednak robi szybkie recenzje. A dalej tłumaczy się pracą na etatach oraz pełnieniem kilku funkcji. Ostatnie Pana zdanie mnie rozbawiło: „Jak Pan ma mentalnosć niewolnika pańszczyźnianego, cóż poradzić.” Panie, ja w swoim dość długim życiu w nauce widziałem kilku, a może nawet i więcej osobników, którzy robią coś tylko dla zysku. Sądzi Pan, że opracowanie kilkuset recenzji jest uzasadnieniem pogardzania innymi? Gdyby ja, tak jak zrobił to Pan, zacząłem chwalić się, w ilu projektach brałem udział, ile mam patentów lub ilu wypromowałem doktorantów, niektórzy z których są już po habilitacjach a nawet po profesurze, to Pan by nie gadał głupot, za które powinien Pan wstydzić się.
Panie rozbawiony, powinien Pan uświadomić sobie, że w nauce, w tym na uczelniach, nie wszystko da się przeliczyć na złotówki. Wiele rzeczy nie robi się za kasę. Na przykład, udział w posiedzeniach Rady Wydziały, Rady dyscypliny, innych komisji, recenzowanie prac dyplomowych, obrona prac magisterskich, doktoratów i wiele innych. Nawet za prowadzenie doktoranta dostaje się śmieszne pieniądze. Kto myśli o kasie, weźmie godziny nadliczbowe. Komy zależy na kształceniu młodych – wypromuje doktoranta.
Wszyscy kupcie sobie dywan perski. Bez wyjątku. A potem zaopiekujcie się radzieckim jeżem.
Z jakąż łatwością przeszedł Pan Profesor od "problemu paper_mills" do propozycji "reformy", prowadzącej do modelu, w którym "Recenzje byłyby jawne i podpisane przez konkretne osoby...."
Świetnie, zatem zamiast usunąć nowotwór i przyczynę obecnego stanu rzeczy, w którym zarówno wydawnictwa, jak i autorzy "przystosowali się" do wymogów modelu "oceny jakości działalności naukowej", proponuje się rozwiązanie, które bardzo wydłuży i podroży proces dostępu do "znaku jakości".
Już widzę tłumy chętnych recenzentów, którzy marzą o pełnym upublicznieniu, często bardzo ostrego procesu kolejnych rund recenzji, w których zarówno recenzent wytyka "błędy" autora, jak i autor w odpowiedzi "prostuje" recenzenta. Często w takim procesie toczą się dyskusje, następują "zwroty akcji"... Będzie co czytać...
Już widzę tłumy chętnych autorów...
Już widzę stawki za tak prowadzony dostępu do "znaku jakości"...
Już widzę jak to likwiduje "problem paper mills" i zamienia go w problem "paper workshops"...
Przy okazji proponuję, po takiej reformie, dodać minimum jedno zero do punktacji wszystkich czasopism na liście. 2000 pkt. to już brzmi dumnie.
Czyli tylko anonimy są rzetelne?
Nie. Ale jak mam coś robić w sposób taki, że podpisuję się pod tym swoim imieniem i nazwiskiem, i ma to być odzwierciedleniem mojej znajomości dyscypliny, to raczej nie chcę robić tego za darmo.
Generalnie mój krótki tekst na temat aktualnego systemu sprowadza się do dwóch punktów: (1) wydawnictwa zarabiają na autorach a nie czytelnikach, więc ważniejsza dla nich (z punktu widzenia biznesowego) jest ilość niż jakość i (2) za jakość artykułu przyjętego do druku odpowiadają dwie lub trzy osoby, które recenzję wykonują za darmo i są często "z łapanki", bo na przykład są znajomymi edytora i nie wypada im odmówić..
To w oczywisty sposób prowadzi do patologii.
Jeśli recenzent byłby dobrze opłacany i zyskiwałby prestiż za wykonanie recenzji (choćby w postaci punktów), to jakość recenzji by wzrosła. Nie twierdzę, że nie byłoby patologii, takie się znajdą w każdym systemie. Jednak ten aktualny nie tylko przed nimi nie chroni ale wręcz do nich zachęca.
Pisze Pan, że proponuję swoje rozwiązanie "zamiast usunąć nowotwór i przyczynę obecnego stanu rzeczy". Bardzo więc chętnie dowiedziałbym się jaka jest Pana recepta na "usunięcie nowotworu i przyczyny". Tylko prosiłbym o jakieś konkretne rozwiązanie a nie kolejny "apel o uczciwość".
Błagam, (1) i (2) to efekt, nie przyczyna.... patologie w odniesieniu (1) i (2) to wynik choroby, natomiast Pan Profesor zamiast propozycji leczenia przyczyn, proponuje zgubne rozwiązanie pudrowania...
Recepta? Usunąć nowotwór, przyczynę tych wykładniczych, patologicznych przyrostów (i pochodnych), których analizy od dobrych kilku lat patologię "pokazują"... ileż to razy podawano (także tu) przykłady statystyk, wykresy,... "wybranych periodyków" czy ich grup , np. pokazujące, iż do 2016 roku liczba publikacji z pl afiliacją wynosiła rocznie <10, a do 2020/2021 "podskakiwała" do prawie 2000(!). itd, itp...
Zacząć trzeba od wywalenia do kosza "listy" i systemu na niej opartego, wprowadzanych z hasłem "Koniec z punktozą" na ustach, kilka lat temu...
