Wydaje się, że kluczowym następstwem wycofania artykułu z czasopisma powinna być weryfikacja pozycji naukowej autora i jednostki, w której jest afiliowany – przekładająca się być może na żądanie zwrotu funduszy uzyskanych przez naukowca i uczelnię na podstawie zakwestionowanych publikacji – komentuje dla FA dr hab. Małgorzata Skórzewska-Amberg z Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.
Papiernia (research paper mill) to najogólniej rzecz ujmując grupa osób, która produkuje artykuły naukowe zmierzając (niestety niezwykle skutecznie) do ich publikowania w prestiżowych czasopismach naukowych. Autorzy artykułu, który ukazał się w listopadzie ubiegłego roku w Scientific Reports, wskazują, że obecnie około 2% wszystkich zgłoszeń do czasopism we wszystkich dyscyplinach pochodzi właśnie z papierni.
Papiernie oferują coraz szerszy wachlarz usług, obejmujący nie tylko tzw. usługi „pod klucz” – tj. przygotowanie tekstu od zera aż do jego publikacji – ale także tłumaczenia i przygotowanie bądź samą publikację przesyłanych przez autorów artykułów. Można także wykupić „slot” autorski w artykule.
W tabeli poniżej przedstawiono cennik usług oferowanych przez jedną ze znanych papierni (International Publisher LLC):
Teksty pochodzące z tej papierni były przedmiotem analizy, w ramach której zbadano 1063 oferty zakupu współautorstwa artykułów (od początku 2019 r. do połowy 2022 r.). Wśród badanych tekstów zidentyfikowano co najmniej 451 potencjalnie powiązanych z papiernią. Wartość slotów współautorskich oferowanych przez International Publisher LLC w latach 2019–2021 oszacowano na 6,5 miliona dolarów.
Choć trudno precyzyjnie określić wartość rynku papierni, to pokazane wyżej stawki tylko jednej ze znanych „fabryk artykułów” pozwalają na przypuszczenie, że wartość ta szacowana powinna być raczej na miliardy aniżeli miliony dolarów.
Wydawnictwa naukowe starają się walczyć z problemem paper mills, jednak jest to proces trudny i czasochłonny. Nie zmienia to faktu, że z roku na rok zwiększa się liczba wycofywanych po opublikowaniu artykułów. Jeszcze dekadę temu wycofano nieco ponad 2 tys. artykułów. Liczba ta systematycznie rosła, osiągając w 2022 roku wartość ponad 4 tys. wycofanych tekstów. Zaledwie rok później ustanowiono niechlubny rekord, przekraczając barierę 10 tys. tekstów.
Problem papierni nie omija także polskich naukowców. W 2021 roku współautorami 34 wycofanych artykułów byli naukowcy z polską afiliacją, rok później wycofano 26 artykułów z polskim współautorstwem, zaś w 2023 roku – dotyczyło to 17 polskich naukowców (dane za Retraction Watch Data). Pamiętać przy tym należy, że nie są to dane ostateczne. Proces odnajdywania i weryfikacji potencjalnie podejrzanych informacji trwa i należy liczyć się z tym, że liczby te najprawdopodobniej będą większe.
Papiernie w bardzo istotny sposób rzutują nie tylko na nieuczciwych autorów, ale także na wiarygodność i zasadność badań rzetelnych naukowców, którzy opierają się na publikacjach znajdujących się w renomowanych czasopismach naukowych. Opisywany problem podważa także skuteczność i zasadność nie tylko systemu przydzielania grantów, ale całego systemu oceny naukowców i uczelni. Skoro w dużej mierze opiera się on na ocenie liczby publikacji w renomowanych czasopismach naukowych i punktacji tych czasopism, to istnieje duże ryzyko, że coraz częściej do tej oceny zgłaszane będą teksty z papierni. Prawdopodobieństwo to zwiększa korelacja między oceną a pieniędzmi, które uczelnia w wyniku ewaluacji otrzymuje.
