Z zapałem godnym lepszej sprawy ścigamy się w systemie, w którym międzynarodowe prywatne korporacje drenują publiczne finanse państwa narodowego, a tym samym przejmują zarząd nad publicznymi uczelniami (…) W tej sytuacji nie dziwi, że zajmowanie się publikowaniem prac naukowych stało się jednym z najbardziej dochodowych biznesów na świecie – piszą prof. Andrzej Skrendo, prorektor ds. nauki Uniwersytetu Szczecińskiego i dr Jarosław Woźniak, pełnomocnik ds. ewaluacji i monitoringu naukowego rektora tej uczelni.
Mówić dziś o ewaluacji to mówić w sytuacji narastającego rozczarowania. Być może wręcz niemal powszechnego rozczarowania. Spróbujemy zobiektywizować to wspólne – także i nasze – odczucie. Im bowiem bardziej ono narasta, tym większy dystans należałoby zachowywać nie do ewaluacji, ale raczej do rozczarowania ewaluacją. Po to, żeby nie zastąpić złego systemu jeszcze gorszym. Takie postawienie sprawy nie oznacza, że powinniśmy się pogodzić ze złym systemem, lecz – jedynie i aż – uświadomić sobie, że z odczucia, że wiemy, czego nie chcemy, wcale nie wynika, że wiemy, czego chcemy. To deprymujące wrażenie płynie z większości dyskusji na temat tego, co dalej robić z ewaluacją.
Czy obecny system okazał się błędny w swoich założeniach, czego nie widzieliśmy, czy uległ zepsuciu, choć w założeniach był dobry? W obecnej sytuacji szkoda czasu, aby się tym zajmować, skala zepsucia jest zbyt duża. Za dużo rozmawiamy o wadach obecnego systemu, za mało o tym, jaki powinien być nowy. W niniejszym artykule nie rozstrzygamy, czy obecny system da się naprawić. Być może tak, być może nie. Uważamy, że warto odwrócić sposób myślenia: najpierw wskazać warunki, które powinien spełniać dobry system, i potem myśleć, czy da się naprawić stary, czy trzeba budować nowy. W naszym artykule ograniczymy się do próby wskazania owych warunków.
Co się da policzyć?
Przy takim postępowaniu zapewne okaże się, że wszyscy są rozczarowani, ale każdy czymś innym. Lektura kolejnych analiz i stanowisk, w których znajdują się wyliczenia i opisy patologicznych zachowań zgodnych z literą procedury ewaluacji, wytwarza mylące wrażenie – bo oparte raczej na podzielanej emocji niż na refleksyjnym rozpoznaniu wspólnego interesu – że jest dla wszystkich oczywiste, do czego potrzebujemy ewaluacji. I że chodzi tylko o to, aby właściwie ująć to, co oczywiste. Bo to, co oczywiste, właściwie ujęte, nie będzie ulegać zepsuciu. Ale to szkodliwe złudzenie. Owo poczucie oczywistości blokuje dyskusję na temat najważniejszy, czyli istoty ewaluacji. Rozważanie tego tematu uznaje się zwykle za czczą deliberację, która oddala nas od właściwego zadania, czyli zapisania tego, co jest rzekomym wspólnym założeniem. Jest to jednak cecha myślenia technokratycznego, które stanowi część problemu zwanego ewaluacją, nie zaś problemu tego rozwiązanie.
Jak sformułować ten problem? Być może zawiera się on w zawołaniu Emanuela Kulczyckiego: „Nie zmieniajmy naszych wartości i przekonań, aby osiągnąć cele wyznaczone przez metryki, lecz niech korzystanie z metryk będzie kierowane naszymi celami, wartościami i przekonaniami” (The Evaluation Game. How Publication Metrics Shape Scholarly Communication, Cambridge University Press 2023, 191). Co jednak, jeśli właśnie i przede wszystkim to, co stanowi treść tego zawołania jest niemożliwe? Bo wskaźniki – jak wynika z wielu prac powstających na całym świecie – jakimś fatalnym sposobem rychło stają się celami (koronnym dowodem IF). Niejako „wkradają się zarówno w nasze poczucie tego, kim jesteśmy, jak i w naszą praktykę i proces podejmowania decyzji jako pisarzy, badaczy i nauczycieli” (Stephen J. Ball, Living the Neo-liberal University, „European Journal of Education”, September 2015, Vol. 50, No. 3, 258), tworząc sztuczny świat, który zastępuje rzeczywisty. Bo zdecydowana większość wynalazków, które zmieniły nasze życie w XX wieku, powstała w sposób, który nigdy nie byłby możliwy do prawidłowego prześledzenia i oceny za pomocą dzisiejszych wskaźników ewaluacyjnych i prawdopodobnie nigdy nie miałby miejsca, gdyby alokacja zasobów na badania naukowe w przeszłości została dokonana w sposób tak krótkowzroczny, jak obecnie, w oparciu o wyniki zastosowania tych wskaźników” (O. Hallonsten, Stop evaluating science: A historical-sociological argument, „Social Science Information” 2021, Vol. 60(1), 12). Bo nasze cele tym się cechują, że nie dają się „zmetryzować”, albowiem „Nie wszystko, co można policzyć, się liczy, i nie wszystko, co się liczy, można policzyć” (Jerry Z. Muller, The Tyranny of Metrics, Princeton University Press 2018, 18).
W ramach owego nowego świata, który został wpisany we wskaźniki i rankingi, dążymy do osiągnięcia trzech głównych celów. Po pierwsze, powstaje system, w którym uniwersytety stają się korporacjami, naukowcy menadżerami własnej kariery, wykształcenie prywatnym dobrem pozyskiwanym w celu uzyskania przewagi konkurencyjnej, a studenci są konsumentami usług edukacyjnych. Po drugie, chodzi o to, aby wycisnąć z uczelni coraz więcej, dając coraz mniej. Po trzecie, aby wmówić naukowcom, że skoro nie dają rady, sami są sobie winni, żadnej winy nie ma zaś po stronie systemu. Służy temu przewrotna ekonomia prestiżu, która rzeczywiste stawki, o które ubiegają się uczeni, zamienia na nowoczesne substytuty, takie jak liczby cytowań i grantów.
To stąd przecież zgorszenie, jakie wzbudziła sprawa tzw. papierni (paper mills), bo uderza w istotę tak pojętego prestiżu. Mało kto jednak przyznaje, że nie jest to zjawisko wynikające z ewaluacji, lecz z założeń systemu, którego ewaluacja jest narzędziem. Skali działania „papierni” raczej nie da się zmierzyć w systemie, w którym wszystko ma być mierzone (bo np. nikt nie jest w stanie w żadnym konkretnym przypadku powiedzieć, ilu artykułów w danym okresie można być współautorem, aby nie narazić się na zarzut bycia dopisywanym). Jeszcze trudniej (niezależnie od skali) będzie ten proceder zwalczać, bo jest on pochodną najważniejszego założenia całego systemu, tj. że wartość naukową można ująć liczbowo. Nawet jeśli naukowcy w to nie wierzą, nie ma to znaczenia, skoro „wierzy” w to system i za to premiuje. Apele etyczne w tej sytuacji brzmią jak wyznanie bezradności.
W tym sensie mają rację ci, którzy mówią, że nie metryka jest problemem, ale coś zupełnie innego: dążenie do radykalnej ilościowej kwantyfikacji i natychmiastowej monetyzacji wszelkich stosunków wymiany. Tylko że wtedy nie bardzo wiadomo, jak użyć do naszych celów coś (metryki), w co wpisane zostały inne cele niż nasze. W tej sytuacji warto dopuścić myśl, że pomiary ilościowe powinny odgrywać mniejszą rolę w systemie i nie decydować w takiej skali jak obecnie o tak wielu aspektach funkcjonowania instytucji naukowych.
Żeby ukryć zmianę projektowaną i wymuszaną przez system, w którym parametryzacje i kategoryzacje odgrywają tak wielką rolę, wymyślono skomplikowany żargon. Kluczowe słowa służą do tego, żebyśmy nie zauważyli, jak jest. Wymieńmy tylko kilka takich słów. Doskonałość – doskonale puste słowo (jak dawno temu pokazał Bill Readings, The University in Ruins, 1996), za którym ukrywa się swoista koncepcja i norma „wydajności”. Wyrażenie „drapieżne czasopisma” – żebyśmy zapomnieli, że nie ma dziś różnicy między drapieżnymi a niedrapieżnymi. Otwarty dostęp – abyśmy nie pamiętali, że „otwarty dostęp” to bardzo często sposób zamykania dostępu, a w najlepszym razie reguła, której cel jest dokładnie odwrotny niż ten deklarowany. Jest bowiem tak, że „bogatsze zespoły badawcze publikują więcej otwartych artykułów w najbardziej prestiżowych czasopismach” (T. Ross-Hellauer Open science, done wrong, will compound inequities). Światowe rankingi uniwersytetów – byśmy przeszli do porządku dziennego nad tym, że wskaźniki, na których się one opierają, są niejasne, a metodologia powstania nieprzejrzysta. I to tak bardzo, że w The Leiden Manifesto for research metrics wyścig w tych rankingach nazwany został obsesją. Międzynarodowa widzialność – jak wynika z raportu OPI, mimo że 70% opublikowanych w latach 2018–2022 przez polskich uczonych artykułów jest po angielsku, mimo że 1/5 z nich ukazała się w czasopismach za 140 i 200 punktów (liczba takich artykułów w pierwszym wypadku wzrosła o 140%, a w drugim o 46%) to cytowalność była tylko o 1% wyższa niż przeciętna na świecie i pozostaje najniższa w UE. Niektórzy tłumaczą ten fakt stwierdzeniem, że coś jest nie tak z naszymi listami czasopism. Owszem, jest coś nie tak, wszyscy wiemy. Ale dysproporcja, którą widzimy, jest zbyt wielka, a przytłaczająca daremność wysiłku uczonych, którzy tak znacznie podnieśli „wydajność”, naprawdę uderzająca. Owa daremność powinna nas skłaniać do pytania, czy aby na pewno potrzebujemy więcej tego samego (dalszego zwiększania „wydajności”) i czy gdzieś nie popełniamy jakiegoś zasadniczego błędu?
Warto wziąć pod uwagę następującą odpowiedź: z zapałem godnym lepszej sprawy ścigamy się w systemie, w którym międzynarodowe prywatne korporacje drenują publiczne finanse państwa narodowego, a tym samym przejmują zarząd nad publicznymi uczelniami (prywatnymi też, ale to trochę inna kwestia). »W wydawnictwie Wiley średnie APC to 2017 euro, maksymalne APC to 5640 euro (czasopismo „Advanced Science”), a 18 czasopism ma APC wyższe niż 3500 euro, czyli 15 tys. zł za artykuł. W periodykach Elseviera średnie APC wynosi 2770 euro, maksymalne aż 9300 euro (blisko 40 tys. zł, czasopismo „Cell”). Ogólnie na liście Elseviera na około 2000 czasopism 497 (ok. 25%) ma APC wyższe niż 3500 euro, a więc ponad 15 tys, zł za artykuł« (przypominał ostatnio w „Forum Akademickim” P. Kasprowski Jak naprawić system publikacyjny?). Nie istnieje uzasadnienie dla tego rodzaju sposobu uprawiania nauki i jest to nie do przyjęcia. A przecież wedle cytowanego raportu OPI w Polsce opublikowano w latach 2018–2022 ponad 530 tys. prac naukowych, z czego 69% to artykuły.
W tej sytuacji nie dziwi, że zajmowanie się publikowaniem prac naukowych stało się jednym z najbardziej dochodowych biznesów na świecie. Biznes ten „przynosi to, co Smith (2018) nazwał nieprzyzwoicie wysokim zyskiem. Na przykład w 2017 r. firma Elsevier zarobiła 1,8 mld USD przychodów z czasopism przy 37% marży zysku rocznie, a Springer Nature zarobił 1,3 mld USD przy 23% rocznej marży zysku (Aspesi, Allen i in., 2019). Ten model oparty na wysokim zysku opiera się na pracy naukowców, którzy na ogół poświęcają swój czas jako autorzy i recenzenci [i redaktorzy, dodajmy], pracując za darmo (Buranyi, 2017), co wcześniej oszacowano na około 1,9 miliarda dolarów nieodpłatnej pracy rocznie (Logan, 2017)” (Leigh-Ann Butler et al., The oligopoly’s shift to open access: How the big five academic publishers profit from article processing charges, „Quantitative Science Studies”, 4(4), 795). Inne opracowania mówią o jeszcze wyższej rentowności: „Marże zysku brutto sektora publikacji periodycznych wynoszące ponad 70% znacznie przewyższają marże zysku jakiejkolwiek innej branży” (czyli z każdego dolara 70 centów zysku) (S. Macdonald, Emperor’s New Clothes, „Journal of Management Inquiry”, May 2014, 5; a także: D. Harvie et al., What are we to do with feral publishers?, „Organization” 2012, nr 19, 905-914).
Jak widać, problem jest głębszy niż sama ewaluacja, a dotyczy utraty wpływu naukowców na naukę; szczególnie sfera publikacyjna jest poza naszym wpływem i jakąkolwiek kontrolą. Ale nie tylko, bo również dotyczy utraty znacznej części władzy nad nauką przez rządy finansujące ją z funduszy publicznych. Język globalizacji i retoryka mówiąca o konieczności uprawiania nauki światowej zakrywają przykrą prawdę o wyzysku, który się za nimi ukrywa. Nie możemy odmówić udziału w tym świecie, z tego jednak nie wynika, że powinniśmy gorliwie go wspierać i rozszerzać jego logikę. Rzecz jasna, jak pisał Readings, „każda próba zakwestionowania stosowanych wskaźników efektywności jest traktowana jako sprzeciw wobec idei publicznej wiarygodności” (posługuję się polskim przekładem, Uniwersytet w ruinie, 2017, 51). Warto zatem podkreślać, że wolno zrobić pierwsze, nie wyrzekając się drugiego. A nawet trzeba – w imię nauki. Sprzymierzeńcem polskich uniwersytetów w tym dziele powinien być polski rząd, bo jemu powinno zależeć, równie mocno jak badaczom, na tym, by ukrócić przemysł publikacyjny pasożytujący na nauce.
Zapewne byłaby tu również potrzebna inicjatywa UE, ponieważ pojedyncze państwo może okazać się za słabe w zderzeniu z globalnymi koncernami. Innymi słowy, wysokość APC mogłaby zostać wynegocjowana – i obniżona – przez Unię Europejską dla wszystkich badaczy afiliowanych w uczelniach krajów członkowskich.
Wspólne dobro
Na czym zatem polega wspólny interes, którego wyrazem powinna być ewaluacja? Uczelnie hegemoniczne mówią, że ewaluacja nie dość odzwierciedla ich przewagę, a pretendenci, że nie stwarza warunków równej konkurencji. Jedni chcą tworzenia „wysp doskonałości”, inni zrównoważonego rozwoju. Część uważa, że trzeba ścigać się w międzynarodowych rankingach, a część, że raczej zastanawiać nad tym, jak polskie uczelnie realizują interesy rozwojowe polskiego państwa.
Cele te, warto zauważyć, nie muszą być sprzeczne w tak dramatyczny sposób, jak są, a dzieje się tak z tego powodu, że to, czym się zajmujemy, to dzielenie biedy. Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich alarmowała w piśmie z 6 września ubiegłego roku do premiera Tuska, że w roku 2025 zaplanowany wzrost środków na naukę i szkolnictwo wyższe znajduje się poniżej planowanego poziomu inflacji, a łączne nakłady na nasz sektor w relacji do PKB sytuują się na najniższym poziomie w XXI wieku. Co więcej, wzrost nakładów na naukę jest o około 1/3 niższy niż średni wzrost wydatków budżetu ogółem (4,5% do 6,4%). Stosowanie reguł obecnej ewaluacji, czyli dalsze wzmacnianie mechanizmu konkurencyjności, w tej sytuacji – a szybko się ona nie zmieni na lepsze (będziemy zwiększać liczbę czołgów, a nie instytutów badawczych) – byłoby przeciwskuteczne, a nawet niszczycielskie.
Jaki jest zatem ten nasz wspólny interes? Określmy go na poziomie minimalnym, po czym zastanówmy się, czy da się założenia opisujące go zrealizować w obecnym systemie. Co zatem warto zrobić?
Trzeba podtrzymać to, co dobre w systemie obecnym, a są to: ewaluacja w dyscyplinach; wagi przykładane do poszczególnych kryteriów (uprzywilejowanie kryterium publikacyjnego); inicjatywy RID i IDUB – należy zwiększać nakłady oraz liczbę ośrodków objętych tymi programami (skoro nie da polepszyć sytuacji całego sektora, polepszajmy los tych, którzy budzą największą nadzieję).
Musimy zapewnić elementarną stabilność systemu, czyli co najmniej: zapisać w ustawie (jak w przypadku oceny okresowej), że zmiany reguł ewaluacji ustalić wolno jedynie przed okresem, który podlegać będzie ocenie; ustalić podobną regułę dla wykazów czasopism (o ile zgodzimy się, że powinny dalej istnieć): że zmiana obejmująca dany rok dokonuje się przed jego rozpoczęciem. Naukowcy powinni być poinformowani wcześniej, gdzie mają wysyłać prace, a minister mieć pewność, że potężne pieniądze za publikacje nie są marnowane poprzez finansowanie artykułów w czasopismach, które za chwilę wypadną z baz lub stracą punkty w wykazie. Przed okresem objętym ewaluacją podać do wiadomości publicznej pełną metodologię ustalania wartości referencyjnych (najlepiej, żeby była oparta na medianach, powiedzmy: 25% ponad medianę to wartość dla kat. A, 25% poniżej to wartość dla kat. B+). Można przeprowadzać ewaluację za okres 6 lat (co jest dopuszczalną praktyką w innych krajach).
