Czy o tym, kto jest wybitny, a kto nie, powinny rozstrzygać liczby? Tak zakładają wytyczne stypendium ministra dla wybitnych młodych naukowców. Niestety, zakładają błędnie.
Stypendium ministra dla wybitnych młodych naukowców dostępne jest – w uproszczeniu – dla osób, które nie mają jeszcze doktoratu lub obroniły go w ciągu ostatnich siedmiu lat. Wynosi do 5390 zł miesięcznie i wypłacane jest przez maksymalnie trzy lata. Minister w każdej edycji może przyznać do 230 stypendiów, w tym przynajmniej 30 dla doktorantek i doktorantów. O punktacji wniosków decyduje szereg kryteriów, kluczowe jest jednak to, ile punktów na ministerialnej liście mają czasopisma i wydawnictwa, w których kandydatki i kandydaci publikowali swoje teksty.
W listopadzie ogłoszono kolejną edycję konkursu, w którym od 1 grudnia można składać wnioski. Podobnie jak w poprzednich latach, wytyczne budzą poważne wątpliwości. Zmieniają się w nieprzewidywalny i nieprzejrzysty sposób, a ponadto są dużo bardziej arbitralne, niż mogłoby się wydawać.
Maszyna losująca
Przyjrzymy się konkursowi na przykładzie trzech ostatnich lat, analizując tę część wytycznych, która dotyczy oceny artykułów współautorskich. Jeżeli ktoś aplikował o stypendium w 2022 roku, pełną punktację otrzymywał tylko za publikacje samodzielne, a za współautorskie – obniżoną. Dotyczyło to jednak wyłącznie czasopism niżej wycenionych na liście. Przy czasopismach, którym wcześniej przydzielono 100, 140 lub 200 punktów, w konkursie przyznawano pełną pulę niezależnie od tego, z iloma osobami się współpracowało.
W 2023 roku, jeszcze za kadencji ministra Przemysława Czarnka, ta zasada się zmieniła: zaczęto korygować – czyli obniżać – punkty za współautorstwo niezależnie od punktacji czasopisma (pisała o tym na naszych łamach dr Elżbieta Wątor – dop. RED). W efekcie wzrosła rola publikacji samodzielnych. Czy to dobrze, czy źle? Można dyskutować, lecz na pewno była to zmiana nagła, zwłaszcza że konkurs już tradycyjnie ogłaszany jest dopiero w połowie listopada, a wnioski należy składać przed Wigilią (teoretycznie do końca grudnia, ale muszą jeszcze przejść przez rektora uczelni, dyrektora instytutu PAN etc.). Stąd np. fizycy eksperymentalni dowiedzieli się w ostatniej chwili, że jednoautorskie prace przeglądowe mają szansę przynieść im więcej punktów niż wieloautorskie artykuły oparte na badaniach empirycznych. W dodatku ministerstwo nie przedstawiło żadnego ogłoszenia podsumowującego zmiany, trzeba więc było osobiście je wytropić w wytycznych oceny. Zabrakło również jakiegokolwiek oficjalnego wyjaśnienia – z perspektywy aplikujących wyglądało to tak, jakby zmienione kryteria wypadły z maszyny losującej.
W tym roku podtrzymano zasadę z poprzedniego konkursu, ale maszyna losująca wyrzuciła z siebie już inne progi korygowania punktów. Dla przykładu, wcześniej artykuł trzyosobowy nie mógł dać więcej niż 50% punktacji przydzielonej czasopismu (czyli 100 zamiast 200 punktów, 70 zamiast 140 itd.). Teraz dokładnie ten sam artykuł może dać już 80%. Jako że wkład procentowy deklaruje osoba składająca wniosek, to wytyczne zachęcają, by przy każdym trzyosobowym tekście wpisać 80% naszego wkładu – nawet jeżeli czujemy, że to zdecydowanie za dużo. Czasami trzeba jeszcze złożyć oświadczenie współautora bądź współautorki, co stanowi czynnik łagodzący, niemniej wciąż jest to niezdrowy układ bodźców. Kto dowiedzie, że powinno być jednak 60%, a nie 80%? Kto i jak miałby to weryfikować?
Korygowanie korygowania
Ale to jeszcze nie koniec. Być może po to, by zadośćuczynić osobom, które straciłyby część punktów za bardzo wartościowe publikacje, w ubiegłym roku wprowadzono, a teraz utrzymano, pewien wyjątek. Otóż w przypadku najwyżej dwóch prac (z pięciu zgłaszanych) ekspert może jeszcze z powrotem podwyższyć liczbę punktów do 100%. Innymi słowy, skorygować skorygowanie.
