Algorytmy nie przejęły nad nami władzy – to my, z czystego wygodnictwa, oddaliśmy im stery. Czas je odzyskać, zanim ostatecznie zapomnimy, po co w ogóle uprawiamy naukę – pisze prof. Mariusz J. Figurski w polemice do tekstu prof. Celiny Olszak „Nauka we władzy algorytmów”.
Czytając opublikowany na łamach „Forum Akademickiego” tekst Nauka we władzy algorytmów, trudno nie przyznać racji zarysowanej tam diagnozie. Rzeczywiście, parametryzacja, wskaźniki bibliometryczne i globalne rankingi zamieniły poszukiwanie prawdy w bezduszną księgowość, a w miejscu dawnych mistrzów i szkół naukowych usadowiły się wskaźniki Impact Factor czy indeksy Hirscha. Powstają akademickie bańki, badania formatowane są pod gusta wydawców, a naukowcy stają się trybikami w machinie zoptymalizowanej na produkcję punktów.
Do tego momentu pełna zgoda. Patrząc jednak na wyciągane z tych danych wnioski, moja perspektywa podpowiada mi nieco inną interpretację. Budowanie narracji, w której niewidzialne „algorytmy” przejmują władzę nad bezbronnym środowiskiem naukowym, jest szkodliwym intelektualnym alibi. To opowieść, która zdejmuje odpowiedzialność z konkretnych ludzi, gremiów i instytucji. Algorytm nie jest bytem obdarzonym własną wolą, nie knuje przeciwko naukowcom i sam z siebie nie przyznaje finansowania. Jest jedynie martwym kodem i bezlitosnym lustrem, w którym odbijają się nasze własne grzechy główne: lenistwo decyzyjne, oportunizm środowiskowy i korporacyjny styl zarządzania, który w brutalny sposób zaadaptowano do kierowania instytucjami naukowymi.
O wiele łatwiej oskarżyć system – ów nieludzki, matematyczny „matrix” – niż uderzyć się we własne piersi i przyznać, że oddaliśmy naukę we władzę Excela całkowicie dobrowolnie, by ukryć lęk przed podejmowaniem merytorycznego ryzyka.
Przez lata obserwując krajowy system oceniania wniosków i ewaluacji jednostek, widzę wyraźnie, że to nie algorytmy nas zniewoliły. To urzędnicy i decydenci pokochali je miłością bezgraniczną, bo dzięki nim nie trzeba już brać na siebie ciężaru stwierdzenia: „ten projekt badawczy to krok milowy”, a „ten wniosek jest wtórny”. Zamiast bolesnej merytorycznej dyskusji, mamy uspokajające liczby. A my – środowisko akademickie – zamiast podnieść bunt, zajęliśmy się udoskonalaniem sztuki hakowania tego systemu, doprowadzając do zjawiska, które śmiało można nazwać nauką szarpaną, uwikłaną w nieustanną grantozę. Czas skończyć z tym wygodnym złudzeniem i nazwać problem po imieniu.
Alibi dla decydentów
Głównym motorem napędowym algorytmizacji polskiej nauki nie jest wcale ślepy pęd technologiczny, ale drastyczne niedofinansowanie i wadliwy, oparty niemal wyłącznie na systemie projektowym model dystrybucji środków. System punktowy ewaluacji dorobku czy wskaźniki bibliometryczne stały się po prostu doskonałym alibi dla decydentów od urzędników ministerstw po panele w agencjach grantowych.
O wiele łatwiej jest odrzucić wniosek o finansowanie, zasłaniając się ułamkiem punktu w indeksie bibliometrycznym kierownika, niż podjąć merytoryczną polemikę z architekturą proponowanego rozwiązania. Excel zdejmuje z barków urzędników konieczność zrozumienia wysoce specjalistycznych zagadnień i, co najważniejsze, zdejmuje odpowiedzialność za ewentualną porażkę projektu. W ten sposób ocena potencjału badawczego została zredukowana do prostej, algorytmicznej księgowości.
Najbardziej niszczycielskim skutkiem tej ucieczki od odpowiedzialności jest zjawisko, które trafnie można nazwać nauką szarpaną. Opieranie utrzymania instytutów na krótkoterminowych, zazwyczaj dwu- lub co najwyżej trzyletnich grantach, całkowicie dewastuje możliwość prowadzenia długofalowych, strategicznych badań.
Jak w takich warunkach budować stabilne zespoły badawcze? Rozwój zaawansowanej infrastruktury niezależnie, czy mówimy o wdrażaniu wielkoskalowych modeli numerycznych, projektowaniu bezpiecznych systemów dla nowoczesnej telekomunikacji, czy budowie mobilnych laboratoriów pomiarowych, wymaga ciągłości. Wymaga wysoce wyspecjalizowanego know-how, które buduje się latami. Tymczasem obecny system zmusza naukowców do zwalniania świetnych specjalistów i inżynierów tuż po zakończeniu projektu, bo w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie kolejnego konkursu grantowego po prostu nie ma z czego wypłacić im pensji.
Skutkuje to powszechną grantozą. Kierownicy zakładów naukowych i wybitni badacze spędzają dziś więcej czasu na optymalizowaniu wniosków pod klucze ocen, pisaniu raportów i ciągłym poszukiwaniu łatwych do zdobycia, choć często wtórnych, małych grantów na przetrwanie, niż na faktycznej pracy koncepcyjnej. Badania stają się celem drugorzędnym – celem nadrzędnym staje się utrzymanie płynności finansowej zespołu do następnego kwartału. To w tym chorym ekosystemie algorytmy ewaluacyjne zyskały swoją potęgę. Nie dlatego, że są nieomylne, ale dlatego, że system zarządzania nauką panicznie potrzebował bezdusznego narzędzia do racjonowania biedy.
Złudzenie obiektywizmu
Transplantacja modelu korporacyjnego do świata nauki to jeden z najbardziej szkodliwych eksperymentów instytucjonalnych ostatnich dekad. Narzędzia takie jak KPI (Key Performance Indicators), stworzone do optymalizacji procesów produkcyjnych, wdrożono do instytutów badawczych z naiwną lub cyniczną wiarą, że innowacyjność można ująć w ramy tabeli przestawnej. W efekcie stworzyliśmy system zarządzania, w którym procesy twórcze próbuje się wtłoczyć w sztywne ramy rocznych i kwartalnych celów do odhaczenia.
Zarządzanie pionem naukowym uczy jednak brutalnej prawdy. Przełom technologiczny i prawdziwa innowacja wymagają czasu, a przede wszystkim niosą ze sobą nieodłączne ryzyko błędu. Złożone problemy, od projektowania bezpiecznych architektur dla infrastruktury krytycznej po zaawansowane modelowanie numeryczne, nie poddają się logice taśmy montażowej. Tymczasem wprowadzona do jednostek badawczych ślepa „punktometrioza” absolutnie nie toleruje ryzyka. Skąd się wzięła ta patologia? Nie narzucił jej nam żaden złośliwy, bezosobowy algorytm, przed którym ostrzega autorka na łamach „Forum Akademickiego”. To efekt panicznego lęku decydentów przed odpowiedzialnością za podejmowane decyzje.
Wzięcie odpowiedzialności za rozwój instytutu wymaga wizji i odwagi. Wymaga pochylenia się nad rzeczywistą wartością prowadzonych prac i przyznania: „Ten zespół zajmuje się problemem wysokiego ryzyka. Ich praca nie przyniesie w tym roku wysoko punktowanych publikacji, ale z punktu widzenia strategii i suwerenności technologicznej to badania kluczowe – dajemy im zielone światło”. Aby podjąć taką decyzję, dyrektor, dziekan czy panelista w agencji grantowej musi posiadać głęboką wiedzę ekspercką i być gotowym obronić swój wybór przed zwierzchnikami.
O wiele łatwiej jest wyabstrahować ocenę z merytorycznej treści i sprowadzić ją do sumy punktów z ministerialnego wykazu czasopism. Algorytm zdejmuje z barków ciężar decyzyjny. Arkusz kalkulacyjny staje się idealnym alibi, zwalnia z wnikliwej oceny, zwalnia z konieczności rozumienia specyfiki poszczególnych dyscyplin, a ostatecznie zwalnia z bycia prawdziwym liderem naukowym. Decyzje personalne i finansowe tłumaczy się formułką: „to nie my, to obiektywne wskaźniki”.
Cena za ten rzekomy obiektywizm jest gigantyczna. Zamiast realizować strategiczne projekty i stawiać czoła prawdziwym problemom badawczym, naukowcy zaczynają optymalizować swoją pracę wyłącznie pod kątem algorytmu ewaluacyjnego. Przestajemy rozwiązywać problemy badawcze, a zaczynamy rozwiązywać problem braku punktów w arkuszu rocznej oceny pracownika.
Feudalizm w arkuszu kalkulacyjnym
Transplantacja modelu korporacyjnego to jednak nie tylko ślepa pogoń za wskaźnikami – to także brutalna, kapitalistyczna pragmatyka, o której w murach akademii wciąż mówi się niechętnie. Jak pokazują doniesienia medialne, drastyczne kominy płacowe na publicznych uczelniach obnażają prawdziwy, ukryty cel tego systemu. Z jednej strony mamy rektorów-menedżerów, inkasujących wysokie pensje, z drugiej doktorantów i młodych badaczy wegetujących za kwoty zbliżone do minimalnej krajowej.
Algorytmy ewaluacyjne służą tu za doskonałą zasłonę dymną. Potrzebują one „wyrobników” masowo produkujących publikacje, by utrzymać pozycję uczelni w rankingach, a tym samym uzasadnić „sukces zarządczy” na najwyższym szczeblu. Młody badacz, walczący o finansowe przetrwanie do pierwszego, nie ma komfortu podejmowania wieloletniego, ryzykownego wyzwania naukowego. Zostaje zmuszony do grania w „punktozę” i generowania szybkiego, wtórnego materiału.
Kiedyś rektor był primus inter pares – pierwszym wśród równych sobie badaczy. Dziś, ukryty za tarczą wskaźników KPI i parametryzacji, staje się klasycznym prezesem korporacji (CEO), podczas gdy uniwersytet przypomina fabrykę. Dół haruje na wskaźniki, a góra spija śmietankę, tłumacząc ogromne dysproporcje obiektywnymi algorytmami. Utrzymywanie tego patologicznego modelu wynagrodzeń to nie wina bezdusznego systemu dystrybucji subwencji. To w pełni świadoma decyzja polityczna decyzyjnych elit, którym algorytm po prostu zdejmuje z ramion moralną odpowiedzialność za los najmłodszej kadry.
Konformizm i utrata akademickiego etosu
Uznanie algorytmów za wszechpotężnego wroga ma jeszcze jedną, niezwykle dogodną dla naszego środowiska funkcję, pozwala nam wejść w komfortową rolę ofiary. Prawda jest jednak bardziej gorzka. Środowisko akademickie, z definicji mające być ostoją niezależności, krytycznego myślenia i wolności intelektualnej, z zadziwiającą potulnością zaakceptowało tę rzekomą dyktaturę. Zamiast instytucjonalnego buntu, wybraliśmy bezwzględną optymalizację.
