Oczekujemy transparentności i pokazywania efektów finansowanych badań. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, jakie korzyści przynosi działalność naukowa finansowana przez państwo. Nie oznacza to jednak, że mamy wartościować jedne dziedziny nauki kosztem innych. Dzielenie badaczy, na tych, którzy zajmują się „użytecznymi” tematami, i tych, których praca uznawana jest jako mniej potrzebna, wpisuje się w dyskusję zupełnie nieprzystającą do standardów akademickich – mówi w rozmowie z FA dr Karolina Zioło-Pużuk, wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego.
„Trzynastki” w Polskiej Akademii Nauk, ostatnie decyzje Rady Narodowego Centrum Nauki i dotacja podmiotowa dla NCN, wykaz czasopism, IDUB, work-life balance w akademii, Rok Nauki… O tych między innymi kwestiach z wiceszefową Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego dr Karoliną Zioło-Pużuk rozmawia Mariusz Karwowski.
Co piąta osoba w akademii rozważa zmianę zatrudnienia w ciągu 12 miesięcy. Najczęściej zamiar ten zgłaszają doktorzy (23%) – wynika z najnowszego badania Ośrodka Przetwarzania Informacji. Trudno te dane przyjąć z optymizmem, a równie dramatycznych jest w raporcie o wypaleniu zawodowym więcej.
Pracując w Wielkiej Brytanii, widziałam na własne oczy, do czego prowadzi system pogoni za grantami bez jakiejkolwiek życiowej stabilizacji. Prekaryzacja pracy naukowców była tam w pełnym rozkwicie, gdy u nas szykowano „ustawę Gowina” (Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce z 2018 roku – dop. MK), czyli podglebie do „urynkowienia” nauki. Obserwowałam to z niepokojem i z tej perspektywy nie dziwi mnie zbytnio wypalenie, z którym mierzymy się dziś w naszym środowisku.
Aż 63% badanych deklaruje, że ma zbyt mało czasu na badania, a 58% – na pisanie tekstów akademickich. I znów, najsilniej deficyt ten odczuwają doktorzy. W czasie wolnym regularnie pracuje 3/4 respondentów. Akademia ma problem z work-life balance?
Po pierwsze, ewaluacja. Uważam, że jednym z powodów, które przyczyniły się do wypalenia, było postawienie znaku równości między oceną pracowniczą a oceną ewaluacyjną. To są przecież dwie różne rzeczy. Ewaluacja ocenia jednostkę, a nie pracownika. Zostanie to wyraźnie zaznaczone w projekcie nowej ustawy zmieniającej zasady oceny działalności naukowej. Ograniczyliśmy też liczbę osiągnięć naukowych w dyscyplinie zgłaszanych do ewaluacji, a także znieśliśmy sankcje za uzyskanie statusu N0 (pracownik naukowy, który w okresie objętym oceną nie wykazał punktowanej publikacji – dop. MK). Trudno zaakceptować sytuację, w której z przyczyn niezależnych od pracownika, w tym także losowych, nie jest on w stanie wywiązać się z obowiązków naukowych, a skutki tego ponosi cała jednostka. Odchodzimy od stosowania odpowiedzialności zbiorowej.
Zmieniamy także limity osiągnięć dla poszczególnych grup. Pracownicy badawczo-dydaktyczni, a tych jest zdecydowanie najwięcej w systemie, dzielą swój czas po połowie na kształcenie i działalność naukową, oczywiście z uwzględnieniem jeszcze szeregu zadań organizacyjnych i administracyjnych. Dlatego uważam, że przejście na wskaźnik 0,5N lepiej oddaje charakter ich pracy. Nie będzie to dotyczyć tylko pracowników badawczo-dydaktycznych, ale także doktorantów oraz pracowników badawczo-technicznych, inżynieryjno-technicznych, którzy nie poświęcają przecież całego czasu na działalność naukową i będą mogli być rozliczani jako 0,25N, jeśli wyrażą taką wolę.
Obawiam się, że to może nie wystarczyć na poprawę dobrostanu pracowników akademii.