Czy to wystarcza? Niestety nie. Po pierwsze, przesłanki tego podwyższenia są wieloznaczne: tekst ma „istotnie wyróżniać się” na tle publikacji zgłoszonych w innych wnioskach z danej dyscypliny naukowej (a więc w jednej edycji konkursu ekspert powinien przeczytać – teoretycznie – nawet kilkadziesiąt artykułów). O co chodzi? Mianowicie o „ponadprzeciętną” jakość tekstu i jego znaczenie dla danej dyscypliny, „przełomową innowacyjność tematyki badań” (na jakiej podstawie ekspert ma te kwestie oceniać?), prezentację nieopublikowanych wcześniej wyników (czy to faktycznie cecha wyróżniająca?) bądź też „kluczową rolę” osoby aplikującej „przy tworzeniu publikacji, w tym jej koncepcji” (jak ekspert miałby to sprawdzić?).
Po drugie, w sytuacji, w której jeden ekspert powie „tak”, a drugi – „nie”, część osób składających wnioski zmuszona jest do wróżenia z fusów. Kiedy rok temu przygotowywałem dokumentację, musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie: czy wśród pięciu zgłaszanych publikacji powinienem umieścić artykuł jednoautorski, za który na pewno dostanę 75 punktów? Czy może wieloautorski, za który dostanę dostanę 50 punktów, jeżeli ekspert będzie w złym humorze, a dwukrotnie więcej – jeśli w dobrym? Tak zakrojony wyjątek ekspercki nie jest zatem dobrym rozwiązaniem; tworzy raczej nowe problemy.
Liczby to za mało
Jaki wniosek płynie z lektury wytycznych? Taki, że nie wszystko da się sensownie wyrazić w liczbach, a już z pewnością nie wybitność naukową. Wskaźniki ilościowe mają swoje zasadne zastosowania, lecz w takim konkursie naprawdę trudno wymyślić skwantyfikowane kryteria, które nie skutkowałyby problemami zbliżonymi do wymienionych. W dodatku tutaj jednym systemem usiłuje się objąć wszystkie działy nauki naraz.
No dobrze – ktoś spyta – ale jeśli zmniejszymy wagę liczb, to czy sposób przyznawania stypendiów nie stanie się jeszcze bardziej subiektywny? Jest takie ryzyko, istnieją jednak sposoby na częściową obiektywizację, jak choćby dyskusja wielu ekspertek i ekspertów nad każdym wnioskiem, na wzór paneli w agencjach grantowych. Problem z liczbami polega na tym, że stwarzają iluzję bezstronności: „Pani wynik to 586,4 punktu, gratulujemy, lecz konkurs wygrała osoba, która otrzymała 586,5 punktu”. W ten sposób liczby mogą blokować dyskusję nad potrzebnymi zmianami.
I tak np. udajemy sami przed sobą, że można jednoznacznie określić wkład procentowy w powstanie artykułu. Udajemy też, że wytyczne równie dobrze pasują do każdej dyscypliny. Ale nawet gdyby istniały oddzielne kryteria dla biologii, oddzielne dla filozofii oraz oddzielne dla socjologii, nie zniknąłby problem różnych subdyscyplin i obszarów badań. Czy znawca kultury ukraińskiej ma realną możliwość publikowania tekstów w tak samo punktowanych czasopismach, jak amerykanista? A jeżeli nawet teraz ma, to czy miał również przed 2022 rokiem?Czy jakikolwiek system ilościowy może uwzględniać takie rzeczy?
Musimy zmierzyć się z pytaniem, czy obecna formuła stypendium ministra dla młodych naukowców nie jest błędna. Być może lepiej byłoby przydzielać te pieniądze na takich zasadach, na jakich przyznaje się granty w Narodowym Centrum Nauki, w tym z udziałem ekspertek i ekspertów zagranicznych (co niewątpliwie wymagałoby większego budżetu na ocenę wniosków). Być może należałoby zbadać kariery osób, które otrzymały stypendia w przeszłości (kto wie, a nuż okaże się, że konkurs jednak spełnia oczekiwania!), rzecz jasna agregując i anonimizując wyniki. Być może trzeba będzie pójść w jeszcze inną stronę.