Pamięta Pan te nagłówki?
"Koniec z punktozą (ogłosiło Ministerstwo)!"
"19 maj 2018 — Koniec z "punktozą". Gowin planuje, by polskie czasopisma i dorobek naukowców..."
...
...
Wracając jeszcze do Pana pomysłu "Recenzje byłyby jawne i podpisane przez konkretne osoby....", skutek byłby opłakany, gigantyczne zmniejszenie "rynku" recenzentów, wzrost kosztów, wysyp "paper workshops", itd... a liczba slotów do zapełnienia ta sama...
Pisze Pan: "Zacząć trzeba od wywalenia do kosza "listy" i systemu na niej opartego, wprowadzanych z hasłem "Koniec z punktozą" na ustach, kilka lat temu..."
OK mnie ta lista się też nie bardzo podoba ale jak to się przełoży na jakość recenzji i działalność wydawnictw? Zupełnie nie widzę związku.
Rozumiem też, że chciałby Pan tą listę czymś zastąpić. Jakąś nową "lepszą" listą? A może uważa Pan, że żadnej punktacji być nie powinno i naukowcy powinni sobie po prostu "pracować w spokoju"?
W rzeczy samej
Najlepiej wszystkich krytykować!
Proponuję aby Ministerstwo do prac nad ewaluacją zaprosiło nie tylko Profesorów....
Bardzo trafne. Przepraszam za połączenie się ale myślę bardzo podobnie. To raczej smutne niż dające satysfakcję.
Nie tylko system oceny publikacji powinien być zmieniony ale także zasady ewaluacji:
Instytuty naukowe, badawcze (np. PAN), które nie prowadzą dydaktyki powinny wykazać 2 razy więcej slotów/osobę
(8 najlepszych artykułów/naukowca), niż uczelnie, na których 50% czasu pracy na stanowisku badawczo-dydaktycznym dotyczy dydaktyki.
!!!!
Gdyby jeszcze instytuty nie musialy robic uslugowki zeby zwiazac koniec z koncem... To by mialo sens gdyby uczelnie stracily calosc subwencji zwiazanej z dydaktyka i wtedy faktycznie mialy by dodatkowy obowiazek bez dodatkowych wplywow.
Pani Ewo,
Ilość slotów publikacyjnych, to raczej słaba miara oceny naukowca/naukowców. W krajowych uczelniach wyższych rzadko realizuje się interdyscyplinarne badania naukowe, a tylko takie mogą generować postęp polskiej nauki, i właściwie one powinny być premiowane. Dydaktyka zapewne jest zajmująca, ale nie przeszkadza w prowadzeniu badań. Tylko jakich badań?
Bardzo dowcipny tekst o badaniach interdyscyplinarnych. Szkoda tylko, że mający tyle wspólnego z rzeczywistością, co "uczelnia wyższa" czy "ilość slotów" z j. polskim...
Rozumiem, że takie badania realizuje się tylko w PAN?
Trudno jednak tak samo oceniać pod katem osiągnięć naukowych jednostki, które prowadzą tylko badania z jednostkami, gdzie 60% czasu pracy (według umowy pracę) ma zajmować dydaktyka.
Panie Nikodemie,
Nie tylko w PAN, choć instytuty naukowe Akademii ukierunkowane są na realizację takowych badań. Niektóre instytuty badawcze i kilka jednostek organizacyjnych uczelni wyższych również np. Centrum Nowych Technologii UW, Małopolskie Centrum Biotechnologii UJ.
Czas na zmiany:
1. Wprowadzić obowiązek habilitacji
2. Wymagać więcej od Profesorów i Dr hab., niż od doktorów, czy magistrów-asystentów.
Profesor powinien wypełnić 8 slotów/4 lata odpowiednio:
habilitowany - 6 artykułów/4 lata,
doktor - 4
mgr - 2
Zarobki prof i dr hab. są wyższe, to dlaczego nie mają się wykazywać bardziej niż doktorzy?
Wymagania proporcjonalne do wynagrodzeń - wszędzie ta zasada obowiązuje!
Bardzo mądrze napisane... Jako habilitowany, aby zapełnić cztery sloty, musiałam byś autorem i współautorem dwunastu artykułów. TO WŁAŚNIE SLOTY SĄ JEDNĄ Z PRZYCZYN PRODUKCJI TAKIEJ ILOŚCI MAKULATURY. No, chyba, że ktoś jest tak genialny, że sam wyprodukuje OSIEM prac JEDNOAUTORSKICH W 4 LATA. Zaraz wówczas pojawią się pytania o JAKOŚĆ artykułów, kompetencje autora, możliwość przeprowadzenia i zweryfikowania badań przez 1 osobę. Więc chyba zdaje Pani sobie sprawę, że to właśnie sloty w min. 40% odpowidają za istniejącą patologię publikacyjną?
Szanowni Państwo,
Bardzo się cieszę, że mój post Was zainteresował.
Chciałam pokazać, że ocena doktora (asystenta/adiunkta) nie może bazować na tych samych kryteriach (ilościowo-jakościowych), jak w przypadku Profesora.
Profesor -często usytuowany, zazwyczaj dysponujący większymi możliwościami finansowymi, kadrowymi ect... - Powinien wnosić do nauki więcej !