Rozmawiałam z Głównym Inspektorem Pracy na temat tego, jak Państwowa Inspekcja Pracy może skutecznie wspierać uczelnie w walce z mobbingiem. Nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów, ale mamy pomysł wspólnego działania na przyszły rok. Uczelnie to znakomite miejsca do rozwoju, ale musimy wreszcie zacząć patrzeć na nie przede wszystkim jak na miejsca pracy. Powiem wprost: skala obciążeń, jakie dziś nakłada się na pracowników naukowych, jest zbyt duża. Dotyczy to nie tylko badań i dydaktyki, ale też obowiązków administracyjnych.
Wrócę jeszcze na chwilę do ewaluacji, bo moim zdaniem tutaj znajduje się klucz do rozwiązania części tych problemów. Niektóre z pomysłów są jeszcze przedmiotem konsultacji, ale rozwiązania, które chcemy zawrzeć w rozporządzeniu, zwłaszcza w odniesieniu do Filaru II, dadzą uczelniom realne narzędzia do poprawy warunków pracy. Istotnym elementem będzie obowiązek przyjęcia Kodeksu Etyki Wspólnoty Uczelni, w którym znajdą się zapisy nie tylko dotyczące etyki badań, ale i procedur antymobbingowych. To zobowiąże uczelnie do większej troski o środowisko pracy, ponieważ kwestie te staną się ważnym elementem oceny instytucjonalnej.
Prezydium Polskiej Akademii Nauk kilka dni temu dyskutowało o nowym sposobie określania liczby pracowników uwzględnianych przy ocenie jednostek. Jak podano w komunikacie po posiedzeniu, zdaniem przedstawicieli instytutów proponowany mechanizm może stawiać je w mniej korzystnej sytuacji niż uczelnie ze względu na odmienną strukturę zatrudnienia.
Pracownicy instytutów PAN w całości poświęcają swój czas na pracę naukową, podczas gdy pracownicy uczelni, obok badań, realizują również szeroki zakres obowiązków dydaktycznych. To po prostu dwa nieco różne modele funkcjonowania. Dlaczego zatem naukowcy w PAN mają być oceniani tak jak na uczelniach? Oczywiście w instytutach PAN prowadzi się kształcenie doktorantów, ale jest ogromna różnica między prowadzeniem szkoły doktorskiej a uczeniem studenta. Dlatego trzeba na to spojrzeć z szerszej perspektywy i rzetelnie ocenić, czy rzeczywiście te nierówności występują.
Reforma PAN coraz bliżej?
Ustawa, której projekt został przyjęty przez Komitet Stały Rady Ministrów, jest kompromisem, który udało się wypracować w toku wielomiesięcznych prac z udziałem przedstawicieli ministerstwa, prezesa i wiceprezesów PAN, reprezentantów związków zawodowych, a także Zgromadzenia Dyrektorów Instytutów Naukowych. Spotykaliśmy się regularnie i w tym, i w ubiegłym roku. Jestem zadowolona z efektów, zwłaszcza z zapisów dotyczących spraw propracowniczych, a więc zwiększenia znaczenia związków zawodowych oraz bardziej partycypacyjnej, demokratycznej struktury Akademii. PAN jest instytucją, która wymagała unowocześnienia. Obowiązująca ustawa z 2010 roku nie przystaje już do dzisiejszych czasów. Również pod względem zabezpieczeń finansowych.
No właśnie, największy bój toczył się o tzw. trzynastki.
Przypomnę, że do roku 2010 pracownicy PAN mieli wypłacaną nagrodę roczną. Przyjęta wówczas ustawa wprawdzie jej nie znosiła, ale uczyniła fakultatywną: jeśli instytut wypracował zysk, to dyrektor mógł przyznać pracownikom dodatkową nagrodę roczną. Stało za tym błędne, w moim przekonaniu, założenie, że instytuty PAN da się sprowadzić do roli firm działających na rynku, których nadrzędnym celem jest wypracowywanie zysków. Poza tym uczelnie i bez tego mogły wypłacać „trzynastki”, co było już jawną niesprawiedliwością. To był nasz koronny argument w rozmowach z Ministerstwem Finansów.
