Aktualności
Życie akademickie
18 Października
Źródło: www.gov.pl
Opublikowano: 2024-10-18

Zaniedbana dydaktyka

Ustawa PSWN wprowadziła dydaktyczną ścieżkę kariery akademickiej, a pozycja nauczyciela akademickiego wiąże się z licznymi przywilejami. Jednak dydaktyka to wciąż zaniedbany obszar działalności uczelni, w niewielkim stopniu wpływający na ich finansowanie, a przecież ze społecznego punktu widzenia znacznie ważniejszy niż same badania naukowe. 

Sekretem, który znaczna część pracowników naukowych głęboko ukrywa, nawet (a być może zwłaszcza) przed sobą samym, jest wstydliwy fakt, że jesteśmy nie tylko uczonymi, ale również nauczycielami.

Z dwóch funkcji społecznych: tworzenia nowej wiedzy oraz przekazywania jej kolejnym pokoleniom, niepokojąco często radośnie przyznajemy się tylko do tej pierwszej. Uważamy ją za najważniejszą i wręcz jedynie godną naszej uwagi część pracy akademickiej, podczas gdy dydaktyka traktowana jest jako zło konieczne, rodzaj pańszczyzny, którą trzeba odrobić możliwie niskim kosztem, tak by móc jak najwięcej sił i czasu poświęcić na rzeczy naprawdę ważne – uprawianie nauki. Jesteśmy jednak nauczycielami, wprawdzie „tylko” akademickimi, bardzo chętnie domagamy się związanych z tym przywilejów (długie wakacje, ferie etc.), a nawet nie tyle domagamy się, ile traktujemy je jako coś oczywistego, przy czym zupełnie inaczej podchodzimy do nauczycielskich zobowiązań, przede wszystkim do wymogu rzetelnej dydaktyki.

Po co uniwersytety?

Niestety, w świetle obowiązujących u nas zasad oceny instytucji akademickich i pracowników nauki, jest to racjonalna strategia prywatnej kariery oraz awansu zawodowego. Jednak biorąc pod uwagę potrzeby społeczeństwa, rzecz wygląda nieco inaczej, a jest to istotny punkt widzenia zważywszy na fakt, że to właśnie ono utrzymuje z podatków uczelnie, a tym samym i uczonych, wykładowców. Z perspektywy ogólnospołecznej dydaktyka jest tak samo ważnym, a w pewnym sensie nawet ważniejszym niż badania, aspektem naszej pracy. By to wykazać, proponuję następujący eksperyment: Wyobraźmy sobie, że z jakiegoś powodu przez okres jednego pokolenia wszyscy uczeni i akademicy nie będą w stanie wymyślić nic nowego – nie powstaje zatem żadna nowa idea, koncepcja, teoria, nie ma nowych wynalazków ani patentów etc. Uczelnie nie uprawiają zatem nauki, poprzestając na przekazywaniu wiedzy już zastanej. Brzmi strasznie. Jednak w tej sytuacji świat się w zasadzie nie zmieni. Nastąpi wprawdzie powszechna stagnacja, zniknie postęp, nie pojawi się nic nowego, lecz też nic starego nie zostanie utracone. Jednak gdyby uczelnie, niezależnie od przyczyn, zaprzestały swojej roli dydaktycznej, przez okres jednego pokolenia nie przekazywałyby istniejącej już wiedzy, spowodowałoby to zapaść cywilizacyjną, a w konsekwencji globalną katastrofę o następstwach niemożliwych do oszacowania. W oczywisty sposób świat stałby się zupełnie inny, i niestety znacznie gorszy.

Indywidualna korzyść

Funkcja dydaktyczna uniwersytetu jest zatem ze społecznego punktu widzenia co najmniej równorzędnym w stosunku do badań naukowych celem powołania instytucji akademickich. Należy się więc zastanowić, dlaczego jest ona tak powszechnie lekceważona. Dzieje się tak zapewne z tego powodu, że traktowanie dydaktyki po macoszemu – jako zło konieczne, mimo że społecznie szkodliwe – jest korzystne indywidualnie oraz instytucjonalnie (z punktu widzenia instytutu, wydziału czy uczelni) pożądane, a przynajmniej akceptowane. To właśnie nauka, a nie dydaktyka jest nagradzana stopniami naukowymi, awansami i podwyżkami pensji.

Lata temu, gdy byłem młodym asystentem, jeden z moich niewiele starszych kolegów dał mi radę, że aby zrobić karierę akademicką, powinienem (przepraszam za wulgaryzm) „p…ć dydaktykę, pisać doktorat”. Kolega ów, postępując zgodnie z tą zasadą, niewątpliwie zrobił karierę – jest dziś szanowanym profesorem i dziekanem. Podziwiam jego dorobek, jednak odradzam studiowanie na kierowanym w ten sposób wydziale.

Społeczne straty

Do lekceważenia dydaktyki zdaje się skłaniać również system naliczania ministerialnych subwencji dla uczelni. Punkty przyznawane są za osiągniecia naukowe, lecz nie premiują dobrej dydaktyki. Chcę być dobrze zrozumiany: system punktowy jest konieczny. Ministerstwo przyznając środki poszczególnym uczelniom, może kierować się albo arbitralnym widzimisię urzędnika, albo sformalizowanym algorytmem jednakowym dla wszystkich, który powinien uwzględniać, oczywiście, osiągnięcia naukowe jednostki. Nieszczęście polega na tym, że nader często osoby decydujące o kształcie życia akademickiego zapominają, czym jest uniwersytet i autonomia akademicka oraz czemu system punktowy ma służyć.

Uniwersytet jest instytucją, której sensem istnienia jest prowadzenie badań (czasem całkowicie nikomu w sensie praktycznym niepotrzebnych) oraz przekazywanie wiedzy. Autonomia akademicka jest po to, by nikt nam w realizacji tych zadań nie przeszkadzał. Punkty za osiągnięcia badawcze (w praktyce głównie za publikacje) są jedynie narzędziem służącym urzędnikom do właściwego podziału środków koniecznych do osiągania powyższych celów. Dopóki wszyscy zainteresowani będą pamiętać o tej hierarchii wartości, wszystko będzie w porządku. Obecnie jednak niepokojąco duża liczba „menagerów akademickich” zaczyna traktować uniwersytet jak „korpo”, której jedynym celem i sensem istnienia jest maksymalizacja zysku, a dokładnie rzecz ujmując zdobycie możliwie największej liczby punktów, co prowadzić ma do wydobycia z ministerstwa możliwe najwyższej subwencji. A skoro poświecenie się dydaktyce subwencji nie zwiększa, to tym gorzej dla dydaktyki oraz (przepraszam osoby uprawiające najrzetelniejszą dydaktykę) frajerów, którzy się jej oddają.

