Naukowcy na całym świecie żyją tak naprawdę od grantu do grantu. Taki rodzaj pracy gwarantuje nam niezależność. Sami możemy decydować, co i jak chcemy robić. Z drugiej strony oczywiście nie mamy pewności, że nam się powiedzie. Ja zdecydowałam się podjąć ryzyko i za cenę bezpieczeństwa wybrałam wolność. Ale to nie znaczy, że takie rozwiązanie jest dobre dla każdego – mówi dr hab. Aleksandra Rutkowska z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Kolejna bohaterka naszego cyklu „Nauka przez duże K” pracuje w Zakładzie Anatomii i Neurobiologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. W centrum jej zainteresowań naukowych są mechanizmy powstawania chorób ośrodkowego układu nerwowego wywołanych infekcjami wirusowymi. W najnowszym projekcie próbuje zrozumieć, w jaki sposób wirus Epsteina-Barr (EBV) wpływa na rozwój stwardnienia rozsianego oraz jakie czynniki genetyczne i środowiskowe mogą potęgować to ryzyko. Przed dwoma laty zdobyła stypendium L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki za opracowanie metod stymulacji potencjału regeneracyjnego mieliny w ośrodkowym układzie nerwowym. Z dr hab. Aleksandrą Rutkowską rozmawia Aneta Zawadzka.
A mogłam teraz leżeć na kozetce w pani gabinecie.
Rzeczywiście, kiedyś bardzo chciałam być psychoterapeutką. Nawet zaczęłam w Dublinie studia psychologiczne. Fascynowały mnie teorie znanych psychoanalityków, Freuda czy Lacana. Szybko jednak doszłam do wniosku, że jest w nich zbyt wiele subiektywności. Ja natomiast chciałam prowadzić konkretne badania. Takie, w których modyfikujemy jedną zmienną i możemy od razu zaobserwować efekty naszego działania.
Dlatego zajęła się pani neuronauką?
Tak, a konkretnie neurobiologią. Pracuję nad zagadnieniami fizjologicznymi, na przykład odbudową i regeneracją osłonek mielinowych, będących pewnego rodzaju izolatorem dla neuronów czy modulacją stanu zapalnego, jaka może zachodzić w ośrodkowym układzie nerwowym.
Jak humanistka z zacięciem do nauki języków obcych – w końcu studia rozpoczęła pani od romanistyki – odnalazła się w laboratorium?
Kiedy kończyłam studia z neuronauki pojechałam na trzymiesięczny staż do jednego z laboratoriów w Szwajcarii. Moim zadaniem było zebranie i opisanie uzyskanych samodzielnie danych. Na ich bazie napisałam pracę magisterską z neuronauki w Trinity College w Dublinie. Praca w laboratorium była czymś, co zafascynowało mnie od pierwszego momentu. Tak jest zresztą do dzisiaj, dlatego trochę żałuję, że teraz mam na nią coraz mniej czasu. Obecnie głównie siedzę przy biurku, piszę, aplikuję o kolejne granty i przeglądam prace moich doktorantów. To jednak robienie doświadczeń i zdobywanie własnych danych było czymś, co mnie do nauki przyciągnęło. Pamiętam, że zwłaszcza na pierwszym etapie mojej kariery, potrafiłam spędzać w laboratorium 7 dni w tygodniu, pracując od rana do nocy. Wszystko dlatego, że chciałam zrobić jak najwięcej w możliwie najkrótszym czasie. Był we mnie wówczas, i zresztą nadal jest, pewien rodzaj niezaspokojonego głodu wiedzy, który powoduje, że ciągle szukam nowych rzeczy do odkrycia.
Teraz zajęła się pani poszukiwaniem potencjalnego związku między rozwojem stwardnienia rozsianego a infekcją wirusem Epsteina-Barr (EBV). Wykorzystuje pani do badań myszy z ludzkim układem odpornościowym.
Normalnie w naszej pracy wykorzystujemy różne mysie modele. W tym akurat badaniu nie możemy skorzystać z gotowych rozwiązań, tylko musimy zbudować model zwierzęcy od nowa. Chcemy bowiem zdobyć eksperymentalne dowody pokazujące, w jaki sposób wirus EBV uruchamia w organizmie człowieka stwardnienie rozsiane. Z racji tego, że wirus ten występuje wyłącznie u ludzi, niemożliwe jest zakażenie zwykłych myszy i prowadzenie ich obserwacji. Dlatego właśnie do celów badawczych konieczne było stworzenie zwierząt z ludzkim układem odpornościowym.