Tak czy inaczej, nie chodzi o to, by w czymś umniejszać wszystkim dotychczasowym laureat(k)om – bez wątpienia wiele z tych osób rzeczywiście ma na koncie wybitne osiągnięcia. Chodzi o to, by nie dać się uśpić liczbom. I nie zakładać, że mogą nas zwolnić z trudnych decyzji – dotyczących oceny poszczególnych wniosków, systemu ewaluacji badań, a w ostatecznym rachunku polityki naukowej państwa.
dr Stanisław Krawczyk, Uniwersytet Wrocławski
No i doczekaliśmy się! Maszyna losująca tej edycji w gronie wybitnych laureatów wybrała takie osobowości jak dr Radwan publikujący po kilkadziesiąt artykułów rocznie. Takiego wyniku nie powstydziłby się niejeden profesor, nie tylko w Polsce. A to dopiero młody naukowiec!
Gratulujemy!
Warto właśnie wspomnieć o problemie oceny grantów i staży. W ostatniej edycji dostałem więcej punktów za preludium 210000 PLN, (które co prawda było w momencie przyznania najwyżej ocenionym grantem w moim panelu w PL) niż za OPUSa na 2 miliony, którego dostałem 3 lata po doktoracie więc w naukach chemicznych było to cudem nad Wisłą... Kolejna sprawa ocena staży. Żenadą jest punktowanie staży tylko od 3 miesięcy wzwyż. Co to za fanaberia? Ja przez to, że mam ciągłość kierowania grantami nie mogę wyjeżdżać na dłużej więc odbywam zagraniczne staże w dobrych jednostkach, ale zwykle trwające miesiąc lub dwa. I co z tego mam? Jedno wielkie zero. Kolejna sprawa punktacja czasopism. W tamtym roku kilka z prac, które składałem miały 200 pkt, teraz mają już 140 punktów więc oczywiście znów jestem do tyłu i nie wspominam tu o słabych czasopismach tylko np. TRAC Trends in Analytical Chemistry, które ma IF prawie 12.
Dodatkowo mam wrażenie, że ktoś kto recenzował mój wniosek nawet go dobrze nie przeczytał. Pisał w pewnych miejscach bzdury i co drugie zdanie sam sobie zaprzeczał... Skorzystałem z wielkiej łaski złożenia prośby o ponowne sprawdzenie mojego wniosku i tu wielka wiespodzianka. Od pół roku czekam na odpowiedź na odwołanie. Co miesiąc dzwonię i słyszę, że odpowiedź za miesiąc. Na koniec listopada Pan z Ministerstwa powiedział, że wyniki już są, ale dowiemy się na koniec grudnia lub początku stycznia. Nadal nic nie wiem. Żenada! Kolejna edycja ogłoszona, a brak wyników odwołań, ale Pan z ministerstwa nie widział problemu, że człowiek znów traci czas składając wniosek bez wyników odwołania. Podsumował, że lepiej złożyć, a jeśli jakimś cudem się dostanie stypendium z odwołania to wtedy się wycofa obecny wniosek 🤦 kompletny brak klasy i szacunku!!!
A czy ktoś mógłby się zająć tym, że są osoby, które nie mają równego dostępu do tego stypendium?
1. Zgodnie z informacjami na stronie Ministerstwa wnioski są przyjmowane do końca grudnia, jednak niektóre z uczelni ze względu na okres świąteczny i urlopy skracają ten okres nawet o dwa tygodnie, do np. 17-18 grudnia. Przypomnę tylko, że wnioski są składane od 1 grudnia, a kolejna edycja stypendium ogłaszana jest przez ministerstwo w ostatnich dniach listopada. Wiec gdzie jest sens, jeśli - jak wyniki z informacji na stronach poszczególnych uczelni - wnioskodawcą jest wyłącznie Rektor i on musi podpisać wniosek? A na niektórych uczelniach (najprawdopodobniej na większości) nie ma takich ograniczeń.