W tej sytuacji nie może nikogo dziwić fakt, że w wewnętrznych rozliczeniach i ocenach uczelnianych pracownicy są wręcz zniechęcani do poważnego angażowania się w dydaktykę jako coś, co ich odciąga od „prawdziwych zadań”. Niestety, odbywa się to kosztem nie tylko „frajerów – dydaktyków”, lecz również, a może przede wszystkim studentów. Należy też z uporem maniaka powtarzać banał, że kiepska dydaktyka akademicka zagraża nam wszystkim: pacjentom źle wykształconym lekarzy, uczniom źle wykształconych nauczycieli, mieszkańcom felernie zbudowanych domów etc.

Wniosek praktyczny tych niezbyt odkrywczych rozważań jest taki, że oprócz wymagania przynajmniej minimum przyzwoitej dydaktyki od wszystkich, należy szczególnie docenić wykładowców – nauczycieli akademickich – zatrudnionych na etatach wyłącznie dydaktycznych. Oczywiście, grupa ta nie może dominować, przynajmniej na uczelniach akademickich, a etat dydaktyczny nie może być zasiłkiem socjalnym pozwalającym doczekać emerytury tym, którzy nie potrafią napisać habilitacji. Musi być uznaniem wysiłków włożonych w to, do czego został powołany uniwersytet – kształcenie młodych ludzi.

Przy czym w sytuacji, gdy studia już dawno przestały być elitarne, bo na uczelnie trafia blisko połowa każdego rocznika młodzieży, duża część naszych studentów potrzebuje coraz większego, uważnego wsparcia ze strony nauczycieli w przyswajaniu wiedzy i radzeniu sobie z wymaganiami studiów wyższych. W tego rodzaju pracy dydaktycznej nie chodzi bynajmniej (a już na pewno nie przede wszystkim, wbrew często głoszonym postulatom) o wprowadzanie czegoś nowego i wyjątkowego, „implementacji innowacji dydaktycznych” i „wyjątkowych” osiągnięć. Tu sprawdza się raczej zwyczajna mrówcza praca, dziesiątki godzin spędzonych na konsultacjach, dodatkowe kolokwia, setki przeczytanych, odesłanych do poprawy i jeszcze raz przeczytanych, skomentowanych, przedyskutowanych ze studentami prac zaliczeniowych, licencjackich i magisterskich etc. Słowem to, co zwiększa prawdopodobieństwo uczynienia naszych absolwentów ludźmi wykształconymi, dobrze przygotowanymi fachowcami, a co rzadko zostaje i dostrzeżone, i uznane.

Zapewne osoby o naprawdę wybitnych osiągnieciach naukowych powinny być przynajmniej częściowo zwolnione z takich zadań, jednak ktoś to musi robić, dlatego też tak bardzo potrzebujemy prawdziwych nauczycieli. Wprawdzie nominalnie ustawa dowartościowuje trud nauczania, tworząc osobną – dydaktyczną – ścieżkę kariery akademickiej, jednak, przynajmniej na razie, nie zmieniło to w najmniejszym stopniu praktyki życia akademickiego.

Nowe, czyli stare myślenie

Nieszczęście polega na tym, że „dobroć dydaktyki” bardzo trudno sparametryzować, a coraz powszechniejszy dyktat poprawności politycznej jeszcze to utrudnia. Stosowane sposoby, mimo iż pożyteczne, są dalekie od miarodajności. Śledzenie ekonomicznych losów absolwentów więcej mówi o lokalnym rynku pracy niż o tym, co się dzieje z poziomem nauczania na uczelniach. Ewaluacja studencka z kolei, mimo że często pomaga wyłapać „grubsze” uchybienia, jest raczej plebiscytem popularności wykładowców niż rzetelną oceną ich warsztatu dydaktycznego. Niestety, na uczelniach samodegradujących się do poziomu korporacji coś, czego nie da się wyrazić w słupkach i tabelkach, nie istnieje. Oczywiście, powszechnie dostrzegane obniżenie poziomu nauczania akademickiego ma wiele bardzo różnych przyczyn. Eliminacja tej jednej – traktowania dydaktyki jako zło (nie do końca) konieczne – zależy jednak całkowicie od nas. Wymagałoby to nie tyle nowej ustawy, co nowego, a właściwie starego, akademickiego, a nie korporacyjnego myślenia.

prof. Stanisław Gałkowski, Uniwersytet Ignatianum

Dyskusja (55 komentarzy)
  • ~re(fleksje) 31.10.2024 10:38

    Cyt."Zapewne osoby o naprawdę wybitnych osiągnieciach naukowych powinny być przynajmniej częściowo zwolnione z takich zadań [...]"

    NAJPIERW to te wybitne osiągnięcia muszą zostać DOSTRZEŻONE przez kogoś. Bowiem, jak uczy tego SMUTNA praktyka, pewien odsetek ludzi MA ważne osiągnięcia naukowe, ale są "OLEWANI" przez "salon naukowy", czyli zbiór prof. dr hab.-ów.

  • ~fizyk 30.10.2024 16:52

    @M Cyt."Obecna sytuacja jest taka, że liczba studentów jest duża. Niestety, część z nich nie powinna studiować, co prowadzi do obniżenia standardów i poziomu absolwentów. "

    Ci studenci, to (parafrazując tytułowego bohatera z "Obywatela Kane'a" reż. Orson Welles), "polska opinia publiczna w przekroju". A ta opinia publiczna NIE ROZUMIE, niestety, ani wagi dziedzin ścisłych, ani znaczenia badań naukowych prowadzonych w tych dziedzinach. Większość z tych studentów, to typowe "szczawie", dla których najważniejsze jest znalezienie kierunku studiów, po którym znaleźliby pracę. Z uczelni zrobiono takie niby-zawodówki-technika, mające przygotowywać do zawodu (np. kierunek "kosmetologia", czy "hotelarstwo" - już nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać). Ani mamusi, ani tatusia, ani wujka, ani cioci takiego studenta/studentki NIE interesuje to, że geometria różniczkowa i rachunek tensorowy są potrzebne do tego, że w Ogólnej Teorii Względności można było coś wyliczyć, a ma to zastosowanie w GPSach, NAWET GDYBY im to powiedzieć. Podobnie mają oni za nic logikę matematyczną, czy mechanikę kwantową. Ludzie ci zachowują się, jak dzieci, które od razu chciałyby II danie i deser, z pominięciem zupy - mamusia, tatuś, wujek i ciocia chcieliby od razu ZASTOSOWANIA w postaci gadżetów, w których można by przyciskać guziki i mieć "fajerwerki". A SKĄD mają oni wiedzieć, jak to wszystko NAPRAWDĘ wygląda, skoro w szkole, do której uczęszczali, matematykę i fizykę (zwłaszcza tę drugą), NAJCZĘŚCIEJ OŚMIESZANO ?