Gdy przetrwanie na uczelni, awans naukowy czy utrzymanie zespołu zależą od dorobku punktowego w kolejnym wniosku grantowym, etos badacza szybko ustępuje miejsca pragmatyce przetrwania. Zamiast walczyć z patologicznym systemem, nauczyliśmy się go perfekcyjnie „hakować”. W efekcie sami napędzamy machinę, na którą tak głośno narzekamy w kuluarach. Zamiast skupiać się na rozwiązywaniu realnych problemów, zaczęliśmy masowo produkować akademicki fast-food. Zjawisko to przyjmuje dziś postać konkretnych, zinstytucjonalizowanych patologii:
Oczywiście, nie dotyczy to całego środowiska naukowego w Polsce, które w wielu ośrodkach z ogromną pasją robi fantastyczną, światową naukę często mimo rzucanych pod nogi kłód i wbrew samemu systemowi. Problem polega jednak na tym, że wspomniane patologie zyskały rangę usankcjonowanej normy.
Skutek? Generujemy gigantyczny szum informacyjny. Światowe bazy danych zalewane surowymi tonami artykułów, które nie popychają ani o krok do przodu naszej wiedzy o świecie, ani nie przekładają się na rozwój nowych technologii. Powstają wyłącznie po to, by nakarmić ewaluacyjną bestię. To tu leży największa tragedia, zgoda elity intelektualnej na ten stan rzeczy. To my sami, a nie mityczne algorytmy, dzień po dniu, publikacja po publikacji, sprowadziliśmy naukę do roli maszynki produkującej tabelaryczne pozory doskonałości. Wybraliśmy grę w punkty, bo okazała się bezpieczniejsza niż merytoryczne ryzyko.
Czas na powrót do merytorycznej odpowiedzialności
Tekst opublikowany w „Forum Akademickim” kończy się ponurą wizją nauki zdominowanej przez zautomatyzowane wskaźniki prestiżu. Aby jednak wyrwać się z tej pułapki, musimy przestać traktować algorytmy jako zewnętrznego, wszechpotężnego wroga. Arkusz kalkulacyjny nie narzuci nam swojej woli, dopóki sami nie zrobimy z niego ostatecznej wyroczni. Wyjście z kryzysu wymaga odrzucenia tego wygodnego alibi i bolesnego powrotu do merytorycznej odpowiedzialności na każdym szczeblu akademickiej drabiny.
Jak to powinno wyglądać w praktyce? Przede wszystkim musimy przywrócić rangę rzetelnej, jakościowej ocenie eksperckiej (tworzącej model oparty na zaufaniu i kompetencjach, a nie na bezdusznym liczeniu dorobku). Ocenianie faktycznej wartości badawczej i potencjału wdrożeniowego jest procesem trudnym, czasochłonnym i niezwykle kosztownym. Prawdziwe kierowanie pionem naukowym, ewaluacja wielkoskalowych projektów, takich jak zaawansowane systemy numerycznego prognozowania pogody, integracja bezpiecznych sieci telekomunikacyjnych, czy rozwój architektury satelitarnej – nie może opierać się na zliczaniu punktowanych publikacji. Te dziedziny wymagają oceny faktycznej dojrzałości technologicznej, gotowości operacyjnej oraz strategicznego znaczenia dla państwa. Trzeba czytać wnioski, analizować kod, weryfikować architekturę i rozumieć istotę problemu, a nie tylko weryfikować nagłówki w bazach bibliometrycznych.
Decydenci, dyrektorzy instytutów i szefowie agencji grantowych muszą na nowo wziąć na swoje barki ciężar przywództwa. Oznacza to odwagę do finansowania badań ryzykownych, interdyscyplinarnych i długofalowych, nawet jeśli nie gwarantują one natychmiastowego zwrotu w postaci tabelarycznych wskaźników. Oznacza to również odwagę do powiedzenia „nie” projektom, które są jedynie poprawnymi rzemieślniczo wydmuszkami, skrojonymi idealnie pod ministerialne wytyczne, ale niewnoszącymi absolutnie nic do nauki.
Zmiana musi zajść także w nas samych – badaczach. Odrzucenie konformizmu i odmowa udziału w wyścigu o punkty wymaga środowiskowej solidarności. Dopóki będziemy przymykać oko na salami slicing, sztuczne pompowanie cytowań i optymalizowanie karier kosztem rzetelnej wiedzy, dopóty będziemy tkwić w systemie, w którym excelowa tabela jest ważniejsza od odkrycia naukowego.
Algorytmy nie przejęły nad nami władzy – to my, z czystego wygodnictwa, oddaliśmy im stery. Czas je odzyskać, zanim ostatecznie zapomnimy, po co w ogóle uprawiamy naukę.
Mariusz J. Figurski
z-ca dyrektora ds. naukowych Instytutu Łączności – PIB,
Katedra Geodezji Politechniki Gdańskiej
Trzeba pamiętać, że obiektywne kryteria oceny zostały wprowadzone - w szczególności w Polsce - żeby wyeliminować kolesiostwo we wzajemnej ocenie tzw. "dorobku naukowego". Jak wykluczyć wzajemne oceny i rewanże profesora z Uniwersytetu Pcimia Dolnego profesorowi z Politechniki Pacanowa? Oczywiście oszuści zawsze coś wymyślą - ale jeśli będą stosowane obiektywne kryteria oceny, będzie to trudniejsze.
Obiektywne kryteria ilościowe już dawno zostały uznane na świecie za jeden z podstawowych czynników oceny naukowców. Jeśli chcemy, żeby polskie uczelnie dumnie zajmowały miejsca w drugiej pięćsetce rankingu szanghajskiego - wykluczmy te oceny! Proponuję co innego - uznawać wyłącznie cytowania w czasopismach mających określany Impact Factor.
Tak, przynajmniej tyle.
Co zrobić, żeby polskie uczelnie działały tak dobrze jakbyśmy sobie tego życzyli?
Zdaje się, że algorytm lub „eksperci” musieliby mieć jedną z dwóch możliwości:
A) zwiększania puli pieniędzy przeznaczanych przez rząd na naukę lub
B) zmniejszania liczby finansowanych jednostek naukowych.
Jeśli finansowanie miałoby być większe niż pogłówne (licząc tylko pracowników naukowych), co 10 lat instytucja naukowa ubiegająca się o finansowanie przedstawiałaby 10 największych osiągnięć mających istotny ekonomicznie potwierdzony wpływ na gospodarkę, kulturę i rozwój społeczeństwa. 3% uzyskanej korzyści rząd przekazywałby jednostce zwiększając jej subwencję. Powiększenie subwencji można by także uzyskać za jakość kształcenia. Państwowa Komisja Edukacji – sprawdzałaby co pewien czas wiedzę studentów.
Nauka to gra zespołowa, a nie konkurs piękności. Tylko rektor powinien być zespołu trenerem i selekcjonerem.
Uczelnie musiałyby wygospodarować z subwencji odpowiednią pulę środków na badania statutowe dla każdego pracownika naukowego, bez dodatkowych podań i sprawozdań. Jak działa ID-UB już każdy widział. Tak nie warto.
Mnie martwi humanizacja polskich uniwersytetów. Przykładowo UAM finansował z ID-UB głównie nauki humanistyczno-społeczne, co ma odzwierciedlenie w liczbie finansowanych projektów.
POB 1 — AgriEarth: nauki rolnicze i biologiczne oraz nauki o Ziemi i planetach (1547 grantów)
POB 2 — BioGenMol: biochemia, genetyka i biologia molekularna (1050 grantów)
POB 3 — ChemMat: chemia i inżynieria/materiały (Materials Science). To POB najbardziej bezpośrednio związany z chemią materiałów, strukturą i modelowaniem molekularnym (1941 grantów)
POB 4 — MathPhysComp: matematyka, fizyka i astronomia oraz informatyka (937 grantów)
POB 5 — HumSoc: nauki humanistyczne oraz społeczne (3653 grantów)
pozostałe (2148)
Humanizacja polskich uczelni ma miejsce od DEKAD. Jest to odzwierciedlenie mentalności polskiego społeczeństwa, które czuje niechęć do dziedzin ścisłych. Przecież decydenci biorą się właśnie ze społeczeństwa. Polskie uczelnie zamieniono już co najmniej 20 lat temu, w takie "firmy edukacyjne", które walczą o klientów (studentów) poprzez coraz to atrakcyjniejsze oferty kierunków studiów. Nazwy tych kierunków bywają nawet dość zabawne: "hotelarstwo", "kosmetologia",... Mamy po prostu, takie "wyższe zawodówki".
A ci klienci-studenci też się biorą ze społeczeństwa. Czyli z tego zbioru Iksińskich, co NAIWNIE uważają fizykę za taką "czarną magię" plus naukę "o bombach atomowych", a w szkole objawiającą się jako zmorę dla uczniów, matematykę za kolejną zmorę i oczywiście też za "czarną magię" (może niektórzy z Iksińskich są lepiej zorientowani i przyznają, że jednak ta matematyka jest do czegoś przydatna, a odsetek mający podobne zdanie o fizyce jest chyba jeszcze mniejszy), zaś informatykę za "naukę o komputerach".
W takiej rzeczywistości świetnie się odnajdują ustawieni odpowiednio w branży akademickiej, amatorzy pisaniny-o-siamtym-i-owamtym, którzy poprzez tę pisaninę chcą się piąć po szczeblach hierarchii akademickiej.
I tak się to "kręci"...
Trochę za dużo Pan narzeka. Też jestem "ścisłowcem" i sprawia mi satysfakcję, że rozumiem detale operacji matematycznych, ale nie oczekuję, aby inni byli tacy sami. A poniekąd "ścisłowcy" sami są sobie winni. O pozycji społecznej decyduje realny wpływ na życie społeczne, a nie same marzenia. A my nawet w informatyce, w której ponoć jesteśmy dobrzy działamy głównie w ramach outsourcingu. Jesteśmy jako kraj wyjątkowo słabi w organizowaniu rzeczy. A niestety, to szefowie zwykle spijają śmietankę.
Widzi Pan, gdyby nie toksyczne połączenie tych wszystkich czynników, które są w systemie edukacji oraz systemie nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce, to by nie było narzekania, przynajmniej w takim stopniu, jaki jest. Poza tym, narzekanie narzekaniu nierówne. Ktoś będzie narzekał na system grantów, ktoś inny na to, że musi prowadzić zajęcia, które mają się do jego działalności naukowej, jak przysłowiowy "piernik do wiatraka", jeszcze ktoś inny na system awansów naukowych z "nieśmiertelną" habilitacją na pierwszym miejscu itd. itd.