One powstaną w waszym laboratorium?
To byłoby niemożliwe. Będziemy bowiem korzystać z myszy ze specjalnym genotypem, który dostępny jest wyłącznie w Instytucie Pasteura w Paryżu. To właśnie we Francji stworzą dla nas myszy humanizowane z komórkami macierzystymi, które wcześniej pozyskamy od naszych pacjentów w Gdańsku. Będziemy mieli uczestników chorych na stwardnienie rozsiane (SM) oraz zdrowych. Od każdego z nich pobierzemy krew i wyizolujemy komórki macierzyste oraz komórki układu odpornościowego, limfocyty B i T. Następnie sprawdzimy, które z limfocytów B są zakażone wirusem EBV. Kiedy gotowe myszy wrócą do nas z Paryża, wstrzykniemy im limfocyty B wraz z limfocytami T.
Ale nie każdej takie same?
Powstaną cztery grupy myszy: SM z limfocytami B bez EBV, SM z limfocytami B z EBV oraz zdrowe z limfocytami B bez EBV i zdrowe z limfocytami B z EBV. Każda będzie miała układ odpornościowy danego pacjenta. Po tym wszystkim zaczniemy na żywo obserwować, w którym kierunku przemieszczają się komórki układu odpornościowego. Śledzenie ich tras będzie możliwe dzięki zastosowaniu technologii znakowania fluorescencyjnego. Wiemy, że ta metoda obserwacji dobrze się sprawdza, bo testowaliśmy ją już wcześniej przy okazji prowadzenia innych badań.
Tropiąc komórki będzie się pani chciała upewnić, że trafiają w jakieś konkretne miejsce, na przykład do mózgu?
Będziemy sprawdzać, gdzie kończy się ich wędrówka. Czy w wątrobie, śledzionie, czy może właśnie w mózgu. Na pewno najbardziej zależy mi na tym, żeby potwierdziło się, iż trafiają do mózgu. Wtedy moglibyśmy dokładnie przyjrzeć się, czy pozostają tam bez ruchu, czy może się namnażają. Moglibyśmy też sprawdzić, czy obecność zakażonych wirusem komórek prowadzi wyłącznie do pojawienia się stanu zapalnego, czy może dochodzi także do demielinizacji, czyli rozpadu osłonek mielinowych w układzie nerwowym. Jest to dla nas o tyle ważna informacja, że właśnie w stwardnieniu rozsianym dochodzi do demielinizacji, która skutkuje pojawieniem się objawów choroby. Tego procesu nie potrafimy jeszcze zatrzymać żadną terapią.
Oprócz tego będziemy też robić sekwencjonowanie limfocytów B. Spróbujemy zlokalizować różnice w ekspresji genów między komórkami od osób zdrowych i chorych oraz między ich komórkami z latentnym zakażeniem EBV i bez niego. Jeżeli to nam się uda, to pojawi się szansa na stworzenie narzędzia diagnostycznego pozwalającego zidentyfikować osoby, które znajdują się w grupie podwyższonego ryzyka rozwoju stwardnienia rozsianego po zakażeniu wirusem EBV.
Wirusem, który znajduje się w organizmach wielu z nas, z czego na co dzień w ogóle nie zdajemy sobie sprawy.
Szacuje się, że aż 90% społeczeństwa jest zakażone wirusem EBV. Do zakażenia dochodzi najczęściej w dzieciństwie. EBV pozostaje w „uśpionej” formie w naszych limfocytach B do końca życia. Zwykle zakażenie pierwotne przebiega bezobjawowo lub łagodnie, ale jeśli objawy wystąpią, są one związane z mononukleozą zakaźną. Do aktywacji wirusa może dojść zwłaszcza w stanach osłabionej odporności. Ciekawe jest to, że mimo tak wielkiej skali osób zakażonych, nie wszyscy chorują na stwardnienie rozsiane. Tym bardziej istotne staje się podjęcie próby uzyskania odpowiedzi na pytanie, jakie są różnice między osobami, u których rozwinęło się stwardnienie rozsiane, a u których nie.
Czy znalezienie tych różnic sprawi, że pojawi się wreszcie możliwość opracowania terapii pozwalającej wyleczyć tę chorobę? Dziś bowiem dysponujemy różnymi środkami pozwalającymi jedynie łagodzić jego objawy.