Problem narasta i należy się zastanowić, jak walczyć nie tyle z papierniami, ile z naukowcami, którzy z nich korzystają. Wydaje się, że podstawowym następstwem wycofania artykułu z czasopisma powinna być weryfikacja pozycji naukowej autora i jednostki, w której jest afiliowany – przekładająca się być może na żądanie zwrotu funduszy uzyskanych przez naukowca i uczelnię na podstawie zakwestionowanego artykułu/artykułów.
dr hab. Małgorzata Skórzewska-Amberg
Katedra Teorii, Filozofii i Historii Prawa
Akademia Leona Koźmińskiego
https://forumakademickie.pl/sprawy-nauki/fabryki-artykulow-pracuja-pelna-para/
U źródeł problemu leży kultura szybkiej powierzchownej oceny naukowców i instytucji czyli publish or perish. Na tej kulturze są zbudowane wszelkie patologię systemu od masowej produkcji w papierniach, przez niertyczne dopisywanie autorów wg wskazań dziekana, przez ocenę instytucji przez pryzmat pkt czasopisma (nie ważne czy IF czy jakiś pkt ministerialnych) po ocenę na podstawie liczby cytowań (czyli instagramacja nauki).
Zagubiliśmy sens nauki, którą jest treść artykułów. Pogoń za liczbą artykułów bez zważania na treść powoduje, że nie ma znaczenia co w nich jest. Stąd miałkie papiery i pompowanie kariery na ilość.
Do tego dopasowuje się rynek i mamy drapieżne czasopisma i nieetyczne zachowania redaktorów w szanowanych journalach, którzy nie patrzą na treść ale liczbę średnią cytowań autora aby zapewnić sobie ranking czasopisma, będący przecież podstawą wyboru gdzie publikacje wysłać.
Tak więc zamiast zwalczać objawy choroby należy walczyć z przyczyną. Granty oceniać wg najlepszych dwóch publikacji bo tyle jest w stanie przeczytac recenzent prócz wniosku. Awans na podstawie max 5. Instytucje na podstawie n-zależnej liczby najlepszych publikacji ale nie na podstawie bibliometri czy cytowań.
Oczywiście takiej zmiany nie można zrobić tylko na naszym podwórku bo jesteśmy częścią globalnego systemu nauki, który gra w tę durną grę pt kto uzbiera najwięcej znaczków z dzikim obłędem w oczach. A my sami to kręcimy ekscytując się rankingami top citation, ile kto ma publikacji w nature, H itp.
Na koniec zacytuję mojego mistrza prof Heidera: w naukach biologicznych powstaje 1 dobra praca po ok. 5 latach badań eksperymentalnych.
Jak to się ma do rzeczywistości sami widzimy.
A to nie jest przypadkiem tak, że ci co tak dużo publikują (nawet uznani przez was za "papierników"), zdobywają granty, pracują na was i na całą uczelnię (patrz wymóg ustawy odnośnie parametryzacji - zbieranie punktów)?????
Ewentualne zdobycie grantu na podstawie cudzych lub fałszywych badań (a a tym polega publikowanie w paper mill) wydaje mi się po pierwsze, trudne, a po drugie, jako praca na rzecz uczelni - wątpliwe. Zatem argument nie do przyjecia.
Pani Profesor,
Rozwiązanie jest proste - papiernictwo musi przestać się opłacać. Na razie papiernicy zgarniają wszystko - stanowiska, granty, nagrody. I nie chodzi tu o zakwestionowanie pojedynczych artykułów, czy uzyskanych na ich podstawie środków na badania. Trzeba wprowadzić surowe konsekwencje dla osób, którym się udowodni takie przewinienia. Pozwolę sobie jeszcze raz zacytować konkluzję artykułu opisującego hiszpańskich papierników, który ukazał się w El Pais 04.06.2023.
https://english.elpais.com/science-tech/2023-06-04/a-researcher-who-publishes-a-study-every-two-days-reveals-the-darker-side-of-science.html
Isidro Aguillo, from the Spanish National Research Council, is calling for a strong hand to deal with this issue: “The problem isn’t the cheaters nor the system, because if the system changes, the cheaters will adapt. The problem is impunity.”
Drodzy Państwo,
bardzo proszę o zabranie głosu, wyrażenie swojej opinii, ponieważ mnie samą nurtuje pewna kwestia.
