Aktualności
Sprawy nauki
28 Lutego
Źródło: UWM
Opublikowano: 2025-02-28

Geniusze nie tylko z Azji

Pęd za „osiągnięciami” mierzonymi liczbą publikacji i cytowań, wymuszony poniekąd systemem oceny dorobku naukowego, od lat przybierał na sile. Przyszedł do nas w końcu trend zatrudniania „niezwykle uzdolnionych” naukowców z dorobkiem publikacyjnym (bo przecież nie naukowym!) dorównującym noblistom. Podczas rekrutacji patrzono na liczby (…) Zatraciliśmy w nauce instynkt i świadomość, że liczą się tylko wyniki uzyskane w drodze rzetelnych badań, a nie publikacje – pisze Piotr Kieraciński, redaktor naczelny „Forum Akademickiego”.

Fabryki artykułów pracują pełną parą – artykuł Mariusza Karwowskiego pod takim tytułem opublikowaliśmy w naszym serwisie internetowym na początku stycznia tego roku. Cieszył się ogromnym zainteresowaniem czytelników i miał dalekosiężne reperkusje. Przez ostatnich kilka lat na łamach „Forum Akademickiego” wielokrotnie zwracaliśmy uwagę na istnienie „spółdzielni” publikacyjnych i „fabryk” artykułów oraz na inne nierzetelne lub podejrzane praktyki publikacyjne zarówno po stronie autorów, jak i wydawców.

W 2022 roku Jolanta Szczepaniak w artykule Fabryki artykułów dokładnie zobrazowała problem, który dziś wzbudza tyle emocji. O tych i podobnych praktykach pisali też m.in. Tadeusz Dudycz, Edward Radosiński, Halina Szatyłowicz i Adam Proń, Małgorzata Skórzewska-Amberg, Stanisław Krawczyk i Paweł Lenartowicz, Maria Matusiewicz, Zbigniew Zembaty i Tomasz Lewiński oraz wielu innych autorów. Problem nie jest więc ani nowy, ani jego rozpoznanie nie nastąpiło cudownie na przełomie 2024 i 2025 roku. I nie dokonali tego zagraniczni blogerzy, ale dostrzegli go i dobrze opisali (nie tylko na łamach „Forum Akademickiego”) polscy autorzy, przedstawiciele środowiska akademickiego, obserwujący szkodliwe praktyki publikacyjne w swoim otoczeniu.

Już kilka lat temu niektórzy przedstawiciele akademickiego establishmentu zwracali na to uwagę i zaczęli reagować na te praktyki. Inni jednak nie raczyli traktować ich poważnie, a wprost przeciwnie. Pęd za „osiągnięciami” mierzonymi liczbą publikacji i cytowań, wymuszony poniekąd systemem oceny dorobku naukowego, nabierał siły. Przyszedł do nas w końcu trend zatrudniania „niezwykle uzdolnionych” naukowców z dorobkiem publikacyjnym (bo przecież nie naukowym!) dorównującym noblistom. Podczas rekrutacji patrzono na liczby, a nie na całość dorobku, potwierdzone dokonania naukowe. Na polskich uczelniach pojawili się „geniusze z Azji”, których ujawnienie w ostatnim czasie spowodowało burzę. Dlaczego właśnie teraz? Czyżby „umiędzynarodowienie” tematu miało znaczenie? Aż tak jesteśmy metanaukowo niesamodzielni?

W dyskusjach podkreśla się, że korelacja różnych patologii publikacyjnych z praktykami wydawców naukowych nie jest od rzeczy. Ponad dwadzieścia lat temu jeden z prominentnych badaczy, członek PAN, wybitny uczony zwrócił mi uwagę na zdominowanie rynku wydawnictw naukowych przez oligopole – grupa wielkich wydawców naukowych, niekiedy wspieranych przez władze polityczne swoich krajów, wykupuje mniejszych; skupuje też tytuły od uczelni i innych instytucji naukowych, skupiając w swoim ręku setki, a niekiedy tysiące czasopism. Nie chciał się wypowiedzieć na ten temat w FA, bowiem – jak sam przyznał – był redaktorem ważnych w swojej branży czasopism, wydawanych przez „Wielkiego Wydawcę”.