Pozdrawiam,
Do ~Ewa 21.02.2025 19:50. Szanowna Pani Ewa. Jeżeli wychodzić z zarobków, to wynagrodzenie zasadnicze asystenta wynosi, według Ustawy, 50 % od profesora, adiunkta – 73%, dr hab. -83%.
Przedmiotem dyskusji nie jest indywidualna ocena naukowca, tylko ocena instytucji. To powszechny błąd.
Co to znaczy "profesor usytuowany"???
Obowiązek habilitacji? Nie no ludzie, trzymajcie mnie, wysiadam.
Dlaczego niektórzy uważają, że awans naukowy to jest konieczność? Czy istnieje jakakolwiek inna branża, gdzie od całości załogi wymaga się aby dostała awans w przeciągu dajmy na to 5 lat? Nie, bo naturalna struktura jest taka, że awansują ci, którzy na to zapracowali i na to zasługują. Obecnie natomiast, w polskiej nauce mamy samych dr hab i prof., doktorów i doktorantów jest niewielu, i to wszystko stoi na głowie, bo nagle okazuje się, że mamy 5 dwuosobowych zespołów badawczych, zamiast jednego 10-osobowego. I jak to ma się spinać, skoro przecież tradycyjnie wymaga się, żeby każdy samodzielny miał własny, unikalny temat badawczy?
Owszem, obowiązek habilitacji przecież już był i nie bez powodu z tej bzdurki zrezygnowano.
Cyt."Obowiązek habilitacji? Nie no ludzie, trzymajcie mnie, wysiadam."
Owszem, powtórzę to, co napisałem już poprzednio: obowiązek habilitacji może (?) miałby nawet sens, ALE TYLKO wtedy, GDYBY Jaśnie Wielmożni Państwo z Komisji Habilitacyjnych musieli się liczyć REALNIE z tym, że mogą odpowiadać KARNIE za swoje decyzje (oczywiście, decyzja należałaby do sądu). Nierzadko bowiem, te decyzje mogą wypełniać znamiona czynu zabronionego, jakim jest naruszenie dóbr osobistych habilitanta, gdyż są rażąco niesprawiedliwe. Do niedawna można się było zapoznać z np. ze smutnymi historiami zamieszczonymi na portalu prowadzonym przez Dr Joannę Gruba: sciencewatch.pl . Obecnie nie można tych historii tam znaleźć, ale były przez długi czas tam dostępne.
Dopóki zaś członkowie Komisji Habilitacyjnych będą się mieli za będących ponad prawem, to obowiązek habilitacji będzie po prostu, GILOTYNĄ.
Armia złożona z samych pułkowników i generałów to armia absurdalna. Natomiast przywoływanie w kontekście habilitacji akurat p. Gruby, która ma dorobek niespecjalnie wystarczający na doktorat, wiele mówi.
Szanowny Panie "rozbawiony"
Cyt."Armia złożona z samych pułkowników i generałów to armia absurdalna. "
Ciekawe, czy ma rację bytu armia, w której generałowie wojsk lądowych TYLKO zgrywaliby speców od dowodzenia eskadrami myśliwskimi, czy bombowymi...
Cyt."Natomiast przywoływanie w kontekście habilitacji akurat p. Gruby, która ma dorobek niespecjalnie wystarczający na doktorat, wiele mówi."
Ja nie pisałem o habilitacji Pani Dr Gruby, tylko W OGÓLE o historiach postępowań habilitacyjnych zamieszczonych na jej portalu. Tam wypowiadało się wielu ludzi. Proszę sobie przeczytać jeszcze raz, co napisałem poprzednio.
Jeśli pewien odsetek członków Komisji Habilitacyjnych czyta ze zrozumieniem zbliżonym do Pańskiego, to też DUŻO to mówi.
Przeczytałem wszystkie tamte historie. 2 były skandaliczne. Reszta to krokodyle łzy, że za samo oddychanie nie dostaje się stopni i tytułów naukowych. Co mam czytać ponownie? Bzdury o uwarunkowaniech prawnych funkcjonowania komisji habilitacyjnych? Pozywać o naruszenie dóbr osobistych można do woli. Jedna z ckliwych historii, które Pan tak promuje, dotyczyła p. Mularskiej-Kucharek - może się Pan zapoznać z wyrokami obu instancji w jej powództwie przeciwko dr hab. Natalii Garner-Letki. Wynurzenia o rzekomo dobrych publikacjach, które są niecytowane (wolę nie pytać o implikacje)? A może zamiast żalić się na forach, lepiej pójść za swoją radą i przeczytać ZE ZROZUMIENIEM art. 219 ust. 1 pkt 2 ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i zastanowić się, jak mierzyć "znaczny wkład w rozwój określonej dyscypliny"? Na wszelki wypadek - to było pytanie retoryczne.
8 slotów? Nierealne.
Profesor, który jest kierownikiem grupy składającej się z 8 osób, aby wypełnić 8 slotów, musiałby wraz z grupą puszczać po 16 prac rocznie.
Ja w cyklu 4 letnim opublikowałem 5 prac i 3 kolejne obecnie krążą (już rok). W tej chwili mam 1,125 slota. Jeżeli wyjdą te 3, to będę miał 1,5 slota z 8 prac!