Czy Państwa zdaniem jesteśmy bliscy tego, by artykuły pisane przez chat GPT były nieakceptowane przez recenzentów/edytorów? Recenzent może skorzystać z darmowego detektora AI. Oczywiście nie daje on 100% wiarygodnego wyniku, jednakże jest pewną wskazówką. A co z tymi, które już opublikowano? I autorem wiodącym, korespondencyjnym jest osoba, która w danym roku wypuściła spod pióra AI kilkanaście podobnych prac...
Chcę poznać zdanie również innych naukowców, więc zapytam jeszcze o to, jak widzą Państwo składanie deklaracji, że praca jest samodzielnym dziełem autorów, podczas gdy jest pisana przez AI. Czy jest to swego rodzaju nierzetelność naukowa? Może głos zabiorą osoby kompetentne także w obszarze prawa?
Zachęcam Państwa do dyskusji.
Prace pisane przez AI, a podpisywane przez osoby nie będące prawdziwymi autorami, w przypadku wykrycia nie są akceptowane, ewentualnie po fakcie są retraktowane. Nie ma tutaj pola do wyrażania dodatkowych opinii, taka jest praktyka.
jeśli Chat GPT pisze publikację, powinien znaleźć się wśród współautorów.
Niby nic zdrożnego w tym, że AI zatrudni się np. do automatycznego dowodzenia (podrzędnych) twierdzeń matematycznych - człowiek tworzy sobie rozmaite narzędzia i z nich korzysta, także w pracy naukowej. Użycia np. kalkulatora nikt dziś nie zakwestionuje, nikt nie powie, że wyłącznie liczenie ręczne jest etyczne. Inna rzecz - pomoc w przeglądzie literatury. Literatury jest przecie dziś tyle, że nikt jej całej nie zna, ja bardzo często szukając, czy ktoś czegoś przede mną nie zrobił, używam Google'a, wpisując tam parę słów-kluczy - ale to marna metoda; dopuszczam zadanie bardziej ustrukturyzowanego pytania jakiemuś GPT.
Na pewno miałbym opory moralne, gdyby całość prac miał zrobić czat, a człowiek się pod tym podpisać.
Widzi Pani, przez długi czas tego typu dylematy nie stawały przede mną, bo po prostu nigdy nie wierzyłem, że sztuczna inteligencja będzie do tego zdolna. Jestem technikiem z dość pokrewnej dziedziny, w pewnym stopniu wiem, o czym mówię. I - odwrotnie, niż niektórzy - dalej nie bardzo wierzę, że dożyjemy czasów, gdy takie pytania będą palące. Te GPT czaty potrafią bardzo ładnie mówić, ale bez sensu, zwłaszcza, jak im się zada jakąś zagadkę matematyczną (swoją drogą, wspaniały materiał dla papierni i drapieżnych czasopism: gładki, ale bezsensowny tekst).
Jest jeszcze jeden promyk nadziei, bardzo zabawny. Otóż dziedzina sztucznej inteligencji, sieci neuronowych, itp. podobnie jak inne obszary informatyczne, są akurat dziedzinami wyjątkowo dotkniętymi różnymi patologiami związanymi z punktozą. Drapieżne czasopisma, masa artykułów, za to o niskiej jakości, przyczynkarkskich, wyniki, których nikt rzetelnie nie weryfikuje. Nieraz ciężko się przebić z czymś solidnym, i wygrać konkurencję z brzydkimi praktykami, czy to prostą tandetą, czy złożonymi oszustwami. Być może więc dziedzina sztucznej inteligencji szybko się przez te praktyki zdegeneruje (coż, te patologie nie pozostają niestety bez konsekwencji) i po prostu nie będzie komu wynaleźć takiego czata GPT, który zastąpi naukowca (przynajmniej w prawdziowej nauce, nie papierniczej). -:)
W dniu 2025-01-08 w FA opublikowano artykuł „Fabryki artykułów pracują pełną parą”. Następny artykuł dotyczący tego tematu opublikowano 2025-01-13 – „Weryfikacja pozycji naukowej autora i jego jednostki kluczem do walki z papierniami”. Kilkakrotnie pisałem o tym, że co kilka dni podrzucają nam kolejne tematy. Dyskusje o poprzednich zagadnieniach umierają śmiercią naturalną. Nie są z nich wyciągane żadne wnioski. Tak będzie, prawdopodobnie, i w tym przypadku.