W pewnym sensie pokazuje to, jak nauka oddała pole, a może wręcz oddała się biznesowi. Komercjalizacja rynku wydawnictw naukowych w połączeniu z siłą wielkich wydawców nie jest dla nauki dobra. Niestety, jak twierdzą specjaliści z zakresu zarządzania nauką – m.in. w rozmowie ze mną prof. Łukasz Sułkowski – tego się już nie da odwrócić. Co więcej, zarządzający nauką negatywnie oceniają działalność wydawniczą podległych sobie jednostek. Na łamach FA przedstawialiśmy problem Instytutu Botaniki PAN w Krakowie, któremu audytorzy z Wydziału II PAN zarzucali wydawanie własnych czasopism, co było przyczynkiem obniżenia oceny placówki. Zatem nie warto dbać o jakość badań i publikacji, o zachowanie realnego wpływu na czasopisma z danej dziedziny, bo za to dostaje się po uszach. Naprawdę liczą się „wpływy” mierzone danymi z międzynarodowych baz, a nie realne osiągnięcia naukowe i rzeczywista jakość badań i publikacji?

Jolanta Szczepaniak we wspomnianym wyżej artykule precyzyjnie opisała problem, dostrzegając jego związki z wielkimi, cenionymi wydawcami:

W ostatnich latach nasilił się nawet bardziej niepokojący rodzaj naukowej patologii – fabryki artykułów (research paper mills). To komercyjne podmioty, które produkują artykuły naukowe na żądanie, bazując na sfałszowanych lub zmanipulowanych danych i plagiatowaniu cudzego dorobku. Autor, który kupił publikację poprzez fabrykę artykułów, otrzymuje gotowy tekst i zestaw danych okraszony zdjęciami, wykresami i tabelami, które tylko pozornie są wiarygodne. W rzeczywistości cały artykuł opiera się na zmanipulowanych obrazach i sfałszowanych danych badawczych. To sprawia, że nie ma żadnej wartości naukowej. Naukowiec, który podpisuje się pod takim tekstem, w rzeczywistości nie przeprowadził żadnych badań ani nie dysponuje oryginalnymi, surowymi danymi, które pozwoliłyby innym naukowcom na zweryfikowanie wyników lub powtórzenie badań. Niestety takich tekstów są setki i to w prestiżowych, wiarygodnych czasopismach, które indeksują najważniejsze bazy bibliometryczne.

Bo „fabrykant” bez dobrego wydawcy nic nie znaczy, podobnie jak bez współautorów, często z dobrymi nazwiskami w swoich dyscyplinach. To dobre czasopismo, indeksowane, znane, liczące się czy wręcz cenione, daje jego tekstom „imprimatur”, potwierdza ich „naukową jakość”, potem owi „namówieni” w jakiś sposób współautorzy, a wreszcie potwierdzają ją cytowaniami inni naukowcy. Dają się na to nabrać jeszcze inni badacze i recenzenci, ale także agencje grantowe i instytucje naukowe, nawet porządne uczelnie. Zatraciliśmy w nauce instynkt i świadomość, że liczą się tylko wyniki, uzyskane w drodze rzetelnych badań, a nie publikacje. Że „prawda jest najważniejsza”.

Piotr Kieraciński

Dyskusja (33 komentarzy)
  • ~młody naukoweic 02.03.2025 13:44

    Kolejny artykuł i debaty, które nic nie wnoszą.
    Ja jako młody naukowiec chcący uczyć się nowych rzeczy i podejmować ryzyko (głównie czasowe) na sprawdzanie nowych tematów, nie mogę sobie zbytnio na to pozwolić, ponieważ system zmusza mnie do produkowania jak największej liczby publikacji. Jeśli nie pójdę za wymogami systemu, to mam nikłe szanse na zdobywanie projektów, grantów, nagród, a na koniec będę dowalony dydaktyką w nadmiarze, przez co tym bardziej nie będzie czasu na novelty i originality.
    Już nie mówiąc o zarabianiu pieniędzy i utrzymaniu się.
    Zatem mam prośbę do starszych i bardziej doświadczonych Kolegów - co konkretnie mógłbym zrobić, aby odnaleźć się w tych realiach?

