Pojawiają się głosy, że skoro celem są innowacje, to należy finansować tylko badania aplikacyjne. Ale pomysły na nie wyrastają najczęściej z badań podstawowych. Cały dzisiejszy postęp w postaci nowoczesnych leków biologicznych, terapii genowych, komputerów, w tym kwantowych, czy dużych modeli językowych, ma swoje źródło w badaniach podstawowych. Konieczne jest więc ich finansowanie – przekonuje dr hab. Marek Wypych z Pracowni Obrazowania Mózgu w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.
Kilka dni temu Sejm zatwierdził budżet na 2026 rok, kolejny raz zmniejszając udział wydatków na naukę w PKB. Bardzo oddala nas to od unijnego zalecenia 3% i budzi szereg zrozumiałych emocji w środowisku naukowym. Oficjalnym powodem jest konieczność zwiększenia wydatków na obronność, ale finansowanie polskiej nauki jest bardzo słabe od lat. Można więc spytać, dlaczego nauka traktowana jest przez rządzących aż tak po macoszemu. Przy czym argument, że „nie stać nas, bo jesteśmy biednym krajem” odpada, bo przecież aspirujemy do G20.
Myślę, że powodów jest kilka. Obawiam się, że rządzący (kto by to nie był) skupiają się przede wszystkim na kolejnych wyborach. Inwestycja w naukę może się zwracać, ale w perspektywie przynajmniej kilkunastu lat – czyli nie przed kolejnymi wyborami. Równocześnie środowisko naukowe jest na tyle nieduże, że rządzącym nie opłaca się mocno walczyć o jego głosy.
Wydaje się jednak, że problem leży głębiej – większość ludzi, w tym polityków, nie rozumie dlaczego nauka jest ważna i potrzebna. Prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, prof. Krzysztof Pyrć, podczas niedawnego wręczenia Nagród FNP zauważył, że „pojawiają się głosy kwestionujące rolę nauki, pojawiają się pytania, czy państwo powinno finansować badania naukowe”. W internetowych dyskusjach dotyczących finansowania nauki coraz częstsze są opinie, że „nauka przepali każdą kasę”. Co więcej, z moich rozmów i obserwacji wynika, że nawet my, naukowcy, nie zawsze potrafimy uzasadnić, czy i dlaczego państwo powinno finansować badania naukowe.
Uważam więc, że powinniśmy jeszcze bardziej starać się tłumaczyć to zarówno społeczeństwu, czyli podatnikom, jak i politykom. I to nasza, naukowców, rola, bo nikt nas w tym nie zastąpi. Jak mówiłem w niedawnym wywiadzie dla magazynu „Forbes”, potrzebujemy nauki, bo potrzebujemy specjalistów, m.in. na wypadek sytuacji kryzysowych, jak pandemia czy śnięcie ryb w Odrze, ale też, żeby rozumieć i móc reagować na zmieniający się świat, w tym zmiany klimatu czy pojawiające się nowe technologie. Specjalistów potrzebujemy też do nowoczesnego kształcenia studentów wszystkich kierunków. A żeby być specjalistą w nauce, trzeba prowadzić badania. Badań potrzebujemy również, żeby zaspokajać ciekawość świata. Część społeczeństwa fascynuje się odkryciami naukowymi, zarówno z zakresu nowych technologii czy medycyny, jak i tymi, które mają mniejszy i mniej bezpośredni potencjał na przełożenie praktyczne, jak np. archeologia czy kosmologia. Wartością dla społeczeństwa jest więc też popularyzacja nauki.
Oczywiście, badania naukowe są także warunkiem koniecznym tworzenia innowacji. Słowo „innowacje” pojawia się często, i chyba słusznie, jako jeden z głównych argumentów w apelach środowiska naukowego o zwiększenie finansowania nauki. Inwestycja w naukę może zwrócić się dzięki edukacji i właśnie innowacjom. Ale innowacje to nie tylko kwestia zysku – prezes Polskiej Akademii Nauk, prof. Marek Konarzewski, stwierdził niedawno, że jeśli nie zwiększymy finansowania nauki „stracimy do reszty suwerenność technologiczną”.