A teraz do rzeczy. W artykule podano, że ostatnio wycofywano, według WoS, około 2 % artykułów, prawdopodobnie spłodzonych przez papiernie. Można zakładać, że procent artykułów krajowych jest nieco mniejszy, bo po prostu nie stać naukowców opłacać tak poważne kwoty, jak podano w artykule. To, że wśród naukowców jest do 2 % nieuczciwych, wcale mnie nie dziwi. O jednym z członków CK (obecnie RDN) krążyła anegdotka, że nie napisał od ani jednej recenzji pozytywnej. Drugi z CK w książeczce, dotyczącej postępowań napisał czarno na białym, cytuję z pamięci: „Pracownik naukowy musi wypromować magistra, następnie wypromować go na doktora, a gdy ten uzyska habilitacje i profesurę, to sam może śmiało składać wniosek o tytuł”. Widzicie absurdalność takiego stwierdzenia? Dr hab. po wypromowaniu doktora musi czekać, jak ten habilituje się a następnie uzyska tytuł, to dopiero może startować na profesora! Nieuczciwość części naukowców widoczna jest w sprawach, dotyczących NCBiR oraz w komentarzach o postępowaniach grantowych w NCN. To, że z papiernikami trzeba coś zrobić, też jest oczywiste. Ale mało prawdopodobne, że działania te będą skuteczne. Taki wniosek można wyciągnąć na podstawie plagiatu, wykrytego w niektórych doktoratach i habilitacjach. Ile lat trwają sprawy najpierw na uczelniach a następnie w sądach? A przecież artykuł z papierni, chyba, nie może być nawet ścigany sądowo. Sfałszowane wyniki nie są plagiatem. Autorzy mogą zawsze powiedzieć, że pomylili się w obliczeniach, lub że miernik był wadliwy, lub ankieterzy zawiedli, lub jakieś inne wytłumaczenia zawsze znajdą się. A poza tym, pojedynczy artykuł, nawet jak sprawa trafi do sądu, zostanie uznany za „niską szkodliwość czynu”. Dodam, że nie jestem w żadnym konsorcjum, nie korzystam z papierni. Sam wypracowałem zwoją pozycję.
Wydaje mi się, że bardziej istotnymi są zagadnienia związane z ewaluacją. Dotyczy to nie 2 % a całego ogółu naukowców, to znaczy 100 %. A my uciekamy od tego zagadnienia. W ciągu 5 dni dwa artykuły dotyczące papierników. A ewaluacja została zapomniana.
Myślę że temat zakupu artykułów dotyczy ewentualnie osób które nie potrafią same nic napisać i ze względu na presję kierowników jednostek kupują jedną publikację na ewaluacje żeby się wszyscy odczepili bo albo nic nie robią albo mają inną pracę a uczelnia jest płatnikiem ZUS. Osoby pracujące na uczelni ze swoich pensji nie opłacą takiego zakupu. No chyba że ktoś pracuje poza uczelnią i ma na to środki.
Sądzę, że potrafią. Powiedzmy dwa niezłe artykuły rocznie. To nie jest mało w naukach eksperymentalnych. Po czym pojawia się pokusa, żeby dorobić sobie skromnie, powiedzmy, dalsze cztery. Szybciej przyjdzie habilitacja, a i nagroda rektora może być z tego. Osobnicy, którzy publikują setkę rocznie, to może być drobny margines. Ciekaw jestem, ilu jest tych ostrożniejszych, którzy bardziej racjonalnie budują swoją naukową karierę z takich klocków.