2. Druga kwestia dotyczy tego, że na pewnych uczelniach składasz wniosek i nikt się temu nie może sprzeciwić. Ale są uczelnie, gdzie pomimo i tak skrócenia czasu na złożenie wniosku, to wcześniej musisz zgłosić w ogóle chęć jego złożenia. Musisz czekać na decyzję i na to, aż pracownik administracyjny utworzy dla ciebie konto w systemie (które de facto każdy może założyć) i doda cię jako redaktora. Ktoś mógłby pomyśleć, że to super opcja, że ktoś pomoże w wypełnieniu wniosku - w żadnym wypadku, i tak jesteś zdany sam na siebie przy dodatkowych obwarowaniach "proceduralnych" na uczelni. Jednak chyba najgorszą rzeczą, na jaką dziś trafiłem, a o jakiej nie miałem pojęcia, jest to, że są uczelnie, na których, mimo że wniosek składany jest elektronicznie, to musisz go wydrukować, zebrać pod nim podpisy: promotora, dyrektora instytutu/rady naukowej danej dyscypliny, a następnie wniosek musi zweryfikować i zaakceptować dyrektor szkoły doktorskiej. Dopiero po tym wniosek może być procedowany we właściwej procedurze. Czyli w przypadku jeśli ktoś (jedna ze wskazanych osób) pomyśli sobie, że "jego zdaniem" doktorant ma zbyt małe osiągnięcia i nie powinien składać wniosku lub w sytuacji, jeśli doktorat nie ma zbyt dobrych relacji z daną osobą i wniosek specjalnie będzie blokowany, wtedy nie wiadomo co ma zrobić. Ma walczyć z uczelnią? Ma nie składać wniosku?
Trzeba jasno podkreślić, że tego typu działania stoją w sprzeczności z rozporządzeniem ministra w tej sprawie. I czy jest szansa, by cokolwiek z tym zrobić?
Zgadzam się, że wymóg składania wniosku przez rektora jest całkowicie nieuzasadniony. Jest to przecież nagroda indywidualna, za wszystkie dotychczasowe osiągnięcia z całego życia wnioskodawcy, nie tylko związane z kształceniem się/pracą na tej konkretnej uczelni. Wnioski powinny być więc składane indywidualnie przez zainteresowanych. Uczelnia nie wnosi przecież żadnego wkładu do wniosku, jedynie podpis rektora. Wymóg składania wniosków przez uczelnię, oprócz problemów opisanych przez przedmówcę, powoduje także wzrost kosztów administracyjnych. Na mojej uczelni do obsługi wniosków o stypendia ministra jest zatrudniony specjalnie osobny pracownik administracji. Jego obowiązki sprowadzają się do: a) przekazania raz do roku wiadomości email z PDF wniosku przesłanej przez wnioskodawcę na adres rektora i następnie zwrotne odesłanie podpisanego elektronicznie wniosku do wnioskodawcy, oraz b) w momencie przyznania stypendium przygotowania umowy o wypłatę i tak samo przekazanie jej do podpisu stypendyście i rektorowi. Przez resztę roku ten pracownik nie robi nic.
PS. Dodam, że sam miałem nieco podobną sytuację ale w innej sprawie. Być może kogoś też tym zachęcę do napisania artykułu, jak bardzo nierówne szanse w rozwoju naukowym mają studencki i doktoranci poszczególnych uczelni.
Otóż chyba przy większości wniosków grantowych, dla osób przed obroną rozprawy doktorskiej potrzebny jest opiekun merytoryczny projektu. Mając przygotowany już skończony cały wniosek zwróciłem się do mojego wieloletniego promotora z prośbą o weryfikację, jakieś wskazówki, sugestie zmian itp. oraz o to, czy z racji promotorstwa podjął by się także opieki nad moim projektem w grancie Preludium. Stwierdził krótko - wniosek jest super i śmiało bez zmian mógłby już zostać złożony, ale nie podejmie się opieki, ponieważ nie ma na to czasu. Tak jakby jego zdaniem wkład opiekuna był bardzo czasochłonny. Tematyka projektu była kontynuacją pracy licencjackiej i magisterskiej pisanych pod jego opieką, a efektem projektu miała być publikacja jedynie 3 artykułów w zagranicznych czasopismach - nic nadzwyczajnego.
Na początku myślałem, że nie mam po prostu szczęścia, bo trafiłem na okres, gdy promotor jest bardziej zapracowany. Później dopiero przypomniałem sobie, że przecież realizacja projektu rozpoczęłaby się dopiero za rok. Wtedy dowiedziałem się, że na naszym wydziale/w naszej dyscyplinie pracownicy nie składają wniosków grantowych, a w przypadku wniosków studentów/doktorantów, nie podejmują się jakiejkolwiek opieki nad nimi i wręcz odradzają składanie grantów. Przed dłuższy czas myślałem, że jest to problem większości uczelni. Myliłem się do momentu udziału w jednym konkursie naukowym - okazało się, że konkurujący ze mną student z UJ i UEK z pierwszego roku magisterki posiadał już na tym etapie swojej kariery w swoim dorobku, poza pojedynczymi publikacjami, udział w charakterze wykonawcy aż w 7 grantach z NCN-u u swojego promotora i innych pracowników, a w roku odbywania konkursu otrzymał grant z Preludium na swój własny projekt, którym kierował. Z większości tych grantów dostawał wynagrodzenie po kilka tysięcy złotych miesięcznie.