Trzeba uprościć system. Najpierw przeprowadzić szerokie badania, w jaki sposób środowisko naukowe odbiera reguły obecnej ewaluacji, zwłaszcza jak ocenia stopień komplikacji. Z naszych regularnych i prowadzonych od kilku lat spotkań z pracownikami Uniwersytetu Szczecińskiego wynika, że reguły ewaluacji nadal nie są rozumiane i bywają na ogół traktowane jako sztuczny wymysł bez związku z realnym życiem. Na podstawie tych badań przyszłoby zapewne: zmniejszyć liczbę ocenianych osiągnięć (w poprzedniej ewaluacji oceniono około 1 mln osiągnięć oraz wydano ponad 60 tys. decyzji w SEDN) oraz zmniejszyć liczbę uregulowań składających się na system ewaluacji, czyli różnego rodzaju zastrzeżeń, wyjątków, szczególnych przypadków (co zmniejszy liczbę nadużyć).
Warto gruntownie przebudować III kryterium. Trzeba by przyjąć do wiadomości, że: społeczny wpływ większości dyscyplin naukowych jest zwykle pośredni i odroczony, a co więcej – bardzo specyficzny. Obecnie konstrukcja tego kryterium jest niejako strukturalnie narażona na regres w nieskończoność, wskutek czego trudno jest określić miejsce wystąpienia wpływu (np. jednostka wskazuje w opisie wpływu wdrożenie zmian w politykach samorządów terytorialnych w zakresie zwiększania aktywności seniorów – ewaluator odrzuca dowody wpływu, wskazując, że uczelnia powinna dowieść, że na obszarze wprowadzania polityk wzrosła sprzedaż sprzętu sportowego dla seniorów. Albo: na podstawie badań zmieniono ustawę – a ewaluator kwestionuje opis, pytając, jakie skutki przyniosła zmiana ustawy, na kogo wpłynęła i czy aby na pewno wpłynęła itd., itp.). Skutkiem tego oceny w kryterium III wydają się najsłabszym ogniwem ewaluacji, bo najbardziej narażonym na arbitralność i dowolność oceny. Być może należałoby opracować nieco odmienne zasady oceny III kryterium w zależności od grup nauk (np. w naukach inżynieryjnych i technicznych zamiast opisów wpływu być może lepiej byłoby przedstawiać najważniejsze patenty; w naukach humanistycznych zamiast opisów wpływu i tzw. dowodów przedstawiać dane na temat publicystki kulturalnej i krytyki artystycznej).
Do tego wszystkiego chcielibyśmy dodać jeszcze trzy uwagi. Po pierwsze, ruch w stronę zwiększenia udziału aspektu jakościowego oceny wydaje się nieuchronny, choć grozi ryzykiem zastąpienia złego systemu jeszcze gorszym. Porażka III kryterium niestety nie rokuje dobrze poważniejszym zmianom modelu ewaluacji. Nie tylko w swym aspekcie ilościowym, ale też i jakościowym wykazuje on znaczące wady.
Po drugie, w takiej sytuacji najważniejszym wyzwaniem staje się radykalne zwiększenie stopnia przejrzystości i jawności wszystkich procedur oceny w systemie nauki. Należy eliminować oceny podwójnie ślepe, promować zamiast tego oceny ślepe w jedną stronę (recenzowany wie, kto recenzował, recenzujący nie wie, kogo recenzuje) lub całkowicie jawne (np. w NCN recenzje składanych projektów powinny być podpisywane, podobnie oceny III kryterium ewaluacyjnego, recenzje w czasopismach naukowych itd.). Nie wiadomo, czy to wystarczy, od czegoś jednak trzeba zacząć.
Po trzecie, dla dobra ewaluacji korzystnie byłoby ponadto dokonać kilku zmian w ustawie, np. wprowadzić stan spoczynku dla profesorów tytularnych (co wobec obecnej skali transferów socjalnych byłoby wydatkiem niewiele znaczącym a fundamentalnym dla procesu odmładzania kadry naukowej).
Jakość zamiast ilości?
Oczywiście, do tego należałoby dodać zmiany, o których się mówi od dawna, tj. m.in. uniemożliwić manipulacje przy liczbie N; wprowadzić współczynnik realnie podwajający wymagania od instytutów badawczych oraz pracowników na etatach badawczych; nie uwzględniać publikacji z numerów specjalnych.
Czy do wprowadzenia postulowanych w tym artykule zmian potrzebne byłoby wypracowanie nowego modelu ewaluacji? Niekoniecznie. Docelowo jednak być może potrzebujemy innego modelu, opartego na ocenie jakościowej. Można by wtedy zlikwidować wykazy czasopism, poddawać ocenie eksperckiej stosunkowo niewielką liczbę publikacji dla jednej dyscypliny w jednostce, a tym samym ograniczyć pole działania międzynarodowych koncernów publikacyjnych.
prof. Andrzej Skrendo, dr Jarosław Woźniak
Ciekawa dyskusja:
.
https://m.youtube.com/watch?v=R32_R73L7nQ
Bardzo ciekawy materiał. Większość dyskutantów w ogóle wątpiła w możliwość stworzenia poprawnego systemu ewaluacji opartego na punktach, wychodząc z różnych pozycji.
Mnie osobiście zaciekawiła jedna myśl - że przez parę wieków nauka w Europie miała się dobrze i trzeba się przyjrzeć, jak była zorganizowana. Ja to samo myślałem o nauce w PRL - spotkałem się tu z kontrą, ale fakt faktem, że mnie uczyli wykładowcy wyrośli w czasach komunistycznych i oni po prostu dużo wiedzieli (to właśnie najbardziej uderza u obecnych neonaukowców, tj. spółdzielców, papierników i innych cwaniaczków - że przy formalnie imponującym dorobku, zdobytym takimi czy innymi metodami, są po prostu nieukami, o czym można się przekonać po pięciu minutach rozmowy; poziom dydaktyki jest silnie powiązany z jakością nauki). Ale nie upieram się przy PRL-u - może trzeba się zastanowić nad ostatnimi 100-200 laty w nauce europejskiej, gdzie w ogóle ewaluacji w dzisiejszym rozumieniu nie było. Tylko trzeba kogoś, kto taką historyczną wiedzę ma.
Studiowałem w latach 80-tych. Spotkałem dwie ligi wykładowców: pierwsza liga to byli ci, którzy przynajmniej część swojej edukacji wynieśli z okresu międzywojennego i druga liga, wyraźnie słaba, to ci młodsi, którzy nie trafili już na rzetelnych nauczycieli, ale i tak zrobili ... karierę. Tak karierę naukową.
Nauka albo kariera naukowa, oto jest pytanie.
Podejrzewam że system działał tak, że jak dziekan czy rektor widział gdzieś obiecującego naukowca, to proponował mu lepsze warunki niż konkurencja i w ten sposób ściągał go do siebie, do tego Heidelbergu czy innego Oksfordu. Ponieważ obecnie warunki (przynajmniej u nas) są w większości standaryzowane, to i działalność uniwersytetów również. A potem potrzebna ewaluacja, żeby się dowiedzieć, kto jest dobry w nauce :-)
Szanowni Państwo
Toczy się dyskusja jak prowadzić ewaluację. Pytanie brzmi - po co ona w ogóle jest? W praktyce przekłada się na dwie kwestie. Po pierwsze uprawnienia do nadawania stopni naukowych, po drugie - finanse wynikające z algorytmu podziału środków. Pytanie brzmi - czy dobrze ustawione kryteria awansowe (habilitacje, profesury) plus minima kadrowe nie wystarczą? Wiem, że Gowin miał argument, że o stopniach muszą decydować aktywni pracownicy - ale uznając ten argument można np wykluczyć z komisji awansowych osoby, które są nieaktywne publikacyjnie od iluś tam lat. Moim zdaniem więc ewaluacja nie jest potrzebna z punktu widzenia procedur awansowych. Czy jest potrzebna do rozdziału finansów? Niekoniecznie - mozna do tego użyć np. wysokości środków pozyskanych przez uczelnie w projektach i np sukces w pozyskiwaniu 10 czy 20% najlepszych maturzystów. W ten sposób na obiektywnie istniejących parametrach można by oprzeć rozdział finansów i tym samym zrezygnować z ewaluacji.
Do ~Szeregowiec profesor 24.03.2025 05:56. Pisze Pan, cytuję: „Gowin miał argument, że o stopniach muszą decydować aktywni pracownicy - ale uznając ten argument można np wykluczyć z komisji awansowych osoby, które są nieaktywne publikacyjnie od iluś tam lat. Moim zdaniem więc ewaluacja nie jest potrzebna z punktu widzenia procedur awansowych.”
Po pierwsze, Gowin swoją ustawą nie wyeliminował osoby, które nie są aktywne naukowo. Jedynie ograniczył wiek członków rad dyscyplin. Analiza pracowników z liczby N0 pokazuje wyraźnie, że można być nieaktywnym w wieku 45 lat oraz aktywnym po 70.
Po drugie, Pana propozycja wykluczenia nieaktywnych z komisji awansowych tylko ich ucieszy. Bo nie będą „marnować” czas na zasiadanie w komisjach i wykorzystają go do dodatkowych prac zarobkowych poza uczelnią.
Co do ewaluacji na podstawie uzyskanych projektów – odsyłam Pana do statystyki, przytaczanej w poprzednich dyskusjach w FA. Według statystyki najlepszymi w pozyskiwaniu środków z projektów są kilka głównych uczelni. Oznacza to, że pozostałe, z mniejszych miast, zostaną wyeliminowane z możliwości uzyskania choćby kategorii A, nie mówiąc o A+. Zwiększyło by to różnice w finansowaniu nauki na niekorzyść uczelni peryferyjnych.
Kolejna propozycja, cytuję: „sukces w pozyskiwaniu 10 czy 20% najlepszych maturzystów”. Żeby zrealizować tą propozycję należy stworzyć listę rankingową wszystkich osób, które uzyskały maturę, w tym i za poprzednie lata. Jest to chyba nierealne, oraz, prawdopodobnie, nie zgodne z RODO, bo uczelnie musiały by korzystać z tej listy przy składaniu dokumentów do ewaluacji.
Zamiast podsumowania. Z wywiadów przed wdrożeniem obecnej ewaluacji wynikało, że Gowin chciał jak najlepiej. A wyszło jak zwykle.
> uznając ten argument można np wykluczyć
> z komisji awansowych osoby, które są nieaktywne
> publikacyjnie od iluś tam lat
I tak powinno być za wyjątkiem kierunków o historii nauki. Obecnie notorycznie utytułowane trupy naukowe mają czelność recenzować aktywnych naukowców bazując na swojej archaicznej wiedzy.
Ewaluacja według ilości środków w projektach i 10 czy 20% najlepszych maturzystów to też jest ewaluacja.
> Ewaluacja według ilości środków w projektach
Zdecydowanie nie, bo to jest podwójne premiowanie. Uzyskanie środków do projektu to jest dopiero PRZESŁANKA uzyskania wyników badawczych. Skuteczność w zdobywaniu środków finansowych to nie jest skuteczność badawcza. Polityczne dojście do koryta też wystarczy.
Może i też ale nie wymaga ŻADNYCH dodatkowych uregulowań. A jej zaletą jest to, że prowadzona jest de-facto przez zewnętrznych recenzentów jakimi są recenzenci projektów (bo od nich zależy czy projekt jest przyznany) i maturzystów (najlepsi wybierają ambitniejsze uczelnie).
Oszczedzanie stu złotych przy rozdzielaniu miliardów nie jest mądrym zachowaniem. Poza tym to nieprawda - trzeba by uchwalić całą książeczkę ustaw. Tak samo jak przy każdym inym modelu ewaluacji.
Nie chodzi o oszczędzanie stu złotych ale o zatrzymanie zjawisk takich jak ‘produkcja’ artykułów, naciąganie liczby pracowników i dziesiątek innych. A jednocześnie uwzględniamy dwa ważne aspekty – jakość prowadzonych badań (poprzez sukces w projektach) oraz postrzeganie uczelni przez studentów.
10 czy 20% najlepszych maturzystów to od strony praktycznej słaba miara. Trzeba by było brać pod uwagę wszystkich przyjętych, pod warunkiem, że kończą studia na uczelni, której zaliczono ich przyjęcie na studia. Na kierunkach drugiego wyboru najlepsi figurują przez chwilę, czasem przez rok...
To są szczegóły. Może być tak np że 10% przynosi potrójną subwencję, a między 10 a 20% podwójną.
Zdarza się, że na niektórych kierunkach mamy dużą rozpiętość ocen przyjętych. Od najlepszych (niewielki odsetek bardzo zainteresowanych kierunkiem), po najsłabszych z najsłabszych, a potem do tej przypadkowej większości trzeba dostosować poziom nauczania, żeby ci, którzy nie raczą się uczyć zostali na studiach i nadal przynosili subwencję (nieuprawnioną, kiedy chcemy oceniać jakość). Istotne jest czy ci z najlepszymi świadectwami kierunek ukończyli, czy poszli sobie gdzie indziej dostrzegłszy marność nauczania.
Nie można zatem liczyć średniej ocen przyjętych, ale tych co studia skończyli, czyli z każdego roku wszystkie roczniki. Średnia ich ocen z matury powinna oddawać popularność kierunku studiów.
Zgoda - detale są do dopracowania.
I warto je dopracować, zwłaszcza, że popularność kierunku to nie wszystko.
Ocena jakości kształcenia, która też wydaje się przydatna w przypadku kierunków potrzebnych i trudnych, ale niepopularnych (jak np. fizyka) będzie nieco trudniejsza.
Nie bardzo widzę, jak sobie z tym problemem poradzić za pomocą 10% najlepszych maturzystów, ale przecież każdy z nas ma swoje poglądy.
Wyrzucenie Greka i nieznaczne obniżenie punktów mdpi znacząco poprawiłoby system.
Tylko MDPI? Na liście jest cała masa zarówno niedowartościowanych, jak i przewartościowanych pozycji spoza stajni MDPI.
Szanowni Państwo, z pewnym przerażeniem patrzę, że dyskusja na temat ewaluacji kręci się wokół publikacji, a zatem wyników badań podstawowych. Już w 1997 dr Jan Kozłowski w periodyku Nauka i szkolnictwo wyższe pisał, że "Wyniki badań naukowych finansowanych z budżetu państwa są na ogół publicznie dostępne i jako takie mogą w większym stopniu wzbogacać kraj znajdujący sposoby ich praktycznego zastosowania niż kraj, w którym powstają." Rozumiem potrzebę wymiany myśli, ale czasy się zmieniły. Wróg u bram. Nie powinniśmy go w mojej ocenie karmić naszą wiedzą.
Wspomniane w artykule punkty za patenty mają ograniczony sens. Łatwo wpaść obok punktozy w patentozę, czyli patentowania bez sensu ekonomicznego, li tylko dla wskaźników. Miarą sensu patentów jest nie ilość, a wartość ich komercjalizacji.
Co do opisu wpływu. Zdajmy sobie sprawę ze skali wpływu polskiej nauki na europejskim podwórku. Lata poniżej się nieznacznie różnią, ale chodzi o skalę.
Gros przyznanych patentów w Europie (ok. 3 miliony, tj. 95%) pozostaje komercyjnie „nieaktywnych”. Jednak skuteczna komercjalizacja pozostałych 5% przynosi wkład na poziomie blisko 40% unijnego PKB. W 2023 do EPO Polska dokonała 671 zgłoszeń patentowych. Czyli 5% komercyjnych to 33. W 2021 r. tylko 5% wszystkich polskich zgłoszeń w Europejskim Urzędzie Patentowym zostało złożonych przez uczelnie i organizacje badawcze. Czyli z polskiej nauki 5% z 5% to... 1,65 europejskiego zgłoszenia patentowego z szansą na komercjalizację rocznie. Czy taka ilość ma szansę wnieść 40% do polskiego PKB?
Czy to nie jest przyczyną, że w środowisku naukowym wolimy mówić o zmianach w ewaluacji w kontekście publikacji niż o 3 kryterium czyli opisu wpływu? Są głosy, że ewaluacja powinna ograniczyć się tylko do opisu wpływu, ale to dla środowiska jest myślę nie do przyjęcia.
@Paweł Płatek
Panie Pawle, to naprawde bardzo zalezy od tego, co panstwo polskie (ministerstwo) chcialoby ewaluaowac. Co konkretnie ma byc przedmiotem ewaluacji?
W komentarzach tutaj, nawet niektorych ponizej, pod tym artykulem, sa na przyklad glosy, ze nalezy rownolegle ewaluowac aspekt edukacyjny. Czy to dobry pomysl?
Ja osobiscie mysle, ze warto zwrocic uwage naukowcow i uczelni na to, ze aspekt technologiczny i komercyjny sa wazne. Warto zapewne aby te wszystkie wysilki w kierunku wprowadzania nowych technologii nagrodzic. I z tego co wiem, w polskiej ewaluacji ten "opisu wpływu" istnieje i jest oceniany. Czy sie myle?