Pisze Pan, że "ścisłowcy" są sami sobie winni. Ale przecież np. ja nie mam żadnego wpływu na decyzje, jakie podejmuje minister, ani na ustawę o szkolnictwie wyższym i nauce w Polsce. Może trzeba powołać Związek Zawodowy Ścisłowców? ;=)
@dr-On
W polskim systemie akademickim jest mnóstwo absurdów, Ale z tym dyskryminowaniem "ścisłowców" to już trochę przesada. Natomiast niewątpliwie taka sytuacja, że ktoś zajmuje się nauką w jednej dziedzinie, prowadzi zajęcia w innej, i jest oczekiwane, że będzie rywalizował na równych zasadach z tymi co w ogóle nie mają zajęć dydaktycznych to typowo polska patologia (czyli można w skrócie powiedzieć, że mogli to wymyślić tylko nasi ludzie). Ale jest to faktycznie spowodowane nierozwiązanymi do końca zaszłościami historycznymi, a obecnie jest sporo różnych koterii, które próbują się uwłaszczyć na każdym możliwym obszarze. Tak czy inaczej, teraz toczy się zacięta walka o przyszły kształt NCN i można włączyć się do dyskusji np. tutaj: https://forumakademickie.pl/naukowcy-reaguja-na-zapowiedzi-ograniczen-w-konkursach-ncn/. Pozdrawiam ZM
@dr-On
Ja bym tutaj raczej stawiał zwyczajnie na bardzo dobre badania. Niezależnie od dziedziny wiedzy. Jeśli badania w dziedzinach humanistycznych i społecznych rzeczywiście są świetnej jakości, znane i szeroko cytowane na całym świecie, to czemu nie. Niech się rozwijają i rozrastają.
Tylko czy tak rzeczywiście jest? Czy polskie nauki społeczne i humanistyczne są najwyższej światowej jakości?
No cóż, nie wiem, jak to jest z polskimi naukami humanistycznymi i społecznymi, gdyż historią lub sztuką interesuję się, jako amator. Zatem, absolutnie nie czuję się nawet kompetentny w 10%, żeby się tutaj na ten temat wypowiadać.
Ja bym po prostu, zrobił kilka rzeczy:
1. zarządziłbym NAUCZANIE chemii, fizyki i matematyki w szkołach podstawowych i średnich, bo to, co tam obecnie jest, to po prostu woła niemal o pomstę do nieba - wtedy byłaby większa szansa na zwiększenie liczby chętnych do studiowania chemii, fizyki i matematyki, a przede wszystkim, nie trzeba by było zmniejszać liczby godzin z różnych kursów chemii, fizyki, czy matematyki na kierunkach pokrewnych, a to ma miejsce od lat
2. zreorganizowałbym system zatrudniania na etatach badawczo-dydaktycznych na uczelniach, w szczególności zastanowiłbym się nad wymogiem pensum - zajęcia dydaktyczne pod względem merytorycznym NIE mogą rażąco odbiegać od dziedziny nauki, którą się zajmuje dana osoba
3. usilnie dążyłbym do możliwie jak najmocniejszego zminimalizowania sytuacji, gdy dany chemik, fizyk, czy matematyk, pracuje sam, chyba że tego bardzo chce, ale generalnie powinien być zachęcany do włączenia się do jakiegoś zespołu badawczego (nie mówię tu rzecz jasna, o chemii i fizyce doświadczalnej, bowiem dzisiaj praca w tych dziedzinach w pojedynkę jest, po prostu, niemożliwa).
Uważam, że tak naprawdę, to na te pomysły powinien był wpaść KAŻDY z ministrów MEN, czy MNiSW, zwłaszcza Ś.P. prof. Handke, który jako profesor nauk chemicznych, powinien wiedzieć, jakie są skutki nieuczenia chemii, fizyki i matematyki (tzn. odstraszania od tych przedmiotów), w szkołach.
@dr-On
Gdybym to ja był ministrem, to grant na badania dostałby Pan ode mnie na 100% (jak się już przyjmuje żołnierza do wojska, to należy mu jednak dać broń). Ale z tymi pomysłami powyżej, to bym Pana ostro pogonił. W systemach wolnorynkowych ludzi nie można do czegokolwiek zmuszać. PS. Ministrem raczej nie zostanę, mam inne priorytety w życiu.
Dziękuję, w razie gdyby się Panu jednak udało, to się przypomnę. :)))
Natomiast, ja nie zmuszam nikogo do niczego. Po prostu, wychodzę z założenia, że PRZED podjęciem decyzji o wyborze dalszej drogi życiowej, KAŻDY człowiek zanim ukończy 18 rok życia, powinien mieć MINIMUM KOMPLETNYCH informacji na temat różnych dziedzin wiedzy. Obecnie, większość polskich dzieci takiego KOMPLETU informacji NIE MA. Ich wiedza daje się obrazowo porównać do takich zdekompletowanych i częściowo podniszczonych puzzli, z których mogą sobie co najwyżej ułożyć CZĘŚĆ układanki.
A potem, z tych dzieci "rekrutuje się" kolejne pierwsze roczniki studentów. No to efekt jest właśnie taki, jaki jest.
Czytałem dzisiaj o panu sędzi, który młodocianego bandytę, który zaatakował nożem swoich dwóch znajomych (omal jednego nie zabił), skazał zamiast na 20 lat więzienia, tylko na 3 lata, bo... chciał mu "dać szansę". Pana sędziego najwyraźniej nie uczono ani w szkole, ani na studiach logicznego myślenia LUB też ledwo takie zajęcia zaliczył - w każdym razie, BARDZO CIĘŻKIM wyzwaniem dla niego było, jak widać, dojście do wniosku, że tak niskim wyrokiem może zachęcić kolejnych potencjalnych naśladowców tego bandziora.
Tak a propos tych "niepotrzebnych" nauk humanistycznych. Czy Państwo widzą, jak łatwo dzisiaj manipulować poprzez social media milionami ludzi? Jak wiele fundamentalistycznych czy faszystowskich ruchów zaczyna przybierać na sile? I proszę mi teraz powiedzieć, jak te wspaniałe nauki ścisłe sobie z tym poradzą? Jakie rozwiazania tych społecznych problemów przedstawi nam matematyka czy fizyka?
Ale ja nie twierdzę (w odróżnieniu od radykałów takich, jak Koledzy "kk" oraz "MB"), że dziedziny humanistyczne i społeczne są niepotrzebne. Stwierdzam tylko (parafrazując to co kiedyś powiedział Einstein do Infelda), że z finansowania tych dziedzin uczyniono "cnotę".
Bardzo dobry i ważny tekst. Boję się jednak naszych ocen eksperckich, które okazały się jeszcze bardziej zwodnicze niż sam algorytm . Część ekspertyz w tym tych zagranicznych okazała się nie oparta na żadnych wskazanych kryteriach, a porównanie z uczelniami zagranicznymi w przypadku szkolnictwa artystycznego zestawialo nieporównywalne statystycznie dane i to na dużą skalę, która zaskoczyła sąd. Tak, sąd administracyjny, w którym wygraliśmy i nic z tego nie wynikło. Żaden ze zmieniających się ministrów ani KEN nie odniósł się do wyroku. A mechanizm powtórzono w kolejnej ewaluacji. A może z poprzednim wyrokiem w przyspieszonym tempie można wygrać kolejny ewaluacyjny proces?! Stworzyliśmy mocno zwodniczy system, pusty w środku, służący jedynie usprawiedliwieniu takiego a nie innego podziału środków między uczelnie, instytuty itp. bez potrzeby rzeczywistego i merytorycznego uzasadnienia decyzji. A środowisko spokojnie dostosowało się, przekierowując mnóstwo czasu i energii na kreatywne kombinowanie.
"Przede wszystkim musimy przywrócić rangę rzetelnej, jakościowej ocenie eksperckiej" - ale przecież nasz system grantowy jest ostoją rządzoną przez panele ekspertów, z istotnym udziałem ekspertów zagranicznych. IDUB przelewający ogromne środki do kilku uczelni (w tym Politechniki Gdańskiej), także jest oceniany wyłącznie przez ekspertów. Listę czasopism przygotowały zespoły eksperckie (i była ona już na tym etapie beznadziejna, zwłaszcza w swej części "politechnicznej"). Zatem ocena ekspercka pełni OBECNIE w naszym systemie rolę bardzo ważną. Niestety, w mojej ocenie jest to rola negatywna.
Jeśli chodzi o granty, to może są jakieś kapturowe algorytmy (nie znane szeregowemu wnioskodawcy), ale cóż mi z tego. GDYBYM wiedział, że taki czy inny indeks H jest warunkiem koniecznym do przejścia wniosku, to bym przynajmniej nie tracił czasu na jego pisanie (nie mając indeksu większego), a poza tym istniała by możliwość merytorycznej polemiki z EKSPERTAMI ustalającymi te progi. Bo nie ustalają ich bezduszne krasnoludki.
W procesie ewaluacji KEN ustala EKSPERCKO progi referencyjne (jakieś tajemnicze procedury są tam ponoć stosowane do obliczeń, ale to eksperci mogą je zastosowań lub z nich zrezygnować na rzecz rozwiązań prostych i sensownych). Te progi wręcz wypaczają wyniki ewaluacji. W przypadku ewaluacji 2022 jest to oczywiste, widać to z wyników szczegółowych. Obecnie ogłoszone progi referencyjne świadczą o tym, że lepiej nie będzie. Raczej będzie jeszcze gorzej. To nie żaden algorytm jest tu winien, tylko ten kto błędny algorytm osobiście zapuszcza.
"Opieranie utrzymania instytutów na krótkoterminowych, zazwyczaj dwu- lub co najwyżej trzyletnich grantach, całkowicie dewastuje możliwość prowadzenia długofalowych, strategicznych badań." Z tym akurat się zgadzam. W pełni. Jaką receptę tu widzę? Otóż NCN powinien nie finansować etatów (siłą rzeczy niestabilnych). Wtedy w systemie nauki pojawią się dodatkowe, znaczne, pieniądze na badania. Podobnie IDUB - to ogromne środki, w zasadzie zmarnowane, bo nie ma konkretnego, wysoko mierzonego celu, rozprasza się te środki na jakieś drobiazgi. Instytuty badawcze to osobny problem sam w sobie. Zapewne są zbyt słabo finansowane, ale tam jest mnóstwo innych problemów i poprawa sytuacji wymaga chyba bardzo radykalnej reformy całego tego systemu.
NCN nie powinien finansować etatów? Mam wrażenie, że mówi Pan z perspektywy osoby, która ma stabilne zatrudnienie na czas nieokreślony, nieprawdaż?
Mnie - jako młodemu postdokowi - etaty finansowane z grantów NCN bardzo pomogły. Dały mi poczucie godności i możliwość funkcjonowania jako normalny pracownik instytutu. Po doktoracie nie miałam żadnej realnej perspektywy etatu ani szczególnego wsparcia promotora. W praktyce od lat przechodzę z grantu do grantu, ponieważ nie stoi za mną żaden „baron” ani środowiskowa koteria. Sama zresztą staram się trzymać od takich układów z daleka.
Dziś kieruję własnym grantem NCN. Nadal jestem zatrudniona na czas określony, ale nie wyobrażam sobie realizowania takiego projektu na podstawie umowy zlecenia...
Szeregowemu grantobiorcy nie powinno robić większej różnicy czy jego etat w grancie sfinansuje NCN, czy też uczelnia podejmująca się realizacji tego grantu. To jest problem na poziomie zarządzania całym systemem nauki.
Owszem, gdyby mój pomysł wcielić w życie, to zapewne część instytucji aż tak bardzo by się do grantów nie garnęło. Nie widzę w tym problemu. Wtedy więcej zostanie dla innych.
UAM finansował z ID-UB w przeważającej części nauki społeczne. Przy czym suma bezpośrednio wydatkowanych pieniędzy na dostępne dla pracowników granty jest rażąco mniejsza od oficjalnej kwoty dofinansowania.
Brak zainteresowania i nie wydali całej kwoty?
Rzetelna i trafna diagnoza.