Przyznam, że kilkukrotnie - gdy dowiadywałem się, że ktoś z niedalekiego otoczenia realizuje grant - kontaktowałem się z daną osobą z pytaniem, czy mógłbym zaangażować się w jego realizację. Wielokrotnie też podkreślałem, że nie zależy mi na wynagrodzeniu pieniężnym jako wykonawca, po prostu chciałem coś robić, rozwijać się, a nie stać tylko w miejscu. Za każdym razem spotykałem się z odmową, ponieważ "udział studenta, nawet w charakterze drobnej pomocy, nie jest planowany"
I jak w tej sytuacji studenci/młodzi naukowcy mogą ze sobą na równych zasadach konkurować, jeśli pewne osoby już od samego początku są na straconej pozycji.
PS 2. Wracając do tematu wniosków stypendialnych, znam przypadki z uczelni ze wschodu naszego kraju (ostatnie z października 2023 r.), gdzie rektor niezgodnie z rozporządzeniem ministra w sprawie stypendiów odmawiał przekazania wniosku studentek i studentów do ministerstwa, tak by ich osiągnięcia oceniła specjalnie powołana do tego komisja. Jeden z maili, który taka studentka otrzymała w tej sprawie miał mniej więcej taką treść: "Niestety po szczegółowej analizie załączonych przez Panią osiągnięć naukowych Jego Magnificencja Rektor XXX podjął decyzję o nieprzekazaniu Pani wniosku do Ministerstwa. Osiągniecia te wydają się być niewystarczające dla konkursu o takiej randze. Pan Rektor zachęca jednak do spróbowania w przyszłym roku". O całej sytuacji dowiedziałem się na jedynym z forów internetowych, gdzie studentka szukała pomocy w możliwości odwołania się od takiej decyzji. Proszę sobie wyobrazić, że studentka ta, jeszcze przed rozpoczęciem kształcenia w szkole doktorskiej posiadała już dorobek artykułów opublikowanych w różnych czasopismach na łączną liczbę 520 punktów zgodnie z wykazem ministerialnym. Mimo to rektor stwierdził, że ma niewystarczające osiągnięcia (w tym były to 2 artykuły za 140 punktów).
Nie podoba mi się też waga publikacji względem projektów. W obecnej formie jeden jednoosobowy artykuł w czasopiśmie za 200 pkt jest wart praktycznie tyle co kierowanie trzema projektami badawczymi (maksymalnie za projekt jest chyba 70 lub 80 pkt).
Czy są gdzieś dostępne progi punktowe z ubiegłych lat? Zastanawiam się czy w ogóle warto aplikować
Udało mi się kiedyś wyciągnąć z Ministerstwa trochę danych z nauk społecznych za pomocą wniosku o dostęp do informacji publicznej na temat edycji SMN17 i SMN18. Progi się wahały mocno: w SMN17 między 245 (nauki o bezpieczeństwie) a 596 (nauki prawne), w SMN18 między 500 (nauki o komunikacji) a 780 (psychologia). Widać ogromny skok między SMN17 a SMN18, co wynikało pewnie częściowo ze zmiany sposobu liczenia punktów.
Przy okazji próbowałem wtedy się dowiedzieć więcej na temat tego mechanizmu przyznawania stypendiów z puli "dziedzinowej" w ramach mechanizmu wyrównawczego: w niektórych edycjach moim zdaniem to mogło być nadużywane i pozwalało ręcznie sterować wynikami, ale nie udało mi się zdobyć danych, które by to pokazywały.
Wg Autora "Podobnie jak w poprzednich latach, wytyczne budzą poważne wątpliwości. Zmieniają się w nieprzewidywalny i nieprzejrzysty sposób, a ponadto są dużo bardziej arbitralne, niż mogłoby się wydawać."