Bardzo wąsko Pani patrzy, różne dziedziny mają swoją specyfikę, np. w matematyce taka ilość publikacji jest dość wyjątkowa
Proponuję 20 slotów dla profesorów i 1 dla asystenta oraz 20 lat na zrobienie doktoratu . Adiunkci mogą nic nie robić . Wystarczy że przyjdą na uczelnię.
A Pan tak od rzeczy zabiera głos.
Dawano dawno temu jeszcze jako asystent otrzymywałem recenzje od profesorów, którzy wykazywali się całkowicie niewiedzę, a pisali ponoć sporo mądrych artykułów naukowych, z których nic nie wynikało.
Do JK
Nie kupuję tego argumentu.
Za dodatkowe obowiązki prof i prof hab płacą pieniądze: recenzje doktoratów są płatne, wszyscy o tym wiemy.
Doktor też przygotowuje recenzje, promuje magistrantów i też ma masę obowiązków!
Tak, że to słaby argument za tym aby oceniać na tej samej podstawie wysoce utytułowanych i tych mniej utytułowanych!
Jak doktor będzie miał taki dorobek jak profesor, to będzie profesorem i będzie zarabiał po profesorsku. W ramach dowodów anegdotycznych - rozwinąłem sobie właśnie zakładkę ewaluacji dyscypliny i w top 20 jest 1 (słownie: jedna) osoba bez habilitacji.
PS. Na poważnych uczelniach doktorzy prowadzą co najwyżej licencjaty lub prace inżynierskie.
Porównując recenzje doktorskie, profesorskie, hab. do magistrantów i recenzji ich prac dowodzi Pani, że nie ma bladego pojęcia o czym pisze. Nawiasem mówiąc, jako profesor też prowadzę i recenzuję magistrantów. Argument, że płaci się za recenzje dr, hab i prof nic nie wnosi, w PL za pracę powinno otrzymać się wynagrodzenie, takie jest prawo.
Dlatego że mają obowiązki jakie ch nie mają dr i mgr. Np. praca z doktorantami, recenzuje,etc.
Dokładnie tak!
Przecież ten "nowy system" istnieje, podczas wysyłania artykułu do czasopisma w wielu z nich pojawia się opcja skorzystania z bezpłatnego repozytorium jak arxiv czy ssrn.
Większość (dobrych) czasopism nie wymaga płacenia za publikację. Opłaty są tylko za publikowanie w open access, które nie jest obowiązkowe. Wymogi projektowe mówią o wolnym dostępie, a nie o publikowaniu w open access.
Uczelnie i tak płacą za dostęp do artykułów i go posiadają. Dla optymalizacji kosztów zapewne byłoby taniej jeśli to Państwo płaciłoby za całą naukę, która i tak jest finansowana z publicznych pieniędzy.
Jest jeszcze mit o tym, że ludzie z poza nauki będą czytali te artykuły. Jest to dość zabawne, bo większość ludzi pracujących w tej nauce i tak nie czyta artykułów. Niemniej, w takim przypadku dostęp do publikacji opłacanych przez Państwo mógłby się odbywac przez logowanie przez profil zaufany czy aplikację mObywatel. Ewentualnie jakiś system dostępu w bibliotekach.
Odnośnie ostatniego pkt. Pańskiej wypowiedzi KB jest łędna!
Wiele podmiotów, startupów, firm, ludzi z róznych branż szuka wiedzy w profesjonalnych czasopismach.
Oby nauka i wyniki badań były dostępne dla wszystkich! oby nigdy nauka nie była tylko dla naukowca - to brzmi bardzo źle!
SSRN czy inne... nie dają możliwości przeglądu większości nowych artykułów, sprawdzałam... :(
Szanowny Panie Pawle
Jako były pracownik Politechniki Śląskiej, a obecnie jednej z głównych firm biotechnologicznych w Polsce, chciałbym wtrącić swój komentarz, gdyż bardzo mi zależy na jak najlepszym losie mojej Alma Mater. Proszę nie mieć mi za złe, ale odbieram Pański artykuł, jakkolwiek zgadzając się z wieloma tezami w im postawionymi, to wygląda.mi to na takie uzyskiwanie i zrzucanie winy na innych.
Moim zdaniem, na poprawę jakości I wiarygodności samych artyku)ów mają wpływ sami naukowcy oraz ich jednostki afiliacyjne, które de facto wykładają pieniądze na stół opłacając druk artykułu. Wystarczy wdrożyć odpowiednią politykę publikacyjną w uczelniach, wydziałach i katedrach na wzór firm komercyjnych.
W firmie w której pracuję, wygląda to mniej więcej tak. Autor publikacji zgłasza się do szefa działu z pomysłem na publikację. Po otrzymaniu zgody na, która jest wymagana ze względu na ochronę własności intelektualnej formy, przedstawia manuskrypt oraz dowody w postaci danych eksperymentalnych, będących podstawą do dyskusji wyników. Manuskrypt przechodzi wewnętrzną ocenę i korektę i po zaaprobowaniu przez dyrektora naukowego może zostać wysłany do redakcji.
Może wygląda ro na biurokrację, ale na pewno pozwoli to ocenić na wczesnym etapie, czy autor wniósł jakiś wkład do publikacji i czy dana jednostka może pozwolić na afiliację.
Pozdrawiam
AGon
Nie wiem jak to wygląda u Pana w firmie, ale potrafię sobie wyobrazić jak taka "wewnętrzna ocena" wyglądałaby na większości uczelni (i nie tylko). W skrócie: pieniędzy jest mało, więc prawo do publikowania mają tylko krewni i znajomi dyrektora naukowego.