    • ~Prof 08.03.2025 23:56

      Nie wiem, czy należę do kategorii „starszych”, mam 45 lat.

      Moja pierwsza rada: jedna solidna publikacja w ciągu pięciu lat, opublikowana w czasopismach takich jak Nature lub Science, jest bardziej wartościowa niż 20 publikacji o przeciętnym poziomie. Istotne jest jednak, aby być pierwszym autorem, głównym pomysłodawcą i motorem napędowym projektu. Gwarantuję, że taka publikacja zapewni Panu/Pani równie wysoką lub wyższą ocenę od recenzentów NCN niż przedstawienie dorobku obejmującego 20 publikacji o średnim lub niższym poziomie.

      Moja druga rada: nigdy nie publikuj słabej pracy. Nawet jedna taka publikacja będzie się za Panem/Panią ciągnąć i może negatywnie wpłynąć na dorobek naukowy.

      • ~Alek Rachwald 10.03.2025 14:55

        Uważam radę za ogólnie dobrą, jednak raczej na kolegi czy nawet powiedzmy moim poziomie (uwaga, będzie brzydkie słowo!) ustopniowienia/utytułowania. Natomiast co do szczegółu, to młody naukowiec, zanim w ciągu pięciu lat dojdzie do tej swojej pierwszej pracy w "Science", ma poważne szanse wylecieć z roboty na skutek negatywnej oceny okresowej. Realia. Zatem zwykła taktyka nie pozwala przyjąć aż tak ambitnych celów na początek. Sugeruję raczej parę dobrych prac w czasopismach z normalnej średniej półki, a potem już robić po swojemu, jeśli talent pozwala.

    • ~Alek Rachwald 04.03.2025 11:32

      Rozumiem pewną gorycz, ale zwracam uwagę, że ten artykuł staje właśnie w obronie kolegi jako rzetelnego naukowca.

    • ~rwgwr 02.03.2025 20:41

      Niby w jaki sposob system wymusza duza liczbe publikacji? Cztery na cztery lata to duzo?

    • ~Profesor PAN 02.03.2025 18:54

      Zmienić realia. Wyjechać albo zmienić zawód. Nie należy wierzgać przeciw ościeniowi, po Wenecji nie jeździ się samochodem a alpinizm nie jest uprawiany w Holandii (czy jak się teraz mówi - Niderlandach). Skoro polskie państwo nie życzy sobie nauki, należy się do tego zastosować.

      • ~Rotker 03.03.2025 08:05

        "Skoro polskie państwo nie życzy sobie nauki,..." Profesor z PAN i sobie nie życzy! Czyżby państwo to kumple i zgraja co się dorwała do rządzenia?

        • ~Profesor PAN 03.03.2025 10:09

          Ta zgraja, co się dorwała do rządzenia, została wybrana w niesfałszowanych wyborach powszechnych. Co gorsza - wcześniej rządziła inna zgraja, też wybrana w niesfałszowanych wyborach powszechnych, i jej stosunek do nauki był identyczny. Stosunek do nauki jest jedynym punktem wspólnym wszystkich polskich opcji politycznych. Czy jak sobie nie życzę nauki? Skoro się tym zajmuję, to pewnie sobie życzę. Ale co ja sobie życzę, to nie ma żdnego znaczenia, ważne czego sobie życzy naród. Nauki sobie zdecydowanie nie życzy.

    • ~Ida 02.03.2025 16:54

      Utalentowani i uczciwi nie mają problemów też finansowych, bo stawiają na jakość

  • ~Hej 01.03.2025 13:25

    Obrzydzenie mnie bierze na tych niestety licznych pseudonaukowoow , zakompleksionych oszustów, którzy fabrykują dane, plagiatują czy dopisują się. Jednocześnie oszuści często mają największe parcie do władzy proporcjonalne do ich tępoty, prymitywizmu i zaściankowości.