Niezaleznie od tego, warto zwrocic uwage na fakt, ze sama idea badan naukowych i ogolnie nauki z definicji nie ma nic wspolnego z komercjalizacja, tylko raczej z odkrywaniem tego, jak dziala swiat. Naukowiec to nie businessman (chociaz niektorzy naukowcy moga nimi byc, jesli chca) tylko odkrywca.
I na koniec jeszcze raz bardzo polecam wywiad z panem Krzysztofem Jóźwiakiem, dyrektorem Narodowego Centrum Nauki, ktory mowi: "Polityka budowania innowacji wymaga zmian, bo ostatnie lata pokazały, że strategia, którą jako państwo przyjęliśmy, była nieskuteczna."
A jaka jest jego diagnoza i jego sugestia naprawy tej sytuacji, to jest opisane tutaj:
https://forumakademickie.pl/sprawy-nauki/dyrektor-ncn-dzis-decyduje-sie-miejsce-nauki-na-kolejne-dekady/
Prosze zwrócić uwagę że te samo środowisko w debacie o finansowaniu nauki w Polsce używa argumentu że "każda złotówka zainwestowana w naukę zwraca się ..." I tu pada jakiś fikcyjny mnożnik. Czyli domagając się pieniędzy na finansowanie badań kryterium komercjalizacji jest ważne ale dyskutując o sposobie finansowania już nie jest ważne, ważne są prestiżowe publikacje w open access. Rozumiemy tę schizofrenię? Pan Paweł naświetlił kluczowy element tej dyskusji, rozbieżność między jakością a sposobem finansowania.
@Janusz
Jeszcze raz podkreslam, bardzo wazne jest ustalenie tego, co sie ewaluuje. Mozna ewaluaowac na wiele sposobow, ale wybrac trzeba jeden.
Ta ewaluacja moze zawierac element dydaktyki, lub nie. Zaleznie od decyzji ministerstwa. Moze zawierac element komercjalizacji, lub nie. Ocene publikacji mozna prowadzic rowniez na wiele sposobow. To kwestia definicji.
Natomiast w obecnej wersji, jak rozumiem, "opis wplywu" istnieje. Tam zapewne ten element komercjalizacji mozna przedstawic.
Elegancko wyminął Pan problem który przedłożyłem. Powtórzę więc : z jednej strony przedstawiciele frontu badań podstawowych twierdzą że potrzeba zwiększać finansowanie tychże badań bo podobno przynoszą zwrot do budżetu (podatników) ale z drugiej strony bronią się przed ewaluacją realnych przychodów z tejże komercjalizacji lub parametryzacji tych przychodów. Realnie rzecz biorąc już dobrych kilkanaście lat temu nastąpiło odklejenie badań naukowych w polskich jednostkach od realnych potrzeb gospodarki. Oczywiście wynika to nie tylko z tego jak ewoluowała polska nauka ale jak okrojona z innowacyjności stała się polska gospodarka.
@Janusz
Prosze powiedziec (najlepiej "tak" lub "nie"), czy jest w obecnej ewaluacji kryterium, ktore bierze pod uwage osiagniecia na polu innowacji i komercjalizacji?
Jesli odpowiedz brzmi "tak", to czy ktos kontestuje ten parametr? Czy ktos chce sie pozbyc kryterium oceniajacego "wpływ działalności naukowej na funkcjonowanie społeczeństwa i gospodarki"?
Nie do konca rozumiem, co dokladnie chcialby Pan tutaj uslyszec ode mnie.
Moze wiec skomentuje to twierdzenie z Panskiego komentarza:
"Realnie rzecz biorąc już dobrych kilkanaście lat temu nastąpiło odklejenie badań naukowych w polskich jednostkach od realnych potrzeb gospodarki."
Otoz absolutnie i w zaden sposob badania naukowe NIE powinny byc "przyklejone" do potrzeb gospodarki. Definicja nauki ('science') nie ma nic wspolnego z gospodarka i w zwiazku z tym zarowno gospodarka, jak i polityka ogolnie, nie powinny wplywac na to, jakie badania sa podejmowane na uczelniach czy tez instytutach naukowych (poza instytutami branzowymi, oczywiscie).
I jeszcze poddam pod rozwage te dwie obserwacje:
Nie istnieje kraj na planecie Ziemia, w ktorym badania podstawowe bylyby na kiepskim poziomie, a innowacje na wysokim poziomie.
Oraz, im wyzszy poziom badan podstawowych, zawsze tym wyzszy poziom innowacji i komercjalizacji.
Te dwie obserwacje sa logiczna konsekwencja tego, jak dziala nauka i jak ona wspolgra z gospodarka. Ta zaleznosc jest dobrze opisana w wywiadzie pana Jozwiaka, ktory jeszcze raz goraco polecam:
https://forumakademickie.pl/sprawy-nauki/dyrektor-ncn-dzis-decyduje-sie-miejsce-nauki-na-kolejne-dekady/
"Są głosy, że ewaluacja powinna ograniczyć się tylko do opisu wpływu, ale to dla środowiska jest myślę nie do przyjęcia."
Trudno się dziwić. Kto i na podstawie jakich kryteriów ustali faktyczny wpływ? Czy jakiekolwiek badania historyczne mają wtedy sens? Bo jaki może mieć wpływ na społeczeństwo to, że zbadamy wydarzenia sprzed 1000 lat i innego kontynentu? Czy większość badań w astronomii będzie miała w ogóle szanse na finansowanie? Co z tego, że odryliśmy egzoplanetę ileś tam lat świetlych od nas? Czy badania nad strukturą języka mają w ogóle sens? Jaką korzyść będzie miało społeczeństwo z opisu semantyki? Co z "naukami prawnymi"? Przecież te dopiero nie będą miały sensu, bo ustawa której się tyczą jutro może zostać zmieniona.
Takie podejście to totalne zaprzeczenie idei badań naukowych jako narzędzia do okrywania prawdy. Największy wpływ na społeczeństwo (przynajmniej w teorii) mają badania ściśle oplikacyjne. W interesie jednostek będzie ustawienie się pod system i praktycznie zaprzestanie prowadzenia badań podstawowych lub takich, których wpływ na społeczeństwo jest póki co znikomy.
Żeby badania aplikacyjne były rzeczywiście aplikacyjne, to nie byłoby źle. Teraz takie badania, z udziałem ogromnych środków, finansuja stosowne agendy, wydajac duzo wiecej niz NCN, a rezultaty jakie są każdy widzi. Będą się mnożyć wdrożenia za złotówkę, sprzedaż technologii do spółek zależnych, itd, żeby sprostać wymaganiom ewaluacji.
Oh, jeszcze żeby te oryginalne polskie badania podstawowe wzruszaly posady nauki światowej to mielibyśmy już pełnię zachwytu.
Argumentacja o konieczności wprowadzenia stanu spoczynku dla profesorów tytularnych (temat powracający od przynajmniej 20 lat) przypomina mi podobną wcześniejszą "poważną" argumentację środowiska akademickiego, że osoby pracujące na wielu etatach to osoby... mobilne!!! To nie ewaluacja jest głównym problemem polskich uczelni tylko system, którego esencją są wzajmne powiązania, zależności wieloletnie, których kwintesencją i podstawą są recenzje i nadawanie stopni i tytułów w kontekście ogólnopolskim. Te powiązania są podstawą feudalizmu, mobbingu i demoralizacji środowiska przy niebywałym poczucia bezkarności za podejmowane decyzje. Po latach zaangażowania w reformy mam głębokie przekonanie, że nic się nie zmieni bez przecięcia tego w sposób gwałtowny przez natychmiastową likwidację stopnia dr habilitowanego i tytułu naukowego profesora z równoczesnym wprowadzenim limitowanej liczby stanowisk profesorskich na polskich uczelniach. Bynajmniej nie chodzi tutaj o ułatwienie awansu młodym tylko o drastyczne przecięcie ogólnopolskiego systemu wieloletnich powiązań i trzymania w szachu niepokornych. Adwersażom, którzy od lat twierdzą, że obniżyło by to poziom kadry od razu odpowiadam. Czyż to przypadkiem nie te same grona na uczelniach decydują o przyznawaniu stopni i tytułów co o zatrudnieniu? Merytoryczne przy wnioskowaniu o nadaniu stopni i tytułów a niekompetentne i nepotyczne przy rozstrzyganiu konkursów? A to wszystko się dzieje przy całkowitym zaniedbaniu podstawowej misji uczleni jaką jest kształcenie i przekazywanie aktualnej wiedzy na światowym poziomie a nie staroci sprzez lat.
Na temat braku podstaw dla przekonania, że likwidacja habilitacji spowoduje "drastyczne przecięcie ogólnopolskiego systemu" wypowiedziałem się w komentarzu nieco niżej. I nie chodzi tu o żadne przekonanie o "obniżeniu poziomu kadry", tylko o to, że nieformalne zależności, o których tutaj się pisze, są odporne na podobne formalne zabiegi. Mało było "konstytucji dla nauki", która miała wszystko zmienić na lepsze, a tymczasem różni beneficjenci ulokowali się wygodnie w samym środku systemu, który miał ich zmieść, a jeszcze doszli nowi?
Obecnie Ustawa nie zmusza nikogo do robienia HABILITACJI. Jej uzyskanie nie jest warunkiem pozytywnej oceny pracownika. Na stanowisku adiunkta można pracować do emerytury.
@malgorzata.academicus
Wydaje mi sie, ze nie jest mozliwe przewidzenie, jak na dzialanie nauki polskiej, w ujeciu ogolnym, wplynelaby likwidacja habilitacji. Nie da sie odpowiedziec na to pytanie bez przeprowadzenia eksperymentu (czyli likwidacji habilitacji).
Natomiast to, co wiadomo, to ze sa kraje, w ktorych habilitacja istnieje, i nauka tam ma sie calkiem dobrze, jak rowniez sa kraje, gdzie habilitacji nie ma, i nauka tam rowniez ma sie dobrze.
Wydaje mi sie, ze ogolnie jest wazne to, aby zatrudnianie pracownikow na stale bylo w jakis sposob dobrze przemyslane. Stale pozycje sa drogie i ograniczone (w ich liczbie), wiec zatrudnianie na tych pozycjach naprawde powinno byc zwiazane z rzetelna ocena kandydatow. Aby dac szanse tej rzetelnosci, ja bym wykorzystal tutaj, tak bardzo jak tylko sie da, jakies miedzynarodowe gremia, ktore beda poza lokalnymi kolkami wzajemnej adoracji. A czy po drodze do tego jest habilitacja, czy jej nie ma, to chyba jest juz mniej wazne.
No właśnie chyba jednak pani chodzi o to, by po doktoracie dostać stanowisko prof. i nic już nie robić do końca życia. Tak to przynajmniej wygląda.
To ja przypomnę wypowiedż pani Magdaleny Środy dla Gazety Wyborczej. Świeżo upieczona pani dr habilitowana po powołaniu na urząd Pełnomocnika Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn powiedziała coś w stylu: "Teraz mam już ugruntowaną pozycję na uczelni i mogę się zająć tym co mnie interesuje". Ten pogląd jak widać ma się dobrze, też u JK. Mam profesurę i nic już nie muszę bo kruk krukowi oka nie wykole. I tutaj mamy sedno obecnego systemu, który niszczy polskie uczelnie i naukę. Stanowisko profesorskie obejmuje się "za coś" jako ukoronowanie mozolnie zdobywanych stopni i tytułu. Statystycznie jest to najczęściej początek nic nie robienia poza kasowaniem pieniędzy za recenzje i administrowaniem. Jak Państwo nie akceptujecie natychmiastowej likwidacji habilitacji i tytułu, to ja uważam za dużo ważniejsze zniesienie właśnie Belwedera.
Głupoty pani pisze. I profesor i dr Jan podlegają ewaluacji i są rozliczani z efektów
Znam wielu doktorów którzy nic nie robią i do emerytury na adiunkturze albo starszym wykładowcy.
" I profesor i dr Jan podlegają ewaluacji i są rozliczani z efektów"
Tylko dlaczego i profesor i dr Jan musza "wyrobić" dokładnie taką samą liczbę slotów, skoro często dr Jan pracuje pod profesorem i zwyczajnie "publikacja dr. Jana" = "publikacja profesora"
"Głupota" to cecha. Nie ma głupot, są głupstwa :-)
" I profesor i dr Jan podlegają ewaluacji i są rozliczani z efektów". A kto rozlicza? Dr czy profesor lub jego koledzy? Kto ustala kryteria?
"Znam wielu doktorów którzy nic nie robią na ... starszym wykładowcy" OOO ciekawe, o ile mi wiadomo starszy wykładowca to etat do prowadzenie POWIERZONEJ przez uczelnię dydaktyki z syllabusami zatwierdzanymi przez senat. Czy chciał Pan napisać, że na Pana uczelni nie ma funkcjonującego systemu zapewniania i rzeczywistego kontrolowania jakości dydaktyki i pisze Pan to wprost skoro Ci ludzie dalej pracują? O innych kryteriach oceny (adiunktów i profesorów na stanowiskach naukowo-badawczych) nie wypowiadam się by nie wchodzić w bagno płacenia za publikacje, dubble dipping, ghostwritting, przydziału na uczelni niezbędnych pieniędzy na badania, etc... Może jedno. Zna Pan jakiegoś Belwedera, który nie był w konfikcie persolnalnym z decydentami, a został zwolniony z powodu negatywnej oceny z działalności naukowej? Niewygodnych zwalnia się za płynną negatywną ocenę organizacyjną lub podpuszcza grupę studentów przeciwko wymagającym dydaktykom. Za to ja znam Belwederów na kierowniczych stanowiskach, którzy nic nie robią i zawsze są oceniani wzorowo za niewypełnianie swoich obowiązków. O rektorach nie reagujących na sygnały od pracowników, za to pobierających astronomiczne wynagrodzenia wolę nie wspominać (dzisiejszy artykuł w prawo dot pl Grażyny Leśniak w dziale kadry - autorka nie uwzględniła horrendalnych dodatków senackich ze środków własnych).
Ja interpretuję to odmiennie.
To jest od dekad stosunkowo wąska grupa wzajemnej adoracji, która mianuje, namaszcza i... niszczy. Kolejnym przykładem degeneracji tej grupy jest próba namaszczenia infamisa eks-rektora AGH, czynnego współsprawcy w aferze Janiaka, doktoratem honorowym PK. Wśród popierajacych z PK są dwaj byli rektorzy PK, eks-przewodniczący CK i członek CK, oraz obecny człobek RDN, także z PK. I ci ludzie wspierający honorowanie takiej degrengolady mieliby cokolwiek uzdrowić? Oni przecież pierwsi będą głosowali za kolejnymi benefitami dla swojej kasty. Tej mitycznej doskonałości belwederów dziwnym trafem nie widać, poza nielicznymi wyjątkami, w osiągnięciach naukowych. W dominującej większości są to tylko złotouści intryganci.
Jeszcze w nawiązaniu do tego fragmentu Pani wypowiedzi cyt."To nie ewaluacja jest głównym problemem polskich uczelni tylko system, którego esencją są wzajmne powiązania, zależności wieloletnie, których kwintesencją i podstawą są recenzje i nadawanie stopni i tytułów w kontekście ogólnopolskim. Te powiązania są podstawą feudalizmu, mobbingu i demoralizacji środowiska przy niebywałym poczucia bezkarności za podejmowane decyzje. "
Uważam, że należałoby PUBLICZNIE PIĘTNOWAĆ konkretne przypadki "(nie-)radosnej twórczości" tych Komisji Habilitacyjnych (oczywiście, w razie możliwości udowodnienia nieprawidłowości), która to "twórczość" poskutkowała skandalicznym przebiegiem postępowań habilitacyjnych. Członkowie tych Komisji, a zwłaszcza recenzenci, powinni mieć świadomość tego, że mogą ponieść odpowiedzialność KARNĄ za swoje decyzje. Tyle, że bez wyraźnie sformułowanych przepisów tego się raczej nie da zrobić.
"PUBLICZNIE PIĘTNOWAĆ konkretne przypadki". Prosze nie żartować. Demoralizacja środowiska (całego, nie tylko tych na stołkach) zaszła już za daleko. BB pomaga w pamięci słonia. Proszę zaglądnąć do Forum Akademickiego 5/2015 do recenzji prof. Idziaka. Inflamia środowisklowa? Być może gdyż Tadeusiewicz w 2015 roku stracił stanowisko Prezesa Oddziału PAN w Krakowie. Tymczasem BB wskazuje, że w 2024roku został profesorem honorowym AGH. Teraz hc PK (informacja z komentarzy)?
A co do zastosowania kodeksu karnego na rzecz uzdrowienia sytuacji na polskich uczelniach. Od kilku lat chodzi mi po głowie dość kontrowersyjny art. 231 KK. Tylko obawiam się, że miejsc w więzieniach mogło by nie starczyć gdyby ktoś potraktował to na poważnie (wystarczyło by działanie na szkodę studentów i edukacyjnej misji polskich uczelni)...
Czytałem recenzję Prof. Idziaka odnośnie tej sprawy habilitacji dr RR. Cóż, jest tu trochę analogii do mojej sprawy habilitacyjnej, gdyż w tym przypadku, Komisja oceniająca m.in. pozostały dorobek z dziedziny Y. , składała się z ludzi NIE mających ANI jednej publikacji z tej dziedziny... Niestety, superrecenzenci zachowali się w tej sprawie inaczej, niż Prof. Idziak, tzn. bronili "cnoty" tej Komisji, jak niepodległości.