Pojawiają się więc głosy, że skoro celem są innowacje, to należy finansować tylko badania aplikacyjne. Ale pomysły na badania aplikacyjne wyrastają najczęściej z badań podstawowych. Co więcej, tematyka badań podstawowych zwykle nie jest przypadkowa, a prowadzącym je naukowcom często przyświeca idea, żeby dołożyć cegiełkę do czegoś, co w przyszłości będzie wartościowe dla ludzkości. Cały dzisiejszy postęp w postaci nowoczesnych leków biologicznych, terapii genowych, komputerów, w tym kwantowych, czy dużych modeli językowych, ma swoje źródło w badaniach podstawowych. Konieczne jest więc ich finansowanie.
Ale od badań podstawowych do rzeczywistych innowacji droga jest daleka i często kręta. Mamy tu sporo do nadrobienia i samo zwiększenie finansowania badań podstawowych nie wystarczy.
Po pierwsze, w Polsce praktycznie nie ma programów finansowania badań translacyjnych czy, mówiąc inaczej, badań aplikacyjnych o niskim poziomie gotowości technologicznej. Narodowe Centrum Nauki finansuje badania podstawowe realizowane w jednostkach naukowych, natomiast oferta Narodowego Centrum Badań i Rozwoju – na finansowanie badań rozwojowych i wdrożeniowych, skierowana jest przede wszystkim do przedsiębiorców. I w zasadzie nie ma nic pomiędzy. Przy takim modelu finansowania, trudno oczekiwać od polskiej nauki efektów w postaci innowacji. Jedyna oferta na finansowanie badań translacyjnych, to nowe programy FNP – ale to kropla w morzu potrzeb i naszego potencjału. A ten potencjał mamy naprawdę duży, co widać po zainteresowaniu nowymi programami, jak choćby konkursem „Proof of Concept”.
Kolejna kwestia, to wsparcie i akceleracja współpracy między nauką i biznesem. Wydaje mi się, że wreszcie zaczynamy rozumieć wagę tego problemu. Półtora roku temu NCBR wróciło spod Ministerstwa Rozwoju do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Prof. Jerzy Małachowski, dyrektor NCBR, powtarza, że jego celem jest zwiększenie współpracy między nauką i biznesem. Niedawno MNiSW zorganizowało kongres „Nauka dla Biznesu”. Chciałbym wierzyć, że nie skończy się na słowach, a kolejnym krokiem będzie uruchomienie programów, które będą realnie wspierać rozwijanie innowacji.
Myślę, że warto tu korzystać z doświadczeń innych krajów, gdzie często oprócz finansowania badań na poziomie „proof of concept” istnieją programy finansowania projektów realizowanych we współpracy przedsiębiorców i naukowców. Do tego mogłyby dojść różne ulgi dla przedsiębiorców pracujących wraz z naukowcami nad innowacjami, platformy ułatwiające networking, a także mentoring i wsparcie prawne. Oraz edukacja.
Wydaje mi się, że wielu naukowców boi się świata biznesu, a biznes często nie rozumie świata nauki. Wierzę, że odpowiednie programy szkoleniowe mogłyby zmniejszyć bariery w nawiązywaniu współprac naukowo-biznesowych. Jakiś czas temu brałem udział w „Szkole Pionierów” Polskiego Funduszu Rozwoju – to bardzo solidne szkolenie dla osób zainteresowanych tworzeniem i rozwijaniem start-upów. W szkoleniu brali udział przedstawiciele zawodów biznesowych, technologicznych, kreatywnych i naukowych. Głowa mi puchła od nowej wiedzy, ale bardzo poszerzyło mi to horyzonty. Moim zdaniem bardzo wartościowe byłoby organizowanie większej liczby podobnych warsztatów dla naukowców, doktorantów, a nawet studentów. Oczywiście nie każdy naukowiec musi czy powinien iść w tym kierunku, ale gdybyśmy bardziej znali wachlarz możliwości komercjalizacji wyników naukowych, przykłady sukcesów i porażek oraz trochę lepiej rozumieli język biznesu, to część z nas mogłaby zechcieć bardziej zaangażować się w badania aplikacyjne i współpracę z przedsiębiorcami.