  • ~fizyk 30.10.2024 16:39

    Cyt."Jednak dydaktyka to wciąż zaniedbany obszar działalności uczelni, w niewielkim stopniu wpływający na ich finansowanie, a przecież ze społecznego punktu widzenia znacznie ważniejszy niż same badania naukowe. "

    Ze ZDUMIENIEM widzę, że pan Profesor niestety, ale nie dostrzega tego, że właśnie dydaktyka jest postrzegana, jako główny składnik pracy na uczelniach, zaś badania naukowe (co zresztą zgadza się z tym, co sam Pan napisał), są taką "przyprawą do dania głównego". Przecież CO decyduje o tym, czy dana osoba znajdzie zatrudnienie na uczelni ? Najczęściej to, czy znajdzie się dla niej odpowiednia liczba godzin zajęć dydaktycznych. Pamiętam bardzo dobrze, jak ponad 20 lat temu, po obronie doktoratu z fizyki, stanąłem wobec problemu "co dalej ?". Okazało się, że rację miał jeden z opiekunów mojego doktoratu, mówiąc mi 4 lata wcześniej, że "zimna wojna się skończyła i że teraz przyszła pora na informatykę" oraz zalecając mi, żebym "uczył się informatyki". Słuchałem tego z niesmakiem, gdyż niestety, ale ta dziedzina nigdy mnie specjalnie nie pociągała, właściwie mnie męczyła. Nie była trudna, jako taka, tylko po prostu, raczej nudnawa. Zresztą zapomniałem o tej rozmowie, rzucając się w wir pracy naukowej we fizyce, a oprócz tego, prowadząc zajęcia z fizyki ze studentami. Po 4 latach studiów doktoranckich stwierdziłem, że fizyków w Polsce traktuje się, jak "piąte koło u wozu", a fizykę jako rodzaj luksusowego hobby. Nagle okazało się, że chcąc nie chcąc, muszę zaprzyjaźnić się choć trochę z informatyką, gdyż poza ofertą pracy w tych dziedzinach fizyki, w których nie bardzo wiedziałem, jak się odnaleźć, nie miałem właściwie żadnego punktu zaczepienia, jeśli chodzi o zatrudnienie. Niestety, dwaj opiekunowie mojego doktoratu nagle stali się tak bardzo zajęci swoimi sprawami, że naturalna kolej rzeczy, jaka następuje po obronie doktoratu, a którą ONI powinni zapewnić, tzn. wysłanie świeżo upieczonego doktora do innej grupy badawczej, czy na staż naukowy itp. itp., NIESTETY NIE NASTĄPIŁA.
    Jedynym rozwiązaniem, jakie wtedy widziałem, były studia podyplomowe, po których ukończeniu miałem pewne kwalifikacje do pracy w sektorze IT, a zarazem do prowadzenia różnych kursów informatycznych na uczelni. Wszystko bardzo ładnie itp., tyle że po 20 latach pracy na uczelni, z czego ładnych kilka lat prowadziłem WYŁĄCZNIE zajęcia z ZAAWANSOWANYCH przedmiotów informatycznych, jak np. "inżynieria oprogramowania", nasuwało się pytanie: co by było, gdybym tę ogromną ilość czasu i energii, jakie musiałem przeznaczyć na przygotowywanie się do tych zajęć (na studiach podyplomowych, ale też i potem), zainwestowałbym w to, co potrafiłem robić najlepiej: w pracę naukową w dziedzinie fizyki, z której robiłem doktorat ?
    NIESTETY, ale do tej pory NIKT nie zadał sobie PUBLICZNIE pytania o PRZYCZYNY tego stanu rzeczy, że fizycy muszą często przekwalifikowywać się (przynajmniej częściowo), na informatyków, a nowo nabyta wiedza NIESPECJALNIE pomaga im w badaniach z zakresu fizyki. NIKT też jakoś nie zastanawiał się nad sposobem przynajmniej częściowego rozwiązania tego problemu.

  • ~websites erstellen 29.10.2024 21:37

    Hello! I just finished going through your article, and I have to say it was truly enlightening! You’ve done a fantastic job of highlighting some key points that don’t always get the attention they deserve. I especially liked how you laid out your ideas—it felt very relatable to me. I’ve been exploring a similar topic on my own site, focusing on [mention relevant subject], and I’d be interested in hearing your thoughts on it. Thanks again for providing such valuable insights! Keep up the awesome work!

  • ~M 22.10.2024 21:10

    Obecna sytuacja jest taka, że liczba studentów jest duża. Niestety, część z nich nie powinna studiować, co prowadzi do obniżenia standardów i poziomu absolwentów. Skutkiem tego są również liczne grupy studenckie oraz duża liczba godzin dydaktycznych, co z kolei powoduje nadgodziny dla wykładowców. Jednocześnie musimy tworzyć publikacje, ponieważ z tego jesteśmy rozliczani. Nikt jednak nie zastanawia się nad tym, jaki wpływ mają te punkty i publikacje dla podatników.

  • ~Magda 20.10.2024 18:41

    Na dydaktykę nie poświęca się funduszy, traktuje jako zło konieczne, a przecież "siły " Uczelni, jej rozpoznawalność kreowana jest tzw. reklamą szemraną, czyli przez samych Żaczków. Uwielbiam prowadzić zajęcia, nie cierpię pisać artykułów. Ale... z uwagi na chory system oceny akademików muszę wysiedzieć swoje, by uczynić za dość stawianym wymaganiom i mieć kategorię A by Uczelnia nie straciła uprawnień do habilitowania i doktoryzowania. Chory system, punkty określone w tysiącach. Mądre Głowy odpowiedzcie proszę komu przeszkadzały tzw. małe punkty czasopism, czyli 3, 5, 7, 8, 10, 13 czy 15. Czym różni się dziś 20, 40, 70, 100, 140? To tak jak z wymianą PLN w 1995 tylko w drugą stronę. Niczego kompletnie to nie zmieniło. Dziś gonimy za publikacjami, bo ściga na punktowa. Czasu na rzetelną dydaktykę brakuje. Zresztą skoro wszyscy mają ja w głębokim poważaniu, to po co uczyć? Po co w takim razie ogłaszać nabory na studia, skoro mamy uprawiać naukę? Za chwilę wyleje się na mnie fala hejtu, ale nie dbam o to. Moim zdaniem, subiektywnym oczywiście, żadna nauka nie będzie potrzebna, gdy jej wyników nie będzie komu przekazać. Do tego dążymy? Gdyby nie dydaktyka na Uczelni, nie byłaby potrzebna nauka? Quo vadis Uczelnio????