Zewnętrzne i niezależne recenzje są na pewno lepszym rozwiązaniem. Pod warunkiem, że wykonują je ludzie kompetentni i dobrze za to opłacani. I o tym jest artykuł.
Nie chodzi mi o rezygnację z zewnętrznej recenzji, ale o udowodnienie rzeczywistego wkładu danego autora do publikacji, oraz weryfikacji czy dana jednostka może afiliować poczynania autora, przed wysłaniem manuskryptu i wydaniu tysięcy EUR.
W swoim życiu naukowym, musiałem odmówić jednemu takiemu figurantowi z takich dopisujących się do listy, pomimo że był wyżej w hierarchii firmowej odemnie, ale nie wniósł wkładu do dyskusji, ani nie dostarczył wyników eksperymentalnych.
Pytanie czy tak na prawdę jednostkom naukowym nie było na rękę zatrudnianie takich produktywnych wierszokletów? A teraz, jak się zaczęło robić duszno i smrodliwie to uderzamy w lament?
Życzę wielu sukcesów naukowych i publikacji w najlepszych czasopismach popartych wdrożeniami aplikacyjnymi Panu i wszystkim Koleżankom i Kolegom z Politechniki Śląskiej i nie tylko
AGon
Dziękuję za życzenia w imieniu swoim i Politechniki :-)
"Pytanie czy tak na prawdę jednostkom naukowym nie było na rękę zatrudnianie takich produktywnych wierszokletów?"
Ależ oczywiście, że było. I nadal jest, bo uczelnie i jednostki naukowe dzielą się pieniędzmi na podstawie liczby opublikowanych artykułów. Tak więc zatrudnienie "wierszoklety" to czysty zysk.
Jednak trzeba też jasno powiedzieć, że z oceną jakości ("wartości naukowej") artykułów sprawa nie jest taka prosta. Pamiętam jak Lotfi Zadeh - twórca zbiorów rozmytych - dostawał u nas honoris causa i opowiadał jak jego pierwszego artykułu na ten temat nigdzie nie chcieli przyjąć. Trzeba więc bardzo uważać, co się odrzuca. Moim zdaniem każdy powinien mieć możliwość opublikowania artykułu, a o jego wartości powinni decydować przede wszystkim czytelnicy.
Publikacje osób, które publikuje w Polsce powinny być wysoko punktowane niż w zagranicznych czasopismach. Tak samo sposób finansowania powinien się zmienić, gdyż na chwilę obecną mało kogo stać, żeby wydał publikacje w czasopismie zagranicznym za kilkanaście tysięcy złotych. Tym bardziej uczelnie powinny jakoś finansować naukowców aby oni podnosili prestiż uczelni. W mojej karierze naukowej spotkałem się z kilkoma przypadkami gdzie uczelnie prywatne chcą finansować w niemal 100 proc. a publicznie tego nie robią nawet w 50.
Zabawne. O tych patologiach mówię u nas od lat.
Nikt nie reagował i prawie wszyscy z tych agresywnych czasopism korzystali i zbierali nagrody.
Teraz wszyscy odważni i krytykują.
Warto być porządnym i uczciwym.
Pytanie ogólne: Czy da się wogóle oceniać naukę ?
A może wróćmy do obowiązku habilitacji ?
Cyt."A może wróćmy do obowiązku habilitacji ?"
Mhm... pod warunkiem, że członkowie Komisji Habilitacyjnych będą musieli liczyć się REALNIE z możliwością odpowiedzialności KARNEJ za swoje decyzje, JEŚLI te byłyby rażąco krzywdzące dla habilitanta. Tymczasem, poziom zadufania pewnego odsetka członków tych Komisji, jest nierzadko zdumiewająco wysoki.
Poza tym, niestety, nakaz wykazywania się cytowaniami, podczas gdy jednocześnie nikt nie ma obowiązku cytowania kogokolwiek (oczywiście, poza pewnymi wyjątkami), powoduje że można mieć na koncie opublikowane niezłe wyniki naukowe, ale jeśli nie są cytowane, to jest się nikim.
Tak, pomysł z habilitacjami bardzo trafiony!
Z drugiej strony ilu utytułowanych Prof i dr hab. po osiągnięciu tytułu osiada na laurach!
robiąc minimum lub nic ?
A przecież zarobki mają wyższe!
Czas to zmienić:
1. Wprowadzić obowiązek habilitacji i równocześnie obowiązkowy
2. Wymagać więcej od Profesorów i Dr hab., niż od doktorów, czy magistrów-asystentów.
Profesor powinien wypełnić 8 slotów, i odpowiednio:
habilitowany - 6 artykułów/4 lata,
doktor - 4
mgr - 2
Podnośmy poziom nauki!
Jaki miałby być cel obowiązku habilitacji, ale taki konkretny? Proponuję przy okazji zwrócić uwagę na pojęcie "odwrócona piramida".
Doktor często bez dostępu do środków pieniężnych (najwyżej z miniaturą) ma dorównać poziomem, jakością badań i ilością artykułów Profesorom?
Absurd!?
Teraz oceniani są za to samo; Profesor i Doktor
Mamy bardzo zły system oceny i ewaluacji.....