,,,nie potrafią same nic napisać,, to jakim cudem zrobiły doktorat? I jakim cudem zostały pracownikami naukowymi? Czy promotorzy, bliskie otoczenie nie potrafią ocenić zdolności przyszłego pracownika nauki, jego predyspozycji i przygotowania do pracy naukowej? Aż dziwi ten komentarz, ale też pewnie obnaża niektóre przypadki. Kiedyś było by to nie do pomyślenia. Rozpoczynając doktorat trzeba było się wykazać nie tylko w pracy badawczej ale też w analizie i opisie wyników badań. Każdy artykuł był sprawdzany przez promotora. U mnie jeszcze była zasada że co tydzień lub dwa młody człowiek prezentował w gronie współpracowników katedry swoje postępy prac oraz przed każdą konferencją wystąpienie publiczne. To była dobra szkoła. Robili doktorat ci najlepsi i ci najlepsi zostawali na uczelni. Nie do pomyślenia ze ktoś pracując naukowo nie potrafi nic samemu napisać.
Czasem ktoś zrobi w życiu głupotę (kto nie zrobił?) i skorzysta z usług papierni, a inny z kupnych publikacji i cytowań ułoży sobie ścieżkę do kariery. Są to naprawdę dwie różne sprawy i to ten drugi przypadek wymaga zdecydowanego sprzeciwu. Z kolei walka z naukowcami korzystającymi z "papierni" będzie wyglądać tak, że jeden wpadnie, innym się uda. Trzeba raczej ustalić przyczynę takiego stanu rzeczy niż walczyć ze skutkami.
Jak tu walczyć z nieuczciwością w pracy naukowej, jak nowe pokolenie uczulać na to, jak weryfikować młodych ludzi aspirujących do pracy naukowej i uczyć ich etyki, kiedy jawnie otrzymuje się oferty tego typu reklamowane legalnie w internecie:
https://www.e-doktoraty.pl/
http://doktoraty.net.pl/
Kiedyś było to nie do pomyślenia...dziś nauka to chyba intratny biznes - kombinujesz to "masz" nie tylko tytuły, ale i sporą kasę (patrz papiernicy i ich kartele artykułowe, ale także grantowe). Niestety, chyba i w świecie tzw. nauki wszystko kręci się wokół kasy. A uczelniom to na rękę, bo mają statystyki i swoje rankingi. Smutne czasy. Pzdr.
Wydaje mi sie, ze najwiekszym problemem tego procederu jest to, ze on narasta. Nie wiadomo ciagle, jak daleko zajdzie.
Natomiast jesli przyjmiemy, ze rzeczywiscie dotyczy on 2% calkowitej liczby manuskryptow wyslanych do publikacji, to ciagle nie jest to gigantyczny problem. Zapewne dotyczy on raczej pojedynczych osob, ktorych dorobek rzeczywiscie powinien byc poddany dodatkowej, bardziej szczegolowej ocenie. Trudno komentowac proponowane konsekwencje, poniewaz zapewne trzeba byc przygotowac przepisy prawne, ktore moglyby tutaj pomoc.
Natomiast ten proceder papierni ciagle w mniejszym stopniu, jak sadze, dotyczy naprawde waznych czasopism. Ciekawa bylaby tutaj jakas ocena tego zjawiska (korelacji pomiedzy "jakoscia" czasopisma a procentem prac tam publikowanych, ktore pochodza z papierni).
To wszystko jednak jest ciagle marginalnym zjawiskiem, jesli wezmiemy pod uwage problem powtarzalnosci w pracach, ktore dotycza projektow eksperymentalnych. To jest prawdziwa zmora nauk STEM, i nie tylko zreszta. Liczby tutaj mowia same za siebie.
Prosze spojrzec na dane z tego artykulu [https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/19478950/]:
"A pooled weighted average of 1.97% of scientists admitted to have fabricated, falsified or modified data or results at least once - a serious form of misconduct by any standard - and up to 33.7% admitted other questionable research practices. In surveys asking about the behaviour of colleagues, admission rates were 14.12% for falsification, and up to 72% for other questionable research practices."
Czyli 1/3 naukowcow sama przyznaje, ze brali udzial w "questionable research practices".
W porownaniu do 2% publikacji wyprodukowanych przy wykorzystaniu papierni, tutaj dopiero mamy PROBLEM.