    • ~Drdr 21.10.2024 08:32

      Niestety, w Polsce wymaga się, aby jednocześnie uprawiać naukę i prowadzić zajęcia. Oczywiście, we wszystkim trzeba być najlepszym w teorii, bo nikt potem tego nie sprawdza. Z tego co wiem, to istnieje etat dydaktyczny na niektórych uczelniach i wydaje mi się to bardzo w porządku. Są świetni dydaktycy i nie ma sensu zmuszać ich do pracy naukowej. Niestety wśród tych dydaktycznych bardzo często ukrywają się jednostki słabe zarówno naukowo jak i dydaktycznie. Może to wpływa na całościową ocenę roli dydaktyki na uczelni. Druga sprawa, etatów naukowych finansowanych przez uczelnię praktycznie brak, a przecież to działa w dwie strony. Są osoby, które są świetnymi naukowcami, piszą granty i publikacje i nie lubią zajęć dydaktycznych.

  • ~Ada 20.10.2024 16:38

    Dydaktyka?
    Doktorant na zleceniu za zajęcia na (nie?)jednym z uniwersytetów dostaje 25 zł za godzinę.

    Czy w trakcie zajęć może rozdawać ulotki albo stać z banerem biedronki? Pytam dla koleżanki.

  • ~KB 19.10.2024 21:12

    Akurat jednostka autora pokazuje ciekawy aspekt szkolnictwa wyższego w Polsce. Mianowicie, dzisiaj niemal każda uczelnia jest Uniwersytetem. Już nawet uczelnia Jacka Majchrowskiego, niegdyś KSW (Kup Sobie Wykształcenie), dzisiaj jest uniwersytetem.

    Oczywiście, że tego typu uniwersytety będą niezadowolone z małego nacisku na dydaktykę, skoro nic poza dydaktyką tam się nie dzieje. Inna sprawa, że zazwyczaj jak ktoś jest dobrym naukowcem to zazwyczaj jest również dobrym dydaktykiem. Chociażby dlatego, że ma praktyczne doświadczenie w tym o czym opowiadania, a nie recytuje podręcznika.

    • ~Kazimierz 20.10.2024 19:51

      Jest raczej odwrotnie. Albo poświęcasz swój czas na dydaktykę, albo naukę. Są niezmiernie rzadkie wypadku talentów. Jednak na ogół decyduje wytężona praca, więc na coś musisz się zdecydować.

    • ~Wykladowca 20.10.2024 08:15

      Nie do końca zgadzam się z twierdzeniem, że dobry naukowiec jest dobrym dydaktykiem. Oczywiście są przypadki takich, ale widzę raczej odwrotną zależność- są osoby, które skupiają się na treściach, analizach, lubią pracę w samotności gabinetu, piszą, publikują i mają świetne rezultaty naukowe, ale zupełnie nie umieją tego przekazać, ich kontakt z dużą grupa studentów jest sztywny i po prostu słaby. I są tacy, którzy od całej tej punktozy uciekają, nie lubią pisać pod kryteria, ale mają szeroką wiedzę, często poparta doświadczeniem biznesowym (mówię bowiem o uczelniach ekonomicznych) I po prostu lubią ludzi, studentów, chcą pomagać, dzielić się wiedzą, zarażać pasja i potrafią poruszyć serca młodych ludzi, zainspirować ich, pociągnąć za sobą.
      Są jeszcze tacy, którzy idą w administrację, pną się po szczeblach i w efekcie nie są ani naukowcami, ani dydaktykami. Na szczęście dla nich ich podwładni kurtuazyjnie lub w wyniku nacisków uwzględniają ich w swoich projektach czy badaniach i na papierze ich osiągnięcia nadal wyglądają nieźle, ale to fikcja.

      • ~Matuzalem 20.10.2024 13:52

        Bardzo dobra analiza ról jakie akademicy pełnią na uczelniach. Zacznę od tych, którzy zrobili karierę drogą administracyjną , pokonując kolejne szczeble i zajmują.c najwyższe stanowiska.. Najczęściej przynajmniej w Polsce dla nauki są juz straceni bo już nic nie muszą i nie mają zwyczajnie czasu. Ale mają władzę i ambicje!. Pół biedy, gdy wymuszają dopisywanie do prac podwładnych lub tworzą opasłe tomy pod swoją redakcją , które mają nikłe związki z nauką. Gorzej, gdy nadal chcą być - mimo sprawowania funkcji administracyjnych -liderem naukowym. Niestety, zdarza się, że czynią to w ten sposób, że pozbywają się z zespolu potencjalnych konkurentów ambitnych, zdolnych naukowców. W Polsce jest to możliwe! Dyrektor instytutu ma władzę absolutną. Po prostu, rzuca delikwenta na odcinek dydaktyka , obciążając niemiłosiernie zajęciami. I taki odrzucony przez dyrekcję już też jest stracony dla nauki. Pozbawiony możliwości rozwoju , awansu, wyższego wynagrodzenia, nagród,, dostępu do informacji ,szacunku tzw. pracowników naukowych. Kariera przerwana.
        Stąd zdarzają się świetni dydaktycy, bo nie ma wątpliwości, że aby takim być trzeba być dobrym naukowcem.. Szkoda tylko , że podział na dydaktyków i tzw. naukowców odbywa się w sposób uznaniowy bez względu na kompetencje i wolę zesłanych do dydaktyki, a raczej ze względu na osobiste interesy dyrekcji i faworyzowanie chronionych, którzy rzekomo są urodzonymi noblistami. Zatem, zero migania się wybrańców od dydaktyki! Akdemicy to pracownicy naukowo-dydaktyczni! Mają obowiazki wobec studentów i spoleczeńtwa. Uczelnie, to szkoły wyzsze ! Oczywiście pomijam tu tych akademików, którzy nie mają osiągnięć badawczych i pozostaje im dydaktyka.
        Powyższa analiza dotyczy jednakże uczelni i to badawczych i oparta jest nie tylko na osobistej obserwacji ale wynika też z tekstów publikowanych na FA i ostatniego raportu uczonych, wskazujących na hierarchię, nepotyzm , dyskryminację , niesprawiedliwość, brak transparentności jako główne przyczyny uciaczki naukowców z Polski i co się z tym wiąże niską pozycję polskiej nauki!