  • ~Marcin Przewloka 01.03.2025 12:55

    Niestety, nauka swiatowa jakos dala sie zapedzic w kozi rog w temacie publikowania wynikow badan naukowych. Obecnie dostepne modele, szczegolnie kiedy rozwazamy koszty publikowania, sa nieadekwatne, wyzyskujace wymog publikowania, i zwyczajnie niesprawiedliwe. To nie ulega watpliwosci i wlasciwie wszyscy o tym mowia, byc moze z wyjatkiem samych wydawcow. Wielki problem, na ktory obecnie nie ma dobrego rozwiazania. Sa proby i propozycje, jak to zmienic, ale zadna z nich nie wydaje sie byc realna w sensie wprowadzenia jej w zycie.
    Czesciowo wynika to z tego, ze publikowanie bardzo scisle polaczone jest w swiecie zachodnim z dwoma innymi aktywnosciami: aplikowaniem o granty oraz z zatrudnianiem i promocja zawodowa. Bardzo trudno jest to wszystko rozwiazac.
    I czesciowo wlasnie z tego powodu biora sie wszystkie korupcyjne zachowania. Do starego jak swiat publikowania zmyslonych lub zmanipulowanych wynikow teraz dochodza sprawy takie jak papiernie czy publikowanie w czasopismach, ktore nazywamy drapieznymi.
    Kazdy, kto widzi jasne i proste rozwiazanie tych problemow, pomysl ktory mogloby zmienic podejscie nauki swiatowej w tym temacie i uzdrowic sytuacje, myli sie. Nie ma prostego rozwiazania, ktore jednoczesnie byloby realne i latwe do wprowadzenia. Ale niewatpliwie trzeba szukac dalej, bo ostatecznie cos zrobic trzeba. Jakos trzeba ten gigantyczny problem rozwiazac.

    Niezaleznie od tego, trzymajmy sie pewnych priorytetow, ktore zgodnie z przyjetymi definicjami oraz rozumieniem tego, co to jest nauka i czego oczekujemy od naukowcow, kieruja swiatem wspolczesnej nauki. I tutaj, jak na razie, raportowanie tego, co sie odkrylo albo zaobserwowalo (czyli publikowanie naukowe) ciagle pozostaje jedna z najwazniejszych powinnosci naukowcow. Miedzy innymi z racji tego, kto placi za badaia naukowe, naukowcy powinni opowiadac calemu swiatu naukowemu o tym, co zaobserwowali, jakie wyniki otrzymali w czasie swoich badan i eksperymentow. To jest sedno pracy naukowej. Dlatego tez zdanie z artykul pana Piotr Kieracińskiego, ktore brzmi "Zatraciliśmy w nauce instynkt i świadomość, że liczą się tylko wyniki, uzyskane w drodze rzetelnych badań, a nie publikacje" bedzie prawdziwe TYLKO wtedy, jesli zamiast publikowania naukowcy beda komunikowac wyniki swoich badan w jakis inny, na razie jeszcze niewykorzystany szeroko sposob. Jesli nie, to moim zdaniem to stwierdzenie jest nieprawdziwe, poniewaz wyniki same z siebie, schowane do szuflady, ukryte przed swiatem, tak naprawde dla tego swiata nie istnieja. Bez oglaszania swiatu wynikow swoich badan, progres nie istnieje, nowe technologie sie nie rozwijaja i cywilizacja nie bedzie szla do przodu. Naukowcy MUSZA opowiadac calemu swiatu o swoich obserwacjach.

    • ~kk 01.03.2025 13:43

      Cywilizacja będzie szła do przodu i spokojnie można chować wyniki do szuflad.

      Niemcy faszystowskie nie ujawniały wyników swoich badan, a stan zaawansowania ich nauki wyprzedzał inne narody.

      Zresztą teraz nie wszystkie wynik badań naukowych ujrzały światło i bardzo dobrze, gdyż Taka Rosja czy Korea Północna wykorzystałyby przeciwko innym.