Co do kodeksu karnego, to trzeba by oczywiście odpowiednio zmienić przepisy. W wojsku, jest przewidziana np. kara w postaci degradacji oficera na niższy stopień. Rzecz jasna, inna sprawa, czy W OGÓLE dałoby się wprowadzić analogiczny przepis, który pozwalałby nałożenie analogicznej kary w razie udowodnienia delikwentowi złośliwego "uwalania" czyjegoś doktoratu, habilitacji lub profesury, czy też w ogóle złośliwego blokowania kariery akademickiej. JEDNO jest PEWNE: ŻADNE nowe gremia, komisje etc. NIC nie pomogą, jeśli dotychczasowe "status quo" będzie sobie trwać nadal.
Zaraz na Panią napadnie kasta profesorsko-habilitacyjna, rządząca polską nauką od zawsze i nie przyjmująca do wiadomości, że w dużym stopniu jest odpowiada za obecną sytuację oraz że ten feudalny system można i należy zmienić. Zaraz się zacznie, że przecież na całym świecie są habilitacje tylko, że nie nazywają się habilitacje a bycie profesorem tytularnym gwarantuje nieusuwalność i takie tam.
Pełna zgoda.
Habilitacja – drugi doktorat, wprowadzony przez Aleksandra von Humboldta miał na celu ograniczenie autonomii uczelni i pełne ideologiczne podporządkowanie ich państwu. System został udoskonalony w PRL do zdecydowanie mniej cywilizowanego, niż ten, który pozostał w Niemczech. Wydawało mi się oczywiste na początku lat 90-tych, że to zniknie. Jakże się myliłem.
Zapytałem wtedy starszego kolegę, kiedy starsi zdecydują o zniesieniu habilitacji. Otrzymałem szczerą odpowiedź: „nie po to my musieliśmy robić z siebie idiotów, żebyście wy mieli lepiej” i jest jak jest, a jak jest każdy widzi. Habilitacja nie przyczynia się do rozwoju naukowego badaczy, nie przyczynia się do rozwoju nauki, ani do współpracy badaczy, a nauka to gra zespołowa i wielopokoleniowa. Ikar i Dedal, Ferrari i Izera. Dyskryminacja ze względu na wiek nie uzdrowi uczelni z takim przerostem administracji jaki jest w Polsce. Przepraszam, ale 1 administracyjny na jednego naukowca to chyba gruba przesada. Rząd utrzymuje też za dużo uniwersytetów. Takie odnoszę wrażenie. 250 tys. osób zdaje maturę, a uczelnie przyjmują na pierwszy rok 400 tysięcy osób. Dilution is not a good solution. Najpopularniejsze kierunki powinny otrzymywać największe subwencje.
Czy mógłbym prosić źródło do danych odnośnie 1 administracyjnego na jednego naukowca? W znanych mi kilku jednostkach i uczelniach przeważnie administracyjnych jest za mało. A może są źle rozdystrybuowani.
https://bip.amu.edu.pl/stan-zatrudnienia-i-liczba-studiujacych-w-uam
na UAM prawie 0,8, a podobno w Polsce to całkiem dobry wynik, jeden z najlepszych.
Skutki: niskie wynagrodzenia i przeciążenie dydaktyką kadry naukowej. Co w zamian?
Organizacja licznych pozanaukowych eventów, coraz więcej obowiązków administracyjnych dla pracowników naukowych. Na każdej uczelni udają, że jest ich za mało.
Solidny audyt by się przydał. W dobrych instytucjach naukowych w Niemczech 0,1 - 0,2 wystarcza, a rzeczy administracyjne są załatwiane szybko i sprawnie niemal bez udziału badacza, który musi wykonywać swoją pracę. Może to trochę także kwestia naszego tu i ówdzie chorego ustawodawstwa.
Poprawka - chodziło mi o Wilhelma - starszego brata Alexandra. Mylę ich.
Habilitacja proszę pana istniała od pierwszych uniwersytetów, znana była już w XII wieku. A obecna polska habilitacja od habilitacji niemieckiej bardzo się różni i najbardziej przypomina hiszpańską agregación, obie zresztą były wzorowane na amerykańskiej tenure. Jeśli tak nazwa pana drażni, to jeśli ją zmienić, to będzie już dobrze?
Początki habilitacji to raczej siedemnasty wiek. Jeśli się mylę, proszę o źródła. Cel wówczas szczytny, wybór najlepszych wykładowców spośród zbyt licznych doktorów.
Tenure: stała posada, taki profesor nadzwyczajny.
Nazwa mogłaby być, gdybyśmy przyjęli system niemiecki, a tymczasem uparcie kultywujemy jego karykaturę, to trochę jak nauka jazdy na zdechłym koniu. Reszta świata na nas nie poczeka.
Tłumaczył mi to historyk nauki ale jako przedstawiciel nauk ścisłych pozwalam sobie na zapominanie źródeł, humanista na nic takiego sobie nie pozwoli. Habilitacja powstała podczas wysypu uniwersytetów w XII/XIII wieku. Wcześniej papiery z Oxfordu honorowano w Salamance i odwrotnie, Średniowiecze było dużo bardziej zglobalizowane niż nam się wydaje. Kiedy pojawiło się dużo akademii, z których nie wszystkie miały najlepszą opinię, od doktora z np. Pragi, kiedy chciał się zatrudnić na uniwersytecie w Paryżu, domagano się uwiarygodnienia stopnia czyli napisania jeszcze jednej rozprawy. Nazywało się to habilitatio czyli uwiarygodnienie uprawień. Dziś znaczy to co innego ale nazwa została. W przypadku papierów mistrzowskich niekiedy stosowano podobą procedurę.
Ma to sens przy wyborze najlepszych nauczycieli, którym chcemy zaproponować stałe zatrudnienie, ale i wtedy możemy się grubo pomylić.
Już to napisałem: jedyną rzeczą bliską doskonałości w świecie materialnym jest bańka mydlana.
Nie ma takiej ludzkiej decyzji, kiedy nie można się grubo pomylić. Jak kto chce przed pomyłką chronić się nic nie robiąc, to też się może grubo pomylić.
Po prostu - ewaluacja podoktorska jest konieczna bez względu na to czy nazwiemy ją habilitacją, habilitation, abilitazione, agregación, agregação czy tenure. Mnie z licznych rozwiązań światowych najbardziej podoba się amerykańska tenure, choć jakbyśmy ją zmałpowali, to pewnie byśmy wzięli to co złe a to co dobre byśmy uznali, że nie jest do zastosowania, taki obyczaj mamy.
I niech ewaluacja będzie, też jestem za, ale na ludzkich zasadach i doktor powinien mieć możliwość założyć zespół i kształcić doktorantów. Doktoraty powinny być oceniane. Szkoda czasu na formalności i humorki recenzentów. Habilitowany suweren dba o doktorantów, a doktorów zwalcza - sprzeczność interesów jest oczywista.
Nie, nie będzie. Szkody dla innowacyjności polskiej nauki i badań wyrządzone przez istnienie habilitacji są olbrzymie - przyczynkowe, ale "pewne" tematy w okresie największej produktywności intelektualnej są ważne, ale drugorzędne. Wszystko kumuluje się w systemie "upupiania" ludzi, którzy mają inne zdanie, chcą coś zrobić, zmienić i w konsekwencji mogą naruszyć interesy "grupy trzymającej władzę". Może najlepiej zobrazuję to własną odpowiedzią na zadane mi lata temu pytanie przez wybitnego naukowca mającego powrócić do Polski z USA. Na pytanie "Co mi Pani radzi po powrocie?" odpowiedziałam: "W ogóle się nie odzywać przez przynajmniej 2 tygodnie, bo można dostać wilczy bilet na całą Polskę nie wiedząc nawet kiedy i za co". Naprawdę to czy habilitacja i profesura tytularna jest zdobyta rzetelnie i obiektywnie nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko to, że jest batem na potencjalnie niepokornych i niezależnych. Drugim czynnikiem jest... brak rynku pracy na polskich uczelniach - to też wynik obecnej stopniowo-tytularnej kariery kontrolowanej przez "środowisko". Stanowiska profesorskie są głównie tworzone dla osób, które zdobyły wyższe stopnie i tytuły a nie w celu realizacji misji uczelni (za coś a nie po coś).
Cyt."Wszystko kumuluje się w systemie "upupiania" ludzi, którzy mają inne zdanie, chcą coś zrobić, zmienić i w konsekwencji mogą naruszyć interesy "grupy trzymającej władzę"."
Niestety, tak.
Jeśli ktoś jest "samotnym strzelcem", czyi jest poza "klanem", tj. jakąś grupą badawczą kierowaną przez jakiegoś prof. dr hab.-a, czy przynajmniej dr hab.-a, to niech nie liczy, że po samodzielnym uzyskaniu oryginalnych i ważnych wyników, oraz NAWET po opublikowaniu ich (nawet w tych czasopismach wysoko "punktowanych", czy z osławionej "Listy Filadelfijskiej"), zrobi (zwłaszcza w Polsce) jakąś karierę akademicką. Wystarczy, że będzie "OLEWANY" (tzn. nie cytowany) przez innych w ich książkach lub publikacjach.
A w jakiś czas później dowie się zapewne, że prezydent rektor tej, czy innej uczelni, uśmiechnięty do kamery, wręcza komuś innemu nominację profesorską, lub że ten, czy tamten zrobił habilitację, albo że komuś przyznano Nagrodę Rektora, czy Nagrodę Ministra za wyniki naukowe itp. itp. W jakiś czas później z kolei, podadzą, że UJ i UW są po raz kolejny w czwartej setce uczelni na świecie, czy że powołano kolejny komitet, czy gremium ds. poprawy sytuacji w nauce polskiej itp. itp.
"Samotni strzelcy" NIE ISTNIEJĄ dla pana prezydenta, ministra, czy rektora itd.
Koncepcja, że lokalna klika może blokować czyjąś karierę naukową poprzez niecytowanie czyichś prac (a coś takiego czytam tu na FA drugi czy trzeci raz) wydaje mi się kwintesencją prowincjonalizmu, pardon my French.
Wydaje mi się, że moją pracę raz ktoś z mojego instytutu zacytował, ale nawet za to nie dałbym głowy.
@komentator (poprzedni)
Pisze Pan/Pani tak: "Wystarczy, że będzie "OLEWANY" (tzn. nie cytowany) przez innych w ich książkach lub publikacjach"
Prosze wyjasnic, jak ten lokalny (polski) "klan" moze sprawic, ze czyjes prace beda lub nie beda cytowane? Przeciez te potencjalne cytowania z tego lokalnego "klanu", to ewentualnie moga stanowic pewnie 1-3% wszystkich mozliwych cytowan. Tak wiec to absolutnie nie wplynie na calkowity poziom cytowan danej publikacji. Jak to mialoby dzialac?
Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, ale "służba - nie drużba". Zastanawiałem się, jak to ująć, więc napisze prosto: dziwnym trafem, pewne dwie osoby (m.in. ja), nie mogą za bardzo liczyć na cytowanie pewnego odsetka ich prac (mimo, że potencjalni zainteresowani je znają). Do żadnego "klanu" naukowego żaden z nas nie należał. Być może ta druga osoba naraziła się dodatkowo swoim "długim" językiem, wypomniawszy publicznie prof. X. błąd w jego referacie na konferencji... A ponieważ ta osoba była "samotnym strzelcem", więc poparcia nie miała i nie ma...
@komentator (poprzedni)
Przepraszam.
Nie pojmuje.
Zalozmy, ze ktos opublikowal jakis artykul. Caly swiat ma dostep do tej pracy. Zaczna wiec zapewne pojawiac sie cytowania, szybko lub powoli, to nie ma znaczenia, ale liczba cytowan bedzie sobie rosla. Najpier 5, potem 10, potem nastepne 20 cytowan.
Jaki wplyw na ogolna liczbe cytowan moze miec fakt, ze jedna lub dwie osoby sie na kogos uwziely? Zamiast 30 cytowan bedzie wtedy ich na przyklad 28 albo 25. Czy to jest taka wielka roznica?
Jak ja opublikuje jakas prace, to co z tego, ze jakis jedna osoba z Holandii i druga z Czech mnie nie lubia? Szereg innych naukowcow mnie zacytuje, wiec to czy jedna osoba mnie "olewa", czy nie, nie ma zadnego znaczenia.
Niemozliwe jest, zeby ta osoba, ktora mnie nie lubi, przekonala reszte swiata do tego, zeby mnie rowniez nie lubili. Reszta swiata bedzie mnie cytowac tak, jak chce i uwaza za stosowne.
Mechanizm, ktory Pan przytacza, jest dla mnie zupelnie niezrozumialy.
Panie Marcinie
Ja TEŻ nie rozumiem tego fenomenu. Być może moja hipoteza o mechaniźmie nie cytowania wskutek nie lubienia, jest błędna, ale samo ZJAWISKO niecytowania - niestety, zachodzi, więc nie wiem, czym innym to tłumaczyć. Owszem, niektóre prace są cytowane, ale i tak niemały ich odsetek napotyka na pewien opór.
Wie pan, ewaluacja podoktorska istnieje na wszystkich uczelniach świata, bez względu na to czy nazwiemy ją habilitacją, habilitation, abilitazione, agregación, agregação czy tenure, a to dlatego, że być musi, bo profesor ma niesłychane przywileje a niesłychanych przywilejów nie nadaje się na piękne oczy. Na w zasadzie wszystkich uczelniach świata profesor jest nieusuwalny a bez nieusuwalych profesorów nie ma nauki, dotąd się przynajmniej ie udawała.
Z profesorem tytularnym jest inna sprawa, to istnieje tylko w Polsce, a tak się jakoś zrobiło, że rzeczy, które istnieją tylko w Polsce są bez sensu. Na szczęście tytularna profesura nie daje żadnych praw, przynajmniej tych coś znaczących.
> Na szczęście tytularna profesura
> nie daje żadnych praw, przynajmniej
> tych coś znaczących.
Ależ daje! Praktyczny monopol tej grupy w obsadzie RDN, kluczowego elementu układu zamkniętego, kontrolującego awanse. Rektorowi kłania się lokalna społeczność, członkowi RDN kłania się cała Polska. RDN jest narzędziem środowiskowego terroru wobec niepokornych, niepasujących do ustawienia pionków na szachownicy. RDN, czyli neo-CK, profesura tytularna i habilitacja są kluczową triadą stanowiącą fundament patologii w polskiej nauce i szkolnictwie wyższym. Taka degeneracja jak w przypadku Janiaka i Tadeusiewicza mogła zaistnieć wyłącznie w obecności tej monopolistycznej triady. Honorowanie obecnie Tadeusiewicza przez byłych i obecnych członków CK/RDN z PK dowodzi, że mafijna kastowość jest w pełnym rozkwicie, tak jak i arogancja, bezczelność i ich poczucie bezkarności.
Jakbym napisał "twardych praw", to byłoby dobrze? Profesura daje astępujące twarde uprawnienia, których nie ma doktor habilitowany:
1. Emerytura w wieku 70 a nie 67 lat.
2. Prawo recezowania wniosków profesorskich.
3. Tysiąc złotych więcej do pensji.
I już. Oczywiście, członkowie partii wewnętrznej są w większości profesorami ale to nie przyczyna, to skutek. Jak się jest w partii wewnętrznej, to recenzeci wniosków profesorskich robią się od razu bardzo przyjaźni.
> 1. Emerytura w wieku 70 a nie 67 lat.
Tego już dawno nie ma. Wszystkim uprawnienia emerytalne zaczynają się w wieku 60 lat (kobiety) lub 65 (mężczyźni) i nie ma przymusu przechodzenia na emeryturę. Natomiast, o czym wielu zapomina, w pierwszym dniu po osiągnięciu uprawnień emerytalnych znika ojres ochronny i taka osoba może zostać zwolniona w trybie zwykłego wypowiedzenia, w przypadku samodzielnych poprzedzonego uchwałą senatu uczelni.
> 3. Tysiąc złotych więcej do pensji.
Może tak jest w PAN. Na uczelniach różnice są dużo większe a dodatkowo dochodzą rozmaite sowite dodatki, sięgające w przypadku rektorów granic patologicznego rabunku.
Oczywiście, w PAN pensje są tak małe jak tylko się da, jakby mi płacili złotówkę mniej, to złamaliby prawo. Przed rokiem 2000 moja profesorska pensja wynosiła 3 400 zł. Niemniej przywileje na uczelniach nie wynikają z prawa odnośnie tytułu profesora tylko z tego, z czego zawsze przywileje wynikają.
To, że uczelnia nie każdego zatrudni na stanowisku profesora jest oczywiste i tego akurat zdaje mi się nikt nie krytykuje.
To, że uczelnia nie każdego zatrudni na stanowisku profesora jest oczywiste, ale pozostaje pytanie: kogo na tym stanowisku zatrudni? Czy wystarczy znakomicie nosić teczkę za dziekanem i być mistrzem intryg czy też trzeba sobą coś naukowo reprezentować? Obecna habilitacja domaga się pewnego dorobku naukowego, dorobek ten recenzują zewnętrzni recenzenci, więc tworzy to pewną szansę, że noszenie teczki za dziekanem i mistrzostwo w intrygach nie wystarczą. No chyba że kto w tych intrygach jest naprawdę dobry.