Prof. powinni napisać dwa razy więcej prac jakościowych
w porównaniu z doktorem.
Artykuł artykułowi nie równy. Ja piszę teraz taki, który rownie dobrze mógłbym podzielić na 3 i tak niezłe prace. Mam to robić, żeby wypełnić sloty? To jest nauka? Nie liczba, a jakość się liczy. Myślenie ilościowe właśnie do tych patologii papierni doprowadziło. Oczywiście łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Bo kto by miał oceniać tę jakość. Eksperci to też czasami bujda na resorach...
Dokładnie! Powiem więcej. Czy więcej wart jest artykuł o niczym, napisany przez 2 osoby i puszczony do MDPI czy pełne studium tematu, z szeroką analizą i dyskusją, napisane przez 8 osób i wysłane do Advanced Materials?
W chwili obecnej, ten drugi jest praktycznie bezwartościowy.
Bardzo dobry pomysł !
1. Jak ktoś ma odwagę bezpodstawnie skrytykować czyjąś pracę,
to niech się podpisze!
Popieram,
2. Poza tym wszyscy będziemy mieli dostęp do wyników Polskich naukowców,
Poza kilkoma wydawnictwami oraz MDPI, niestety za dostęp do artykułów w tych Starych, Szanowanych, Zasłużonych Wydawnictwach będziemy musieli jak teraz słono zapłacić !
#Profesor PAN
A za konferencję Pan nie płacił ? - tam w koszcie konferencji jest koszt publikacji.
@Paweł Kasprowski: w punkt.
Propozycję popieram. Ale jest wiele osób, także tutaj na Forum, uznających, że jak nie zapłacą haraczu czasopismom zagranicznym, to ich praca naukowa czy badawcza jest nic nie warta. Ogromne kompleksy względem zagranicy, jak w PRL- zagraniczne musi być lepsze - a czasy się zmieniły. W POLSCE jest wielu wybitnych naukowców publikujących wyniki badań w krajowych czasopismach i wydawnictwach. Wystarczy spojrzeć na strony internetowe polskich UNIWERSYTETÓW.
Nie ma czasopism krajowych i zagranicznych, są lokalne i międzynarodowe.
Polskie uniwersytety są za Odrą i Bugiem.
Nie rozumiem tej opinii.
Typowa megalomania słowiańszczyzny wschodniej.
W POLSCE jest wielu wybitnych naukowców publikujących wyniki badań w krajowych czasopismach i wydawnictwach."
Chyba w tzw. humanistyce. W naukach ścisłych, nikt nie publikuje do lokalnych gazetek.
Propozycję popieram. Ale jest wiele osób, także tutaj na Forum, uznających, że jak nie zapłacą haraczu czasopismom zagranicznym, to ich praca naukowa czy badawcza jest nic nie warta. Ogromne kompleksy względem zagranicy, jak w PRL- zagraniczne musi być lepsze - a czasy się zmieniły. W POLSCE jest wielu wybitnych naukowców publikujących wyniki badań w krajowych czasopismach i wydawnictwach. Wystarczy spojrzeć na strony internetowe polskich UNIWERSYTETÓW.
Za dwie rzeczy nigdy nie płaciłem. Jedną z nich jest publikacja.
A za konferencję Pan nie płacił ? - tam w koszcie konferencji jest koszt publikacji.
Pierwsze słyszę. Gdzie tak jest?
Też się nie zetknąłem. Ile konferencji tyle standardów. Są konferencje bez materiałów konferencyjnych, są konferencje z materiałami konferencyjnymi, które nie są punktowane, jeszcze niedawno były konferencje z materiałami konferencyjnymi, które były punktowane, ale tylko z informatyki. Czasem też zdarza się, że pismo publikuje numer specjalny z materiałami z konferencji, ale nie zetknąłem się, by uczestnicy konferencji mieli jakieś przywileje.
Najwyraźniej Pan mąci.
Ze słownika języka polskiego:
publikacja
1. «ogłaszanie drukiem lub w wersji elektronicznej jakichś tekstów»
2. «tekst wydany drukiem lub w wersji elektronicznej»
Mąci Pan Profesor z PAN i to na całego.
Tak trudno przyznać się, do tego, że nie powiedziało się prawdy ?
Nadal nie rozumiem, o co chodzi. Kolega zechce przybliżyć?
Widzę, że nie tylko to Pan nie rozumie.
Co " Za darmo ma Pan materiały konferencyjne wydrukowane ?
Czy organizatorzy konferencji mają za darmo publikację w postaci materiałów?
Ale takie rzeczy to się tłumaczy uczniom w szkole.
Nie rozumiem tak sformułowanych zdań, z pojedynczym cudzysłowem i wielkimi literami w środku zdania. Proszę jednak rozwinąć, o co chodzi konkretnie. I o co jest to drugie pytanie, co to znaczy "Czy organizatorzy konferencji mają za darmo publikację w postaci materiałów"? Jakich "materiałów"? Książka abstraktów? Proceedings? To pierwsze nie jest publikacją.
Ścisłowcy nie powinni tak się nabijać z humanistów, jak tutaj niekiedy ma miejsce. Humaniści zwykle przynajmniej zdania składają poprawnie, co ułatwia dyskutowanie.
Bo gościu nic nie opublikował albo płaciło za niego PAN i tego nie uważa, że to on.