        • ~Matuzalem 20.10.2024 13:57

          Przepraszam za interpunkcję, pisane w samolocie na smartfonie:)

  • ~Anna 19.10.2024 19:07

    A ja się nie zgadzam. Autorowi chyba tęskno do czasów jak nauka się nie liczyła, nie trzeba było publikować. A teraz trzeba się trochę wysilić, bo jest ewaluacja.
    Jest dużo szkółek mianujących się "uniwersytetami" jak WSB i inne cuda, tam jest nacisk na dydaktykę zapewne, można tam iść uczyć. Ewentualnie można rozdzielić stanowiska naukowe z dydaktycznymi. Dydaktyka zabiera czas, który powinien być poświęcony na naukę. Niech na prawdziwych uczelniach zostaną ambitni i zdolni, którzy chcą robić naukę na poziomie recenzowanych czasopism, a nie wydawnictw drapieżnych typu mdpi, gdzie opublikują każdy kiepski artykuł bo za pieniądze. Dziś ludzie, którzy chcą robic prawdziwą naukę, muszą zderzać się z murem zabetonowanych w poprzednim systemie profesorów, którym się nie chce, i którzy by chcieli, by wróciły stare porządki i młodzi na nich robili, choć oni nic młodym w starcie nie pomagają, mimo, że sami osiągnęli już wszystko. Niestety nowe czasy, nowe porządki, kiedyś ci starsi odejdą na emeryturę i może powstanie nowa jakość. Dziś sam fakt studiowania nie jest elitarny jak kiedyś. Student, który ledwo zdał maturę, a jest przyjmowany na uniwersytet, bo jest niż demograficzny i pootwierały się prywatne uczelnie, to nie jest ten sam student co 50 lat temu, on nie oczekuje poziomu, on nie chce sie uczyć, on chce miec papierek, ze jest magistrem, najlepiej za samo bycie na uczelni, jak najmniejszym kosztem. Natomiast garstka ambitnych, która chce się uczyć i tak się będzie uczyć, bez względu na poziom.
    Pozdrawiam

    • ~Kazimierz 20.10.2024 20:07

      Trudno zgodzić się z autorem. Uniwersytet musi mieć studentów i jest to prawie najważniejsza jego funkcja, czego dowodzą renomowane uczelnie zachodnie. A rebours, kto nie chce uczyć, niech się zatrudni w instytucie naukowym. Poziom naukowy uniwersytetu i wykładowców jest bardzo ważny, ale nie dla badań naukowych powstały uniwersytety (akademie).

    • ~Kazimierz 20.10.2024 19:59

      Trudno zgodzić się z autorem. Uniwersytet musi mieć studentów i jest to prawie najważniejsza jego funkcja, czego dowodzą renomowane uczelnie zachodnie. A rebours, kto nie chce uczyć, niech się zatrudni w instytucie naukowym. Poziom naukowy uniwersytetu i wykładowców jest bardzo ważny, ale nie dla badań naukowych powstały uniwersytety (akademie).

    • ~Wykladowca 20.10.2024 08:28

      Nie zgadzam się, że uczelnie skupione na dydaktyce to jakieś "szkółki", a dydaktyka zabiera czas na naukę. Proszę spojrzeć choćby na Oksford czy Cambridge. Tam każdy student ma ze swoim tutorem 1-3 h tygodniowo indywidualnych konwersatoriów, każdy student jest znany nie tylko z nazwiska gronu collegu czy wydziału i o jego dalszych losach decyduje się w dyskusji nad jego potencjałem i szansami na dalszy sukces naukowy. Bo student w tych - świetnych przecież- systemach akademickich nie jest traktowany jak zło konieczne, tylko jako kandydat na przyszłego kolegę naukowca. Dydaktyka nie jest tylko przekazywaniem wiedzy, ale też mozolnym procesem rekrutacyjnym pozwalającym wyłonić prawdziwie najlepszych (w przeciwieństwie do niektórych naszych konkursów, gdzie trzeba przyjąć syna rektora czy dziekana). Tam student od studiów magisterskich począwszy jest partnerem, członkiem zespołu badawczego swojego promotora i wdraża się do pracy z innymi naukowcami i na równi z nimi. Szacunek dla osiągnięć profesora czy doktora nie wyklucza uznania dla wkładu studenta w pracę zespołu.

      • ~Rozalia 25.10.2024 14:59

        Poziom studentów przyjmowanych na Oxbridge jest trochę inny, niż u nas, gdzie przyjmowany jest "każdy". Dydaktyka dla inteligentnych studentów jest rozwijająca, dla mało zdolnych - ogłupiająca. Z rozkładu normalnego wynika, że polowa naszej młodzieży nie może być wybitna. Zatem i dydaktyka nudzi wykładowców, którzy chcą się rozwijać

    • ~Mp 19.10.2024 21:48

      W innych czasopismach też się płaci i to nie mniej. Proszę nie wprowadzać ludzi w błąd. Dla przykładu niech Pani pochwali się artykułem z open Access ,który opublikowała Pani za darmo

      • ~Profesor PAN 21.10.2024 15:44

        Większość z moich artykułów z różnych wydawnictw z ostatnich 10 lat to open access, nie zapłaciłem za nie ani centa. Ten trend będzie narastać, bo wydrukowanie artykułu już trudno nazwać publikacją czyli ujawnieniem szerokiej publiczności. A jeśli pismo sobie życzy wycofanie preprintu z serwera (są takie), to można to nazwać anty-publikacją. If it ain't on the internet it don't exist, takie czasy nastały.

      • ~wgewh 20.10.2024 20:06

        Przykladowo, mam kilka publikacji w mdpi, wszystkie bezplatnie. Nie za recenzje, po prostu na zaproszenia i 100% vaiwer. Zreszta podobnie w Wiley, Elsevierze i Spingerze.

      • ~Anna 20.10.2024 07:24

        Tak mam kilka takich artykułów. Po opublikowaniu Polska Biblioteka Nauki sama sie do mnie zgłosila, ze zapłacą open Access, wiec jak najbardziej się da, tylko artykul musi być na poziomie. Pozdrawiam

        • ~Mariusz 20.10.2024 13:05

          Czyli nie był za darmo, po prostu ktoś inny za niego zapłacił.

          • ~Profesor PAN 21.10.2024 15:46

            Za wszystkie darmowe rzeczy płaci kto inny, ten poziom wiedzy ekonomicznej powinien być powszechny.

    • ~Mikołaj 19.10.2024 21:11

      Jeżeli nie chcesz kolego uczyć studentów, co jest nieodzownym warunkiem pracy na finansowanej przez społeczeństwo uczelni to idź uprawiać naukę do laboratorium korporacyjnego. Wtedy będziesz zajmował się tylko nauką, ale tylko tą która przynosi korpo zyski, a o publikacjach to możesz raczej zapomnieć. Ewentualnie sam finansuj swoje hobby naukowe. Społeczeństwo finansuje pracę badaczy, lepiej lub gorzej, ale chce coś z tego mieć. Publikacje naukowe rzadko przekładają się bezpośrednio na jakąś korzyść dla społeczeństwa. Natomiast wykształcony np. inżynier jak najbardziej jest przydatny i przyczynia się do wzrostu PKB.