Równocześnie ważne jest, żeby przedsiębiorcy rozumieli, że dobrych badań nie da się zrobić „szybko i tanio”, oraz że współpraca z naukowcami może wymagać nieco innego podziału odpowiedzialności niż typowe współprace biznesowe. Naukowcy mają zwykle bardzo złożoną pracę i nie staną się nagle dodatkowo ekspertami w zakresie prawa finansowego, marketingu czy formalności związanych z prowadzeniem spółek – w tych aspektach przedsiębiorcy powinni wspierać, lub wręcz wyręczać naukowców.
Podsumowując: czy my, naukowcy, możemy coś zrobić? Moim zdaniem powinniśmy wszyscy, gdzie tylko się da (na wykładach dla studentów, na wydarzeniach popularyzujących naukę, a zwłaszcza w mediach) mówić o wartości nauki, o szansach, jakie niosą inwestycje w naukę i o konsekwencjach ich braku. Przecież w mediach codziennie naukowcy proszeni są o komentarze dotyczące spraw, w których są ekspertami. Jeśli przy takich okazjach każdy zaproszony naukowiec powie dwa, trzy zdania o wartości nauki i konieczności zwiększenia jej finansowania, to może uda nam się przekonać na tyle dużą część opinii publicznej, że zacznie wywierać to presję na rządzących.
Uważam też, że powinniśmy budować gotowość środowiska naukowego do współpracy z przedsiębiorcami. Te możliwości w końcu się pojawią i warto być na nie gotowym.
Marek Wypych
Ależ państwo finansuje badania naukowe. Np. działa w Polsce takie NCN, gdzie są przecież poważni eksperci... no więc, jest wspaniale. A na POWAŻNIE, ci "poważni eksperci" nierzadko nie potrafią czytać ze zrozumieniem i/albo logicznie rozumować. Ale przecież to dyrekcji NCN-u już nie interesuje, prawda? No, oczywiście, że nie. To problem wnioskodawcy, na kogo trafi.
Cyt."Uważam więc, że powinniśmy jeszcze bardziej starać się tłumaczyć to zarówno społeczeństwu, czyli podatnikom, jak i politykom."
Mhmm... zadzwonię więc do pań i panów z partii "A" lub "B", i będę im tłumaczył, po co finansowanie nauki z pieniędzy publicznych...
A ja się pytam dlaczego w ewaluacji ciągle obowiązuje lista czasopism przypisanych sztywno do dyscyplin na podstawie nie wiadomo czego i dlaczego teraz zamiast zajmować się czymś użytecznym muszę uzasadniać dla 30 publikacji, że moje badania wpisują się w zakres danej dyscypliny. Publikacja na ten sam temat może być opublikowana w dwóch różnych czasopismach z czego jedno zalicza się do danej dyscypliny a drugie nie. Przypisanie o dyscyplin to największa porażka, i jest bardzo krzywdzące dla mniejszych uczelni gdzie naukowcy publikujący na światowym poziomie w Q1 (nie MDPI) są na siłę przypisywani do dyscypliny z którą aż tak dużo wspólnego nie mają, proszę zróbcie coś z tym.
@Olus
Być może przynależność do danej dziedziny ułatwia umiejscowienie danego tytułu na liście rankingowej? Te listy, jeśli chodzi o wysokość impact factor, są bardzo zależne od dyscypliny. Nie wiem, tylko staram się zgadnąć... Niestety nie rozumiem tych list czasopism.
Ale chciałem tylko dodać, dla porządku, że w dziedzinie nazwanej na stronie Clarivate "Biochemistry and Molecular Biology" dwa tytuły należące do MDPI, mianowicie International Journal of Molecular Sciences oraz Biomolecules, kwalifikują się do Q1.
W ogóle w jeśli chodzi o publikowanie to chyba lepiej posługiwać się tytułami konkretnych czasopism, a nie nazwami wydawnictw.
Toi chyba największy debilizm, który nam nasi władcy wysmażyli. Ale nie jedyny.