To w połowie czasopism (bynajmniej nie mdpi itp.) nie miał Pan publikacji w trybie open access, obecnie obowiązkowym właściwie w ncn....
Jakoś tak dziwnie wyszło, że większość moich najnowszych prac jest w OA. Nie starałem się o to ani nawet nie interesowałem, nie wiem dlaczego. A o granty z NCN się nie staram. Szkoda mi czasu, proposal granta to tyle pracy co artykuł.
Płatny open access już nie jest wymagany przez NCN. Spokojnie można publikować za darmo w czasopisach hybrydowych, jak większość z Elseviera. Wystarczy preprint na określonej licencji, a po upływie embarga udostępnienie zaakceptowanej wersji na dowolnej licencji, według wymagań wydawcy.
Panie Profesorze, to jest nas więcej.
Czyli artykuły za 20, 40 no może 70 punktów. Gratuluje
A co ważniejsze punkty, czy nowe prawdziwe zdania?
Jak dla kogo. Są ludzie, którzy dają się całkiem zgnoić i jeszcze uważają to za naturalne.
Tak do 14, może 15 roku życia uwielbiałem grać w różne gry na punkty. Potem dorosłem. Już wiele czasu od tamtej pory minęło.
Zgadzam się z diagnozą, ale nie potrzebujemy w tym względzie rewolucji. Autor w zasadzie sugeruje powstanie rozwiązania, które funkcjonuje już od 2016 roku, czyli PCI Peer Community IN(oddolne, otwarte i niekomercyjne rozwiązanie) oddzielający proces rzetelnej recenzji od samej publikacji https://peercommunityin.org/ (szczególnie polecam https://rr.peercommunityin.org/ co stanowi jeszcze bardziej zaawansowane rozwiązanie – recenzje są wykonywane już na etapie planowania badania). Co ważne teksty oceniane są przez rzetelnych ekspertów (proces jest publicznie dostępny), a następnie autorzy mogą sobie wybrać, w którym z akredytowanych i darmowych czasopism chcą opublikować swoje wyniki (to czasopisma zgłaszają się do autorów).
Teraz tylko jak sprawić, żeby było to rozwiązanie powszechne i popularne? Prestiż naukowy wyznaczają nie tylko ministerialne punkty, ale także my sami. Sami ustalamy, który journal cieszy się naszym prestiżem a który już niekoniecznie (niczym radiowa lista przebojów) trudno to skoordynować i jest to kwestia na którą użytkownicy systemu się wspólnie umawiają. Jeśli masowo się nie sprzeciwimy płaceniu za OA i/lub APC, to utrzyma się status quo – rozwiązanie popularne i aktywnie promowane przez korporacje wielkiej piątki wydawców for-profit.
Zgadzam się, że to dobry kierunek (a już zwłaszcza registered reports!).
I zgadzam się, że nie jest realne, że środowisko samo, oddolnie zmieni zasady przyznawania prestiżu, bo za głęboko siedzimy w obecnym systemie. Dlatego dodałbym dwie rzeczy
- zaangażowanie graczy instytucjonalnych (np. ERC, MSCA). Tam open science już i tak stanowi element oceny projektu, ale może zacząć stanowić także podstawę oceny dorobku
- zmiana strummienia pieniędzy, od wydawnictw, które generują bardzo niewiele wartości dodanej, do recenzentów, którzy generują jej bardzo dużo (recenzje powinny być płatne jak recenzje grantów, niekoniecznie dużo, może być symbolicznie, ale żeby była podstawa wymagania od recenzentów jakości). O tym piszę w komentarzu niżej.
Ministerialne punkty może nie wyznaczają prestiżu naukowego ale finansowanie już tak. I to zamyka temat.
Pomysły ,projekty a bezwartościowe /ale za 600-2000 euro/ artykuły nadal są przyjmowane i publikowane pomnażając "wybitny" dorobek naukowy "badaczy", "naukowców". Pora zwijać żagle !!!!
Pomysł oczywiście jest dobry i w pewnym sensie oczywisty. W XXI wieku, w czasach internetu publikacją jest już umieszczenie artykuły na stronie internetowej, więc zadania pism się zmieniły - dziś nie jest to już udostępnienie artykuły środowisku naukowemu, bo to łatwo zrobi on sam, tylko potwierdzenie jego jakości za pomocą recenzji. Od recenzentów nie oczekujemy wyróżniania prac wybitnych, tym zajmie się całe środowisko naukowe, ale przynajmniej niech wyeliminują prace poniżej pewnego minimalnego poziomu. Tego typu certyfikacją środowisko naukowe mogłoby się samo zająć i ma ku temu środki, by przedsięwzięcie przeprowadzić. Podejrzewam jednak, że się nie uda, przynajmniej w najbliższym czasie, bo oznaczałoby to śmierć wielkich wydawnictw a one w obroie swego istnienia użyją wszelkich środków. Przede wszystkim korupcji.
Bardzo się cieszę z tego głosu.
W poprzednich odsłonach tej dyskusji proponowałem bardzo podobne rozwiązanie - autorzy deponują prace na serwerach preprintów (dotowanych centralnie np. ze środków UE - to są nieduże koszty), a recenzją zajmują się nawet nie wydawnictwa, tylko firmy podobne do firm audytowych, które znajdują recenzentów i płacą im. Autorzy owszem, musieliby płacić takiej firmie, ale z założenia w warunkach rynkowych byłyby to stawki urealnione, a więc pewnie kilkakrotnie niższe od obecnych APC.