Noszenie teczki za dziekanem nie działa, kiedy uczelnie i instytuty muszą ze sobą konkurować o studentów, o zamówienia rządowe i o granty. W zdrowym systemie, jednostki naukowe mogą mieć autonomię mianowania profesorów, ponieważ liczą się wyniki, a działania nieodpowiedzialne odczuwalnie szkodzą. W Polsce taki konkurencyjny system nie istnieje. Kiedy mamy za mało studentów, obniżamy poziom, przyjmujemy wszystkich jak leci i dostaniemy taką samą dotację jak inni. Wracamy do marności naszej lokalnej ewaluacji.
Sama habilitacja niejedno ma imię i np. w Niemczech nie jest szkodliwa, a w Polsce tak. Tam doktorat się ocenia i stopień doktora ma konkretne znaczenie, a w Polsce nie. Opłaca się pracować na najwyższych obrotach, żeby był jak najlepszy, tu – jak najszybszy. Tu po doktoracie musisz grzecznie i cierpliwie służyć habilitowanemu suwerenowi przez ładnych parę lat. Tam po bardzo dobrze ocenionym doktoracie możesz założyć zespół i mieć doktorantów. Habilitację możesz robić, ale nie musisz. Tak powinno być u nas, jeśli habilitacja jest do czegoś potrzebna poza zwalczaniem nepotyzmu, którego przecież nie zwalcza ani trochę. Jakże komiczne jest udawanie, że sam profesor jest czyimś promotorem, kiedy faktycznie to robota dla sług habilitowanego suwerena, który chętnie podpisze się pod każdym pomysłem swojego sługi.
I do czego to prowadzi? Do powstawania enklaw samych habilitowanych, gdzie nie ma komu pracować, a w naukach eksperymentalnych trzeba. I co? I nic nie szkodzi, przynajmniej nie narzekają, że nie mają pieniędzy na prowadzenie badań.
Generalnie się zgadzam, choć z zastrzeżeniami. Z czym się nie zgadzam? Otóż w mojej opinii i na podstawie mojego doświadczenia habilitacja, jako stopień w znacznym stopniu (w znacznym, nie całkowicie, zaznaczam na wypadek protestów) niezależny od lokalnego towarzystwa, owszem, właśnie utrudnia nepotyzm, a zwłaszcza utrudnia blokowanie karier naukowców, którzy są dla kogoś ważnego niesympatyczni.
Wielu kolegów tutaj (salve, Zgred!) wydaje się dla potrzeb polemiki zapominać, że w obecnie funkcjonujących w Polsce warunkach na uczelniach i w instytutach, pracownik naukowy jest zależny od swojego kierownika, kierownik od rektora lub dyrektora itd. Na to potencjalnie, w niekorzystnych warunkach, nakładają się nieformalne powiązania kierowników z kolegami, z sekretarką szefa, długi wdzięczności, zasada "jak tobie, to ty mnie", osobiste niechęci itp.
Otóż nie ma nawet cienia prawdopodobieństwa, że po likwidacji habilitacji i profesury prosty, nieustosunkowany facet/facetka z doktoratem będzie miał jakiekolwiek szanse wygrania ze strukturą, o której koledzy piszecie, że dominuje w nauce polskiej. Tej strukturze jest obojętne, czy będą ją tworzyć profesorowie, czy ustosunkowani doktorzy na stanowiskach. Zero szans, proszę państwa. Dla kogoś takiego właśnie habilitacja jest narzędziem, które spowoduje, że część kolesiów będzie mogła mu wreszcie, jak mawiała moja babcia, skoczyć na pukiel. Że to jest niedoskonałe? No dobrze, to gdzie jest ten system doskonały w takim razie, żebyśmy go zastosowali? Bądźmy poważni. Jeśli "system" jest tak koszmarny, jak to wielu kolegów opisuje, lekarstwo wygląda na gorsze od choroby i dziwnie zalatuje mi mentalnością, która doprowadziła do "Konstytucji dla nauki" niejakiego Gowina. Zróbmy wielkie misz-masz, a potem zobaczymy. Takie rzeczy powinno się najpierw testować na myszach, zanim się weźmiemy za ludzi.
Tak zwana oczywista oczywistość, trzeba być bardzo ślepym, by tego nie widzieć. Albo bardzo nie chciać zobaczyć. Weryfikacja podoktorska, ciągle zwana habilitacją ale niepodobna do niemieckiej habilitacji i bardziej inspirowana amerykańską tenure, jest JEDYNYM narzędziem umożliwiającym awans rzetelnym naukowcom a nie krewnymi znajomym królika. Nie ośmielę się zarzucić wrogom habilitacji złych intecji.
Habilitacja po polsku zacina system. Każdy musi się habilitować, a wtedy uczelnia musi go zatrudnić na stałe.... droga donikąd. Czysty etatyzm. Sami habilitowani, nie ma komu pracować, za Odrą, mimo, że problem mniejszy mówi się, że habilitowani dostają zombie position.
Do tego: słabe te habilitacje, a jakie mają być, kiedy robione z musu?
Habilitacja z musu czyli po polsku, spowalnia rozwój naukowy młodej kadry. To oczywiste.
Nie mam nic przeciw wyborowi spośród doktorów najlepszych na stanowiska profesorów czyli wykładowców. Ale nie w ten sposób.
W Polsce jak ktoś nie zrobi habilitacji, to zostaje wykładowcą - gdzie tu sens, gdzie tu logika? Gdzie dbałość o jakość nauczania? Tę dobija pensum, którego niby w ustawie nie ma, a które jest w regulaminach uczelni, które po ustawie Gowina postanowiły pozostać w PRLu.
Cyt."W Polsce jak ktoś nie zrobi habilitacji, to zostaje wykładowcą - gdzie tu sens, gdzie tu logika?"
I jest postrzegany, jako ktoś z "drugiego sortu", taki "chłopiec na posyłki", który oby nigdy się nie ośmielił wychylić i udowodnić niektórym z "kasty habilitowanych", że wie więcej od nich (już nie mówiąc o tym, że wie coś na temat, o którym tamci nie mają pojęcia), bo wtedy ma "przechlapane" u tych niektórych z "kasty habilitowanych". No, nie wolno mu się wychylać, może sobie pracować naukowo (czyli "odkrywać prawdę", o jak pięknie - hahaha, a i tak g...o z tego będzie miał, byle nie była to prawda o tych niektórych z "kasty habilitowanych"), może sobie nawet próbować publikować, ale ma przy tym pokornie trzymać głowę pochyloną w dół...
PS. Cyt."Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak by swoim pojmowaniem istoty sprawy nie peszyć przełożonego" - stojący w kącie Kożuchowski z upodobaniem powtórzył w myśli nie tak dawno temu wyszukane zarządzenie cara Rosji Piotra I z roku 1708. " (Katarzyna Tubylewicz, "Rówieśniczki")
Nie. Kolega ma nieaktualne informacje. NIE każdy musi się habilitować, ten (absurdalny) przepis został zniesiony już sporo lat temu. Nie wiem skąd przekonanie o jego obowiązywaniu, jak również jakoby każdy bez habilitacji musiał przejść na etat wykładowcy. Sprawdzajmy fakty, bo w przeciwnym razie ta dyskusja będzie pozbawiona sensu.
Od kilku lat, czyli od ustawy 2, Gowina w zasadzie nie trzeba się habilitować, to dobrze, ale autonomiczne regulaminy uczelni skutecznie podtrzymują stary system, który wyrządził wiele szkód i jeszcze długo będziemy jego skutki odczuwać.
Proponuję w takim razie zająć się tymi regulaminami poszczególnych uczelni, zamiast grzebać od razu przy bombie wodorowej.
O statutach uczelni decydują habilitowani i tylko oni.
Szach mat: paragraf 22.
I to właśnie oni zmuszają wszystkich do robienia habilitacji, żeby im samym konkurencja rosła? Widzę w tym wnioskowaniu pewną niekonsekwencję.
Habilitacje nie pomagały i nie pomagają polskiej nauce. Silna hierarchia, opierana na stopniach być może jest dobra w wojsku, ale nie w nauce.
Czyli wróciliśmy do punktu wyjścia tej małej dyskusji, minus teza o obowiązkowym habilitowaniu.
Dokładnie tak - ETATYZM i brak jakiegokolwiek rynku pracy. Ustawodawca stworzył dysfunkcyjny system, w którym indywidualna kariera akademicka oparta na wypełnianiu kryteriów do zdobycia habilitacji i tytułu jest celem nadrzędnym z punktu widzenia pracownika (obok spraw finansowych), prowadzi do "kolejnego etatu w hierarchii", jest podstawą formalną dla jego uzyskania typowo w ramach inbreeding. W dodatku dla każdej uczelni te kontrolowane ogólnopolsko kryteria "awansowe" są te same, a w końcu uczelnie winny być zróżnicowane, o różnych misjach a w konsekwencji o różnych wymaganiach wobec osób zatrudnionych na stanowiskach profesorskich czy dydaktycznych w różnych ośrodkach. W sytuacji gdy interesy podatników określających zadania uczelni (chociażby oczekiwania w stosunku do kształcenia) i jej pracowników są całkowicie rozbieżne to nigdy nie będzie działało i nie działa. W dodatku największą bolączką polskich uczelni jest fatalne i nieefektywne zarządzanie. Temu jednak nie ma co się dziwić skoro juz chyba 20 lat temu Rafał Matyja w habilitacyjnych tabu napisał, że w RP habilitacja ma rolę MBA z zarządzania. No to zarządzamy tak jak umiemy i zmieniamy tak by nic się nie zmieniło bo jest nam dobrze, autonomicznie i bez zagrożenia, że ktokolwiek zastosuje do nas art. 231 kk. A etat profesorski po zdobyciu tytułu należy się jak psu buda i wara państwu od tego. Taki mamy system. Może wystarczył by do wcześniejszego średniactwa powszechnego, ale przez XX wiek wpisła się w niego degrengolada etyczno-moralna a to już wpływa na całe społeczeństwo i ma/będzie miało skutki pokoleniowe. Natura ludzka jest wszędzie taka sama - to system kszytałtuje postawy, bo ludzie się dostosowują i optymalizują korzyści dla siebie. Celowo pomijam odpowiedzialność elit bo ich - przepraszam nielicznych - na uczelnaich nie ma. Są pracownicy UKSZTAŁTOWANI PRZEZ WYMAGANIA SYSTEMOWE.
Czy przepisy habilitacyjne są właściwe, to jest inna rozmowa. Pewnie nie są, bo wszystko na tym świecie da się poprawić. Ale od stwierdzenia "habilitacja nie jest idealna" do "zlikwidować habilitację" daleka droga. Zawsze pan wyburza dom, kiedy ściana się ubrudzi?
To, że przepisy są złe, jest oczywiste. Moim zdaniem dom się dawno zawalił i brudnego fragmentu ściany nie warto już malować.
Zgadzam się, że w zdrowym systemie, jednostki naukowe mogą mieć autonomię mianowania profesorów, ponieważ liczą się wyniki, a działania nieodpowiedzialne odczuwalnie szkodzą. Tak jest w Stanach Zjednoczonych, po 200 latach działania wolej konkurencji w edukacji i nauce wiedzą doskonale, co im służy i co im szkodzi.
Mam pan pomysł, skąd wziąć te 200 lat? I żeby jest to nie trzeba było tych 200 lat czekać, by to mieć tak już, od razu.
To trzeba by zbudować zdrowy system. Nie takie proste, ale nie niemożliwe. Należałoby może odejść od prostej pogłównej subwencji, na rzecz subwencji jakościowej: uczycie ludzi z najlepszymi świadectwami - dostajecie największą subwencję, pozwalającą płacić im stypendia lub nie brać czesnego. Wymusić rzetelną ocenę wyników nauczania. Współpraca z gospodarką i państwem też musi mieć konkretny wymiar. Zarządzanie wiedzą..... Jak to zrobić, kiedy naszym rządom jest wszystko jedno. Może środowisko naukowe powinno mieć własny parlament?
Smutne, że nadal jesteśmy państwem, które eksportuje drewno i importuje meble, eksportuje miedź w sztabach i importuje druty i kable z miedzi...
Całe szczęście udało się wychodząc z PRL znieść państwową regulację cen żywności. To niesamowite, ale ludzie bali się, że nie będzie ich stać na chleb i masło, i że poumierają z głodu. Wkrótce okazało się, że to producenci mają problem, żeby sprzedać chleb i masło.
> Obecna habilitacja domaga się
> pewnego dorobku naukowego,
> dorobek ten recenzują zewnętrzni
> recenzenci, więc tworzy to pewną
> szansę, że noszenie teczki za
> dziekanem i mistrzostwo w intrygach
> nie wystarczą.
Wystarczą. Z dawnych przykładów Wiliński, któremu Janiak polecił samemu sobie napisać recenzję profesorską. Z nowszych kreacja polityczna habilitacji wiceministra zdrowie w wykonaniu aktualnego członka RDN. A jednocześnie skandaliczna ustawka z próbą, nieomal skuteczną, zniszczenia profesury Garner-Letki przez grupę cyngli belwederskich mających kompetencje i rozpoznawalność gminno-powiatową. Nie, ta patologiczna triada jest niereformowalna. Jest jak atraktor, jak czarna dziura, która po każdej zmianie zasysa układ z powrotem do stanu mafijnego.
W takim razie jak ten system miałby NIE DZIAŁAĆ w przypadku likwidacji profesur czy habilitacji? Bo moim zdaniem działałby tym łatwiej.
Proszę czytać każde słowo. Napisałem "tworzy to pewną szansę." Istnieje korupcja ale istnieje też coś innego.
> Napisałem "tworzy to pewną szansę."
Zauważyłem to, ale dowolny system nie może działać na marginalnych szansach, lecz na przeważających prawdopodobieństwach. I w przypadku tej polskiej patologicznej triady przeważające prawdopodobieństwa (nie nazwę tego szansami, bo to słowo ma wydźwięk pozytywny) kierują do układu mafijnego. Dlatego uważam, że patologiczna triada: RDN (neo-CK), profesura belwederska i habilitacja muszą zostać zlikwidowane. Bez tego kręcimy się jak pies za własnym ogonem.
W nauce marginalna szansa to też dużo. Albert Einstein był zupełnym marginesem, bo nawet nie pracował na uczelni tylko w biurze patentowym.
Trzy kryteria oceny uczelni to pomysł całkiem dobry, ale co należy oceniać?
1. Jakość nauczania. Nietrudno ocenić, najlepsze kierunki studiów są najbardziej popularne. Przynajmniej tyle. To łatwo zmierzyć.
2. Jakość warsztatu czyli sprawna realizacja zamówień rządowych, ale rząd musiałby się interesować rozwojem państwa i gospodarki.
3. Jakość badań podstawowych: mogą być publikacje x IF x liczba cytowań, licząc tylko artykuły, których autorzy z ocenianej jednostki stanowią ponad połowę wszystkich autorów publikacji.
I powiedzmy:
1 - 40%
2 - 30%
3 - 30%
Największy wpływ, jaki uniwersytet ma na społeczeństwo to nauczanie.
Nie zgadzam się z założeniem liczenia tylko tych publikacji, których autorami są w połowie pracownicy danej uczeni. Mam mały zespół. W publikacji na 8 autorów jest trzech z mojego instytutu: pierwszy autor ( doktorant), środkowy (specjalista) oraz ostatni (ja, korespondencyjny, pomyslodawca badań. Kierownik projektu NCN). I to jest trzon. Pozostałych 5 autorów jest spoza jednostki, ale byli nam potrzebni bo bez ich udziału, wiedzy, czasem środków, praca by nie powstała. Instytut nie zapewnia takiej ekspertyzy jak on mogli wniesc w projekt. Nie zmienia to faktu, że to nasza trójka ciągnęła cały temat. I co, do. Kosza? Zgadzam się, że nie powinjo sie liczyć wszystkich jak leci i tak samo, ale kwalifikacja po samej liczbie autorów nie jest dobrym rozwiązaniem.
W takich sytuacjach należałoby liczyć udział pierwszego i ostatniego autora razy dwa, a przy wyrównanym wyniku - afiliacja pierwszego autora mogłaby decydować. Kolejne kryterium, które można zastosować - czyj projekt.
Jeśli się dobrze nie oceni udziału jednostki, zespołu, nadal tak samo będą liczone publikacje, których wyniki uzyskano w całości w ocenianej jednostce, jak publikacje, w których jednostkę reprezentuje jeden z autorów, nie koniecznie pierwszy czy ostatni, a to jednak nie to samo.
Hmmm. Zdanie "Najlepsze kierunki studiów są najbardziej popularne" jest tak całkowicie fałszywe, że aż zabawne.
Nie są? Poproszę o śmieszne przykłady, chętnie się pośmieję.
Nie są. Według Pana propozycji najgorsze prawo w Polsce jest prawdopodobnie "lepsze" (bo bardziej popularne), niż najlepsza w Polsce fizyka. Podobnie zresztą jak socjologie, politologie i inne -logie. Być może (i prawdopodobnie) nie to miał Pan na myśli, ale publiczne zabieranie głosu wymaga precyzji wypowiedzi. To właśnie wynika z Pańskiej.