Dla mnie sukcesem nauki jest już samo to, że stwardnienie rozsiane przestało być chorobą śmiertelną, a stało się przewlekłą. Ale oczywiście optymalnie byłoby, gdyby udało się ją całkowicie wyleczyć. W drugim etapie badań będziemy chcieli rozpocząć testowanie potencjalnej terapii, która ma szansę przerwać mechanizm powstawania choroby. Spróbujemy zastopować kaskadę immunologiczną, tzw. rozprzestrzenianie się epitopów. To jest proces, w którym pierwotnie rozpoznane fragmenty białek, czyli epitopy, na powierzchni komórek lub patogenów prowadzą do aktywacji odpowiedzi immunologicznej. Ta następnie rozprzestrzenia się na inne tkanki i molekuły, powodując, że zostają one zaatakowane przez układ odpornościowy. Chcąc zatrzymać tę groźną sztafetę spróbujemy „oślepić” komórki tak, by nie mogły się komunikować i przekazywać fałszywych informacji.
W Rutkowska Lab obowiązuje model pracy, który przywiozła pani z Irlandii. Opiera się na budowaniu wspólnoty tworzonej przez ludzi, którzy spotykają się ze sobą po godzinach, by porozmawiać czy poświętować swoje sukcesy. Na ile on sprawdza się w naszych warunkach? Często słyszę od znajomych Portugalczyków czy Hiszpanów, że w Polakach najbardziej brakuje im spontaniczności, że aby wyjść gdzieś razem trzeba się wcześniej umówić, czasem z dużym wyprzedzeniem.
Muszę przyznać, że kiedy wróciłam do Polski bardzo tęskniłam za życiem, w którym ludzie po zakończonej pracy idą razem do restauracji, pubu, żeby po prostu wspólnie spędzić czas. W Dublinie regularnie to robiliśmy. Dzięki temu mogliśmy lepiej się poznać. Takie wspólne wyjścia pomagają z pewnością w budowaniu zespołu. Trudno jest stworzyć dobrze działającą grupę, jeśli widzimy się tylko w pracy. Co ważne, w trakcie takich luźnych rozmów można także rozładować negatywne emocje, które przecież każdy z nas czasami odczuwa. Kiedy nie zapewnimy im ujścia, one w pewnym momencie osiągną masę krytyczną i wybuchną, wyrządzając szkodę wszystkim dokoła.
Odezwała się w pani znawczyni ludzkich zachowań.
Na pewno bardzo mi zależy, żeby w zespole panowała dobra atmosfera. Chcąc ją stworzyć, wprowadziłam w laboratorium nowe zwyczaje. Teraz, co jakiś czas wychodzimy gdzieś razem. Z całym zespołem staramy się także świętować różne sukcesy. Raz na jakiś czas zapraszam wszystkich do domu i robimy wspólnego grilla. Dla mnie to jest zupełnie naturalne zachowanie. Mam nadzieję, że im też się to podoba, bo nie chciałabym, żeby nasze spotkania traktowali jak przymus. Wydaje mi się, że póki co, chętnie przychodzą.
Podkreśla pani wartość wspólnoty, a co z pojedynczą jednostką? Jakie powinna mieć cechy, żeby mogła na przykład dołączyć do pani zespołu?
Myślę, że powinna być pasjonatem tego, co robi. Dla mnie osobiście jest to niezwykle istotne.
Trochę się zżymam słysząc słowo pasja. Nie sądzi pani, że obecnie jest nadużywane?
Jeśli nawet tak jest, to nie widzę w tym niczego złego. Pasja w nauce jest ważna, bo pomaga w jakimś sensie zaimpregnować się na otaczające warunki, a te, jak wiadomo, bywają trudne. Jesteśmy przecież wystawiani na ciągłą krytykę, musimy się wielokrotnie zmagać z odrzuceniem naszych artykułów, przełykać gorycz porażki, kiedy nasz wniosek nie dostanie finansowania albo godzić się z rozczarowaniem, jeśli wyniki naszych badań nie spełnią założeń. Bez pasji nie dałoby się tego wszystkiego przetrwać.
Skoro już mowa o ciągłej krytyce, to wie pani, że takie działanie może przynieść odwrotne skutki do zamierzonych?