      • ~Alek Rachwald 04.03.2025 11:35

        Pomijając nawet meritum, Niemcy nazistowskie ostatecznie nie osiągnęły wymarzonego sukcesu, a ich nauka też nieprzesadnie im pomogła w starciu z innymi państwami dysponującymi nauką równie, lub bardziej zaawansowaną. A także z jednym państwem, które uważało, że ilość jest jakością sama w sobie.

        • ~kk 04.03.2025 11:40

          Zapomina Pan, gdzie po wojnie pracowali niemieccy naukowcy, w USA .

          • ~Alek Rachwald 04.03.2025 15:04

            Korzyść dla Niemiec hitlerowskich z tego żadna.

      • ~Marcin Przewloka 02.03.2025 19:09

        @kk

        Musialbym sporo tekstu nawstukiwac w to okienko do komentowania, zeby wyjasnic, dlaczego sie nie zgadzam z tymi stwierdzeniami, wiec napisze tylko, ze sie.... nie zgadzam. Calkowicie sie nie zgadzam; przepraszam, ze pisze to bez uzasadnienia.

  • ~Rotker 01.03.2025 12:03

    Pewien pan prof. nawet ma fuchę na KUL ma tyle " 1,613 Publications, 719,267, Reads, 143,222, Citations".

    Według autora tego artykułu Że „prawda jest najważniejsza”. Prawda czy nie prawda, ale liczby mówią same za siebie.

    Ten pan prof. "W 2002 ukończył studia..." dziś mamy rok 2025. Więc pan prof. jest, można powiedzieć geniuszem w produkcji publikacji, rocznie mamy: 70.1, a miesięcznie 5.8. W medycynie widocznie tak można tyle produkować, wykładać na kilku uczelniach i leczyć jednocześnie?.

    Ciekaw jestem, jakie wielkie ten pan ma odkrycia, osiągnięcia, ale liczba publikacji i zajęć powala mnie i nie wiem kiedy ten pan ma czas na odpoczynek?.

    Jako pacjent, życzę panu prof. sukcesów, bo od Jego sukcesów moje zdrowie może zależeć.

  • ~Nika 28.02.2025 20:49

    Pamiętam jak się kilkanaście lat temu dziwiłam, że polskie środowisko chemików rezygnuje z wydawania Polish Journal of Chemistry. Teraz chociaż rozumiem dlaczego. To naprawdę nudne, że zawsze wytłumaczeniem są pieniądze...

  • ~PŻ 28.02.2025 20:19

    Do Pana Piotra Kieracińskiego, redaktora naczelnego FA.
    Szanowny Panie, z zadowoleniem przeczytałem Pana artykuł. Cieszy mnie, że praktycznie po raz pierwszy w dyskusji w FA nie wspomniał Pan o tak zwanych czasopismach „drapieżnych”. Z kontekstu Pana wypowiedzi można wywnioskować, że papierników nie bardzo obchodzą takie czasopisma. Zależy im na publikacjach w starych dobrych czasopismach, zrzeszonych w oligopole. Uprzejmie proszę o opublikowanie w następnym artykule Pana przemyśleń, jak zlikwidować lub choć by zmniejszyć zjawisko w kraju. Bo poza Polską nie mamy na to szans.

    • ~św. Ignacy Antiocheński 28.02.2025 22:48

      To mylny wniosek. Dla papierników publikowanie w słabszych, mniej wybrednych czasopismach jest sposobem generowania cytowań. Jest to możliwe dzięki temu, że wskaźniki bibliometryczne jak h-index nie rozróżniają pomiędzy cytowaniami w dobrych i w złych publikacjach.

      W ogóle papiernictwo nie polega tylko na produkcji artykułów. To jest całościowy model pracy naukowej: fabrykowanie dorobku (publikacji, cytowań, występów na konferencjach, również stopni naukowych), starania o granty, nawiązywanie kontaktów z odpowiednimi ludźmi, zatrudnianie swoich macherów, budowa konsorcjów badawczych.

      • ~PŻ 01.03.2025 10:35

        Do św. Ignacy Antiocheński. Proszę o ponowne uważne przeczytanie powyższego artykułu. Tam znajdzie Pan św. odpowiedź na Pana komentarz.