A ja pytam: Skad ta teza? Czyje poważne wątpliwości budzą, oprócz Autora? Według mnie, są o wiele bardziej przejrzyste niż rok temu, a uznaniowość Ekspertow została znacznie ograniczona, co mnie osobiscie cieszy. Nie widzę też tego "nieprzewidywalnego sposobu" zmiany, bo rewolucji nie ma. Dla mnie krok w dobrą stronę.
Postulowałbym jedynie za zwiększeniem liczby publikacji do oceny do np. 8, bo 5 to ciur za mało.
Proszę uzasadnić te tezy, chętnie zapoznam się z argumentacją. A nieprzewidywalność dotyczy porównania ostatnich trzech lat, tak jak wskazuje artykuł. ;-)
A ja mam pytanie, czy jeśli się składa wniosek o stypendium z innej dyscypliny niż deklarowana na uczelni to ma to jakieś znaczenie? Może być od razu odrzucony?
Moze, ale nie musi. Podobno wycieczki w kierunku latwiejszych dyscyplin sa tepione, choc nieformalnie (brak podwyzszen, kwestionowanie tematyki etc).
Lepsze te punkty niż starszy system, gdzie były oceniane "nagrody i osiągnięcia". Jak ktoś nie miał chociaż "orderu z kartofla" przyznanego przez jakichś "swojaków", to mógł mieć nawet wybitny dorobek, a pieniążków nawet nie powąchał...
To jest dramat. Punktowane są publikacje jednoosobowe, a przecież światowa nauka to gra zespołowa i interdyscyplinarna. Naukowiec musi kalkulować co mu się bardziej opłaca (bo serio 5 tys zł miesięcznie przez 3 lata to naprawdę bardzo dużo), często kosztem naprawdę ciekawych i wartościowych badań zespołowych. Ja jako młody naukowiec ciągle żyję w stresie i niepewności - nie tylko co się może bardziej opłacić, ale też jakie będą kryteria, bo jak słusznie napisane w artykule, one się ciągle zmieniają. Czuję, że to się niestety nie zmieni, a osoby odpowiedzialne za przygotowanie regulaminu tego stypendium mają nas gdzieś.
Publikacje zespołowe dają duże pole do nadużyć i niesprawiedliwości. Klasyczny problem: kto jest bardziej wybitny? Osoba, która jest członkiem dobrego zespołu badawczego i wykazała 5 zespołowych publikacji za 200 pkt w których powstaniu miała niewielką rolę, czy osoba która nie miała szcześcia trafić do dobrego zespołu i sama ciągnie swoje badania i wykaże 5 samodzielnych publikacji za 140 pkt. Moja odpowiedź na to pytanie brzmi że osoba nr 2. Chyba że osoba nr 1 faktycznie wykaże że miała w powstaniu tych zespołowych publikacji kluczową rolę. I taką możliwość właśnie dają obecne zasady.
Do tego dochodzi problem stworzony przez fizyków, czyli publikacje konsorcyjne mające po 4000 autorów. Wystarczy być formalnym członkiem takiego konsorcjum i ma się rocznie 40-50 publikacji za 200 pkt. Jak w takiej sytuacji ocenić takiego autora? Ma dostać tyle samo punktów, co osoba która faktycznie robiła swoje badania samodzielnie lub w małym zespole?
Trochę światła rzuca na to informacja, że wyższe punktowanie publikacji jednoautorskich wprowadzono decyzją ministra Czarnka. Taka decyzja zdecydowanie faworyzuje dziedziny zwane SpołHumTeosiami, gdzie jednoosobowe autorstwo wciąż jest częste, i w których to dziedzinach obracał się sam Czarnek.
Zgadzam się. To jest sedno problemu.
Ale przecież "TechŚcisMeduś" nie konkuruje ze "SpołHumTeosiem"... w każdej dyscyplinie jest osobnych ranking, w czym problem...
Poniekad konkuruje, np jest 30 miejsc zarezerwowanych dla doktorantow przy 50+ dyscyplinach.
Naukowcy z wielu dyscyplin obecnie mają mniejszą szansę na dostanie stypendium przez podwójne zrównanie wprowadzone za ministra Czarnka.
Idea listy czasopism jest taka, że najlepsze czasopisma w danej dziedzinie mają najwięcej punktów, więc naukowiec publikujący za 140 i 200 pkt w inżynierii mechanicznej jest równy temu publikujący za 140 i 200 pkt w filozofii. Niestety, wprowadzono limity do 5 stypendiów na dyscyplinę, więc w dużych dyscyplinach konkurencja jest większa, niż w niszowych. Finalnie więc nie promujemy najlepszych ogólnie, a "najlepszych z tego co mamy w danej dyscyplinie".