Dla mnie w samym krytykowaniu nie ma niczego niewłaściwego. W końcu recenzenci grantów, o które aplikujemy, czy publikacji, które złożyliśmy do druku, po to zostali zatrudnieni, aby znaleźć błędy i wskazać nam to, co zrobiliśmy źle. Dużo gorsza jest dla mnie sytuacja, kiedy ci krytykujący napiszą nam pozytywną recenzję, a my i tak nie dostaniemy finansowania złożonego wniosku, bo nie ma wystarczających środków w systemie. To dopiero potrafi złamać człowieka i odebrać mu chęć do pracy. Jeszcze raz podkreślę, że bez pasji do tego, co robimy, z pewnością nam się nie uda, nie tylko znieść niepowodzeń, ale przede wszystkim znaleźć motywacji, by po raz kolejny zacząć starania na nowo.
To chyba jednak nie jest takie proste. A co, jeśli nawet największy pasjonat w końcu dojdzie do ściany, bo poczuje się wypalony? Z braku możliwości awansu, niskiego wynagrodzenia…
Przede wszystkim do pracy naukowej nie da się podejść, jak do każdego innego zajęcia. Nie można do niej po prostu przyjść, kolokwialnie mówiąc „odbębnić” ośmiu godzin i wrócić do domu. Jeśli tak do tego podejdziemy, to w tym środowisku po prostu nie przetrwamy. Nie mamy na to żadnych szans, właśnie dlatego, że nauka jest bardzo wymagająca. Odkąd wróciłam do Polski, pracuję wyłącznie na etacie badawczym, co oznacza, że w 100% utrzymuję się z pozyskanych grantów. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że bez tych środków nie byłabym w stanie robić tego, co robię i z konieczności musiałabym zająć się dydaktyką. To jednak z pewnością odbiłoby się negatywnie na mojej pracy badawczej, bo dydaktyka jest niesamowicie wymagająca i pochłania mnóstwo godzin. Widzę, jak moi koledzy i koleżanki, którzy są zatrudnieni na etatach badawczo-dydaktycznych zmagają się z brakiem czasu i jak cierpi na tym ich dorobek badawczy. Oczywiście, nie da się ukryć, że jestem jednak dość odosobnionym przypadkiem. Na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym nie ma zbyt wiele podobnych do mnie osób, które byłyby od samego początku zatrudnione na etacie badawczym i utrzymywane wyłącznie ze źródeł zewnętrznych.
Czyli przyznaje pani, że taka droga nie jest dla każdego?
Naukowcy na całym świecie żyją tak naprawdę od grantu do grantu. Czy to ma tylko same złe strony? Nie sądzę. Taki rodzaj pracy gwarantuje nam niezależność. Sami możemy decydować, co i jak chcemy robić. Nikt nie narzuca nam swoich warunków. Z drugiej strony oczywiście nie mamy pewności, że nam się powiedzie i dostaniemy grant, który jest podstawowym źródłem utrzymania. Ja zdecydowałam się podjąć ryzyko i za cenę bezpieczeństwa wybrałam wolność. Ale to nie znaczy, że takie rozwiązanie jest dobre dla każdego. Zdaję sobie sprawę, że wiele zależy choćby od sytuacji rodzinnej, odpowiedniego zaplecza finansowego.
Ta ryzykowna strategia sprawiła jednak, że w pewnym momencie także pani była o włos od porzucenia nauki.
To się zdarzyło, kiedy mój grant się kończył. Miałam świadomość, że za chwilę stracę finansowanie, dlatego złożyłam kilka kolejnych wniosków w różnych konkursach. Bezskutecznie. Wszystkie z nich zostały odrzucone i to w drugim etapie. Muszę powiedzieć, że to, co wówczas przeżywałam, to była prawdziwa katastrofa.
Szczególnie bolało mnie to, że miałam świadomość dobrze wykonanej pracy. Większość moich wniosków uzyskała bowiem pozytywne recenzje, a mimo to nie dostałam środków na badania, bo w systemie po prostu brakowało pieniędzy. Proszę mi wierzyć, że takie sytuacje po prostu miażdżą duszę. Chce się wtedy tylko siąść i płakać, bo naprawdę nie można już zrobić niczego innego. W pewnym momencie doszło do kuriozalnej wręcz sytuacji. Otóż, kiedy miałam jeszcze zagwarantowane finansowanie stypendiów dla doktorantów, to z kolei nie miałam środków na zakup odczynników czy na prowadzenie laboratorium. Czyli miałam ludzi, którzy nie mieli co robić, bo z braku środków nie mogłam im zapewnić warunków do pracy.