System grantowy powinien być jedynie uzupełnieniem ciągłego, statutowego finansowania badań. Badań, a nie wyłącznie fasad i "infrastruktury".
Świetny i bardzo celny tekst, ale czytając o tych patologiach i "feudalizmie w arkuszu kalkulacyjnym", nasuwa się jedno bardzo ważne pytanie i teza: czy to przypadkiem nie dzięki temu algorytmowi mogła powstać zorganizowana grupa, która potencjalnie szantażuje rektorów i całe uczelnie? Skoro ślepe wskaźniki to dziś "być albo nie być" dla instytutów badawczych i poszczegolnych naukowców, daje to idealne narzędzie do wywierania zakulisowych nacisków.
W środowisku aż huczy. Podobno pan Wojtasek biega i pisze do ministerstw oraz na różne uczelnie w Polsce, a wszystko to celem znalezienia pracy dla swoich kolegów z "For Better Science", w tym dla Schneidera i pani Elisabeh Bik. Co więcej, ktoś niedawno pisał, że podobno lata, żeby załatwić fuchę u swojego kolegi ze studiów – obecnego rektora Politechniki Opolskiej, Lipoka, na wydziale chemii dla swoich kolegów, może musi się zrewanżować z jakiegoś powodu za 'pomoc' z zewnątrz.
Jeżeli ten bezduszny system, który miał gwarantować "obiektywizm", stał się pałką do potencjalnego szantażowania władz uczelni i uprawiania kolesiostwa, to jesteśmy w znacznie gorszym położeniu, niż opisuje to autor. Kto tu tak naprawdę ma władzę? Czy rzeczywiście mityczny algorytm, czy ludzie, którzy zyskali narzędzie do straszenia rektorów?
Niech Pan zejdzie z profesora Wojtaska on sobie z panem poradzi i pana załatwi wcześniej czy później, a jakieś głupoty to niech pan sobie dalej wymyśla. To jest dobry człowiek tak jak pan doktor Schneider i Pani doktor Bik, oni walczą po stronie dobra. Jeżeli nawet któryś z nich miałby pracować w Polsce na polskiej uczelni to tylko dobrze dla tej uczelni i będzie ich to gloryfikować. Także niech pan sobie odpuści jakieś insynuacje.
Hahahaha, nikt w to nie uwierzy panie Wojtasek, co zabrakło pochlebców i trzeba tworzyć fejkowe wpisy?
Bardzo ciekawa ta konwersacja papierników samych z sobą. A może nawet jednego, który dyskutuje sam ze sobą.
Tak, tak i pewnie AI napisało, coś widać, że Pan chyba żyje w roku 2100 i stał się specjalistą od wszystkiego. Zobaczymy co przyniesie przyszłość i jak zaprezentują się pana koledzy zza granicy jak przyjdzie co do czego, bo chyba pan jednak nie jest ich takim prawdziwym kolegą.
Z tym Lipokiem to pan pojechał, wiadomo, że on z Uniwersytetu opolskiego, ale co tu się dziwić, w końcu dla takiego wielkiego pana z Warszawy jedna czy druga uczelnia z prowincji to w końcu to samo? A pozostałe sensacje, nie są żadnymi sensacjami, wiadomo, że wciskają tą Bik i też mi się o uszy ten schneider obił, nie skojarzyłem, że to podobno Wojtasek, ale nie wiadomo dlaczego skoro niby taka bogata jak tu wojtasek w komentarzu stwierdził, a sam schneider według wojtaska też podobno bogaty z pisania bloga i bycia bezrobotnym. Niesamowite, że tak niewiele wystarcza mu środków i nie potrzebuje dodatkowej pracy, może to jest droga, żeby założyć bloga i pisać kalumnie na naukowców, skoro tylu jest 'darczyńców", ciekawe ilu z dalekiego albo orkowego wschodu. Oby się kiedyś ktoś przypadkiem nie zainteresował skąd ten "miłośnik", pfu 😂😂😂, niby zagorzały przeciwnik rosjan, tak zwany ukraiński członek wybranego narodu z niemiec ma pieniądze na swoją działalność. Oby to kiedyś nie wyszło na zdrowie panu wojtaskowi.
Bez przesady z tym wielkim panem, małe przejęzyczenie i szukanie dziury w całym.
Gratuluję "rzetelnego" śledztwa! Prof. Lipok to rektor Uniwersytetu Opolskiego, nie Politechniki, a Ty nawet nie wiesz, gdzie pracuje Wojtasek. Zanim zaczniesz rozkręcać afery, sprawdź fakty, bo na razie wystawiasz sobie bardzo słabe świadectwo. Właśnie dlatego na uczelnie powinno się przyjmować ludzi o realnym potencjale intelektualnym i zdrowym podejściu do nauki. Widać, że na Politechnice Warszawskiej bawicie się w wielką politykę. Ci, którzy zamiast własnych badań wolą pasożytować na innych, uprawiać donosicielstwo i bawić się w prywatne wojenki i robią to tak nieudolnie, po prostu psują to środowisko. To co tu uprawiasz nazywamy w środowisku wojtaskowaniem i niech jegomość przestanie to robić (przestań).
Wojtaskowaniem? Hahahahaha, no to rzeczywiście muszę przestać.
Zastanawiam się, kto wypisuje te dyrdymałki – osoba inteligentna inaczej czy raczej jakiś LLM trzeciego sortu. Po co Leonidowi Schneiderowi byłaby potrzebna jakaś praca w Polsce, skoro w pełni go satysfakcjonuje to, co robi teraz? A z Elisabeth Bik to już kompletne przegięcie. Oto co napisała po otrzymaniu Einstein Foundation Individual Award w listopadzie 2024:
„The award I received is €200,000, which is an enormous amount of money. I was thinking, “What do I do with that?” For my work, I really only need a monitor, my eyes, a computer, and Wi-Fi – and I already have all of that. So I thought I should do something meaningful with this money.
I can use the money to help other people, for example, to attend conferences. A lot of people who look for problems in scientific papers have a day job and do this work as a hobby. They are very passionate about it, but when they want to meet other sleuths, as people call us, their employer often will not pay for them to attend these conferences because it is not related to their main work.
So I am helping them with small grants – just enough to buy a plane ticket, pay for a hotel, or cover similar costs. I hope to use the money to support a lot of other people doing this type of work.”
https://theanalyticalscientist.com/issues/2026/articles/may/the-fight-for-research-integrity-needs-you/
A Jacek Lipok jest rektorem Uniwersytetu Opolskiego (faktycznie mojego miejsca pracy), a nie Politechniki Opolskiej. Totalna ignorancja. Więcej czytać, mniej pisać. Albo używać lepszych AI.
Taaa, ciekawe, raczej ufam osobom, które mi to przekazały, ale cóż jestem jakby co w stanie przyznać się do błędu, ale wątpię. W takim razie jak usłyszymy w najbliższym czasie, że gdzieś fuchę dostał Schneider albo Bik w Polsce to znaczy, że z Pana kłamczuszek jest, jeżeli nie usłyszymy to ja przestaje komentować i jeszcze napiszę peany na pana temat. A z tą uczelnią to bez przesady tyle pan o tej politechnice wszędzie pisze to mi się wbiło do głowy, że pan tam pracuje jak mi mówili, że podobno z tym Lipokiem z Opola załatwia swoje interesy. Nic zobaczymy w najbliższym czasie.
Oczywiście byłbym zachwycony, gdyby Elisabeth Bik została zatrudniona w jakiejś polskiej jednostce, a nawet w ministerstwie, na stanowisku Research Integrity Specialist. Najlepiej na Politechnice Gdańskiej, bo tam to nikt inny sobie nie poradzi, a już na pewno nie pani prof. Żukowska. Ale obawiam się, że raczej nie będzie zainteresowana. Pełni taką funkcję w kilku wydawnictwach i ma wystarczająco roboty. Poza tym jest też konsultantem firmy Clear Skies.
A Leonid nawet w tym tygodniu mógł dostać oferty z Uniwersytetu Łódzkiego, Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, czy Instytutu Rozrodu Zwierząt i Badań Żywności Polskiej Akademii Nauk w Olsztynie. O Politechnice Gdańskiej nie wspominając. 😁😁😁
https://forbetterscience.com/2026/07/17/schneider-shorts-17-07-2026-who-appointed-you-as-vigilante/#mdpi
Ale nawet gdyby tak się stało, to na pewno nie dzięki moim staraniom, więc kłamczuszkiem raczej nie jestem i nie będę. Poza tym sami plączecie się w zeznaniach (patrz komentarz pod artykułem: Mit algorytmicznej władzy).
"Zobaczymy co przyniesie przyszłość i jak zaprezentują się pana koledzy zza granicy jak przyjdzie co do czego, bo chyba pan jednak nie jest ich takim prawdziwym kolegą."
Więcej koordynacji może?
Hahaha, więcej koordynacji? A co miałem odpisywać według jakiegoś klucza, może jakiegoś algorytmu albo AI, Pan już widzę, że rzeczywiście w tym roku 2100 żyje? Odpisuję w jakiej kolejności mi odpowiada 😂😂. Ale komentarz złoty, czyli przyznaje Pan, że to jednak nie dyrdymałki jak to Pan nazwał i informacje o zatrudnieniu tych mędrców nie są wyssane z Palca, tylko mówi Pan, że to nie Pan tutaj ingeruje, w sensie nie ma z tym nic wspólnego jeżeli tylko się wydarzy. Jednocześnie podaje Pan pełno szczegółów o potencjalnych miejscach zatrudnienia, ito jeszcze w tym tygodniu podobno. Ale zastanwia mnie ta sytuacja dodatkwo z innego powodu, że ten schneider nie chce niby według Pana tak bardzo pracować mimo statusu niby osoby bezrobotnej w Niemczech, to jest naprawdę zaskakujące. Ta pana informacja o Bik pokazujez że być może ma wystarczające środki do życia jak tyle tak zwanych fuch nałapała w różnych miejscach, ale schneider nie potrzebuje pieniędzy? Może boi się, że będzie musiał gdzieś podać w Polsce swoje dane osobowe i ktoś być może będzie go bardziej prześwietlał, bo nie spotkałem się z czymś takim jeszcze nigdy w życiu, no chyba że to nie pan, a schneider bawi się w kłamczuszka i jednak nie jest tak całkowicie bezrobotny jak panu i nam chce wmówić, a zatrudnia go ktoś inny lub jakaś wyjątkowa organizacja, oprócz tej jego partii zielonych w Niemczech, z której chce się dostać do władz. Z drugiej strony może dobrze inwestuje na giełdzie albo bogato się ożenił. W końcu tłumaczeń można wymyślać pełno. Widzę, że pan jest teraz giga specjalistą od AI, to zaraz Panu pewnie podpowie jak to wytłumaczyć żeby miało sens.
"Jednocześnie podaje Pan pełno szczegółów o potencjalnych miejscach zatrudnienia, ito jeszcze w tym tygodniu podobno." 🤣🤣🤣
Dalej nie łapiecie sarkazmów, tak jak półtora roku temu z tym moim donoszeniem na arcybiskupa Nossola. A może by tak zajrzeć na stronę, do której link podałem?
https://forbetterscience.com/2026/07/17/schneider-shorts-17-07-2026-who-appointed-you-as-vigilante/#mdpi
Wtedy wszystko się wyjaśni z tymi potencjalnymi miejscami zatrudnienia Leonida.