Natomiast jeśli mielibyśmy mierzyć w ten sposób poszczególne kierunki w skali kraju, to sprawy się trochę komplikują. Po pierwsze dlatego, że jakość nauczania jest tylko jedną z rzeczy, które przekładają się na popularność kierunku w danym miejscu. Dochodzą inne kwestie, w tym tak prozaiczne, jak koszt utrzymania (skrajnie wysoki np. w Warszawie, Gdańsku czy Krakowie). Po drugie dlatego, że przy obecnym rozmnożeniu kierunków studiów czasami nie wiadomo, który brać pod uwagę. Po trzecie dlatego, że obecna ewaluacja dotyczy dyscyplin, a nie wydziałów. W wielu przypadkach nie ma w ogóle prostego przełożenia dyscyplina-kierunek studiów. Po czwarte, jak w tym wszystkim porównać kierunki uniwersyteckie z politechnicznymi? Różne cele, różne motywacje studentów.
Faktycznie fizyka jest niepopularna, a medycyna jest. W takiej sytuacji, jeśli z braku popularności przyjmiemy na fizykę jakichkolwiek kandydatów, to czy kształcenie ich na wysokim poziomie będzie możliwe? Nadrobią zaległości? Czy bardzo przeciętnego ucznia liceum da się wykształcić na świetnego fizyka? Raczej nie. Widzę jak to działa: uczelnia pragnie subwencji, więc każe nauczycielom dostosować poziom nauczania do możliwości studentów.
Jeśli przyjąć tylko najlepszych i trzymać poziom, subwencja będzie mniejsza. To jest lepsze rozwiązanie.
Jak zwiększyć popularność fizyki? Fizycy musieliby być państwu potrzebni. Trzeba ludzi przekonywać, że lepiej technologie sprzedawać niż kupować. Musimy mieć wpływ na to co robi rząd. Problem w tym, że polskie środowisko naukowe jest rozbite, skłócone i przez to nic nie może, i nie ma nas tam, gdzie o nas decydują, a sami nas nie zaproszą.
Czas się zjednoczyć i coś dla nauki i dla Polski wygrać. Szukajmy razem optymalnych rozwiązań i stańmy za nimi murem kiedy będą gotowe. Da się, ale trzeba być cierpliwym i chcieć.
Dalej naukowi cwaniacy zdobywający punkty w drapieżnych periodykach i papierniach będą uchodzić za "wybitnych uczonych". A to Polska Właśnie !
Totalnie patologiczny system opierający w głównym stopniu ocenę instytucji naukowych oraz samych naukowców na zupełnie niemiarodajnych publikacjach. Do tego jeszcze nie uwzględniający ilości cytowań tychże wybitnych publikacji.
Jak najbardziej, za jawnymi recenzjami i profesorami w stanie spoczynku!
1. Cytowalność publikacji nie jest równoznaczna z jej wartością. Jeżeli ma jakieś znaczenie to pod warunkiem, że przeanalizuje się kto i w jaki sposób cytuje.
2. Punktowy system oceny instytucji naukowych i jej pracowników może w pewnym stopniu ułatwiać administrowanie, ale nie zastępuje mądrej i konsekwentnej strategii rozwoju kraju. Życie pokazuje skuteczne obniżanie poziomu wykształcenia społeczeństwa przez kolejne ”reformy” których ukoronowaniem jest obecne zalecenie rezygnacji z prac domowych w szkołach. Połączenie stałego obniżania poziomu kształcenia z piętrzeniem niepotrzebnej biurokracji wydaje się podstawową bolączką całego systemu. Istotnym wydaje się konieczność przeanalizowania działania całego systemu szkolnictwa państwowego i prywatnego ze względu na interesy kraju .
3. Przyjęty punktowy system promuje szybkie publikowanie cząstkowych wyników w aktualnie modnych tematach. Bardziej istotnym wydaje się skanalizowanie głównego nurtu działalności naukowej w kierunkach istotnych dla rozwoju gospodarki krajowej. Promowanie publikowania wyników mogących mieć znaczenie dla rozwoju gospodarki i uzyskanych za publiczne pieniądze umacnia przewagi zagranicznych konkurencyjnych firm dysponujących znacznie większymi środkami na komercjalizacje wyników. W efekcie konkurencyjność krajowych wytwórców spada. Polityka taka działa więc na szkodę kraju.
4. Coroczne publikowanie listy punktacyjnej czasopism jest nieporozumieniem w sytuacji gdy istnieją niezależne międzynarodowe wskaźniki bibliograficzne. Wystarczy przyjąć jeden z nich i ew. wprowadzić stały współczynnik korekcyjny o wartości zależnej od znaczenia danej dziedziny naukowej dla rozwoju kraju.
5. Nie ma bezpośredniego związku między tytułem naukowym i innowacyjnością działalności naukowej. Istotnych odkryć dokonywali zwykle pasjonaci. Czasami są one wynikiem przypadku z którym zetknął się człowiek o otwartym umyśle. Jak się orientuję w Polsce jest ok 10 tyś osób z tytułami profesorskim, ale nie słyszałem o talentach takich jak Banach. Propozycja powołania instytucji profesora tytularnego w stanie spoczynku nie wydaje się być rozsądną. Jeżeli już mają być finansowane jakieś osoby „w stanie spoczynku” to niech to raczej będą osoby które na emeryturze są nadal twórcze. Wyznacznikiem raczej nie powinien być tytuł naukowy.
6. Zaskakującą jest propozycja autorów podwajająca wymagania administracyjne (w domyśle punktowe) dla instytutów badawczych i pracowników na etatach badawczych. Czy nadal ma tu chodzić o ilość, czy o jakość i przydatność pracy dla społeczeństwa?
M
Ma Pan DUŻO racji, zwłaszcza w punktach 1 i 5.
Cyt."1. Cytowalność publikacji nie jest równoznaczna z jej wartością. Jeżeli ma jakieś znaczenie to pod warunkiem, że przeanalizuje się kto i w jaki sposób cytuje."
Cyt."2. Nie ma bezpośredniego związku między tytułem naukowym i innowacyjnością działalności naukowej. Istotnych odkryć dokonywali zwykle pasjonaci. Czasami są one wynikiem przypadku z którym zetknął się człowiek o otwartym umyśle. Jak się orientuję w Polsce jest ok 10 tyś osób z tytułami profesorskim, ale nie słyszałem o talentach takich jak Banach. [...]"
Znam człowieka, który ma na koncie oryginalne i WAŻNE wyniki naukowe, wiele z nich zostało opublikowanych przez niego w czasopismach z "Listy Filadelfijskiej". Niestety, profesorem chyba już nigdy nie będzie. "Olewany" przez innych w ich książkach, czy pracach (z małymi wyjątkami), jest na emeryturze. Inny, też zdolny (w wieku produkcyjnym), siedzi na bezrobociu od ponad 20 lat. Jeszcze inny przepracował całe życie zawodowe w... bibliotece Wydziału Prawa, a zawsze chciał działać w jednej z dziedzin ścisłych, już nie żyje.
RÓWNOCZEŚNIE, powołuje się różnorakie gremia i komitety, które miałyby uzdrowić sytuację w tzw. nauce polskiej, od czasu do czasu, wylewając "krokodyle łzy" nad tą sytuacją.
Ponury festiwal MARNOWANIA zdolnych ludzi trwa nadal.
Cytowalność publikacji nie jest równoznaczna z jej wartością, jest tylko jedyną jej miarą, która z jednej strony jest stosunkowo łatwa do policzenia a z drugiej dosyć rzetelna. Nie wymagajmy od urzędników ministerstwa mocy metafizycznych, będzie dużo, jeśli tylko nie będą szkodzić.
W tym kraju skończy się jak zawsze, spółdzielnie i kolesiostwo załatwią cytowania.
Jak od tego będzie zależało przetrwanie, to system skorumpuje część ludzi, którzy inaczej może pozostali by uczciwi, zwykli karierowicze dostosują się jak zawsze.
Ewaluacja to kreowanie patologii, no a potem walka z nimi, komisje, narady, wielkie plany naprawcze .....
Nie wiem, jak to jest w pańskiej specjalności ale w mojej nie wyobrażam sobie spółdzielni nabijającej pracy więcej niż 20 cytowań. Tak się tylko mówi, że korupcja jest wszechmocna, że spółdzielnia może wszystko. Bzdura, zresztą można sobie z tym poradzić uwzględniając tylko prace powyżej np. 50 cytowań. O wiele łatwiej o puste publikacje niż o puste cytowania.
Patrząc na wszytko co wyszło na jaw ostatnimi laty, przestaję już wierzyć w cokolwiek, więc już lepiej tej ewaluacji chyba nie robić.
Ale oczywiście że cytowania są więcej warte niż impact factor bo dotyczą konkretnej pracy, przynajmniej jeżeli przeanalizujemy skąd się wzięły ale to znów włącza uznaniowość ekspertów w których dobre intencje mało kto jeszcze wierzy.
Jeśli wpadł pan w całkowity nihilizm, to istotnie jest problem ale z panem a nie z systemem naukowym. Poniekąd rozumiem, że nie jest pan w stanie dostrzec niczego wartościowego w świecie, niemniej zachęcam do prób. Ze swej strony zapewniam, że więcej rzeczy zasługuje na miłość niż na pogardę, jestem tego pewien.
Jak 20 kilka lat temu zaczynałem pracę naukową jedyne co mi groziło to obowiązek uzyskania habilitacji. Teraz wydaje mi się, że to znacznie lepiej utrzymywało poziom nauki niż cała ewaluacja i nie było tyle biurokracji.
Obowiązek habilitacji był dość stresujący ale chyba skuteczny. Po prostu pracowło się naukowo i uczyło studentów, uczelnia nie musiała się "optymalizować" żeby wygrać z ststemem.
Tutaj pozwolę sobie na sceptycyzm: obowiązek habilitacji... Nigdy nie zetknąłem się z uzasadnieniem tego w formie stwierdzenia, jaki był oczekiwany wynik końcowy tej regulacji. Miało to niby skłonić uczonych do bardziej intensywnej pracy, ale jaki przewidywano konkretny końcowy rezultat sukcesu tego przepisu? Że WSZYSCY naukowcy poza początkującymi będą profesorami? To przecież absurdalne. W mojej opinii obowiązek habilitacji był typową nieracjonalną regulacją, której pomysłodawca sam nie wiedział, o co mu chodzi i co z tego ma wynikać.
Praca naukowa nadal mnie interesuje. Doszedłem do wniosku, że nie przeprowadzanie ewaluacji to mniej patologii niż jej przeprowadzanie (i jeszcze dyskusje jak naprawić nienaprawialne, nauka to nie fabryka Tesli).
Jest system awansów naukowych, do tego dodać obowiązek regularnego publikowania i koniec. Jestem też wielkim przeciwnikiem biurokracji.
Jak ktoś się wybija to świat to zauważy i nasze narodowe punkciki nie są do tego potrzebne. Międzynarodowe wskaźniki też nie.
Ewaluacja zawsze jest, każda jednostka naukowa dostaje co roku punkty, nazywają się one PLN. To chyba ta jedyna ewaluacja, która ma znaczenie. I jestem tego pewien - najbardziej absurdalny system punktowy jest lepszy niż kilku starszych panów rozdzielających kasę po uważaniu. Niech nam każą skakać przez kij, niech nam każą nosić żółte czapeczki, idę na to.
Cieszy mnie, że autorzy dostrzegli, iż interesy środowiska naukowego są zróżnicowane i nigdy nie będą inne. Zmiany, które zaproponowali nie są jednostronne. Nie zaproponowali tylko tego, co dla nich jest korzystne. Takiego umiaru nie wykazują niestety "reformatorzy" z UWUJAM. Jeśli minister ma skutecznie zmieniać ustawę, skutecznie zmieniać też rzeczywistość, to musi określić zadania w poszczególnych dyscyplinach w oderwaniu od wskaźników bibliometrycznych, na których konstrukcję nie ma wpływu, gdyż są konstruowane za granicą. To zagwarantuje, że cele (hipotezy) badań naukowych będą odpowiadały potrzebą polskiej gospodarki i kultury. Zagwarantuje też naukowcom skupionym w instytutach i uczelniach większy wpływ na wysokość uposażeń.
Powinna być taka możliwość jak w wojsku:
Przeniesienie Profesorów w stan spoczynku i do rezerwy. W wieku 65 lat.
Nie wiesz o czym piszesz ! Albo do rezerwy albo w stan spoczynku ? Różnica wiekowa ok 40 lat !
Nie wiesz o czym piszesz ! Albo do rezerwy albo w stan spoczynku ? Różnica wiekowa ok 40 lat !
Art. 122. [Przeniesienie do rezerwy lub w stan spoczynku]
1.
Żołnierzy zwolnionych z zawodowej służby wojskowej przenosi się do rezerwy, jeżeli ze względu na wiek podlegają obowiązkowi służby wojskowej i zostali uznani za zdolnych do tej służby. Żołnierze ci mogą posługiwać się posiadanym stopniem wojskowym z określeniem "w rezerwie".
2.
Żołnierzy zwolnionych z zawodowej służby wojskowej, którzy ze względu na wiek albo stan zdrowia nie podlegają obowiązkowi służby wojskowej, przenosi się w stan spoczynku. Żołnierze ci mogą posługiwać się posiadanym stopniem wojskowym z określeniem "w stanie spoczynku".
Czytaj więcej w Systemie Informacji Prawnej LEX:
https://sip.lex.pl/akty-prawne/dzu-dziennik-ustaw/sluzba-wojskowa-zolnierzy-zawodowych-17056528/art-122
tutaj konkrety
Tak robią w Szwajcarii.
W tym artykule autorzy mieszaja sprawy, ktore sa problemami specyficznie polskimi, ze sprawami, ktore sa wyzwaniem dla nauki swiatowej. To nie ulatwia dyskusji.
Ale wydaje mi sie, ze najwazniejsze jest tutaj to stwierdzenie: "cytowalność była tylko o 1% wyższa niż przeciętna na świecie i pozostaje najniższa w UE". To jest cos, nad czym wlasnie powinni pochylic sie ludzie z ministerstwa, przyjrzec dokladnie z wielu stron i sprobowac zdiagnozowac. Poprawa w tym temacie to poprawa calej nauki polskiej.
I jeszcze jedno, z tego faktu, ze "70% opublikowanych w latach 2018–2022 przez polskich uczonych artykułów jest po angielsku" wynika, ze prawie 1/3 publikacji polskich pozostaje niezauwazona na swiecie.
Proszę pana, cytowalność polskich prac jest najniższa w UE z tego a nie innego powodu, że tylko w Polsce przy ewaluacji cytowalność nie jest zupełnie brana pod uwagę. It's not a bug it's a feature, tak miało być i tak jest, ministerstwo niech to sobie poczyta za sukces. Naukowcy robią to, czego się od nich wymaga, a nie robią tego, czego się nie wymaga.
@Profesor PAN
No wiec wlasnie w moim komentarzu sugeruje, aby ministerstwo sie temu zjawisku przyjrzalo dokladnie.
Bo jakos specjalnie duzo sie o tym nie mowi.
Proszę być spokojnym, ministerstwo się temu zjawisku przyjrzało bardzo dokładnie. Tak szokujących decyzji nie podejmuje się przypadkiem, decyzja o nieuwzględnianiu cytowań w ewaluacji nauki została bardzo starannie przemyślana. Proszę zwrócić uwagę, wielokrotnie zmieniano kryteria ewaluacji ale nigdy nikomu nie przyszło do głowy uwzględnienie cytowań.
Nie warto myśleć że zwrócenie uwagi na cytowalność coś zmieni. Ja nauczyłam się publikować artykuły bardzo dobrze cytowane przez Hindusów i Chińczyków. Po prostu są w popularnych tematach. Co nie znaczy że popularność ma wpływ na innowacje.
Jednak ma i to w prosty sposób - jak kto danego rozwiązania nie zna, to go nie zastosuje. Im do większej grupy dotrze pani rozwiązanie, tym większa szansa, że ktoś je wykorzysta. A cytowania są miarą popularności, jak kto pani pracę cytuje, to możemy podejrzewać, że ją przeczytał a przynajmniej tytuł. To miara niedoskonała ale w świecie materialnym doskonałość nie występuje a najbliższe doskonałości są bańki mydlane.
@Profesor PAN
To znaczy mi osobiscie chodzi raczej o generalna obserwacje (ktora jest poparta liczbami).
Czy uwzgledniac cytowania w ewaluacji, tego nie wiem. Ale wiem, ze nalezy tak popychac te zmiany, reformy, jak rowniez nowe zasady ewaluacji, aby to wszystko szlo w kierunku podwyzszenia czynnika cytowalnosci. Aby publikacji nie bylo wiecej, tylko zeby byly wazniejsze, bardziej znaczace.
Czy uwzględniać cytowania w ewaluacji? Dla mnie jest to oczywiste. Czy Albert Einstein wielkim uczonym był, dlatego że nastukał wyjątkowo dużo ministerialnych punktów, czy dlatego, że miał wyjątkowe osiągnięcia? O ajnsztajnowych punktach niewiele mi wiadomo, ja przynajmniej cenię go za kilka przełomowych prac. A miarą jakości artykułu są jego cytowania, to miara niedoskonała (bo w świecie realnym doskonałe są tylko bańki mydlane) ale jednak dostatecznie dobra. Ministerstwo odrzuca tę oczywistą i powszechną w świecie miarę ewaluacji uczonych, bo w ten sposób realizuje swoje cele. Jakie? Z ostrożności procesowej powstrzymam się od domysłów.