A dlaczego niby proceder papierni ma w mniejszym stopniu dotyczyć naprawde ważnych czasopism? To jest powtarzany mit, że tzw. "ważne czasopismo" ma nieprzenikniony filtr odsiewający gorsze artykuły. Jest inaczej i mamy do czynienia raczej z efektem samospełniającej się przepowiedni - artykuły w mniemaniu autorów dobre są wysyłane do dobrych pism (w mniemaniu autorów), w wyniku czego w "dobrych" pismach dobrych artykułów jest stosunkowo więcej niż gdzie indziej. 90% artykułów w "dobrych" pismach to tandeta i są badania to potwierdzające, np. Seglen P.O. (1997) Why the impact factor of journals should not be used for evaluating research. BMJ314: 498–502. Więc spokojnie w tych 90% zmieści się sporo produkcji młynów papierniczych.
@Profesor PAN
Nie jestem tego pewien. Dlatego napisalem, ze ciekawe by bylo obejrzec jakies statystyki dla takich porownan.
Ale domyslam sie, bo z wlasnego doswiadczenia wiem, ze zwykle trudniej jest opublikowac artykul w pismie o IF 33 w porownaniu do pisma o IF 3.
Reviewers i editors przygladaja sie dokladniej szczegolom i wydaje mi sie, ze przez to "sito" mniej niespodzianek ma szanse sie przedostac. To nie wylapie wspolautorow, ktorych nie powinno tam byc, ale moze z wieksza efektywnoscia wylapie sfabrykowane i oparte na nieprawdziwych danych "wyniki" opisane w manuskrypcie.
Na przyklad chetnie poznalbym przyklady artykulow pochodzacych z papierni, ktore przedostaly sie do 'Nature' lub 'Science'. Tak ze zwyklej ciekawosci, nawet jesli nie bylyby z mojej dziedziny.
Spytałem o to ChataGPT i wywalił parę stron. Science i Nature to przecież nie są pisma naukowe, gdzie się publikuje artykuły badawcze, tylko biuletyny, gdzie się opowiada o osiągnięciach. Jak się ma mocne poparcie, to żaden problem tam opublikować, a przecież zdobyć mocne poparcie dla profesjonalnego oszusta to nie jest żaden problem.
Nic podobnego.
Wspaniale że mamy w Polsce takich ekspertów od publikowania w Nature/Science. Do dzieła panie profesorze!
@Profesor PAN
Nie przesadzajmy
Nature i Science to sa regularne tygodnik naukowe, gdzie publikowane sa regularne publikacje naukowe po regularnym peer-review. No tylko nieco bardziej wymagajace, niz inne pisma naukowe, srednio rzecz biorac.
W dziale "Articles" w Nature oraz w dziale "Research Articles" w Science sa artykuly badawcze, wlasnie te publikacje mam na mysli. I nie sadze, zeby tam zadzialalo jakies "poparcie dla profesjonalnego oszusta", ale jesli tak, to wlasnie (jak pisalem powyzej), ciekawy jestem w ktorym przypadku dokladnie. Jakis przyklad artykulu z papierni opublikowanego w Nature lub Science by sie przydal. Chociaz jeden.
Jest jednak problem z replikacją badań, dotyczy to również NATURE i SCIENCE. Niektóre źródła podają że chodzi nawet o co trzeci artykuł badawczy. Być dlatego jest słabo z rozwojem w wielu dyscyplinach i dziedzinach.
@Ireneusz
Jak najbardziej jest.
Dlatego jest praktycznie niemozliwe, zeby na podstawie publikacji pokazac palcem na jakies wyniki badan i powiedziec "im ufam". Niezaleznie od tego, gdzie dany artykul byl publikowany.
Ten problem z replikacja badan jest naprawde gigantyczny, i bardzo trudny do wykorzenienia.
Z matematyką nie ma najmniejszego problemu.
A tak z ciekawości ile ma Pan artykułów w nature lub Science?
A pani ile ma artykułów w Journal of Algebraic Geometry? Każdy publikuje w swych branżowych pismach. Jest interesujący tekst Davida Mumforda o tym, jak poproszono go o nekrolog jednego z wybitniejszych matematyków XX wieku Alexandra Grothendiecka. Nakrolog ten odrzucono, bo pozwolił sobie na napisanie, dlaczego to ten cały Grothendieck wielkim matematykiem był i użył określeń w rodzaju morfizm czy kohomologia. Czegoś takiego biolog nie zniesie https://www.dam.brown.edu/people/mumford/blog/2014/Grothendieck.html
Przyzna pani, że odrzucenie zamówionego nekrologu, to jest coś.