Hahaha 🤣 🤣.Panie Wojtasek, ale o jakim Nossolu Pan w ogole pisze? Ja nic o tym nie pisałem i pierwsze o tym słysze, wiec ewidentnie myli Pan dyskutantów. To w sumie sporo mowi o rzetelności Pana argumentów i o tym, jak bardzo gubii sie Pan w tych swoich docinkach. Nie każdy jest takim zagorzałym pasjonatem bloga shhneidera, zeby namietnie czytać wszystkie jego wpisy i w locie wyłapywać jakies hermetyczne żarty z linków, które Pan rzuca. Ja mam jednak troche wazniejsze publikacje do czytania na codzień. Z resztą zgrabnie odwraca Pan kota ogonem. Skoro już uroczyście Pan oświadczył, że to wszystko to był tylko sarkazm dla wtajemniczonych, to może wreszcie odpowie Pan na proste pytanie, do którego w ogole sie Pan nie odniósł. Czemu ten rzekomo bezrobotny człowiek tak bardzo unika podjęcia normalnej pracy? A moze chodzi po prostu o to, że jest politykiem, a może pozorantem tak jak Rubcow udawał Gonzalesa i mącił w naszyxh relacjach z Ukrainą? To by w sumie duzo wyjasniało w kwestii unikania pracy:
https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQSqa0nqIMkzgjvozRr3P9HrXk3SiU1nvLqOp4Ziy1Qrw&s=10
A tak przy okazji, gratuluje zgrabnego manewru taktycznego. Tak bardzo skupilismy sie na rozszyfrowywaniu Pana sarkazmow o schneiderze, ze az magicznie umarl temat pani Bik. A tak się sklada, że to o niej i jej potencjalnym zatrudnieniu w Polsce naprawde w srodowisku huczy. Rzucil Pan jakims cytatem z wywiadu o jej nagrodzie, posmieszkował Pan sobie i nagle sprawa zamieciona pod dywan. To, że ona w mediach opowiada, ze do szczescia wystarczy jej tylko monitor i wi-fi, wcale nie ucisza plotek o szukaniu jej ciepłej posadki na polskiej uczelni (chocby i jako ten Pana wymarzony 'Research Integrity Specialist'). Odwrócenie uwagi wyszlo Panu na medal, ale ja pamiętam od czego zaczelismy.
W inżynierii materiałowej na takie Pana podejście do dyskusji mówi się, że to typowy brak przetopu i próba bezpośredniego pospawania stali z aluminium bez żadnej przekładki. Z wierzchu, na samym "sarkazmie' i myleniu faktów, może się to jakoś trzyma, ale z powodu braku spójności, przy pierwszym lepszym merytorycznym obciążeniu następuje pękanie kruche i cała ta Pana logiczna degrędolada po prostu odpada.
Dzięki Bogu. A już się bałem, że to jacyś humaniści piszą, albo, co gorsza, jakiś chemik. A tu proszę - inżynieria materiałowa! I wszystko jasne! Jak w tym powiedzeniu o Polam z czasów PRL. Widać to też po tekście (np. degrędolada). Chyba już w szkole, zamiast czytać Pana Tadeusza czy Ferdydurke, siedziało się ze spawarką w warsztacie.
Hahaha, no i mamy klasyczny objaw kapitulacji! 🤣 Kiedy brakuje jakichkolwiek argumentów merytorycznych, "wielki obrońca nauki" musi zejść do poziomu wytykania literówek (tak, gratuluje bystrego oka, miało być degrengolada, pisane na szybko) i sprawdzania mojej listy lektur z liceum. Zabawa w nauczyciela polskiego to ostateczna deska ratunku dla kogoś, komu właśnie zawaliła sie cała narracja i zabrakło tlenu do dalszej dyskusji. Widzi Pan, w tym warsztacie ze spawarką uczą przynajmniej jednej bardzo ważnej rzeczy: twardego stąpania po ziemi. Jak spina się konstrukcje z samych kłamstewek i niedomówień, to wystarczy uderzyć młotkiem faktów, żeby wszystko zweryfikować. I tu weryfikacja przebiegła pomyślnie, uderzyłem w konkrety, a Pana odpowiedź to paniczna ucieczka w żarciki o PRL-owskim Polamie (co z resztą nieźle zdradza Pana mentalność i wiek). Może i czytał Pan "Ferdydurke", ale widze, że jedyne co Pan z tego wyniósł, to próba taniego "upupiania' oponenta, kiedy brakuje Panu sensownych odpowiedzi. Gombrowicz by sie uśmiał. A fakty są takie, że dokonał Pan całkowitej ewakuacji z niewygodnych tematów. W inżynierii materiałowej nazywamy to całkowitym uplastycznieniem i zniszczeniem próbki. Jak dla mnie to jest nokaut i z mojej strony EOT (koniec tematu). Skoro jedyne co Panu zostało to zabawa w profesora Miodka, to bezsprzeczny dowód, że trafiłem w samo sedno. Powodzenia w dalszym "wojtaskowaniu" i załatwianiu posadek dla kolegów zza granicy – z takim talentem do lania wody i uciekania od tematu, sugeruje uderzać od razu do rektorów na wydziały polonistyki! 😁 Bez odbioru.
Ocena ekspercka jest robiona w momencie zgłaszania artykułu do publikacji. Przy założeniu, że pismo jest przyzwoite, artykuł recenzują specjaliści. Powielanie tej oceny, przy ocenie jednostek, to masło maślane, ale jak znam życie, to kiedyś do tego dojdzie na zasadzie: staramy się ulepszyć system, naśladujemy trendy światowe.
Natomiast oś konfliktu jest gdzie indziej. Przez wieki w nauce obowiązywał model mistrz-uczeń. I to mistrz namaszczał swoich następców. Był to rodzaj naprawdę rzetelnego rzemiosła. Z pewnymi wadami. Otóż pomijając już fakt, że uczniowie latami nosili teczkę za mistrzem (a właściwie to rywalizowali o to, kto może robić to najczęściej), to mistrz zazwyczaj dokonywał pewnego rodzaju samo sklonowania. Ale bez wątpienia system się trzymał, jako pewnego rodzaju sztafeta pokoleń.
Obecna nauka (głównie amerykańska, ale nie tylko) odeszła od tego schematu. Ludziom zależy na zdobyciu zielonej karty w USA, więc pojawiła się możliwość przyciągnięcia najzdolniejszych ludzi z całego świata. którzy będą pracować w systemie 24/7. Chętnych jest mnóstwo. Nauka w tym wydaniu, to już nie relacja mistrz-uczeń tylko klasyczny wyścig szczurów, w którym nagrodą są nie tyle osiągnięcia naukowe, co zdobycie prawa do pobytu w USA (czy ogólnie na Zachodzie). Paradoksalnie, tłum ludzi chętnych nie maleje, a nauka amerykańska ma się naprawdę bardzo dobrze. Przypomnę tylko, że w przeszłości cechy rzemieślnicze zostały pokonane przez kapitalistyczne manufaktury. Myślę, ze coś podobnego obserwujemy teraz w nauce światowej, no może poza Japonia.
Nam w Polsce od zawsze brakuje pewnej dojrzałości w podejmowaniu decyzji. Kochamy kopiować wzorce, które przy naszym gospodarczym średniactwie nie za bardzo mają szanse dać pozytywne efekty.
Moim zdaniem ważny jest ten postulat, nie nowy przecież, ale istotnie sugerujący działania, które rzeczywiście mogłyby coś zmienić:
"Jak to powinno wyglądać w praktyce? Przede wszystkim musimy przywrócić rangę rzetelnej, jakościowej ocenie eksperckiej (tworzącej model oparty na zaufaniu i kompetencjach, a nie na bezdusznym liczeniu dorobku)."
Dwa komentarze odnośnie tego postulatu:
. ta ocena ekspercka jak najbardziej powinna uwzględniać dorobek, również ten, który da się "bezdusznie policzyć", ale to powinna być tylko część oceny
. słusznie podnoszone w komentarzach poniżej wątpliwości co do tego, czy ta ocena ekspercka rzeczywiście bylaby rzetelna (cytat: "polska nauka przez dziesięciolecia opierała się właśnie na nieformalnym „zaufaniu” - koteriach, wzajemnym popieraniu się, chowie wsobnym oraz systemie zależności, w którym awans zobowiązywał później do lojalności wobec patrona i własnego środowiska") mogą być uwzględnione oraz zrealizowane poprzez zorganizowanie zespołów eksperckich złożonych w całości z naukowców z zagranicy.
Przecież porządne wnioski grantowe oceniają topowi eksperci z wąskiej dyscypliny z całego świata. Stawiam że częstokroć nie byliby w stanie na mapie Europy wskazać gdzie jest Polska. Nigdy nie słyszeli o punktach ministerialnych. Potrafią odróżnić MDPI od Cell Press w ułamek sekundy. Więc nie bardzo rozumiem tego przydługiego wywodu. Jedynym problemem polskiej nauki jest to że jest funkcjonuje w nim do emerytury ogromne ludzi którzy nigdy nie uprawiali nauki i nie mają o tym pojęcia. Nikogo się nigdy nie zwalnia za brak wyników naukowych. Jak chodziłeś do szkoły szewskiej ale po przyjęciu do pracy okazuje się że nie umiesz robić butów to jesteś zwolniony i musisz zająć się w życiu czymś innym. W Polsce po doktoracie w którym często jedynie myłeś probówki, zostaniesz zatrudniony bo akurat było pensum. I niezalenzie od wyników jedziesz do emeryturki. Jak rektor bardzo narzeka to kolega co pijecie razem wódeczkę dopisze cię do dwóch prac w MDPI na rok za 100 punktów i już mogą ci naskoczyć.
Cyt."Nikogo się nigdy nie zwalnia za brak wyników naukowych. "
No, już tak dobrze chyba nie jest. Np. na mojej Uczelni wystarczy negatywna ocena z jednego obszaru działalności (m.in. właśnie naukowej) pracownika, żeby dostał ocenę negatywną z całości. A dwukrotna ocena negatywna wystarcza z kolei do zwolnienia takiego delikwenta z Uczelni.
Artykuł znakomity. To co przedstawił pan prof. Mariusz Figurski, to nie jest tylko problem nauki polskiej, gdyż z podobnymi problemami mierzy się praktycznie cała nauka na Zachodzie. W tym układzie należałoby pożegnać wskaźniki bibliometryczne. Nie widzę innego rozwiązania.
"z podobnymi problemami mierzy się praktycznie cała nauka na Zachodzie."
Oj nie tylko na Zachodzie. Na wschodzie jest jeszcze gorzej, np. tu.
https://www.linkedin.com/feed/update/urn:li:activity:7480142359402557440/
Jeszcze gorzej jest w Indiach, Pakistanie, Iranie, Iraku, Arabii Saudyjskiej, Egipcie.
Panie Hubercie,
Zgoda. To zjawisko dotyczy nauki globu. Z tymże ci na Wschodzie nauczyli się fachu od tych z Zachodu.
@Hubert Wojtasek, @Maciek
Parafrazując pewnego pana, można być może powiedzieć, że informacje o śmierci nauki są nieco przesadzone.