... recenzją zajmują się nawet nie wydawnictwa, tylko firmy podobne do firm audytowych, które znajdują recenzentów i płacą im. .... Firmy audytowe prowadzące biznes związany z recenzowaniem wyników publikowanych badań . Nauka wiedza, prawda, to nie jest działalność gospodarcza. Tam gdzie pieniądze decydują o wartości wyników badań tam są nadużycia. Zwłaszcza w nauce. O tym już wiele napisano na Forum.
Pomysły takie uważam za bardzo ciekawe i trafne, niezależnie od niebezpieczeństw i wad, przyznaję, a tego wcześniej nie zaznaczyłem.
Nie zapominajmy o dwóch sprawach.
Po pierwsze, zmiana modelu musiałaby być międzynarodowa, globalna. To jeszcze nie stanowi ostatecznej przeszkody - można pokusić się o stworzenie przykładu, który cały świat podchwyci; byłby to piękny przykład tego jak dzięki chaotyczności świata jeden człowiek (w tym przypadku jedna grupa entuzjastów) może zmienić historię. Aczkolwiek trwałoby to lata.
Drugą kwestią jest jednak skąd takie nowe wydawnictwa miałyby pozyskiwać pieniądze. Jeśli od autorów, to dalej stanowiłoby to przeszkodę przed publikowaniem - proszę zważyć, że dziś, choć płacenie przez autorów jest rozpowszechnione, to nie znaczy, że mogą sobie pozwolić na to wszyscy; śmiem nawet przypuścić, że w nader wielu przypadkach ci publikujący wartościowe rzeczy nie mogą. Tak czy inaczej nie wolno tworzyć systemu, który na wejściu jest zamknięty, tj. uniemożliwia konkurencję, wejście kogoś nowego, kto nie ma na dzień dobry grantów na płacenie wydawcom. Nadto niezwykle wątpliwe jest, czy uda się wypracować system, w którym wydawnictwo pobiera opłaty, ale od tych opłat nie uzależnia decyzji. To jak z naszymi wyższymi szkołami wszystkiego najlepszego - niby nie powinny tak robić, ale powszechnie wiadome jest, że jak student płaci za uzyskanie dyplomu, to ten dyplom dostaje.
Ważny głos! Dodam do tego, że coraz częściej recenzje "robi" AI. Od paru miesięcy dostaję strasznie rozbudowane recenzje, pytające albo o podstawy wiedzy, albo o szczegóły. Bez merytorycznych uwag. Dokąd zmierzasz nauko?...
Niestety, najprawdziwsza prawda. Artykuły pisze AI, recenzje pisze AI, odpowiedzi na recenzje pisze AI. Taki komentarz, który pojawił się w piątek na For Better Science:
Accelerating scientific breakthroughs
Stop worrying about paper mills—Google is coming to the rescue. Soon, anyone can be their own paper mill. They claim they’re already halfway there: ‘…the AI co-scientist is designed to generate novel research hypotheses, a detailed research overview, and experimental protocols.’
I’m sure the other AI Bros will fill in the missing parts like data generation and evaluation, discussion and conclusion.
https://research.google/blog/accelerating-scientific-breakthroughs-with-an-ai-co-scientist/
Apply now!
https://docs.google.com/forms/d/e/1FAIpQLSdvw_8IPrc8O7ZM8FKF46i8BnOYMeSeyLeBNiuk_yGWIlnxYA/viewform?pli=1
Już wkrótce naukowcy staną się zbędni. Wszyscy będziemy żyli w matriksie rządzonym przez komputery. I kto by się spodziewał, że to nastąpi tak szybko.
Cyt."Niestety, najprawdziwsza prawda. Artykuły pisze AI, recenzje pisze AI, odpowiedzi na recenzje pisze AI."
Kiedyś, przypadkowo spotkałem Ś.P. Kolegę (niestety, zmarł w tym roku, bardzo zdolny i pracowity facet, a przy tym porządny gość), który dyskutował o czymś ze studentem. Na moje pytanie, o czym tak zawzięcie dyskutują, odparł z właściwym dla siebie poczuciem humoru, że o sztucznej inteligencji, i że ta jak na razie, wygrywa z tą naturalną. :=)
Już całkiem na serio, ciekawe, czy sztuczna inteligencja poradziłaby sobie z naturalną inteligencją pewnego odsetka recenzentów wniosków habilitacyjnych...
Nie pomyślałem, że można do tego wykorzystywać różne czaty a to przecież oczywiste. Kto z nas lubi robić recenzje? Chyba rzeczywiście automatyczne recenzje to koniec nauki.
To są słuszne uwagi, tj. te problemy są realne - ale wydaje mi się, że do rozwiązania.
Co do autorów, których nie stać na publikacje - instytucje, które teraz wydają pieniądze na subskrypcje lub APC (biblioteki, agencje grantowe) mogłyby przeznaczyć część tej kwoty na fundusz dla autorów mogących wykazać, że nie mają środków zewnętrznych na koszty recenzji/publikacji.
Co do konfliktu interesów, to przykładem są firmy audytowe, o których wspominam wyżej. Krótkoterminowo w ich interesie może jest wystawiać pozytywne opinie płacącym klientom, ale długoterminowo bardziej opłaca im się pilnować marki.