Ale przecież publikacje pana Bilala mają mnóstwo cytowań. Czy to znaczy, że pan Bilal jest wybitnym naukowcem?
A jaką alternatywną opcję oceny pani proponuje? Jeśli to mają być punkty za publikacje, to tych ten pan chyba też ma sporo.
Każdy system oceny musi być wsparty zdrowym rozsądkiem i elemetarną przyzwoitością.
No niestety, nie mam dobrego rozwiązania :-). Nauka światowa dała się zapędzić w kozi róg i pewnie tam zostanie. W swojej naiwności wyobrażam sobie jakąś wybitną sztuczną inteligencję, która będzie miała zdolność przeanalizowania tysięcy publikacji, wykrywania fałszerstw, owoców pracy papierni, spółdzielni cytowań itp.
Czy w polskim prawie istnieje jakiś paragraf na fałszerstwa naukowe? Jeśli nie, to może by się przydał.
@Dorota
Aplikowalnosc niektorych rozwiazan zalezy od lokalnego kontekstu. Jesli w polskim srodowisku naukowym oszustow jest 1 lub 2 procent, to system ciagle powinien dzialac. Jesli zas jest ich powiedzmy 20 procent, lub wiecej, to wtedy niektore rozwiazania nie beda dzialac, bo one zakladaja niski odsetek oszustwa.
W systemach, gdzie jest bardzo trudno dostac stala pozycje na uczelni lub w instytucie, ten etap kariery staje sie takim "bottleneck", kiedy to dokladnie przeswietla sie dorobek publikacyjny kazdego aplikanta, ktory jest shortlisted. Na tym etapie publikacje w paper mills albo wyprodukowane w jakis inny "dziwny" sposob sa zwykle wylapywane. Jesli tego etapu eksperckiego nie ma, a zamiast patrzy sie tylko wylacznie na czynniki bibliometryczne, to rzeczywiscie moze to generowac problemy, takie jak z panem Bilalem (o ile dobrze rozumiem ten przypadek).
Jak na razie nie ma lepszej miarki na ocene jakosci publikacji, jak analiza liczby cytowan zebranych w dluzszym okresie czasu. Warto zauwazyc, ze oczekiwania, jesli chodzi o liczbe cytowan, roznia sie drastycznie pomiedzy roznymi dziedzinami wiedzy, a nawet pod-dziedzinami. Ale to przeciez mozna uwzglednic, poniewaz jest to oczywista, dobrze zdefiniowana roznica.
Proszę pani, sztuczna inteligencja to nic więcej niż współczesny Gracz w Szachy Wolfganga von Kempelena - mechanizm jest istotnie wyrafinowany ale istotą działania jest ukryty w maszynie człowiek. Wyrafinowana zabawka dla słabych umysłów.
Każda publikacja to coś nowego,. Dlaczego nie ma ich być więcej ?
Oj, znam takie, że nie. Coś starego. Coś nowego, i zamiast 1 publikuje się 3. To w medycznym świecie ostatnie odkrycie.
@kk
Moze byc ich wiecej. Jednak ostatecznie nie od ich liczby zalezy to, jak istotne sa badania prowadzone przez dana grupe czy instytucje, a raczej od tego, jak te nowe wyniki wplywaja na dana waska dziedzine wiedzy, czyli w jakim stopniu przesuwaja granice wiedzy. Jak bardzo 'ilosc nie przeklada sie na jakosc' pokazuja stystyki, ktore opisuja cytowalnosc prac opublikowanych w roznych krajach. I na tle innych krajow EU Polska wypada tutaj bardzo slabo - jest duza liczba publikacji, ale "cytowalność pozostaje najniższa w UE", jak mowi artykul.
Co z wyższej cytowalności ma polski obywatel ?
Czy to jest inna forma pytania, co z nauki i pogłębiania wiedzy ma ten polski obywatel (zwany też "przeciętnym Kowalskim")? Odpowiedź brzmi: to już zależy od obywatela. Swoją drogą, regularnie spotykam się ze zjawiskiem ujmowania się za tym przeciętnym Kowalskim. Zwykle robią to osoby, które w głębi ducha same za przeciętne się nie uważają.
@kk
Wyzsza cytowalnosc oznacza wyzszy poziom badan naukowych. Wyzszy poziom badan naukowych swietnie koreluje sie z wieksza innowacyjnoscia prac badawczych i pozniejszym poziomem wdrazania tych prac do przemyslu.
Jak to zdiagnozowal profesor Jozwiak, dyrektor NCN: "badania o charakterze fundamentalnym z powodu złej organizacji i skrajnego niedofinansowania nie mogły w wystarczającym stopniu dostarczać innowacyjnych pomysłów".
Tak wiec dobrze zorganizowane i finansowane badania podstawowe, ktorych wyniki sa publikowane i wysoko-cytowane, jak najbardziej wplyna pozytywnie na dobrobyt "polskiego obywatela".
Wyższy poziom cytowania przez naukowców z innych krajów oznacza tylko tyle, że nie ma przewagi naukowców krajowych nad tymi z obcych krajów. Nie ma przewagi technologicznej.
Poziom cytowalności badań można przewidzieć tylko gdy się je prowadzi w pewnym nurcie badań, a to nie daje przewagi technologicznej.
W innych badaniach nie można przewidzieć poziomu cytowalności, więc co mamy z nich zrezygnować stracić być może szansę na uzyskanie przewagi technologicznej ?
Postawienie na cytowalność to znurtowanie badań naukowych w koryta badań, które prowadzą inne kraje, Czy to jest cel ?
A może celem jest odkrycie nowych koryt dla badań, w których polscy naukowcy będą przodujący, ale tego nie wie się z góry i z z góry nie wie się jaka cytowalność będzie danych publikacji.
Może dlatego lepiej cytowalności nie uwzględniać w ewaluacji nauki.
@kk
A po co przewidywac poziom cytowalnosci?
Po co mowic o jakiejs "przewadze" jednych naukowcow nad drugimi?
To zdanie "Postawienie na cytowalność to znurtowanie badań naukowych w koryta badań, które prowadzą inne kraje" nie ma sensu - analiza poziomu cytowan nie zaklada zadnego "znurtowania badan naukowych".
Jak rowniez w zaden sposob nie wplywa na obieranie kierunku badan.
Bardzo trudno ustosunkowac sie do tych komentarzy.
Jak rowniez, jesli spojrzy Pan powyzej, to zobaczy Pan, ze ja nie proponuje "uwzględniania cytowalnosci w ewaluacji nauki" tylko komentuje na temat ogolnej poprawy cytowalnosci publikacji naukowcow polskich, poniewaz tenze poziom cytowalnosci dobrze opisuje jakosc badan.
A szanowni autorzy może podali by do publicznej wiadomości, jakie kwoty wydaje ich macierzysty uniwersytet za publikacje u przywoływanych wydawców, tj. Elseviera i Wileya, a ile za publikacje w pominiętym w tekście dziwnym trafem wydawnictwie MDPI? Jak rozumiem umiłowanie MDPI przez wielu polskich autorów wynika z tego, że jest tańsze od Elseviera i Wileya, więc polskie uczelnie w trosce o publiczne pieniądze oszczędzają dzięki finansowaniu publikacji w MDPI.
Zaczyna mnie już drażnić to pytanie. Przecież to można sobie bardzo prosto oszacować, nawet, jeśli ministerstwo nie poda takich danych. Dane z WBN:
Elsevier – pula 1013 artykułów na 2024 została wykorzystana 23.10.2024
Springer - pula 1466 artykułów na 2024 została wykorzystana 06.12.2024
Taylor&Francis – pula 97 artykułów na 2024 została wykorzystana 12.12.2024
ACS – pula 398 artykułów na 2024 została wykorzystana 21.10.2024
IOP – w 2024 r. wykorzystano 130 artykułów (WBN nie podaje, jaka pula była do wykorzystania)
Suma = 3104 (jak widać z dat wyczerpania limitów, polscy uczeni niespecjalnie pchają się do tych czasopism, nawet, jeśli nie muszą zapłacić za OA z własnych środków ani grosza).
Szacowane koszty = 3104 x 3500 EUR (wartość średnia z moich publikacji) x 4,20 PLN/EUR = 45 628 800 PLN
(w ramach umów krajowych może być taniej)
MDPI – 11862 artykułów z polską afiliacją opublikowanych w 2024
Szacowane koszty – 11862 x 2200 CHF (średnia z tego co widuję w otrzymywanych mailach) x 4,40 PLN/CHF = 114 824 160
To, że wydano prawdopodobnie dużo mniej, bo większość artykułów opublikowano za vouchery i zniżki dla redaktorów wydań specjalnych, jest, moim zdaniem, jeszcze gorsze niż gdyby za nie zapłacono, bo w ten sposób polscy badacze wybitnie przyczyniają się legitymizowania istnienia tego wydawnictwa.
Liczba wydawanych czasopism w 2024:
Elsevier – całkowita liczba czasopism = 2928, open access = 591
Springer – całkowita liczba czasopism = 2920, open access = 467
Taylor&Francis – całkowita liczba czasopism = 2508, open access = 250
ACS – – całkowita liczba czasopism = 80, open access = 50
IOP – całkowita liczba czasopism = 90, (nie udało mi się znaleźć, ile z nich ukazuje się w opcji OA)
Suma czasopism OA = ok. 1500
MDPI – całkowita liczba czasopism = 408, open access = 408
A więc w pięciu dużych wydawnictwach, dla których obowiązują umowy krajowe na publikowanie OA, które publikują ok. 1500 czasopism OA, polscy badacze opublikowali 4 x mniej artykułów OA niż w MDPI, które wydaje 408 takich czasopism. Zadziwiające, nieprawdaż? W ciągu ostatnich 4 lat większość swoich artykułów opublikowałem w czasopismach Elseviera i T&F w OA za darmo – tylko raz nie zdążyłem, bo złożyłem manuskrypt 12.12, a limit został wyczerpany 3 dni wcześniej.
Nie trzeba szacować kosztów w MDPI. Wystarczy spojrzeć na stronę Ministerstwa, aby zobaczyć dokładne dane:
https://www.sejm.gov.pl/sejm10.nsf/InterpelacjaTresc.xsp?key=DAPJVX
Czyli nie 114 milionów a cztery? To nieco zmienia obraz. I wychodzi na to, że stare wydawictwa nie kwalifikują się do atychmiastowego wiebowzięcia. Tak podejrzewałem, to spółki zarobkowe.
Co to znaczy za darmo? Nie za darmo ale z pieniędzy pochodzących z finansów uczelni, a te pochodzą z pieniędzy podatników!
A tutaj problemem nie jest też to, że te czasopisma jak Elsevier, Nature itd mają bardzo długi czas recenzji?
Dopiero wchodzę w ten świat i nie jeszcze nie do końca orientuję się jak to wygląda w rzeczywistości.
Natomiast publikacje w mdpi są dość szybko recenzowane
Z opracowania prof. Przemysława Hensela (MDPI - Największy beneficjent ewaluacji?, FA 9/2023)
https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-9-2023/mdpi-najwiekszy-beneficjent-ewaluacji%e2%80%a9/
wynika, że faktycznie w latach 2019-2021 w wydawnictwach Elsevier, Springer i Wiley proces recenzji był kilkukrotnie dłuższy niż w MDPI (np. w ekonomii i biznesie średnia przekraczała rok). W biologii i biochemii było to ponoć ok. 4 miesiące. Publikuję samodzielnie od prawie 30 lat, głównie w czasopismach Elseviera, trochę Wileya, FEBS i ACS. Nigdy nie czekałem na decyzję dłużej niż 3 miesiące. W ostatnich latach, gdy otrzymuję manuskrypt do recenzji, to standardowo mam wyznaczony termin recenzji na 14 dni. Raz mi się zdarzyło poprosić o przedłużenie. Nie wiem więc, skąd się biorą te długie terminy recenzji w tych "starych" wydawnictwach. Może faktycznie MDPI zmobilizowało je do większej dyscypliny w tym zakresie. Ale innych zasług tego wydawnictwa nie widzę. Generalnie publikuję w czasopismach leżących w moim zasięgu, których członkowie zespołów redakcyjnych cieszą się szacunkiem środowiska. Nie mogę tego powiedzieć o żadnym czasopiśmie MDPI z mojej tematyki. W niektórych z nich nie da się nawet poznać członków rad redakcyjnych, bo jest kilkuset.
Faktem jest, że w ostatnich latach coraz częściej dostaję recenzje fatalne - kilkulinijkowe, z komentarzem ni z gruszki ni z pietruszki. Ale to jest skutkiem gwałtownego wzrostu liczby "ekspertów" z dużym "dorobkiem" głównie z krajów azjatyckich, którzy moje manuskrypty dostają do recenzji. Na temat jakości recenzji w MDPI nie mogę się wypowiadać, bo ani tam nie publikuję, ani nie recenzuję. Ale ostatnio jeden z kandydatów do stopnia doktora habilitowanego napisał w autorefereacie, że zrecenzował w ciągu 10 lat 460 manuskryptów, głównie do MDPI, czyli po odliczeniu urlopów i świąt średnio jeden tygodniowo. Gdybym ja tyle recenzował, to nie miałbym czasu na nic innego. No ale voucherów nazbierał na kilkadziesiąt publikacji własnych. I to jest właśnie ten problem, o którym wspominałem w swoim poprzednim komentarzu.
To, że pan nie wie, skąd się biorą te długie terminy recenzji w starych wydawnictwach, nie znaczy, że problem nie istnieje. Na recenzję z T&F czekam już pół roku. Mniej więcej w tym samym czasie wysłałem pracę do MDPI (bez obaw, podatnik nic za nią nie zapłacił). Została opublikowana po dwu turach recenzji czterech (sic!) recenzentów i dyskusji z redaktorem. Hic Rhodus, hic salta! Proszę bronić tradycyjnych wydawnictw.
Dziękuję za wyliczenia. Warto więc zwrócić uwagę, że przykładowe Elsevier i Wiley nie wymagają od autorów wnoszenia opłaty za open access (jest to opcja, która jak wskazują podane wyliczenia i tak zazwyczaj jest bezkosztowa), co najwyżej submission fee (100-200 USD), a w sytuacji MDPI open access jest przymusowy. Nawet jeśli niektórzy autorzy korzystają z voucherów, to nie da się obronić tezy sformułowanej w artykule, że publikowanie w Elsevier i Wiley jest bardzo drogie (w domyśle MDPI tańsze). Ale oczywiście kłamstwo wielokrotnie powtarzane zostaje w końcu legitymizowane i zapewne ten artykuł temu ma służyć.
Tak i nie. Czasopisma obu tych wydawnictw pracujące wyłącznie w OA wymagają jak najbardziej. Koleżanka powołuje się tutaj tylko na czasopisma tzw. hybrydowe, a to tylko część obrazu.
Proszę pana, proszę mi powiedzieć - dlaczego w bijatyce Elseviera z MDPI mam stawać po jednej lub drugiej stronie? Żaden z moich krewnych lub znajomych nie jest w zarządzie żadej z tych firm.
O le by wzrosła opłata za publikację w
Elsevier
Springer
Taylor&Francis
ACS
IOP
gdyby zakazano publikowania w MDPI ?
Ile mniej polskich publikacji by się ukazało przy zakazie publikowania w MDPI ?
Czy cytowalność polskich publikacji by wzrosła gdyby zakazano publikowania w MDPI.
Po co zakazywać publikowania w MDPI ?
Wystarczy dzielić punkty za publikację przez liczbę współautorów, aby zwiększyć liczbę publikacji, czyli nie uwzględniać czy ktoś jest z innej dyscypliny czy z innej jednostki naukowej.
A przy okazji ogranicza się zjawisko dopisywania, wytwórni publikacji, spółdzielni publikacyjnych.
Można zmniejszyć liczbę polskich naukowców i już się będzie publikowało mniej, ale w dłuższej perspektywie jakość się obniży. To jest odpowiedź dla tych, którzy mówią publikować tylko wartościowe, a mniej wartościowe nie publikować. A co z poziomem nauczania. Czy dydaktycy zapewnią odpowiedni poziom nauczania na polskich uczelniach. Nie. To tylko zapewnić mogą publikujący pracownicy.
Publikacje obojętnie gdzie jest formą samo-dokształcenia się kadry na uczelniach i nie można tego ograniczać. Należy zlikwidować stanowiska dydaktyczne na uczelniach. Trzeba dać możliwość publikowania jak najwięcej i co najważniejsze doceniać to co niektórzy uważają za bardziej wartościowe, chociaż to co bardziej wartościowe może ulegać zmianie w czasie.
Wszyscy naukowcy to szlam, w którym można znaleźć diamenty jak pokazuje Nobel dla Kariko wcale go nie muszą dostać ci, którzy publikują w wartościowych czasopismach. Zresztą wpierw trzeba opatentować, a potem opublikować.
O, jest i pan ~kk ze swoim bezrefleksyjnym dzieleniem przez liczbę autorów.
Panie Darek
cytowalność polskich publikacji jest niska, więc nie gadajcie, że publikacje wielo-autorskie,
(a takich pewnie jest 99,9% pośród polskich publikacji)
to te o wysokiej cytowalności, a jeśli takowe są to są marginalne w środowisku polskich naukowców
Nikt nie zakazuje publikowania w MDPI. Zaprzestanie dotowania publikacji w tym wydawnictwie, nie jest równoznaczne z zakazem publikacji w nim.