Wydaje mi się, że nauka zmieni się nie do poznania. W przeciągu następnych 20-30 lat zmieni się tak, że nawet nie potrafimy sobie tego dobrze dzisiaj wyobrazić. To z powodu AI oraz robotów, które będą same wykonywać doświadczenia i dokonywać obserwacji. I być może problemy, jakie nauka światowa ma obecnie, właśnie w tym okresie czasu prze-ewoluują do tego stopnia, że albo znikną zupełnie, albo staną się znacznie mniej istotne.
Jednak nawet jeśli nie, jeśli i te problemy pozostaną, to ciągle nie warto ich rozpatrywać w tak negatywny sposób. Czyli na zasadzie, "a i tak zaraz wszystko się zawali kompletnie". Nie warto dlatego, że takie podejście praktycznie eliminuje wszelakie próby naprawy i poprawy sytuacji. Bo przecież, jeśli tak wszystko się zawali, to po co się w ogóle męczyć? A to jak sądzę nie jest zdrowe podejście.
Panie Marcinie,
Myślę, że nie do końca zdaje Pan sobie sprawę z problemów współczesnej nauki, szczególnie od strony publikacyjnej, bo to jest podstawa wszelkich ocen. I na pewno myli się Pan, co do tej perspektywy czasowej: "W przeciągu następnych 20-30 lat zmieni się tak, że nawet nie potrafimy sobie tego dobrze dzisiaj wyobrazić."
To nie nastąpi w ciągu 20-30 lat tylko w ciągu 2-3 lat. Koledzy, którzy są redaktorami w czasopismach twierdzą, że 60-70% złożonych manuskryptów to produkty AI - nie tylko tekst, ale wszystko, wyniki też. I ani oni, ani wydawcy nie bardzo potrafią sobie z tym poradzić. Pewnie nie ma Pan subskrypcji do Gazety Wyborczej, żeby przeczytać ten wywiad z Jackiem Clarkiem, ale podobne głosy można też znaleźć w innych miejscach. Nie wstawiam linku, bo jest za długi, tylko tytuł.
(Szef Anthropica mówi, że AI zaraz samo będzie się "namnażać". "Martwię się o moje dzieci")
W latach 2022-2025 polscy uczeni opublikowali 52 000 artykułów w czasopismach MDPI. Powinno to stanowić minimum 25% ostatniej ewaluacji. Redagowali setki numerów specjalnych. Niektóre z nich są teraz retraktowane w całości, np. ten.
https://www.mdpi.com/1996-1944/19/13/2907
Zajmuję się tymi problemami dość intensywnie od ponad dwóch lat. Proszę mi wierzyć, że naprawdę trudno patrzeć w przyszłość optymistycznie.
@Hubert Wojtasek
Tak, oczywiście, mogę się mylić co do tej skali czasowej, którą podałem. Nie sądzę jednak, żeby to było 2-3 lata, ale to wszystko są dywagacje i przewidywania, które zawsze są obarczone błędem.
Mój komentarz co do nauki odnosił się do nauki światowej, taką perspektywę przyjąłem. Te statystyki i liczby, które Pan podaje dla Polski rzeczywiście są dosyć zatrważające, ale w tym środowisku, w którym się obracam nie ma takich masywnych retrakcji, o jakich Pan pisze. W tytułach MDPI publikujemy raczej rzadko. Raczej staramy się publikować w dosyć uznanych czasopismach. Jak do tej pory nie widzę znaczących retrakcji z czasopism typu ‘EMBO Journal’, ‘Nature Communicatons’ czy ‘Journal of Cell Biology’, ale nie pilnuję tego jakoś specjalnie, więc mogę się mylić.
Niewątpliwie, AI jest problemem na wielu poziomach, jednak nie wydaje się, aby to jakoś znacząco uderzyło w tytuły z wyższych polek. Jednak, tak napisałem powyżej, te liczby opisujące polskie publikacje mogą znacząco odbiegać od tego, co widzę dookoła siebie (każdy obraca się w jakiejś tam swojej bańce).
No w każdym razie tak jak patrzę z wielką dezaprobatą i rozczarowaniem na to, co się dzieje w świecie publikowania naukowego, tak samo niecierpliwie wyczekuję na to, że w końcu ktoś zaproponuje jakieś realne wyjście z tego impasu. Ciągle wierzę, że jest to możliwe. Jakieś próby były, ale się nie przyjęły, zobaczymy, co będzie dalej.
Panie Marcinie,
Może jeszcze taka ciekawostka o AI w pisaniu publikacji naukowych (a często tworzeniu takich publikacji, z fikcyjnymi danymi włącznie).
https://www.science.org/doi/10.1126/science.aek5570
Przy okazji wyszło na jaw, że Holden Thorp używał chata GPT przy pisaniu tego artykułu. 😂😂😂
https://bsky.app/profile/nanoporous.net/post/3mqu2brhk5s2q
Koniec świata, jak mawiał pan Popiołek z serialu Dom. A przynajmniej koniec świata nauki, jaki do tej pory znaliśmy.
Do tego potrzebne są zmiany prawa. Ustawy i rozporządzenia. Aktualnie ministerstwo nie nadąża z tymi zadaniami, minęły 3 lata i nowych regulacji brak. Nawet nowej listy czasopism nie ma. A ustawa gowinowa to dramat dla szkolnictwa wyższego I nauki. Obiecali rozsądne finansowanie, słowa nie dotrzymali.
Algorytmy (w tym wypadku wskażniki bibliometryczne) używane przez mądrych i odpowiedzialnych ludzi przynoszą same korzyści. Algorytmy używane przez głupich i nieodpowiedzialnych ludzi mogą przynieść szkody. To samo dotyczy samochodów osobowych, broni palnej i wielu innych narzędzi.
Tak.
Niektóre wypowiedzi na tym forum brzmią tak, jakby ich autorzy uważali, że bibliometria sprowadza się do surowej liczby cytowań i surowego indeksu Hirscha. Te wskaźniki sa bardzo podatne na różnego rodzaju patologie. Tymczasem są gotowe algorytmy pozwalające wyeliminować 90% najpopularniejszych patologii, a na pozostałe 10% wystarczą zdrowy rozsądek i dostęp do WoS lub Scopusa.
Nauka na świecie rozwijała się bardzo długo, bez wskaźników typu Impact Factor czy Indeks Hirscha, i nie widzę powodu aby one funkcjonowały nadal w nauce. Natomiast ich utrzymanie będzie generowało większość patologii akademickich globu. Dlatego trudno się dziwić Doniemu Trumpowi, że bezlitośnie tnie wydatki na naukę amerykańską.
@Maciek
Obawiam się, że te cięcia budżetowe mają raczej mało wspólnego z Impact Factor i h-index.
Oraz ze są dramatycznie niekorzystne dla nauki amerykańskiej, na wielu poziomach.
Panie Marcinie,
Polecam panu artykuł autorstwa prof. Caroline Wagner z Uniwersytetu Stanowego Ohio pt. Chiny przewyższają USA w wydatkach na badania, a dostępny w www.sprawynauki.edu.pl nr 5. Oczywiście historia cięć nakładów na naukę amerykańską nie dotyczy wyłącznie prezydentury Doniego Trumpa, a jest procesem zapoczątkowanym już w XX w. USA ukierunkowały się na prace rozwojowe i inwestycje w sektor zbrojeniowy i farmaceutyczny. Nieco podobnie jak ZSRR. Jeżeli chodzi o wskaźniki bibliometryczne, a także granty, to one zabiły misję nauki stąd nie byłbym taki pewny polityki cięć budżetowych USA na naukę.
Cyt." Chiny przewyższają USA w wydatkach na badania, a dostępny w www.sprawynauki.edu.pl nr 5. "
Za to my tzn. Polska, jesteśmy nie do pobicia pod względem liczby dyplomów i tytułów profesorskich oraz stopni "dr hab." na 1 mieszkańca RP (jeśli wierzyć Dr Józefowi Wieczorkowi). Zawsze coś, no nie? ;=)
@Maciek
To znaczy Chiny prześcignęłyby Stany w poziomie finansowania badań naukowych prędzej czy później. To była kwestia czasu. I rzeczywiście zaczynają przejmować dominacje w wielu działach nauki. Jak na razie tylko badania podstawowe wyglądają jeszcze lepiej w USA, niż w Chinach, ale to się również zmienia, szczególnie po ostatnim oświadczeniu, które dotyczy znaczącego zwiększenia dotacji w Chinach w ciągu najbliższych kilku lat.
Nie czytam wszystkiego, ale zerkam w Nature, co tam piszą na temat polityki finansowej badań naukowych. I odnośnie zmian w USA w tym kierunku w ciągu ostatniej prezydentury to jednak są to posunięcia bez precedensu. Proszę spojrzeć w takie dosyć przypadkowo wybrane artykuły, ale ciągle dobrze ilustrujące te zmiany:
https://www.nature.com/articles/d41586-026-01537-1
https://www.nature.com/articles/d41586-026-02135-x
https://www.nature.com/articles/d41586-026-01667-6
https://www.nature.com/articles/d41586-026-00182-y
Panie Marcinie,
Na początku dziękuję panu za załączone linki z artkułami. Jeżeli chodzi o decyzje administracji Trumpa w kwestii cięć budżetowych na naukę amerykańską, to faktycznie są to posunięcia bez precedensu. Niemniej pamiętajmy, że USA w dobie XXI w. mają niewielkie szanse na utrzymanie pozycji lidera globu w zakresie gospodarczym, badawczym i jednocześnie militarnym. To bardzo złożone zagadnienie. USA m. in. mają problem z brakiem kadr inżynieryjno-technicznych, utratą ważnych kompetencji w wielu sektorach produkcji przemysłowej, gigantycznym długiem publicznym itd., itp. Coś muszą wybrać, ale też coś poświęcić na ołtarzu. Tutaj nie ma innej drogi. Polecam też panu statystyki Australian Strategic Policy Institute w kontekście roli Chin w tzw. technologiach krytycznych globu. Procesy zmian zachodzące na świecie są wyjątkowo dynamiczne.
@Maciek
To znaczy przy zachowaniu pewnych trendów, które tak naprawdę rozpoczęły jakieś 30 lat temu, a może nawet wcześniej, przejęcie pierwszeństwa w dominacji w nauce i innowacjach przez Chiny było do przewidzenia. Szczególnie jeśli rozważamy to zjawisko w kontekście utraty dominacji przez USA. Natomiast to, o co chodziło mi w pierwszym komentarzu, to że obecne zmiany w organizacji nauki i finansowaniu badań przez takie instytucje jak NSF i NIH to strzał w stopę. Stany nie polepszają, tylko jakby na własne życzenie pogarszają sytuację i obniżają swoją pozycję.
A o raportach ASPI dobrze wiem i zdaje sobie sprawę z tego, co one ilustrują. Obecnie właściwie wszystkie wskaźniki i statystyki wskazują ten sam trend, ten sam kierunek.
Mozna też spojrzeć na to inaczej: niewykluczone, że gdyby dawniej istniał system ewaluacji podobny do obecnego, to teorię ewolucji i system heliocentryczny odkryto by 100 lat wcześniej.
Takiego np. systemu heliocentrycznego w ogóle by nie odkryto, bo nikt by nie prowadził.badan o takim stopniu ryzyka porażki.