      • ~Marcin Przewloka 21.10.2024 18:53

        @Mikołaj

        Prosze sie zastanowic, jaka dokladnie "korzyść dla społeczeństwa" przynosi CERN, o budzecie 1.2 miliarda Euro rocznie, albo James Webb Telescope, ktory kosztowal 10 miliardow dolarow. Czy spoleczenstwa, ktore zainwestowaly w te ekstrawagancje, sa glupie, bo przeciez powinny finansowac "pracę badaczy, aby coś z tego mieć" ?
        A moze jednak cos ostatecznie maja z tych zdjec kosmosu i przedziwnych eksperymentow, ktorych w ogole malo kto rozumie?

        https://home.cern/about/what-we-do/our-impact

      • ~Profesor PAN 21.10.2024 16:10

        Jeszcze jest PAN

      • ~Anna 20.10.2024 07:25

        Panie Mikolaju jeśli jest się na samozatrudnieniu,majac kilkumilionowy grant NCN lub NCBiR nie prowadzi się zajęć. Pozdrawiam

  • ~Prometeusz 19.10.2024 19:03

    Nauczanie, dydaktyka na wielu uczelniach traktowana jest niestety po macoszemu, choć pudruje się to najczęściej hasełkami, że "jest ważna", bo tworzy się rozporządzenia, uchwały, procedury itd. Tylko zazwyczaj z nich nic nie wynika. Słabi czy też nielubiani przez studentów wykładowcy dalej wykładają, źle (nieciekawie, niezrozumiale) prowadzone przedmioty dalej są źle wykładane. Koło dalej się toczy, bo system stawia w rozliczeniu na naukę. Przykładem może być to, że na niektórych uczelniach wyższych wprowadzono tzw. dodatki "motywacyjne", gdzie na przykład: 70-80% puli pieniędzy przeznaczonych na te dodatki idzie dla pracowników z odpowiednią ilością punktów za publikacje, około 10-15% za dydaktykę, a następne 10-15% za organizację. Hmm, czy to jest sprawiedliwy podział? Przyklasnąć można przytoczonemu tu na forum przez Panią Iwonę np. Uniwersytetowi w Brukseli, gdzie nauka i kształcenie liczą się po równo.

    • ~Adiunkt 20.10.2024 10:16

      Nielubiany nauczyciel? Pewnie dlatego, że coś wymaga. W dzisiejszych czasach studenci są w większości tak słabi, że zależy im tylko na papierku, a nie na realnym zdobyciu wiedzy. I oni np mają mnie oceniać w ankietach za jakość prowadzonych przeze mnie zajęć? Krew mnie zalewa, jak czasami widzę te ankiety, w których negatywne oceny wystawiają w dużej mierze ci, którzy mszczą się za brak zaliczenia.

      • ~Adiunkt dydaktyczny 20.10.2024 19:10

        Rozumiem emocje. Uważam że ankiety powinny być podpisane przez autora. Jeśli są anonimowe to sytuacja nie różni się zbytnio od hejtu w sieci. Nie ma zgody na opieranie na takiej ankiecie oceny żadnego nauczyciela bo to zwyczajnie niepedagogiczne. Powinniśmy raczej docenić odwagę obywatelską młodzieży. A zasady skonstruować tak by studenci czuli się odpowiedzialni za to co mówią ale również bezpieczni. Prawo zawsze gwarantuje możliwość obrony. Nauczyciel akademicki nie może z tego skorzystać bo nie wie kto go szkaluje. Jeśli ankietyzacja nadal będzie anonimowa to wyniki ankiety powinny być analizowane poza systemem oceny nauczycieli. Bo teraz często jest to zemsta za niezależnie.

        • ~Adiunkt dydaktyczny 20.10.2024 19:11

          Niezaliczenie

        • ~Adiunkt dydaktyczny 20.10.2024 19:11

          Niezaliczenie

  • ~Maria 19.10.2024 14:39

    Tak, ale co najbardziej zniechęca do prowadzenia dydaktyki, tłumy studentów i to, że większość uczelni przyjmuje na studia wszystkich chętnych. Jak długo można potem znosić pręsję na zaliczanie przedmiotu, aby tylko byli studenci.
    Zmuszanie do obniżania poziomu nauczania np. na germanistyķę przyjmuje się dzisiaj studentów bez znajomości języka niemieckiego etc.

  • ~PŻ 19.10.2024 13:32

    Ocena poziomu prowadzenia zajęć, w tym opracowania wybitnych innowacyjnych wykładów i ćwiczeń polega na akredytacji kierunków, analizie programów oraz na hospitacjach. Nauczyciele naukowo dydaktyczne, poza dydaktyką maj obowiązek prowadzenia badań. Za to im zgodnie z obecną oraz poprzednimi Ustawami obniżono pensum w porównaniu z nauczycielami dydaktycznymi. Dydaktykę nie da się określić liczbowo. Chyba że wprowadzić stopnie, jak dla studentów, od 5 do 2. A kto je wystawi? Eksperci? O ekspertach na Forum było już wiele dyskusji. Naukę, lepiej lub gorzej, da się określić liczbowo. Stąd w ewaluacji uwzględniano tylko osiągnięcia naukowe. Dawniej Wydziałów, obecnie - Rad dyscyplin.

    • ~Adiunkt 20.10.2024 10:20

      Serio? U nas badawczo dydaktyczni mają 210h zajęć, a dydaktyczni chyba 360. Ta różnica to ma być ekwiwalent uprawniania sensownej nauki? Tak może napisać ten, kto nigdy sensownej nauki nie robił.

      • ~P.Ż, 20.10.2024 21:59

        Panie Adiunkcie, liczbę godzin ustala nie Rektor. On może jedynie obniżyć ją wybitnym naukowcom. Proszę o zapoznanie się z Ustawą. Tam podane są liczby godzin, które od wielu lat pozostają niezmienne. Jak ktoś nie chce lub ni9e lubi uprawiać dydaktyki oraz nauki, moje całkowicie poświęcić się dydaktyce. Oczywiście, z konsekwencjami co do liczby godzin. A co do Pana stwierdzenia, że "... ten nigdy sensownej nauki nie robił", nie jestem członkiem żadnych konsorcjów od robienia cytowań i mam hirsza według WoS 29. Pozdrawiam i dziękuję za miłą i owocną dyskusję oraz za trafne uwagi. Życzę owocnej pracy naukowo - dydaktycznej za 210 h lub dydaktycznej za 360 h.