Innym postulatem jest urealnienie punktów zgodnie z renoma czasopisma, czyli na przykład dla najpopularniejszych Materials i Energies ze 140 pkt do 70 pkt.
Można się tylko domyślać czy nadal by tak chętnie tam publikowali.
W pytaniu chodziło o konkretną uczelnię, której rektor sam daje przykład publikując w MDPI.
Temat warto by podrążyć, także w kontekście oceny pracowniczej i nagród za osiągnięcia naukowe.
Czy opublikowanie artykułu jest osiągnięciem bez wdrożenia wyników chociażby przez cytowania? Czy kupno droższego samochodu jak mozna kupić tańszy i bez zbędnego czekania jest racjonalnym podejścirm?
Kiedyś liczące się byly tylko samochody niemieckie a dziś?
Zmiany są nieuniknione a mdpi to taki tiktok w nauce. I tam niestety jest przyszłość.
Zawiedliśmy się na Panu
W RZECZY SAMEJ
Coś niesamowitego. Czytając pierwszą, ogólną część eseju, rozpływałem się w zachwytach nad trafnością haseł. Druga część - z przykładowymi rozwiązaniami idącymi w kierunku dokładnie przeciwnym.
Kwantyfikacja i promowanie ilości niedobre - ale IDUB należy zachować.
Kwantyfikacja i promowanie ilości niedobre - ale oceniajmy patenty (liczbę patentów? bo jak inaczej?).
Nie określiliśmy celu ewaluacji - ale wymyślajmy reguły dotyczące przyznawania kategorii (jakieś "25% ponad medianę", itd.).
Opłaty za open access niedobre - ale jedynie je zmniejszmy, z pomocą UE.
I wisienka na torcie - po tym górnolotnym wstępie, prymitywna (przepraszam, ale inaczej nie umiem tego określić) propozycja usuwania w stan spoczynku starych profesorów (nie wiadomo zresztą, co by miało to dokładnie oznaczać), żeby dać miejsce młodym. Ten rodzaj argumentacji budzi we mnie szczególną irytację, często zresztą jest przykładany do całej gospodarki, rynkowej, gdzie staje się szczególnie wadliwy i po prostu populistyczny, w skrajnej postaci prowadząc do wyjątkowo szkodliwej koncepcji "zerowego wzrostu".
Nauka i sport wyczynowy nie są dla ludzi starych. Już Max Planck to wiedział:
"Nowa prawda naukowa nie zwycięża przez przekonanie jej przeciwników i zmuszenie ich do zobaczenia światła, ale raczej dlatego, że jej przeciwnicy w końcu umierają i wyrasta nowe pokolenie, które jest z nią zaznajomione."
W Polsce wiek bezwzględnej emerytury dla naukowców powinien (teraz) wynosić 70 lat a nie 67 jak w innych krajach tylko ze względu na lukę pokoleniową, po prostu naukowców w wieku 50-60 lat jest bardzo mało a ktoś tę młodzież naukową musi wychować.
No to w końcu ci starcy są na tyle dobrzy, że mogą nawet młodzież naukową wychowywać, czy jednak beznadziejni i należy ich przekazać w stan spoczynku hyclowi? Dostrzegam intencję ("jak się nie ma co się lubi..." itd.), ale jednak sprzeczność jest poważna.
Ja bym takich rzeczy nie ustalał odgórnie wg wieku. Jak ktoś jest czynny w wieku 80 czy 90 lat, więcej ma do powiedzenia i więcej napisze niż czterdziestolatek w tej samej instytucji, a znałem takich, to czemu go na siłę eliminować? Chodzi mi o to, co miałoby właściwie wynikać dla pracy danej osoby z przejścia na emeryturę, bo oczywiście samej emerytury bym nie skąpił :).
Natomiast ogólniejszy postulat "dzielenia się pracą" uważam za niebezpieczny wymysł. On dotyczy całej gospodarki. Z tego postulatu wynikają np. propozycje skrócenia czasu pracy - czasem o połowę, czasem - jak w przypadku naszej rodzimej lewicy - do czterech dni w tygodniu. Skrajnym przypadkiem jest pomysł "zerowego wzrostu" - celowego stłumienia wzrostu gospodarczego do zera, bo komuś się tam zdało, że wtedy gospodarka będzie słabsza, ale za to nierówności ekonomiczne, w tym i w dostępie do pracy, mniejsze. Tymczasem w prawidłowo rozwijającej się gospodarce nie ma przecież problemu "dzielenia się pracą", bo ilość tej pracy wcale nie jest ograniczona. W nauce niby "ilość pracy" jest, teoretycznie, ograniczona, ale też nie musi to być tak ustawione, żeby konkurowanie o krótką kołdrę, zwłaszcza między zdolniejszymi osobami, było zbyt drastyczne, a i realny PKB też przecież powinien rosnąć :-)
Jak ktoś jest czynny w wieku 80 czy 90 lat, więcej ma do powiedzenia i więcej napisze niż czterdziestolatek w tej samej instytucji, to im więcej napisze i więcej zrobi, tym bardziej cofnie naukę w rozwoju. W tym wieku jedzie na biegu wstecznym i o tym właśnie pisał Max Planck - nauka postępuje o jeden pogrzeb na raz. Nawet żwawy i relatywnie (jak na ten wiek) twórczy staruszek blokuje etat komuś, kto potencjał twórczy ma o wiele większy choćby z tego powodu, że będzie żyć 30 lat po jego śmierci. Polski dotyczy to w mniejszym stopniu, bo tych młodszych w wieku 40-60 lat po prostu jest mało, jak kto kończył studia w latach 1990-2000, to szedł do biznesu a nie zostawał na uczelni.
Oczywiście, nie można oceniać wydajności pracy naukowej tylko po wieku naukowca. Ale proszę mi wierzyć, że jeśli pozwoli sie systemowo w jednostce naukowej państwowej na pracę bez ograniczeń wiekowych to przy rzadach sprawowanych przez osoby z wyżu powojennego dochodzi do ogromnych szkodliwych patologii. Zatrudnieni są (bo nie pracuja) ponad 80-letni profesorzy, niektórzy nie przychodzą nawet do pracy, nie pracują juz naukowo od lat. Tak jest w mojej instytucji. I nie ma widoków na zmiany. Przykro na to patrzeć.
Wyświechtane slogany w wykonaniu przedstawicieli uczelni, która promuje publikowanie w czasopismach drapieżnych. Wystarczy przyjrzeć się publikacjom większości pracowników, żeby przekonać się, że w Szczecinie udają tylko, że prowadzą badania naukowe, podczas gdy w rzeczywistości zajmują się cynicznym cwaniactwem w generowaniu punktów i to z pełnym namaszczeniem władz uczelni. Szczyt hipokryzji. I pewnie chcieliby jeszcze pełnić rolę ekspertów, gdyby wprowadzić ocenę jakościową.
Prawda na 200%. Papier mille też już są imasa pseudo publikacji w pseudo czasopiśmie, które w PL ma 100pkt! Gdzie kuż jego nr 1/2025 ukazało się 25 pseudo publikacji tylko z Polski!!!!!!!!!
Trafny osąd.
W KEN już są eksperci.
Chyba wszędzie tak robią. To jest problem, że można nie przetrwać. Ewaluacja do likwidacji, tylko wymusza patologię i biurokrację.
Publikowanie w drapieżnych czasopismach (przynajmniej masowe) nie dotyczy wszystkich instytutów.
Ocena ekspercka nie wypali. Ekspertami pewnie mieliby być profesorowie, którzy na materii rzeczy by się nie znali.
Prawda jest taka o jakiej już pisał Kopernik, a pisał on, że zły pieniądz wpiera lepszy, ale to było o charakterach ludzkich i w odniesieniu do nauki, to słabi naukowcy wypierają lepszych.
Ma podstawie rosyjskiego PAN gdzie bardzo dobrze płacono, ale to przerodziło się w nepotyzm i obniżenie poziomu naukowego.
Niestety w Polsce słabi wyparli lepszych na nauce i to co jest mocno trzeba przetrzebić i do tego ma służyć system ewaluacji.
Obecny nie jest oparty na ocenie jednostkowej naukowca, więc w tym kierunku należy iść. Trzeba przede wszystkim dzielić punkty za publikację przez liczbę współautorów.
Niektórzy chcą liniową zależność stworzyć między IF a liczbą punktów. No niestety nie ma potwierdzenia, że liniowość IF jest zgodna z liniowością w jakości publikowanych prac. Moim zdaniem nie ma żadnej liniowości. Nie można mówić, że ten naukowiec jest 50 razy lepszy gdy ma publikację w IF=50 od tego który ma publikację w IF=1. Zakładanie liniowości to absurdalny sposób myślenia. Swobodnie więc można zakładać krzywą nasycenie i tak w górnej części w punktacji za publikację za F=30 i F=50 można spokojnie dać tą samą liczbę punktów. Różnicować można jednak poniżej IF=30 ale również w sposób nieliniowy to znaczy że różnica między między IF=20 a IF=30 to różnica w 50 pkt za publikację, gdy różnica między IF=1 a IF=10 to różnica w 100 pkt za publikację. Oczywiście to tylko propozycja dyskusji, a nie gotowe rozwiązanie.
Co do kosztów publikacji, no to mamy tak zwane umiędzynarodowienie. Każdy wie, że handel zagraniczny kosztuje drożej niż wewnętrzny. To są koszty umiędzynarodowienia, a jak ktoś myślał, że umiędzynarodowienia będzie za darmo, to ma umysł radzieckiego naukowca.
Likwidacja wykazu czasopism ? Ocena ekspercka. Dla mnie to jest droga w dół do coraz niższych poziomów. Niestety lista publikacji i wymagania winny zostać by odsiewać to co słabe na uczelniach.
> Trzeba przede wszystkim dzielić punkty za publikację przez liczbę współautorów.
To jest kompletny bezsens w naukach eksperymentalnych, zwłaszcza biologicznych, i zawsze będzie.
Dajmy na to, chcemy zbadać jakiś bieżący, ważny problem w neurobiologii i mamy nadzieję, że opublikujemy cenną pracę (jakąś taką na poziomie, którym się wszyscy ekscytują: Neuron, Nature Neuroscience, takie rzeczy).
W większości przypadków potrzeba więc: elektrofizjologa (lub kilku), biologa molekularnego (lub kilku), behawiorysty (lub kilku), specjalisty od mikroskopii/obrazowania in vivo (lub kilku), programisty/analityka danych (lub kilku); przy czym każdy z instrumentarium za parę milionów. Ponieważ chcemy uczyć, to w każdej z tych działek tak 1-2 osoby (doświadczony postdok i student/doktorant, łebski ze świeżym spojrzeniem, któremu się chce - jak już optymizm to na całego). NIEMOŻLIWE JEST, by to była 1 lub 2 osoby (bo jak, Człowiek-Orkiestra, spec od wszystkiego?) i NIEMOŻLIWE JEST, by wspomniane instrumentarium za miliony było zduplikowane w każdej grupie (a gdyby jakimś cudem było to możliwe na skutek błędu w Matrixie skutkującego zamianą PKB per capita Polski i Luksemburga z dnia na dzień, to z kolei byłoby to jakieś zupełnie niewyobrażalne marnotrawstwo pieniędzy publicznych, gdzie w każdym labie stałby sprzęt za miliony pokryty warstwą kurzu, bo akurat Człowiek Orkiestra, mając tylko, powiedzmy, 16h w ciągu doby na pracę, robi akurat teraz co innego na innym sprzęcie za miliony).
I co? I dzielimy tej grupie ludzi (pewnie ze współpracownikami z kilku uczelni i grup badawczych), która przez lat, powiedzmy, 3-4 uprawiała najwyższą naukę, prowadząc badania, które realnie coś pokazały, ich dorobek - zapewne 1-2 publikacje - przez liczbę autorów. Po czym wywalamy ich z pracy, bo koledzy z sąsiedniego labu - prof. dr hab. Gerontowicz-Starczyńska i jej wieloletni współpracownik, adiunkt Totumfacki - wypuścili w tym czasie 15 przyczynkarskich pracek z cyklu "na kulturę komórek jajnika chomika podano w dwóch dawkach substację ASDFGHJ, 20 lat temu rozważaną jako kandydat na lek, ale zarzuconą, po czym zbadano jej wpływ na ekspresję genów Sru1 i Tru2", uzyskując wielokrotnie więcej punktów. Kurtyna.
Brak dzielenie to patologia, ludzie tak kompletują publikacje, h- indeksy i stają się profesorami.
Już na studiach dziwiłem się, że tacy mało inteligentni mieli tytuły profesorskie, teraz wiem dlaczego więc nie mam i nie będę miał szacunku do nikogo z polskich naukowców, gdyż nie wiem w jaki sposób zdobył on tytuł profesorski.
Jak wspomniał przedmówca, dzielenie tych (moim zdaniem i tak absurdalnych) punktów w naukach przyrodniczych i ogólnie eksperymentalnych, jakkolwiek możliwe, to jednak będzie rozwiązaniem niesprawiedliwym i zamiast doceniać indywidualny wkład, będzie tylko sztucznie podwyższać prestiż nauk wszelkich romantycznych oraz niektórych teoretycznych. Jako tych, gdzie są prawdziwi uczeni pracujący jednoosobowo.
Przyznaję, mam parę prac jednoosobowych, ale to głównie przyczynki z czasów studencko-asystenckich. Owszem, jedną napisałem nawet stosunkowo niedawno, bo pięć lat temu, tylko że to nie praca badawcza, tylko przeglądówka. Natomiast wszystkie poważne prace w naukach przyrodniczych powstają jako efekt pracy zespołów, tworzy się je niekiedy przez kilka lat, i zaskakuje mnie, że trzeba tę rzecz jeszcze tłumaczyć.
W przygotowaniu mamy wielką publikację badawczą na podstawie wyników z 25 lat badań. Autorów będzie ze dwudziestu. Koncepcja, że ze względów ideologicznych czy innych formalnych miałaby być potraktowana jako nieistotny drobiazg w czyimś dorobku, jest kompletnie nieracjonalna.
Szanowny Panie.
Obecny świat tak jest zbudowany, że nikogo nie interesuje ile kto czasu na co poświęcił tylko każdego interesuje jaki jest efekt.
Proszę więc świata nie naprawiać poprzez inny system przyznawania punktów, aby było sprawiedliwie, gdyż przypomina to wprowadzaniu komunizmu w świecie niesprawiedliwego kapitalizmu.
Brak dzielenie punktów przez liczbę współautorów prowadzi do takich patologii jak dopisywanie do listy współautorów, powstawanie spółdzielni i wytwórni artykułów.
Być może tak, być może nie, i pleplutki na temat komunizmu nic tu nie mają do rzeczy. Autorem nie jest się dla liczby punktów, bo liczba punktów jest przydatna instytucji, nie autorowi. Autorem jest się dla bycia autorem ważnej publikacji, z czego dalej korzyści dla kariery naukowej i punkty mają z tym mało wspólnego. Natomiast dzielenie punktów doprowadzi do uzyskania fałszywych informacji przez ministerstwo na temat aktywności danej jednostki/uczelni. A ja jestem przeciwny fałszywym informacjom.
Teraz uzyskuje Ministerstwo fałszywe informacje, gdyż za ten sam artykuł ma max punktów w różnych dyscyplinach i w różnych jednostkach.
Przy dzielenie punktów przez liczbę współautorów i potem zsumowaniu wedle osób pracujących w danej jednostce ma prawdziwe informacje.
Nie. Ministerstwo uzyska informację, że badacze eksperymentalni to leserzy, zaś badacze z nauk romantycznych (historia, teologia, wiedza o teatrze itd.) to istni koryfeusze nauki polskiej. Pani kolego, ja akurat jestem przyrodnik, ale mam w rodzinie również profesora historii. Same jednoosobowe dzieła, pisane w podobnym albo większym tempie, jak moje zespołowe. Bo u mnie cykl badawczy to zwykle 3 lata i straszna kupa forsy (chyba że 25 lat, jak w jednym z naszych oczywiście nieoficjalnych projektów), a tam na przykład dwa tygodnie w Bibliotheque Nationale, albo przegląd archiwów na miejscu, dają materiał na fajny artykuł.
Z tym nie da się konkurować przy proponowanych zasadach (a tu przecież chodzi o konkurencję, tak działa ewaluacja) i warto zdawać sobie z tego sprawę. Owszem, można pisać artykuły przeglądowe. Tylko ja stoję na stanowisku, że aby napisać artykuł przeglądowy, trzeba mieć za sobą jakieś poważne doświadczenia i dorobek, który uzasadnia taką bądź co bądź bezczelność. Nie jest to coś, co powinno się pisać, kiedy akurat komuś zabraknie punktów do nagrody rektora.
W ramach dyscyplin jest ocenianie, więc co Pan miesza dyscypliny.
Zawsze można zacząć od siebie. Realne działania Pana Prorektora i bezpośrednie przekładanie ewaluacji na ocenę pracowników wskazują raczej na ogromny entuzjam dla ewaluacji. Artykuł to tylko słowa, władze uczelni mogą działać aby pracownikom było pomimo wszystko lepiej, ale tego nie robią
W rzeczy samej.
"Co wynika z porażki obecnego systemu ewaluacji?" No jak to co? Tato, mamo oceniają nas, a kto synku nas ocenia? No, jak to kto? Wy mnie, a ja was, a i chwalą nas. Z tej porażki to my teraz jesteśmy największymi ekspertami nauki i tak ma być.