Tak się właśnie zastanawiam: czy w obecnych czasach Kopernik miałby większe, czy jednak mniejsze szanse na ten swój główny sukces naukowy? No i powiem szczerze, że patrząc się na to, co się wyprawia, to nie jestem taki pewien co do tych większych szans... To zresztą zależy, co rozumiemy pod pojęciem sukcesu naukowego? Czy jest to:
1. tylko publikacja
2. publikacja dość często cytowana
3. awans naukowy?
Co do pp. 2 - 3, to chyba nie bardzo by te szanse dzisiaj miał...
W rzeczy samej
Jeżeli chcecie wiedzieć, jak unikać błędów w interpretacji indeksu Hirscha i innych współczynników bibliometrycznych, oraz wykryć oszustwa w rodzaju spółdzielni cytowań, to poczytajcie.
https://allegro.pl/produkt/lepiej-wypelnione-sloty-poradnik-dla-mlodych-naukowcow-marek-kosmulski-9f1c626e-e9fc-43fe-8e14-f53497fd662e?offerId=17884516869
Cyt."Spółdzielnie cytowań. Zamknięte kręgi towarzysko-naukowe, w których badacze pompują swoje wskaźniki bibliometryczne, cytując się nawzajem bez głębszego merytorycznego uzasadnienia."
NO I WŁAŚNIE TO. Generalnie, to jest pewien przypadek tego, o czym przed chwilą tutaj pisałem. Wszyscy są, oczywiście, uśmiechnięci, zadowoleni, że mogą sobie i innym zaimponować "wysokim Hirschem", a przez to także niejednokrotnie stopniem "dr hab." itd. Reszcie musi wystarczyć przemówienie ministra, czy rektora albo jakiegoś ważniaka z województwa, czy Sejmu wygłoszone np. na inauguracji roku akademickiego, o tym, że "odkrywają prawdę", "mogą być z siebie dumni" itp. itp. No cóż... niektórzy woleliby czasem tę odkrytą prawdę, czym prędzej przykryć, jeśli im ona nie pasuje...
Cóż... jeśli ktoś się uprze, żeby nie cytować prac innej osoby, to jest to prosty sposób na jej "załatwienie". Wszystko odbywa się "po wielkiemu cichu", elegancko, spokojnie. Nikt nikogo nie wyzywa, nikt nie krzyczy, wręcz przeciwnie: jest cisza. Po prostu, nad delikwentem zostaje rozpostarta "zasłona milczenia". No, i nawet skarżyć się nie wypada.
Zacytowanie takiej lub innej publikacji (wybranej z setek podobnych) jest na ogół dziełem przypadku. U mnie jest tak, że 90% cytowań moich prac w 2025 roku jest w artykułach napisanych przez naukowców, których nigdy na oczy nie widziałem, ani nawet o nich nie słyszałem, zaś 80% cytowań w moich pracach z 2025 roku to artykuły napisane przez naukowców, których nigdy na oczy nie widziałem, a ich nazwiska znam tylko z tych publikacji. I to jest chyba typowe. Mam też kilka publikacji, które uważam za całkiem dobre, ale nie były one przez nikogo cytowane. Ale sie tym nie przejmuję i nie szukam spisku. Czasami warto się uzbroić w cierpliwość. Praca ROUGH SETS, PAWLAK, Z 1982 INTERNATIONAL JOURNAL OF COMPUTER & INFORMATION SCIENCES 11(5), pp.341-356 w ogóle nie była cytowana w latach 1982-3, zaś w roku 1984 została zacytowana 2 razy. Niewiele lepiej było do 1990 roku. Obecnie ta praca uzyskuje po 500 cytowań rocznie i jest jedną z najczęściej cytowanych prac polskich autorów wszech czasów.
Cyt."Praca ROUGH SETS, PAWLAK, Z 1982 INTERNATIONAL JOURNAL OF COMPUTER & INFORMATION SCIENCES 11(5), pp.341-356 w ogóle nie była cytowana w latach 1982-3, zaś w roku 1984 została zacytowana 2 razy. Niewiele lepiej było do 1990 roku. Obecnie ta praca uzyskuje po 500 cytowań rocznie i jest jedną z najczęściej cytowanych prac polskich autorów wszech czasów."
No, to trochę poprawił mi Pan nastrój. :) Zawsze coś. :)
@Lepiej wypełnione sloty
Kiedy uczymy studentów, jak konstruować listę referencji w raportach naukowych i publikacjach, pierwsza rzecz, jaką im próbujemy wpoić to to, że cytowania absolutnie nie mogą być przypadkowe. :-)
Cytowania nie powinny być przypadkowe, cytowanie odnosi się do treści danego artykułu, zwykle potwierdza jakieś stanowisko, wypowiedź lub twierdzenie przedstawione w naszym tekście. A to, czy znamy tę osobę, której publikacje cytujemy, czy ją widzieliśmy kiedykolwiek na oczy, a nawet czy znamy jej prace, to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Odnosimy się tylko i wyłącznie do zawartości publikacji.
Może doprecyzuję. Nie napisałem, że wybieramy przypadkowo jedną lub dwie ze 100 milionów publikacji, które są np. w bazie Scopus.
Ale jak jest 100 publikacji potwierdzających "jakieś stanowisko, wypowiedź lub twierdzenie przedstawione w naszym tekście" w równym stopniu, to nie zacytujemy wszystkich 100, tylko wybierzemy do zacytowania 1 czy 2. Również nie przeczytamy wszystkich 100, by wybrać najbardziej trafny odnośnik, bo nikt nie ma na to czasu. Weżmiemy pierwszą z listy, jaką wygeneruje nieznany nam algorytm i jeżeli pasuje, to ją właśnie zacytujemy. I o takiej właśnie przypadkowości piszę.
@Lepiej wypełnione sloty
Jak prawie niemożliwe, aby w tym samym stopniu 100 publikacji pasowało w całkowicie identyczny sposób do potwierdzenia jakiegoś twierdzenia, które zawarliśmy w tekście. Wybiera się więc tą, która w danym konkretnym przypadku pasuje najlepiej.
W mojej dziedzinie jeszcze jest możliwe sprawdzenie tego „ręcznie” poprzez przeczytanie choćby pobieżne tych publikacji, które według nas mogą pasować. Z powodu, o którym pisze powyżej, nie będzie ich 100, ale może być ich 5, albo nawet 10. To są liczby, które są do ogarnięcia – można (trzeba!) spojrzeć te publikacje, nie musimy opierać się o to, co „wygeneruje nieznany nam algorytm”.
Tak więc nie ma tutaj żadnej przypadkowości.
To znaczy taka jest teoria tego, jak należy robić. Teraz, co ludzie rzeczywiście robią, to jak dobrze wiemy jest już inna sprawa. Czasami do tego stopnia inna, że trzeba później pewne publikacje wycofywać.
40+ lat temu czytałem wszystko, co dotyczyło moich badań i było dostępne (stan wojenny, urząd cenzury itd) i zrozumiałe (np. nie znam japońskiego). Teraz publikuje się 10 razy więcej i nie daję rady. Może w jakichś niszowych badaniach jest to nadal możliwe, ale u mnie nie. Oczywiście "100" to nie dokładna wartość, lecz rząd wielkości, w bardziej popularnych badaniach ta liczba może być większa. Dlatego też podtrzymuję twierdzenie, że (w typowych przypadkach), to czy ktos zacytuje naszą relewantną pracę, jest w dużej mierze kwestią przypadku.
@komentator 2
Ale proszę wyjaśnić, jak to jest możliwe, żeby wszyscy naukowcy z całego świata pracujący w danej dziedzinie naukowej uknuli, żeby nie cytować prac jednego naukowca? Jak oni wszyscy mieliby się zorganizować i „uprzeć, żeby nie cytować prac innej osoby”? I ta zmowa miałaby działać przez wiele lat?
Jak i po co?
Nie "wszyscy naukowcy z całego świata pracujący w danej dziedzinie naukowej". Bez przesady. Nie wiem dokładnie, jak to działa, ale podejrzewam, że dużą rolę odgrywa tutaj to, czy dana osoba jest "wolnym strzelcem", czy też pracuje w grupie, i czy też się komuś kiedyś nie naraziła. Bowiem jeśli jest w grupie, to z reguły jest cytowana przez pozostałych członków grupy, jej szef może ją zarekomendować komuś z zewnątrz itp.
Apropos możliwych konsekwencji narażenia się komuś, to (współ)autor prac, których dane kiedyś Panu przytoczyłem, był kiedyś wiele lat temu, na jednej z dużych międzynarodowych konferencji naukowych. Siedział podczas jednej z sesji specjalistycznych obok innego człowieka zajmującego się tą samą dziedziną (dość znana postać w tej dziedzinie). Panowie gawędzili sobie, i wszystko było miło aż do momentu, gdy tamten zaczął wygłaszać swój referat. W pewnej chwili ów ww. (współ)autor zauważył ewidentny błąd w wywodach tamtego i nie omieszkał mu tego wytknąć przy pełnej sali. Tamtego trochę "zamurowało", po chwili powiedział, że te jego wyniki są w pracy, którą wysłał do czasopisma, na to jego adwersarz odparł, że z kolei jego praca (z którą wyniki tamtego stały w jawnej sprzeczności), została już przyjęta do druku. Zapadła cisza, a tamten pan musiał swoją pracę wycofać.
Pana pytanie jest oczywiście, zasadne. Zatem, tym bardziej zasadne jest pytanie, dlaczego jakoś tak się dziwnie składa, iż nikt nie chce cytować (z jednym wyjątkiem), CHOĆ RAZ prac, z których jedna zawiera warunek WKW odnośnie rozszerzeń Lindenbauma, inna zawiera rozwiązanie problemu sformułowania rachunku funkcyjnego bez aksjomatów, a jeszcze inne zawierają wyniki dotyczące logiki atomowej i jej zastosowania? Te ostatnie były wprawdzie opublikowane w niszowym czasopiśmie, ale poprzednie były publikowane w DOBRYCH czasopismach. Sam się zastanawiam nad tym fenomenem. No cóż, jak to pisał Szekspir w "Hamlecie" cyt. "Są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło.", a od siebie dodam, że nawet tym, co mają tzw. profesury belwederskie z nauk filozoficznych... :=)
@komentator 2
Muszę się przyznać, że te opowieści są tak odległe i różne od tego, co ja znam, wiedziałem i widzę, że trudno mi jest się do tego odnieść. Bo nawet jak ktoś się z kimś pokłócił na konferencji (widziałem to parę razy w czasie dużych konferencji międzynarodowych), to ciągle Internet pozwala dotrzeć do danych prac wszystkim na całym świecie, naukowców z których zdecydowana większość na tych burzliwych konferencjach nie było. Poza tym, patrzy się jednak głównie na dane i wyniki, a nie na osoby, które je wygenerowały. I pomijanie, ignorowanie tych wyników, które uważa się za poprawne i ważne dla rozwoju danej dziedziny wiedzy jest dla mnie czymś kompletnie niezrozumiałym.
To mniej więcej tak, jakby z tego powodu, że ktoś ważny bardzo nie lubił Watsona i Cricka, ich praca o strukturze DNA nie byłaby w ogóle cytowana.