  • ~Adam 19.10.2024 12:37

    Nie będzie poprawy w jakości kształcenia dopóki studiowanie w Polsce będzie bezpłatne. Jest to całkowita katastrofa i coś niezrozumiałego. Studia mają być najwyższej jakości, z najlepszym możliwym wyposażeniem laboratoryjnym, z osobami motywowanymi do dobrej dydaktyki i sprawdzanymi z tego. Czy znajdzie się ktoś odważny, żeby tak zrobić? To wcale nie musi oznaczać, że tylko bogaci będą mogli studiować, wręcz przeciwnie.

    Podam przykład. Studia na brytyjskich uczelniach są płatne. Studenci z Wielkiej Brytanii oraz niektórzy studenci z Unii Europejskiej płacą czesne, które wynosi do 9,250 funtów rocznie za studia licencjackie. Student Finance England zapewnia studentom pożyczki na pokrycie czesnego oraz kosztów utrzymania. Pożyczka na czesne jest zwykle wypłacana bezpośrednio na rzecz uczelni. Gwarantem pożyczki studenckiej jest rząd brytyjski. Pożyczki te są spłacane dopiero po ukończeniu studiów i osiągnięciu określonego progu dochodowego. Spłaty rozpoczynają się dopiero po ukończeniu studiów i tylko wtedy, gdy roczne dochody absolwenta przekraczają określony próg, który wynosi obecnie około 27,000–28,000 funtów rocznie (stan na 2024 rok). Spłata wynosi 9% dochodów przekraczających ten próg. Po 30 latach od ukończenia studiów, niezależnie od tego, ile zostało spłacone, pozostała kwota pożyczki zostaje umorzona.

    Takie podejście może rozwiązać również kwestie typu - Polska wykształciła specjalistę, a ten pojechał zarabiać za granicą. W takim wypadku, w Wielkiej Brytanii, jeśli absolwent przenosi się za granicę, ma obowiązek poinformować Student Loans Company (SLC) o swoim miejscu zamieszkania. Próg dochodowy do rozpoczęcia spłat zależy od kraju zamieszkania. SLC ma listę progów dla poszczególnych państw, dostosowaną do lokalnych kosztów życia. Jeśli absolwent nie informuje SLC o swojej sytuacji finansowej po przeprowadzce za granicę, może spotkać się z domyślnym ustaleniem wysokich rat do spłaty. Niezapłacenie tych rat może prowadzić do rosnących odsetek, dodatkowych kar oraz problemów prawnych w przypadku powrotu do Wielkiej Brytanii.

    Przemyślany system, który nie jest obciążeniem, a daje szansę na zbudowanie dobrej bazy placówek dydaktycznych, dobrze wyposażonych i z personelem właściwie wynagradzanym. Czekam na rząd, który zajmie się tą sprawą w taki sposób, a nie na zasadzie, że dalej udajemy, że jest kasa, coś tam dosypiemy i "jakoś to będzie".

  • ~Dydaktyczka 19.10.2024 10:22

    Gdzie te przywileje dla pracowników dydaktycznych? - Panie Profesorze, czy to miała być prowokacja? Wymiar urlopu jest taki sam, bez względu na to, na jakiej ścieżce jest zatrudniony pracownik na danej uczelni. Na dodatek, pracownicy dydaktyczni mogą wziąć urlop wyłącznie poza terminami zajęć i sesji czyli w najbardziej obłożonych i najdroższych miesiącach wakacyjnych, a w zimie za to często wyłącznie poza zmieniającym się co roku terminem ferii własnych dzieci, podczas gdy pracownicy naukowi - mogą wybrać się na słoneczne wakacje za połowę ceny np. w marcu czy listopadzie. O różnicach w wynagrodzeniach na analogicznych stanowiskach typu adiunkt (naukowy/dydaktyczny) czy profesor uczelni nie ma chyba co wspominać, żeby nie drażnić.

    • ~Adiunkt 19.10.2024 17:46

      Jak to? Adiunkt dydaktyczny i badawczo dydaktyczy zarabia tyle samo. Przynajmniej na UMK. Badaczy też nie mają wolnego w marcu, bo normalnie prowadzą zajęcia.

      • ~Mikołaj 19.10.2024 21:15

        Tu chyba chodzi o to, że osoby zatrudnione przy grantach mogą uzyskać zwolnienie z części lub całości zajęć. Tak jest na PW.

  • ~Iwona Maciejowska 19.10.2024 10:02

    Zgadzając się z głównymi tezami artykułu, chciałabym zwrócić uwagę na kilka drobiazgów, które je niesłusznie osłabiają: a) skąd ta wizja przywilejów w postaci długich wakacji? Może warto to wziąć to w cudzysłów? W środowiskach akademickich, które są mi znane, osoby na ścieżce dydaktycznej, w czasie poza zajęciami i konsultacjami,, robią dokładnie to samo, co naukowcy poza eksperymentami i obserwacjami czyli: planują, przygotowują, analizują wyniki, raportują, podnoszą swoje kompetencje (analizując literaturę czy uczestnicząc w szkoleniach), prezentują (w środowisku lokalnym i międzynarodowym). A na dodatek, mimo, że mają zwykle taki sam % obowiązków organizacyjnych na rzecz katedry/zakładu/instytutu/wydziału/uczelni, to właśnie im się te wszystkie obowiązki przydziela - raporty do PKA, promocja, komisje takie czy inne itd..
    b) czy osoby osoby o naprawdę wybitnych osiągnieciach naukowych powinny być zwolnione chociaż z części obowiązków dydaktycznych? - wydaje mi się, że w większości uczelni są, liczba godzin kontaktowych w pensum etatu na ścieżce dydaktycznej w znanych mi uczelniach sięga nawet 560, podczas gdy na ścieżce badawczo-dydaktycznej rzadko przekracza 200.
    c) „dobroć dydaktyki” bardzo trudno sparametryzować - zgoda, w Polsce nie wiemy, jak to robić. Jednak częściowo jest to problem tej strony Europy. Z jednej strony - np. college amerykańskie mają wypracowane takie procedury działając w sytuacji jeszcze większego zróżnicowania studentów niż my, Z drugiej strony, także w Europie mamy takie przykłady. Poza Wielką Brytania polecam Université Libre de Bruxelles - uczelnię dumną z tego, że w ocenie ich pracowników badawczo-dydaktycznych, nauka i kształcenie liczą się po równo (50:50).