Może taki prosty bilans byłby dobrą ilustracja tytułowego pytania:
Ile na naukę w Polsce podatnik wydał w ciągu ostatnich 10 lat?
Ile zyskał na prowadzonych w Polsce badaniach w tym samym czasie, licząc wpływ badań z poprzednich 10 lat?
Chciałbym żebyśmy mieli takie dane, ale bardzo trudno byłoby to zmierzyć. Czy efekty edukacji wyższej w to włączyć i jak oszacować co by było bez edukacji wyższej, czy bez badań na uczelniach? A po drugie to z powodu braku systemowego wsparcia współpracy między nauką biznesem przez ostatnie 10 (a nawet kilkadziesiąt) lat, i ciągłego niedofinansowania, to trudno na tej podstawie byłoby wyciągnąć wnioski na temat czy i co może się zwracać.
Zebranie takich danych nie będzie proste, ale nie jest niemożliwe. Przynajmniej w sensie zgrubnego oszacowania korzyści. W zasadzie myślałem o badaniach naukowych, a nie o nauczaniu, co jednak także byłoby bardzo ciekawe. Nie wiem jak najlepiej do tego podejść, ale należałoby spróbować. Jeśli człowiek kończy studia i później pracuje w zawodzie, którego się na studiach nauczył, jego przychody są korzyścią z ukończonych studiów i wiedzy zdobytej na konkretnej uczelni. Może należałoby dowiedzieć się ilu absolwentów poszczególnych kierunków studiów pracuje w wyuczonym na studiach zawodzie i jaki % przychodów w ich ocenie zawdzięczają zdobytej na studiach wiedzy.
Może należy wrócić do takiego dobrego zwyczaju, żeby np. wytwórnie filmowe dokładały się do utrzymania szkół teatralnych i filmowych, ministerstwo rolnictwa i rolnicy do wydziałów rolniczych i ogrodniczych, kopalnie do uczelni górniczych, a przemysł do politechnik, itp., itd.
Zacząłbym od 1% przychodu z wyborem wspieranej uczelni po stronie przedsiębiorstwa, firmy, ministerstwa. NCN to za mało – wszyscy o tym wiemy. Subwencja dydaktyczna – odrębny temat. Tu przydałoby się uzależnienie subwencji od jakości kształcenia. Może na zasadzie – tym większa subwencja, im lepsi kandydaci (oceny z matury / egzaminy wstępne) na studia zostaną przyjęci i studia skończą.
Napisano:
"Uważam więc, że powinniśmy jeszcze bardziej starać się tłumaczyć to zarówno społeczeństwu, czyli podatnikom, jak i politykom. I to nasza, naukowców, rola, bo nikt nas w tym nie zastąpi. Jak mówiłem w niedawnym wywiadzie dla magazynu „Forbes”, potrzebujemy nauki, bo potrzebujemy specjalistów, m.in. na wypadek sytuacji kryzysowych, jak pandemia czy śnięcie ryb w Odrze, ale też, żeby rozumieć i móc reagować na zmieniający się świat, w tym zmiany klimatu czy pojawiające się nowe technologie. Specjalistów potrzebujemy też do nowoczesnego kształcenia studentów wszystkich kierunków. A żeby być specjalistą w nauce, trzeba prowadzić badania. Badań potrzebujemy również, żeby zaspokajać ciekawość świata. Część społeczeństwa fascynuje się odkryciami naukowymi, zarówno z zakresu nowych technologii czy medycyny, jak i tymi, które mają mniejszy i mniej bezpośredni potencjał na przełożenie praktyczne, jak np. archeologia czy kosmologia. Wartością dla społeczeństwa jest więc też popularyzacja nauki."
Czy nie da się korzystać z publikacji open public? Po co to samo finansować w Polsce ?
Napisano:
"Pojawiają się więc głosy, że skoro celem są innowacje, to należy finansować tylko badania aplikacyjne. Ale pomysły na badania aplikacyjne wyrastają najczęściej z badań podstawowych. Co więcej, tematyka badań podstawowych zwykle nie jest przypadkowa, a prowadzącym je naukowcom często przyświeca idea, żeby dołożyć cegiełkę do czegoś, co w przyszłości będzie wartościowe dla ludzkości. Cały dzisiejszy postęp w postaci nowoczesnych leków biologicznych, terapii genowych, komputerów, w tym kwantowych, czy dużych modeli językowych, ma swoje źródło w badaniach podstawowych. Konieczne jest więc ich finansowanie."