Inna sprawa, że kwota stypendium nie była waloryzowana od czasu jego powstania. Wtedy to były minimalna pensja profesora, która obecnie wynosi ponad 7000 PLN.
1. Tak faktycznie jest. Po zmianie Czarnka pokrzywdzone są dyscypliny w których jest dużo młodych naukowców prowadzących badania na wysokim poziomie (nauki medyczne, inżyniernia materiałowa i chemiczna), natomiast niewspółmiernie zyskały dyscypliny niszowe, szczególnie w naukach humanistycznych. Rada Młodych Naukowców zrobiła nawet ostatnio badania ilościowe tego problemu: http://rmn.org.pl/home/attachment/raport_stypendium/
2. Kwota nie jest waloryzowana od 2015 roku. Wcześniej co roku była ona waloryzowana tak oby odpowiadać aktualnemu minimalnemu wynagrodzeniu profesora. Według tej zasady stypendium powinno więc wynosić w tej chwili 9 370 zł, bo taka jest obecnie minimalna pensja profesora.
Ad 1. Tez nie do konca. Zobaczcie na listę laureatow z ostatniego konkursu. W niszowych mniej popularnych dyscyplinach jest mniej niż 5 stypendiów (czasem 1-2), a w tych popularnych więcej niż 5 (np. prawo 9, chemiczne 8). Z teologii - 1.
Ad 2. Tu by się przydało zwiększyć, ale te 5 tys. to kwota "na rękę". Pensja profesora brutto, to 6718 zł netto.
Wnioski są we wszystkich tych artykułach takie same.
Punktoza nie jest dobrą drogą oceny nauki.
Na szczyty wchodzą miernoty.
Istnueje takie powiedzenie "Punkty punktami a my i tak wiemy kto jest dobry a kto nie".
Z reguły nie są tonosoby o największel liczbie publikacji. Niestety.
Przecież właśnie kluczową zasadą oceny wniosków o stypendium ministra, i to już od wielu lat, jest że można wykazać tylko 5 najlepszych publikacji. Z czego co najmniej w 3 trzeba być autorem wiodącym. Takie podejście eliminuje więc "miernoty o największej liczbie publikacji", jak to pani określiła. Ważniejsza jest jakość niż ilość.
Chciałabym, aby komisja ekspertów przyglądała się nie tylko punktacji ministerialnej, ale również jakości artykułu i czasopisma.
Pojawiło się ostatnio sporo kontrowersji wokół czasopism: Environmental Science and Pollution Research (100 pkt MNISW, ale niedawno stracił IF), Chemosphere (140 pkt, ma status ON HOLD w Clarivate) i słynnego Science of the Total Environment (200 pkt, ma status ON HOLD w Clarivate, zyskało niedawno międzynarodową sławę po tym jak wycofano ok. 20 artykułów pewnego profesora z Brazylii, ponieważ miał fikcyjnych recenzentów).
Są fatalne artykuły w czasopismach za 140-200 pkt oraz bardzo dobre w MDPI. Niestety, w swojej pracy badawczej przekładałam jakość nad ilość publikacji i moje szanse na zgarnięcie stypendium są nikłe w porównaniu do osób, które stworzyły sobie fabrykę artykułów w kółku wzajemnej adoracji. Nie mam szans na otrzymanie zatrudnienia po doktoracie na uczelni, bo uczelnia woli zatrudnić osoby z artykułami wątpliwej jakości. No cóż, zagranica zaprasza z otwartymi ramionami
> Są fatalne artykuły w czasopismach za 140-200 pkt oraz bardzo dobre w MDPI
Czy można poznać nazwę agencji PR, która została wynajęta przez MDPI do pisania tych komentarzy? Wygląda, że to co pisała Gazeta Wyborcza o zorganizowanej akcji lobbingowej przez MDPI jest prawdą.
Pisząc to zdanie, miałam na myśli, że kiepskie artykuły można znaleźć w każdym czasopiśmie, a ocena jakości czasopism powinna być bardziej dynamiczna (wspomniane wyżej czasopisma są tego przykładem, że warto weryfikować, co się dzieje wokół nich). Nie bronię MDPI, z resztą nie zamierzam tam publikować ze względu na niską renomę, zbyt wysoki wskaźnik akceptacji artykułu oraz wątpliwe recenzje. Pisząc to zdanie, miałam na myśli, że w każdym wydawnictwie można znaleźć wiele porządnych badań, jak również takie, które nigdy nie powinny zostać dopuszczone do publikacji. Znam dobry artykuł z MDPI, a beznadziejny z Chemosphere. I odwrotnie - czytałam świetny artykuł w Chemosphere, a przy artykule z MDPI miałam ciarki żenady.