Widzi Pan, ten przypadek, o którym napisałem, to nie jest jedyny. Np. w środowisku polskich fizyków teoretyków znana jest teoria tzw. stałej struktury subtelnej, której autorem jest Prof. Andrzej Staruszkiewicz (Instytut Fizyki UJ). Otóż, przez kilkanaście lat na jego prace na jej temat też NIE było odzewu (dopiero po latach chyba coś się tutaj zaczęło zmieniać), o czym mówił kiedyś w swoim wywiadzie, który przeprowadziła z nim Pani Mirą Kuś (czasopismo "Zwoje", https://www.mira-kus.pl/2013/03/01/rozmowy-nieuczesane-1-co-tam-panie-we-fizyce/), i w wywiadzie, który przeprowadził z nim Ś.P. Dr Andrzej Kobos ("Po drogach uczonych" T. 2, Polska Akademia Umiejętności, Kraków 2007). A przecież stała struktury subtelnej jest jedną z fundamentalnych stałych przyrody, gdyby zmieniła się wartość tej stałej, to mówiąc w skrócie, inne byłyby np. powłoki elektronowe, procesy z udziałem fotonów itd. Po prostu, świat wyglądałby inaczej.
Cyt."I pomijanie, ignorowanie tych wyników, które uważa się za poprawne i ważne dla rozwoju danej dziedziny wiedzy jest dla mnie czymś kompletnie niezrozumiałym."
Dla mnie też. Z tego, co wiem, to ludzie zajmujący się tymi zagadnieniami, którymi zajmował się współautor prac wspomnianych przedtem przeze mnie, najczęściej udają głuchych, gdy ich poinformować o tych pracach. Czasami są uprzejmi tzn. dziękują zdawkowo za informację, czasami pisząc że ich nie znali, jeszcze rzadziej chyba (?) "robią łaskę" pisząc, że przeczytają tę, czy inne prace, o których się ich informuje.
Czy chodzi o teorię mającą wyjaśnić wartość tej stałej? Bo sama stała Sommerfelda znana jest od początku XX wieku.
Tak, ta teoria ma na celu wyjaśnić, dlaczego ta stała ma taką wartość.
Jeśli by to interesowało Pana lub innych Dyskutantów, to przesyłam listę referencji do większości prac Prof. Staruszkiewicza na temat tej teorii:
1. Ann. Phys. (N.Y.) 190, 354 (1989).
2. Acta Phys. Pol. B 26 (7), 1275 (1995).
3. BANACH CENTER PUBLICATIONS, VOLUME 41, 257 (1997), INSTITUTE OF
MATHEMATICS POLISH ACADEMY OF SCIENCES, WARSZAWA 1997.
4. Tr. J. of Physics 23, 847 - 849 (1999) - opublikowane też w "New
Developments of Quantum Field Theory", NATO Science Series: B: Vol. 366,
179 (2002), Editors: Poul Henrik Damgaard and Jerzy Jurkiewicz, Plenum
Press, New York.
5. Acta Phys. Pol. B 33(8), 2041 (2002).
6. Found. Phys., 32 (12), 1863 (2002).
Nie jest to chyba lista kompletna, bowiem po 2002 r. też chyba publikował coś na ten temat, a nie śledzę tego, bo jak na razie, zajmuję się innymi zagadnieniami.
Dziękuję.
@komentator 2
Moja wiara w teorie spiskowe jest bardzo ograniczona.
Jeśli ten pan publikował w uznanych na świecie czasopismach, nie widzę powodu, aby to ignorować. Jak rozumiem było to już dosyć dawno temu, wtedy publikowanie w piśmie o światowym zasięgu było kluczowe. Teraz, kiedy mamy internet i miejsca typu arXiv, nie jest to już istotne.
Ewentualnie powód był inny, ale również logiczny czy też uzasadniony. Jaki dokładnie – no nie wiem, oczywiście. Nie jestem fizykiem.
Cyt."Jeśli ten pan publikował w uznanych na świecie czasopismach, nie widzę powodu, aby to ignorować."
Ja też nie. Prof. Staruszkiewicz zresztą dał wyraz swoim odczuciom. Mianowicie, gdy Pani Kuś zapytała go, czy jego teoria jest dostępna w druku dla chętnego czytelnika, odparł cyt."Tak, jest dostępna, tylko że nie ma na nią żadnej reakcji. I to mnie trochę martwi. Czasem zastanawiam się, kto tu zwariował: ja czy reszta świata?" (z https://www.mira-kus.pl/2013/03/01/rozmowy-nieuczesane-1-co-tam-panie-we-fizyce/).
(Współ)autor tych prac z logiki i/albo podstaw matematyki, o których przedtem pisałem (i drugi współautor również), na pewno mają takie same refleksje.
Ciekawy wartościowy tekst, ale obawiam się, że na istotne zmiany trzeba będzie poczekać.
(1) Praprzyczyną poważnych problemów jest to, że to nie jest polski wynalazek. Oceny algorytmiczne to wynalazek amerykański, a może nie tyle wynalazek, co próba poradzenia sobie z ewaluacją setek kandydatów na stanowiska akademickie. Jeśli przychodzi 100 podań o pracę, to zadanie wybrania jednego najlepszego, to nie tylko problem merytorycznej oceny, to problem organizacyjny. Kto ma te 100 podań przeczytać? Więc pomysł był taki, aby 90 podań odsiać z automatu, zostawić 10 do przejrzenia, a 2-3 osoby zaprosić na rozmowę. No i postanowiono wykorzystać indeks Hirscha H, aby te zdecydowaną większość uwalać bez czytania. No a jak liczy się indeks H, no trzeba go wyprodukować itd. I się rozeszło dalej. A teraz się ludzie głowią, jak to zmienić, czyli jak inaczej, ale równie sprawnie, uwalać te 90 podań. Dopiero jak zostaną opracowane efektywne procedury w "krajach obleganych", to będzie szansa na trwałe rozwiązania także w PL.
(2) U nas dodatkowo komplikuje sprawę to, że po PRLu odziedziczyliśmy strukturę organizacyjną. Nie jest ona kompatybilna ze strukturami w świecie nauki zachodniej, co bezwzględnie widać przy konkursach ERC. W związku z tym wiele grup badawczych, czy całych instytutów jest finansowanych doraźnie z grantów (np. NCN), co wprowadza element bezkompromisowej walki o pieniądze i udowadnianie doskonałości tonami publikacji, które nikomu nie są potrzebne. Ale na zmiany raczej szybko nie należy liczyć. Politycy mają trudny rok przed sobą i raczej większość obecnych decydentów myśli teraz o bezpiecznym lądowaniu (i to niekoniecznie zaraz w USA),
Panie Profesorze,
Ile już takich tekstów napisano w ostatnich latach? I coś to dało? Pan jeszcze wierzy, że zmiany są możliwe? Politechnika Gdańska jest w krajowej czołówce optymalizacji algorytmów dających wyniki we wszelkiego rodzaju rankingach (m.in. IDUB). Minęło ponad 18 miesięcy od ujawnienia sprawy Bilala. Czy coś w tym czasie zrobiono, żeby naprawić sytuację? Nie. Zamiast tego podjęto działania, żeby ukryć patologie. Liczba retraktowanych artykułów pracowników PG wzrosła w tym czasie z 4 do 22, dając jej miejsce na krajowym podium, za AGH (29) i PŚ (24). Obawiam się, że do końca roku będzie #1. Zamiast zwalniać papierników zatrudniono kolejnych. Połowa laureatów Nobelium ma w tej chwili retraktowane artykuły. Do tego doktoranci i pracownicy spoza tego programu z szerokimi kontaktami w Pakistanie, Iranie, Indiach, Chinach, Arabii Saudyjskiej, Egipcie. Już kilkukrotnie pytałem na tych łamach i gdzie indziej, jak to możliwe, że uczciwi pracownicy PG tolerują takie praktyki? Dlaczego się temu nie przeciwstawicie? Prawda jest taka, że zbyt wielu ludzi jest w to uwikłanych, w tym osoby na szczytach władzy. Podobnie jest w skali kraju – papiernictwo, kartele cytowań, spółdzielnie publikacyjne, 52 000 artykułów w MDPI w ciągu ostatnich 4 lat. Pod koniec maja środowisko zmobilizowało się do protestu o zwiększenie środków na naukę. Teraz już oczywiście nikt o tym nie pamięta, bo sprawa zupełnie zniknęła pod aferami w służbie zdrowia. Myśli Pan, że do podobnej mobilizacji mogłoby dojść w celu naprawy systemu? Moim zdaniem nie, właśnie z powodu tego, że zbyt wiele osób zbyt dobrze się w tym systemie urządziło, a ci, którzy zrobili to najlepiej, pełnią funkcje kierownicze i decyzyjne. Oddolnej rewolucji nie będzie. Odgórnej zresztą też nie. Wyniki prac ministerialnych zespołów ds. nowego modelu ewaluacji i nieuczciwych praktyk publikacyjnych są żenujące i pokazują, że nie ma woli wprowadzenia zmian. Z importowanymi papiernikami nikt nic nie robi. Za to zastrasza się sygnalistów i dziennikarzy, którzy mają odwagę pisać o tych sprawach, nawet procesami karnymi.
https://forumakademickie.pl/dziennikarz-fa-uniewinniony-sad-oddalil-zarzuty-o-braku-autoryzacji-i-znieslawieniu-czlonka-rady-ncn/
1. https://sciencewatch.pl/index.php/389-bez-domniemania-niewinnosci
2. https://sciencewatch.pl/544-sprawa-profesury-rafala-wrobla-dokumenty-zut-rdn-finansowanie-obslugi-prawnej-i-wszczete-sledztwo (m.in. Rycina 9).
3. https://sciencewatch.pl/536-sprawa-dr-olgi-witkowskiej-pilaszewicz-z-sggw-uniewinnienie-odwolanie-uchylony-wyrok-uniewinnienie
4. https://forumakademickie.pl/marek-wronski-apeluje-o-odwolanie-przewodniczacej-rady-mlodych-naukowcow/ + później: https://miesiecznik.forumakademickie.pl/czasopisma/fa-7-8-2024/czasami-bywa-za-wczesnie%E2%80%A9/
To jest dziennikarstwo według Pana profesora? Niech Pan nie idzie tą drogą.... cytując klasyka.
Proszę poczytać komentarze, reakcje:
https://nfaetyka.wordpress.com/2024/03/26/archiwum-marka-wronskiego-usuniete-reakcja-na-nierzetelnosc/
https://pressmania.pl/archiwum-marka-wronskiego-usuniete-reakcja-na-nierzetelnosc/
Nie widzę związku. Te linki pojawiły się w ciągu ostatniego tygodnia ze 3 razy pod moimi komentarzami. Czy ja się nazywam Marek Wroński?
"Niech Pan nie idzie tą drogą."
Niby jaką drogą? Dalej pozwalać wam rozkradać mizerne środki na polską naukę? To se ne wrati.
„Model oparty na zaufaniu i kompetencjach”? W Polsce? Brzmi pięknie. Problem w tym, że polska nauka przez dziesięciolecia opierała się właśnie na nieformalnym „zaufaniu” - koteriach, wzajemnym popieraniu się, chowie wsobnym oraz systemie zależności, w którym awans zobowiązywał później do lojalności wobec patrona i własnego środowiska. Czarno to widzę...