Czy nie można czerpać z badań podstawowych innych krajów ?
Wszyscy wiedzą i proszę z ludzi durni nie robić, że badania naukowe są potrzebne.
Problem polega na tym, że polscy naukowcy publikują otwarcie, a więc ktoś inny korzysta z wydatków w Polsce na naukę.
W Polsce jest mało zamkniętych ośrodków badawczych, które by pozwoliły uzyskać przewagę konkurencyjną czy militarną kraju.
Ogólnie mówiąc nie ma strategii rozwoju badań naukowych (celowości) i nie ma właściwych struktur (zamkniętych ośrodków badawczych), które przynosiłyby korzyść Polsce, a nie całemu światu (czy faktycznie jest to jakaś korzyść ? bo pisze się sobie a muzom te artykuły naukowe).
Akurat np. archeologia ma potencjał na przełożenie praktyczne. Jest wiele przykładów odkryć archeologicznych przyczyniających się chociażby do rozwoju turystyki w danych regionach, głównie małych miejscowościach, co z czasem realnie przekłada się na ich rozwój gospodarczy.
《Czy nie można czerpać z badań podstawowych innych krajów ?》
Można. I to się robi. Ale jest czymś innym czytanie o czyichś osiągnięciach w badaniach niż osiąganie foswiadczenia niezbedego na drodze do tego wyniku. Cudze publikacje nie zawsze zawierają odpowiedzi na moje pytanie. Niektore są nieporównywalne np. mikrobiota jelitowa Fancuzów (obywateli bogatego Państwa inwestujacego w poznanie świata) jest inna niż Polaków. Inne warunki, inne odpowiedzi, a zastosowania też mogą być rożne.
Skoro artykuły są uczciwe, to wystarczy powtórzyć badanie i ewentualnie poszukać odpowiedzi na pojawiające się pytania. Czy nie tego tu na tym forum czekają od wdrożeniowców.
Nie trzeba więc samemu badań prowadzić. Zresztą byłaby to strata czasu.
W tym rzecz, że mamy w Polsce naukowców, którzy nie tracą czasu na badania i właśnie dlatego szorujemy po dnie w światowych rankingach.
Ja bym powiedział, że jest dokładnie odwrotnie, szkoda czasu na czytanie artykułów, w których naogół brakuje najistotniejszych szczegółów, właśnie po to, żeby nie dało się kopiować badań.
No i tu jest sedno. Szkoda forsy na polskich naukowców.
Dzień dobry kk,
W moim rozumienie zadane przez Panią/Pana pytania świadczą o małym zrozumieniu tego jak powstają innowacje i jak myślą inwestorzy.
Czy wolał(a) by Pan(i) inwestować w innowację rozwijaną przez osobę, która prowadziła już badania w danej tematyce, czy innowację, którą ktoś wymyślił bo przeczytał artykuł naukowy?
Inwestorzy, zazwyczaj zainteresowani są przede wszystkim współpracą ze specjalistą, który głęboko rozumie naturę potencjalnej innowacji - sam pomysł bez specjalistów nie ma dla nich wartości. A obawiam się, że nie robiąc badań, a tylko je czytając nie da się osiągnąć poziomu zrozumienia, jakie ma badacz. I inwestowanie w potencjalne innowacje oparte tylko na pomyśle i cudzych badaniach obarczone byłoby jeszcze większym ryzykiem niż typowe projekty aplikacyjne.
Od razu przywalić: "Jest Pan niezbyt mądry mało Pan rozumie.".
Przecież naukowcy polscy prowadzą badania, a firmy zachodnie ich nie zatrudniają mimo ich "doświadczenia".
Nierozumienie czegoś, i nie bycie mądrym to bardzo różne rzeczy. I chyba nie trzeba tego tłumaczyć.