I jak tu się nie załamać?
A to jeszcze nie koniec. W tym samym czasie odrzucono mi publikacje. To oczywiście nie jest nic nadzwyczajnego, a raczej chleb codzienny ludzi nauki. Ale kiedy taka odmowa przychodzi w czasie, w którym skumulowały się wszystkie inne niekorzystne sytuacje, to robi się naprawdę dramatycznie. Tak dramatycznie, że zaczęłam poważnie planować życie poza nauką i zastanawiać się, co i gdzie mogę robić.
Wtedy pojawił się pomysł na otwarcie pensjonatu przy plaży w Goa?
Plaża w Goa czy po prostu każda inna tropikalna, piękna plaża z palmami, to jest miejsce, które przywołuję w myślach, kiedy jest mi naprawdę ciężko. To mnie po prostu bardzo uspokaja. Może dlatego pomyślałam sobie, że jeśli miałabym już coś zmieniać w życiu, to na takie miejsce, które byłoby po prostu przyjemne. Chociaż znając siebie, pewnie nie wytrzymałabym tam dłużej niż miesiąc. Ale to marzenie pozostało. Co prawda zaliczam je do takich z cyklu niespełnialnych, ale przecież i takie trzeba mieć.
Skoro jednak dziś rozmawiamy o kolejnych badaniach, to historia z brakiem finansowania musiała jednak znaleźć szczęśliwe zakończenie.
W pewnym momencie nastąpił całkowity zwrot akcji. Zaczęły przychodzić pozytywne odpowiedzi na wnioski, które wcześniej złożyłam. Moje życie obróciło się o 180 stopni. Z głębokiego dołu, w który wpadłam, zaczęłam wychodzić na prostą. Dziś mówię o tym, bo zdaję sobie sprawę, że wielu badaczy i badaczek znalazło się kiedyś w podobnej sytuacji. Dlatego tak ważne jest, żebyśmy nie bali się rozmawiać o tym, że czasem naprawdę jest trudno. To pomaga, bo kiedy człowiek utknie w okropnym miejscu, z którego nie widać żadnej drogi wyjścia, to dobrze jest mieć kogoś, z kim można podzielić się swoimi lękami. Zrozumienie, że ktoś przechodzi przez to samo, często pozwala przetrwać najgorsze.
Ale nie każdy to jednak potrafi.
Oczywiście. Ja jednak przetrwałam i teraz mogę powiedzieć, że jestem gotowa na przyjście kolejnych trudności. Nie mam bowiem złudzeń, że kiedyś moment kryzysu znowu nadejdzie. Mam tylko nadzieję, że dzięki swojemu doświadczeniu będę do niego lepiej przygotowana. Wierzę, że już teraz będę umiała przezwyciężyć te trudne emocjonalnie momenty bez ponoszenia tak ogromnych strat, jak w poprzednim, niezwykle ciemnym czasie.
Mówi pani, jak osoba pogodzona z losem.
Myślę, że pomogło mi w tym uzmysłowienie sobie, że praca w nauce przypomina sinusoidę. Jak w życiu. Raz jest się na fali wznoszącej, raz spada się w dół. Może tylko droga, którą przeszłam sprawia, że od razu, kiedy coś mi się udaje i kiedy świetnie się czuję, pojawia się w mojej głowie cień myśli, czy to już jest ten moment, od którego wszystko będzie szło w dół? Czy jeszcze trochę pobędę w tym dobrostanie?
To z tamtego trudnego okresu pochodzi oryginalny tatuaż, który ma pani na ręce?
Nie, to całkiem świeża sprawa. To jest receptor EBI2, który badam. Będąc na doktoracie, obiecałam sobie, że jak go skończę, to zrobię sobie taki tatuaż. Ale kiedy go skończyłam struktura receptora nie została jeszcze opublikowana. Pojawiła się jakieś trzy, cztery lata temu. Pomyślałam, że skoro tyle czekałam, to jest właśnie moment na podjęcie decyzji. Początkowo żaden z tatuażystów nie chciał się podjąć wykonania zadania, twierdząc, że jest ono niemożliwe. Po raz kolejny jednak mój upór zwyciężył i dopięłam swego.
Bolało?