      • ~Profesor PAN 01.03.2025 09:39

        Uczciwa nauka też na tym polega. A nie pomyślał pan sobie, że papiernictwem jest znacznie większa część nauki niż ostatnie ewidentne przewały kilku Azjatów? Tylko że to papiernictwo pokryte już patyną, zasłużone i poniekąd szlachetne.

  • ~Fidelio 28.02.2025 17:23

    Bardzo celny artykuł. Zwraca uwagę na możliwość dokonania wielkiej systemowej manipulacji przez środowiska wydawnicze.
    Nie lubię się powtarzać, ale tym razem to zrobię. Przytoczę ponownie na FA przykład z dziedziny sztuki, który mnie swego czasu mocno zadziwił i dał do myślenia. Nasz wspaniały przedwojenny pianista Ignacy Friedman wypowiedział się na temat roli krytyki niemieckiej w percepcji muzyki i dokonań kompozytorów. Stwierdził, że działalność krytyki niemieckiej w owym czasie doprowadziła do powszechnego niedoceniania wszystkiego, co nie jest muzyką niemiecką. Podał przykład szokujący - stwierdził, że Beethoven i Purcell to równie wielcy kompozytorzy, podczas gdy ogół opinii - tak wtedy, jak i zresztą do dziś usadowi Beethovena na "podium wszechczasów", i każe mu z góry spoglądać na jakiegoś tam Purcella. W kontrze niejako Friedman zajął się także działalnością publikacyjno-wydawniczą, mianowicie po prostu opracowywaniem dzieł Chopina - po to, by go w opinii muzycznej wznieść. Oczywiście Friedman użył swojej subiektywnej oceny kompozytorów, ale z tym zastrzeżeniem całość wypowiedzi była szokująca, bo pokazywała jak wielkie skrzywienie w opinii środowiskowej są w stanie wywołać piszący i wydawcy, jeśli działają konsekwentnie i długofalowo, zapewne wspólnie, być może spojeni poczuciem patriotyzmu, być może jakimiś bardziej przyziemnymi interesami. Są społeczeństwa i środowiska, które potrafią działać długofalowo i osiągać niespotykane rezultaty.
    Czy z czymś podobnym nie mieliśmy do czynienia w nauce przez ostatnie 20-30 lat? Sama idea powstania prywatnych podmiotów indeksujących czasopisma pachnie od początku subtelną i dobrze przemyślaną manipulacją. Zaczyna się to od arbitralnego wykluczenia jednych, pozostawienia drugich. Ci wykluczeni odpadają z siłą wzmocnioną dodatnim sprzężeniem zwrotnym. Czy w krwioobiegu wydawniczym nie jest rzeczą normalną, aby wyrastały nowe, ważne czasopisma - np. z małych lokalnych pism, ale organizowanych przez jakiś prężne środowisko. W czasach bibliometrii jest to oczywiście bardzo trudne, nikt do takiego wznoszącego się czasopisma nie napisze, bo nie przełoży tego na swą ocenę. Z drugiej strony trwa zadziwiający proces wykupywania wszystkiego i wszędzie przez wielkich wydawców. Państwa, których społeczeństwa historia obarczyła co większymi kompleksami, chętnie łykają haczyk bibliometrii i wprowadzają te zagraniczne, prywatne podmioty bibliometryczne do swoich przepisów organizujących naukę. Teraz, skoro mamy monopol, to mamy też możliwość wpływać na ocenę prowadzonych badań i publikacji w stopniu nie mniejszym niż niemieccy krytycy muzyczni na postrzeganie muzyki, przy tym "opinię naukową" można głęboko wykrzywiać. Wykrzywienie to może potencjalnie dotyczyć różnych kwestii, np. narodowości badaczy, kto wie, może też kwestii, ogólnie mówiąc, światopoglądowych, na ile przecinają się one z naukowymi, a może też dotyczyć zwyczajów wydawniczych - jakości publikowanych prac, etyki naukowej i publikacyjnej, preferowania przyczynkarstwa przed głębokimi badaniami, itd. To ostatnie, jak i to pierwsze, ma potencjał ostatecznie przynieść nam wielkie zyski.
    Jest jasne, że przedstawiam jedynie swoje wrażenia, supozycje nawet, nie potrafię dokładnie zakreślić grona czarnych charakterów ani precyzyjnie określić ich celów. Jednak wrażenia moje są bardzo silne. W dyskusji nad ewaluacją i patologiami publikacyjnymi pamiętajmy, że wydawcy mają w ręku olbrzymią moc, jeśli tylko działają długofalowo. W tym ostatnim niestety Polacy akurat są kiepscy i zapewne ciężko im też takie rzeczy dostrzegać.