    • ~Marcin Przewloka 21.10.2024 19:16

      @Iwona Maciejowska

      Odnosnie c), nie slyszalem o parametryzacji i ewaluacji szkol w Stanach Zjednoczonych.
      Zas w Wielkiej Brytanii ocena naucznia studentow (TEF) i ocena badan naukowych (REF) ida zupelnie innymi sciezkami i sa zupelnie inaczej zorganizowane. Nie slyszalem o szkolach w Wielkiej Brytanii, ktore sa znane z niezwykle wysokiego poziomu uczenia studentow (inaczej, niz w USA, tam sa takie). Dobre uniwersytety w UK sa dobre glownie dlatego, ze selekcjonuja najlepszych studentow, a nie dlatego, ze maja wysmienity system nauczania. Nawet w Oxbridge, gdzie maja "tutoring", studenci nie zawsze otrzymuja wystarczajaca pomoc ze strony lokalnego systemu.

  • ~Prof podwórkowy 18.10.2024 17:57

    ....a później Ministerstwo robi ewaluację i jako jednostkę referencyjną wybiera Instytut PAN. W efekcie Ci, którzy trwonią zasoby "naukowo dydaktyczne" na dydaktykę spadają w kategoryzacji. Każdy przytomny dziekan będzie stawiał na producentów publikacji, a nie dydaktyków....

  • ~Adrian 18.10.2024 17:49

    Zgadzam się z Panem Profesorem w 100 procentach do tej sytuacji doprowadza tylko jedno. Rozlicza się tylko z nauki. Nikogo nie obchodzi jaki świetny wykład przygotowałeś, ile czasu poświęciłeś na opracowanie ciekawych nowych ćwiczeń laboratoryjnych, jakie korzyści odnieśli studenci. Dopóki to się nie zmieni zawsze dydaktyka będzie traktowana tak jak teraz. A nie powinna.

    • ~Nauczyciel akademicki 19.10.2024 08:08

      W pełni się zgadzam z tezami artykułu i jego treścią. Dzisiaj rozdzielenie uprawnień dziekana i przewodniczącego dyscypliny w wielu uczelniach utrwala tę patalogię. Jestem profesorem tytularnym i nie wyobrażam sobie prowadzenia dydaktyki lekceważąc jej znaczenie, ale młodsi niestety wpisują się w dużej części w ten model nauczyciela akademickiego, który opisał Autor. Tym, którzy decydują o szkolnictwie wyższym zadałbym pytanie, czy chcieliby być leczeni przez niedoszktalconego lekarza lub oddać swoje zdrowie, czy mienie w ręce partacza, który był uczony przez wybitnego badacza ale niechętnego w realizacji dydaktyki

      • ~Adiunkt 19.10.2024 09:15

        Również się zgadzam, ale chciałbym podkreślić to jak szalenie trudne jest pogodzenie rzetelnie uprawianej nauki z dobrą dydaktyką. Ta druga potrzebuje dobrze przygotowanego wykładu, często spisanego w formie notatek elektronicznych, dobrze ułożonych list zadań, robienia popraw do kolokwiów, organizowania częstych konsultacji itp. To wszystko może całkowicie zająć czas w tygodniu. Zwłaszcza jak np ma się jakiś nowy przedmiot do przygotowania. A nauka? Każdy wie, że na nią potrzeba często nieograniczonego czasu... Nie da się de facto dobrze pogodzić obu obowiązków. Dydaktycy mają więcej przedmiotów do prowadzenia, owszem, ale jak nie mają do robienia nauki, to obowiązki te dają się łatwiej ogarnąć. Dla pracowników badawczo-dydaktycznych jest to niestety często wybór typu albo-albo. Ostatni aspekt tej sytuacji - nie oszukujmy się - średnia jakość dzisiejszego studenta. Przez nią często ma się wrażenie, że się rzuca perły przed wieprze. Na przykład dla mnie to jest problem, bo podważa sensowność i trud moich starań dydaktycznych.

        • ~Mp 19.10.2024 22:07

          Pracownik nadawczo dydaktyczny ma pensum 240 godzin podczas gdy dydaktyk 360 godzin. Ten ostatni nie musi publikować i nie musi prowadzić badań. Skąd więc pracownik nadawczo dydaktyczny ma znaleźć czas na naukę i dydaktykę. Po prostu odpuszcza dydaktykę..

          • ~Adiunkt dydaktyczny 20.10.2024 19:24

            Na mojej Uczelni jako dydaktyczny również muszę publikować, tylko niższy poziom pkt do zdobycia. Kilka prac dydaktycznych i organizacyjnych nie zostało wzięte w ogóle pod uwagę przy ocenie, bo tak władze ustaliły. A wszystkie prace zajmują przecież czas...

          • ~Zdredek 20.10.2024 09:52

            Dydaktyk teoretycznie nie musi publikować, ale w karcie nauczyciela ma wykazać się publikacjami w zakresie przedmiotów jakie prowadzi...

            • ~Adiunkt dydaktyczny 20.10.2024 19:25

              Dokładnie

  • ~Tomasz Kamiński 18.10.2024 10:30

    Dziękuję za ten tekst. Zdecydowanie za mało przypominamy o tym, jak wazna jest dydaktyka i zdecydowanie za mało dyskutujemy o tym jak identyfikować i nagradzać najlepszych dydaktyków.

    • ~maciej 18.10.2024 10:55

      Zdecydowanie zbyt mało, zdecydowanie. Nie możemy zapominać, że to właśnie dobrzy i bardzo dobrzy dydaktycy stoją pośrednio za sukcesami wielu polskich naukowców. To oni potrafili kogoś zainspirować, wypatrzyć talent oraz często pomagali mu się rozwijać.

      Jestem przekonany, że gdybym nie spotkał na swojej ścieżce edukacyjnej nauczycieli których spotkałem, to prawdopodobnie nie pracowałbym obecnie naukowo.

      • ~marlew 19.10.2024 23:47

        Całkowicie się zgadzam.. Aberracją jest wykupywanie przez naukowców, którzy dostają granty swojej dydaktyki - w rezultacie zajęcia prowadza osoby z łapanki. Pamiętam kiedy mój były student (obecnie szanowany profesor na jednej z amerykańskich uczelni) powiedział mi "ja przynajmniej miałem zajęcia z profesorami, moi studenci na amerykańskiej uczelni - jedynie z doktorantami". Niestety to samo zaczyna się dziać teraz w Polsce.

        Dydaktyka to frajda, kontakt ze studentem uczy prowadzącego na równi ze studentem. Studenci wyczuwają naszą pasję i to jest to, co sprawia, że chcą z nami zostać. Dydaktyka to pomost międzygeneracyjny, to coś znacz nie więcej niż wygłoszenie wykładu.

        Nie lekceważmy dydaktyki!

        • ~Profesor PAN 21.10.2024 15:51

          Miło się czyta takie rzeczy.

          Pozdrawiam