Trochę tak, chociaż słyszałam, że pierwszy tatuaż boli najmniej. Za to każdy kolejny coraz bardziej. Do wyjaśnienia takich zjawisk przydaje się znajomość psychologii, bo pewnie odpowiadają za to nasze oczekiwania i przygotowanie na odczuwanie większego bólu z każdą kolejną sesją. Natomiast ja tego nie badam i mogę tylko spekulować.
Czyli następnych nie będzie?
Wręcz przeciwnie. Mam nawet już w głowie pewien pomysł, ale jeszcze nie chciałabym o nim mówić, bo jest związany z nowym obszarem badań, który dopiero rozpoczynam.
Rozmawiała Aneta Zawadzka
Wywiad został przeprowadzony w ramach cyklu „Nauka przez duże K”. Ukazały się już rozmowy z: prof. Joanną Kargul, dr hab. Urszulą Zajączkowską, dr Agatą Kołodziejczyk, dr Anną Wylegałą, prof. Elżbietą Frąckowiak, dr hab. Aleksandrą Ziembińską-Buczyńską, dr hab. Katarzyną Mirgos, prof. Ewdoksią Papuci-Władyką, prof. Aleksandrą Łuszczyńską, dr hab. Natalią Letki, prof. Katarzyną Radwańską, dr hab. Anną Oleszkiewicz, prof. Katarzyną Starowicz-Bubak, dr Aleksandrą Karykowską, prof. Natalią Sobczak, dr hab. Karoliną Pierzynowską, dr Izabelą Anną Romanowską, dr Natalią Banasik-Jemielniak, dr hab. Anną G. Piotrowską, dr hab. Barbarą Mróz-Gorgoń. dr Natalią Organistą, dr Martą Marciniak, dr hab. Karoliną Kremens, prof. Magdaleną Musiał-Karg, dr Kamilą Krakowską-Rodrigues, dr Kamilą Łabno-Hajduk.
Ot i mamy szczyt naukowego osiągnięcia "... jak go skończę, to zrobię sobie taki tatuaż..." Ciesz się Polsko, że wielka nauka została zapisana w genach naszego "narodu". A jak! Od ściany do ściany, to ta sinusoida tak nami miota. I co? potłuczeni z tego wychodzimy, a i cieszymy się, i wszem i wobec sukces ogłosimy, nawet jak go nie ma, ale tatuaż mówi sam za siebie, że jest! Hura!
Brak środków na tzw. działalność statutową rujnuje polską naukę. Masz grant i pracujesz, następnego dnia nie masz nawet 25 złotych na zamówienie sekwencjonowania nowego konstruktu. Ani kroku dalej. STOP.
Świat nie poczeka, a polska nauka sama się rujnuje - stajemy się ponownie krajem zacofanym i to chyba z własnej woli.
@Przemo
Znowu, to nie jest tylko polski problem. I nie tylko ten problem decyduje o tym, ze "stajemy się ponownie krajem zacofanym i to chyba z własnej woli".
Ale zgadzam sie calkowicie, ze trzeba probowac lobbowac za tym, aby jakis niski poziom finansowania statutowego istnial w polskich instytucjach naukowych. Tak jak sie to dzieje w Niemczech, Belgii, Francji, i paru innych panstwach Europejskich. To bardzo wazne, aby nawet bez duzego grantu mozna bylo utrzymac pewien podstawowy poziom badan naukowych.
No właśnie problem w tym co rozumiemy przez "niski" poziom finansowania bazowego. U nas ten poziom finanansowania pozagrantowego jest tak niski, że prawie nie istnieje, w krajach ościennych na zachód jest na poziomie pozwalającym ba oszczędną pracę naukową. My jesteśmy przyciśnięcii do dna, przy czym środków jest za mało to raz, gospodarowanie nimi jest nieoptymalne to dwa.
@M
Oczywiscie. Jaki to ma być poziom, to bardzo zależy od dziedziny i może też zależeć od miejsca. Ale ogólnie temu właśnie tematowi należałoby się przyjrzeć bardzo dokładnie.
Jest bardzo ważne aby praca finansowania z grantu nie przepadła, kiedy nagle nowego grantu nie udalo się dostać natychmiast po zakończeniu poprzedniego.
Poza tym, są dziedziny w których niskie finansowanie jest konieczne ale duże granty już mniej.
To ważny temat
Podejrzewam, że it's not a bug, it's a feature. Te przyciskanie do dna jest celowe.