    • ~Guest1234 01.03.2025 08:23

      To, oczywiście prawda. Ale gdy chodzi o oceny. Nawet w humanistyce funkcjonują jednak nie tylko oceny. Najważniejszym artykułem ostatnich lat w szeroko pojętej humanistyce jest "Attention is all you need" z 2017 roku, który doprowadził do powstania LLM w obecnym kształcie. I żadne zaklęcia nie zmienią tego faktu.

  • ~Niezbyt przekonana 28.02.2025 16:23

    Nie wiem, czy to coś da, jeśli nieetycznecsytuacje będą zamiatane pod dywan przez uczelnie lub wydawnictwo Ostatnio zgłaszałam dorobek jednej doktorantki (Polki!) Politechniki Gdańskiej w editorial office, ponieważ popełniła plagiat. Miała identyczne dane i rysunki w 3 artykułach. Co zrobiło czasopismo? Nic. Dziewczyna na bazie tych artykułów obroniła doktorat z wyróżnieniem i jest teraz adiunktem na tej samej uczelni. W tym samym czasie, wielu uczciwych doktorantów nie dostało zatrudnienia.

    Nie ma sensu być uczciwym.

    • ~Alek Rachwald 04.03.2025 11:40

      Jeśli rzecz odbyła się w opisany sposób, to technicznie nie był to plagiat, tylko autoplagiat, a więc rzecz znacznie trudniejsza do ukarania, bowiem niekaralna kodeksowo, jakkolwiek nieetyczna i stawiająca dorobek pod znakiem zapytania. Niestety wiele instytucji woli w takiej sytuacji nie ruszać paskudztwa, bo wynik niepewny.

    • ~Marcin 01.03.2025 18:12

      PG to uczelnia o fatalnej reputacji, na którą ciężko sama zapracowała. Nie ma co psuć sobie cv pracą w takich miejscach i zazdrościć takim ludziom jak pani opisana w poście.
      Podobnie jest np.z KUL. Jeśli uczelnia ma takich profesorów jak p. Czarnek to najlepsze ostrzeżenie, żeby się od niej trzymać z daleka.

      • ~Wojciech 02.03.2025 16:57

        Nie prawda, bardzo dobr uczelnia, potrafi rozpoznać oszustów po ich ‚arcydziełach’ i wyeliminować jak inna uczelnia zamiata sprawę pod dywan.

    • ~Marek Wroński 28.02.2025 17:16

      Proszę o kontakt.

      Marek Wroński,
      marekwro@gmail.com

    • ~św. Ignacy Antiocheński 28.02.2025 17:09

      Warto napisać o tym plagiacie na PubPeer. A Politechnika Gdańska to jest długi temat. Polecam znaleźć na stronie PG listę pracowników zatrudnionych w programie Nobelium, i kolejno wyszukiwać nazwiska na PubPeer.

      • ~Witold 28.02.2025 20:52

        Proszę zgłaszać na pubpeer a zobaczy Pan czy się ukaże. Publikują tylko to co im pasuje i wpisuje się w ataki na pewne osoby.

        • ~św. Ignacy Antiocheński 28.02.2025 22:23

          Nikt tam nie kryje naszych papierni. Wręcz przeciwnie.

          • ~Alek Rachwald 05.03.2025 11:07

            Co jest dla nas jako polskiej nauki najlepsze, bo oczyszczenie własnego podwórka to oczywisty priorytet.