Sam do niedawna nie wiedziałem jak myślą inwestorzy, ale po kilku rozmowach już wiem, że dla nich przy inwestycjach najważniejsze to mieć zespół specjalistów, a sam pomysł bez ludzi, którzy to głęboko rozumieją nie jest dla nich interesujący, bo bez nich na ogół nie będą w stanie go zrealizować.
No i sobie Pan sam odpowiada.
W Polsce nie ma takich zespołów mimo, że są "prowadzone badania" i mimo, że mają oni "doświadczenie".
Do tego jak myślą inwestorzy na prawdę nie jest potrzebna żadna z nimi rozmowa.
"Czy nie da się korzystać z publikacji open public? Po co to samo finansować w Polsce ?"
Odpowiedź jest prosta: z samych publikacji innych naukowców nie da się "nauczyć" ich technologii czy opanować wiedzy nie mówiąc o nabyciu doświadczenia. Artykul naukowy (8-12 stron) to często tylko wycinek i malutkie podsumowanie zrealizowanych badań. Bardzo często większość know-how nie jest publikowana. Malo tego, coś co dziś ukazuje się drukiem (w artykule), zostalo napisane rok temu, a opracowane często kilka lat temu. Czytając zatem, jestesmy o te kilka lat do tyłu. Jeśli jakas firma bedzie zainteresowana wdrozeniem, to przeciez skorzysta z oryginalnych autorow a nie ludzi, ktorzy tylko o tym przeczytali i slyszeli. Ja bym osobiście nie poszedł leczyc się do lekarza, ktory tylko przeczytał o jakiejś chorobie - wolę iść do kogoś, kto ma doświadczenie praktyczne w jej leczeniu.
Dokładnie, publikacja to nie jest prezentacja wyników tylko ich marketing: zobaczcie, umiem robić takie rzeczy. Jak chce specjalisty, wiecie, gdzie mnie znaleźć.
Dlatego nie ma żadnej sprzeczności, kiedy autor płaci za publikację. Za reklamę się płaci, prawda?
Czyli sam Pan pisze, że polskim naukowcom nie wiadomo za co się płaci skoro rozlicza się ich publikacjami.
Jakby polscy naukowcy byli dobrzy to firmy zachodnie tworzyłyby w Polsce centra badawcze i zatrudniałyby polskich naukowców, a tak się nie dzieje.
Centrum badawcze - to naukowa szkoła, w sensie sposobu myślenia i prowadzenia badań. Otwieranie centrum badań to nie przeniesienie naukowców z rodzinami z jednego kraju do innego. To tak naprawdę tworzenie go na nowo. To kosztuje czas, dużo czasu. W sumie, kilkadziesiąt lat. Dlatego jest prościej ściągnąć kogoś obiecującego do siebie, gdzie już jest cała infrastruktura i zespół. Polscy naukowcy są doceniani poza krajem, są zatrudniani i w firmach zachodnich., i na uniwersytetach. A we własnym kraju rząd ich trzyma aby byli, ale badań prowadzić nie daje. Nauka jest strasznie niedofinansowana. A oczekiwania są takie, jakby finansowanie było na poziomie USA.
Oczywiście, że jest lepiej uzupełnić swój zespół o obiecującego polskiego naukowca.
To zatrudnianie na zachodnich uczelniach to tam też są słabe badania.
Centrum badawcze można stworzyć od ręki gdy pod ręką są gromady dobrych naukowców. Niestety w Polsce to tylko rodzynki.
Pan Wypych łapie kij za zły koniec. Pytanie nie powinno brzmieć "czy państwo powinno finansować badania naukowe?" tylko "czy Polska jest w Afryce czy w Europie?" Że państwo finansuje badania naukowe i to raczej szczodrze, należy do kanonu cywilizacji zachodniej w takim samym stopniu jak obyczaj noszenia garniturów a nie burnusów i organizowania transportu za pomocą pociągów i samochodów a nie osiołków. Jednym słowem - na Zachodzie na ten temat się nie dyskutuje.
Bo na dziś Polska jest nieco za krótka na tworzenie własnego modelu cywilizacyjnego, możemy tylko próbować dołączyć do innych.