Swoją drogą, Pan(i) podpisuje się nickiem "naukowiec", jednocześnie wyrywając jedno moje zdanie z kontekstu i podstawiając pod swoja hipotezę? Brak słów
Pełna zgoda.
Taki uznaniowy system jak proponowany przez autora funkcjonował kilka lat temu. Wystarczy przypomnieć maile ujawnione przez prokuraturę, w których "Diament Polskiej Informatyki" z wydziału EAIiIB AGH i Centralnej Komisji zapewniał swojego kolegę profesora z Wrocławia, że załatwi aby nielubiany przez niego młody naukowiec stypendium nie dostał, ale szuka jeszcze dojścia do przewodniczącej zespołu oceniającego. Wiele w mentalności środowiska od tego czasu się nie zmieliło. Więc niestety, ale taki system jak proponowany przez autora będzie można wprowadzić najwcześniej za 50 lat, jak wymrze tamto pokolenie i kolejne, które na takim podejściu się wychowało. Do tego czasu nawet nie ma sensu rozważać takich propozycji.
Dziękuję za komentarz, ale nie proponuję żadnego uznaniowego systemu, tylko np. taki, jak w instytucjach grantowych w Polsce i za granicą. ;-)
System oceniania nie jest idealny, ale jeśli zrezygnujemy z liczb, to stanie się całkowicie uznaniowy, a wtedy hulaj dusza, piekła nie ma.
Ech. Ani punktoza nie dobra ani eksperci. Mi też Sonatę na ostatnim już etapie odrzucił ekspert, który sam napisał, że nie jest ekspertem w moim temacie. Nikomu i niczemu nie można ufać....
Czy agencje grantowe w Polsce i za granicą są całkowicie uznaniowe, bo nie wyliczają punktów na podstawie listy ministerialnej? ;)
W przypadku niektórych paneli NCN odpowiedź brzmi: tak, są całkowicie uznaniowe. Punktacja przyznawana przez panele często nie ma nic wspólnego z recenzjami. Miałem sytuacje, że dostawałem super recenzje, bez wskazania żadnych słabych stron projektu, a panel przyznawał 60% punktów. A to punkty przyznane przez panel, a nie recenzje, decydują o miejscu na liście rankingowej. Co ciekawe, w tym konkursie grant w tym panelu ostatecznie otrzymało ~10 wnioskodawców, z czego 3 pochodziło z tego samego wydziału, a jeden z nich nie miał nawet w dorobku ani jednej publikacji jako autor wiodący.
Który to był panel?
Być może podstawowy problem jest jednak inny – szwankuje komunikacja między panelami eksperckimi a wnioskodawcami (wnioskodawczyniami). Dyskusja panelowa z założenia powinna wnosić coś więcej niż pojedyncze recenzje i zapewne zwykle wnosi (np. dlatego, że panel ocenia dużą grupę wniosków, a nie tylko jeden, jak w przypadku recenzji), ale osoba składająca wniosek się o tym nie dowie. Dlaczego? Jednym z powodów mogą być pieniądze – dokładniejsze opisywanie rezultatów prac panelu wymagałoby bardzo wielu dodatkowych godzin pracy, czyli dodatkowych środków, a w tej chwili w NCN brakuje ich nawet na zapewnienie przyzwoitego poziomu wskaźników sukcesu.
Zawsze mnie zastanawiało, co w przypadku doktoranta, który otrzyma stypendium, ale w międzyczasie obroniłby się i miałby problem ze znalezieniem etatu. Regulamin przewiduje składanie wniosków przez doktorantów i osoby, które obroniły się w ciągu 7 lat i są zatrudnione na umowę o pracę. W FAQ można znaleźć informację, że umowa zlecenie i umowa o dzieło (taka obowiązuje np. w projektach NCN Preludium dla doktorantów) nie wchodzą w grę. A tak poza tematem, to powodzenia wszystkim aplikującym!
Przy składaniu wniosku uczelnia się zobowiązuje, że stypendysta-doktorant będzie miał afiliację tej uczelni.
Pozdrawiam wszystkich czytających