Też tak sądzę. Trudno by było wymyślić coś, co lepiej dzieliłoby środowisko naukowe, którego jedność mogłaby okazać się antysystemowa. Władze Rosji i Ukrainy dokładnie tak samo postępują np. ze środowiskiem lekarskim. Przyjaznej mniejszości płaci się dużo, dzięki czemu pozostałej większości można nie płacić prawie wcale. Szach mat.
Po co na przykład kończenie projektu w określonym dniu?
Przecież lepiej by było przyjąć, że kończysz, kiedy uważasz, że skończyłeś, ale zanim nie skończysz następnego grantu nie dostaniesz? Dokąd tak się spieszy księgowym?
Nie przeceniałbym mocy sprawczej staruszków z uniwersytetów. Nie, nic nie jesteśmy w stanie zrobić, nawet jakbyśmy jakimś cudem się zjednoczyli. A podzielone środowisko naukowe będzie z natury swojej, tak po prostu mamy. Rząd nic nie musi robić.
Mam wrażenie, że przeczyna dociskania jest inna i bardziej trywialna. Raz, to zawsze oszczędność gotówki, którą można samemu lepiej wykorzystać, dwa, że zauważono te wagony kasy, które Polska wpłaca na ERC i mało co z tego do Polski wraca. Politycy chcieliby tę kasę odzyskać (i trudno im się w sumie dziwić) i w którymś momencie uświadomili sobie, że tę kasę odzyskać mogą tylko naukowcy. Więc dociskają, bo jedyny znany im sposób wpływania na ludzi.
Sprawy w zbyt wielu miejscach idą w złym kierunku i same się nie zawrócą na właściwe tory.
Z grantów ERC to tak za wiele budżet RP prawdopodobnie nie odzyska. Spójrzmy na strukturę wydatków: wynagrodzenia zostaną, a sprzęt i usługi zwykle kupujemy od podmiotów, które w Polsce nie produkują i podatków nie płacą. Tu rząd musiałby zminimalizować VAT od towarów i usług przeznaczonych na cele naukowe, dydaktyczne i humanitarne, jak czynią to inni. Drugi problem - niekorzystne prawo zamówień publicznych, które nie preferuje polskich przedsiębiorców, w przeciwieństwie np. do niemieckiego, co wiele naszych firm już dawno wyeliminowało z rynku i za kilogram czystego chlorku sodowego zamiast 20 złotych, polscy naukowcy płacą dzisiaj renomowanej firmie zagranicznej niemal 300 złotych. Po prostu Bizancjum.
"Naukowcy na całym świecie żyją tak naprawdę od grantu do grantu. "
Szanowna Pani. Ludzie, o których zazwyczaj mowa tutaj na "FA", to ci, którym kariery się jakoś ułożyły, który mieli ODPOWIEDZIALNYCH opiekunów doktoratów, ci zaś potrafili pokierować nimi tak, że świeżo upieczeni doktorzy mogli rozwijać się naukowo.
NIESTETY, nikt nie mówi o "szarej strefie" w nauce tj. o tych, którym z różnych względów kariera się nie ułożyła. Pewien ich odsetek żyje nie tyle od grantu do grantu, ale bardziej od zajęć dydaktycznych do... zajęć dydaktycznych (nierzadko nie mających NIC wspólnego z ich dziedziną nauki). Usiłują nierzadko działać naukowo, ale "wielki świat" nauki ma ich wysiłki (i rezultaty naukowe) nierzadko "w poważaniu".
Są też poczytalne miejsca, które zapewiają core financing tym, którzy akurat grantów mają. Należą do nich Francja, Niemcy i surprise, surprise całkiem wiele uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych. Może to kogoś zdziwić ale istnieje taki pogląd, że ludzi się zatrudnia po to by pracowali a nie biegali jak koty z pęcherzem za zewnętrznym finansowaniem. A o finansowanie ma się troszczyć ten, kto prowadzi biznes, obojętne czy w przetwórstwie rolnym czy w nauce.
@
Zawsze bedzie jakis odsetek osob, ktorych dzialania " "wielki świat" nauki ma "w poważaniu" ".
Tak jest z roznych powodow i niektore te powody maja jak najbardziej swoje logiczne uzasadnienie.
Pytanie tylko, jak zawsze, gdzie narysowac kreske. Gdzie dokladnie ma byc ta granica od ktorej " "wielki świat" nauki ma ich wysiłki (i rezultaty naukowe) nierzadko "w poważaniu" ". Odpowiedz nie jest prosta.