W rzeczy samej
Autorka nie wspomniała wyraźnie, jakich regionów świata ten proceder głownie dotyczy – z chęcią bym się tego dowiedział, jeśli takie analizy istnieją. Pani Profesor napisała: "Problem papierni nie omija także polskich naukowców." Ja przypuszczam, że nie tylko "nie omijają" polskich naukowców. Myślę, że papiernie i predatory journals mają większość dochodów nie z Europy Zachodniej, USA i UK, ale z Europy Środkowej, Chin, i pewnie trochę mniej z takich krajów jak Pakistan i Indie (bo tam nie ma pieniędzy na zakupy).
Zgodnie z danymi z końca 2023 r. (R. van Noorden, More than 10,000 research papers were retracted in 2023 — a new record, Nature, vol. 624, 21-28 December 2023, s. 479) do krajów, które mają największy współczynnik retrakcji należą w kolejności: Arabia Saudyjska, Pakistan, Rosja, Chiny, Egipt, Malezja, Iran, Indie.
W wolnej chwili postaram się popatrzeć jak wyglądała sytuacja w 2024 r. (według danych Retraction Watch Data)
Podejrzewam, że Polska jest znaczącym klientem, bo polski system ewaluacji jest jakby ustawiony pod biznesowy profil przedsiębiorstwa International Publisher LLC. Nie żebym oskarżał wprost ale jakieś ziarno podejrzenia zostało zasiane.
Normalnie, aż wstyd być naukowcem.
Nie jest, około 4-5 retrakcji na 1000 prac. Mniej niż np. W USA. Oczywiście indie wiada prym...
Aż z ciekawości zajrzałem na stronę. Istotnie, całkiem otwarcie oferują usługi, które moim zdanie są pospolitymi przestępstwami, poczułem się, jakbym oglądał film Murder, Inc.
PS. Jednej usługi nie ma na liście: zapewnienia jakiś 140 punktów na polskiej liście ministerialnej. Domyślam się, że przedsiębiorstwa tego typu publikują tylko cennik usług standardowych, cey usług specjalnych ustalane są podczas negocjacji.
Panie Profesorze,
To proszę spojrzeć na tę stronę - odkryta przez prof. Abalkinę chyba 2 lata temu.
http://123mi.ru/us/
To się da skomentować tylko po rosyjsku: i smieszno i straszno.
Wątpię, że tak będzie: "przekładająca się być może na żądanie zwrotu funduszy uzyskanych przez naukowca i uczelnię na podstawie zakwestionowanego artykułu/artykułów." Przecież NCN rozdaje papiernikom i retractionom granty.
NCN nie uznaje artykułów opublikowanych w krajowych czasopismach lub wydawnictwach , chyba jakieś kompleksy. Jak kierownik grantu zapłaci za publikowanie zagranicą to jest OK. A nie weryfikują papierni. Być może zaczną. Bo zrobiło się nie miło.
Nic podobnego.
To jest niestety efekt ustawy Gowina i nacisku na punktozę i te całe IF....Kiedyś publikowało się w polskich czasopismach naukowych, które były bardzo dobrymi czasopismami. Recenzje artykułów były rzetelne, a same prace w nich publikowane miały dużą wartość. Mało tego, nie tylko publikowanie w polskich czasopismach naukowych miało wartość, ale także publikowanie w pismach branżowych. Dziś publikacja naukowca w piśmie branżowym nic nie znaczy, a przecież tam publikuje się treści o dużym znaczeniu praktycznym. W Elsevierze publikowało się prace bogate, skończone, wnoszące coś istotnego do danej dziedziny nauki i to był zaszczyt jak artykuł został tam opublikowany. Teraz poszliśmy w stronę zbierania punktów, a ci najbardziej "zahoplowani" na podnoszeniu swoich IH i liczby cytować, nie ważne jakim kosztem. W związku z tym nawet wolą zapłacić takiemu mało znaczącemu MDPI, bo mają pewność opublikowania i zdobycia punktów, z których jednostka organizacyjna się rozlicza, a tym samym cała uczelnia.