Uściślijmy – w projekcie zapisano „prawo do nagrody” przysługujące wszystkim grupom pracowniczym PAN, a więc także pracownikom „nienaukowym”. Ale to nie wynagrodzenie.
Tak, w projekcie ustawy, z którym zmierzamy w stronę etapu rządowego, zapisane jest wprost, że pracownicy Akademii, jednostek naukowych i innych jednostek organizacyjnych Akademii mają prawo do nagrody rocznej. W jednostkach sfery budżetowej dodatkowe wynagrodzenie roczne jest wypłacane w formie nagrody rocznej i jest to świadczenie wynikające ze stosunku pracy, więc jest to część wynagrodzenia.
Projekt został przyjęty przez Komitet Stały Rady Ministrów…
…i teraz czeka na ostateczne przyjęcie przez pełny skład Rady Ministrów, później trafi do prac parlamentarnych, a następnie na biurko prezydenta. Cały proces legislacyjny powinniśmy zakończyć do końca roku, a najpóźniej w pierwszym kwartale przyszłego. Chcę jednak podkreślić, że jako ministerstwo jesteśmy przygotowani do wypłaty środków na fundusz nagród, z którego wypłaca się „trzynastki”, już w 2027 roku.
Wspomniała pani na wstępie naszej rozmowy o pogoni za grantami. W niedawnym wywiadzie dla „Forum Akademickiego” prof. Paweł Rowiński, prezes Europejskiej Federacji Akademii Nauk ALLEA, wspominał, że na forum tej organizacji coraz szersze kręgi zatacza dyskusja na temat reformy systemu finansowania poprzez granty. Brak stabilnej sytuacji zawodowej generuje odpływ z nauki wielu młodych ludzi. Czy w pani przekonaniu w najbliższych latach reforma systemu grantowego, także w Polsce, stanie się konieczna?
Uważam, że tak. Podstawowa kwestia to zapewnienie więcej środków na ambitne projekty, tak aby wskaźnik sukcesu był znacznie wyższy. Dlatego zwiększyliśmy budżet Narodowego Centrum nauki o 400 mln zł. Ale kluczowa sprawa to wyższe pensje pracowników nauki. Pensja jest podstawą, a grant szansą na realizację ciekawego, odważnego projektu. Grant nie może być przymusem, od którego uzależniona jest wysokość pensji. Przypomnę, że w pierwszym roku zapewniliśmy 30-procentowe podwyżki, w kolejnych latach było to odpowiednio: 5 i 3 procent. W 2027 również zagwarantujemy 3-procentowe podwyżki płac. To pokazuje, że konsekwentnie dążymy do poprawy sytuacji polskich naukowców i realizujemy kierunek zmian, który wskazałam.
Te procentowe wartości, podawane przez panią, ale także ministra Marcina Kulaska w wystąpieniu sejmowym przy okazji protestu „3% dla nauki”, stały się na tyle punktem zapalnym między ministerstwem a środowiskiem, że wzięli je pod lupę eksperci Demagoga. Bezsporna dla obu stron wydaje się za to wspomniana przez panią kwota dodatkowych 400 mln zł dla NCN, choć też nie obyło się bez kontrowersji. Po zwiększeniu budżetu na badania podstawowe, Rada NCN wprowadziła limity w liczbie składanych wniosków. „Czuję się oszukany. Protestowałem przeciwko mrożeniu budżetu NCN, a kiedy ten wzrósł, ograniczono dostęp do grantów” – to wcale nieodosobniony głos ze środowiska. Jak odebrała pani decyzję Rady NCN?
Nie nazwałabym tego ograniczeniem. Po prostu, po uzyskaniu przez naukowca dwóch dużych grantów (mowa o grantach OPUS – dop. MK), o kolejny będzie się można ubiegać po uprzednim złożeniu aplikacji w konkursach europejskich. Niestety, nasi naukowcy nie wykorzystują środków na naukę pochodzących z Komisji Europejskiej w takim stopniu, w jakim byśmy oczekiwali. W efekcie więcej pieniędzy na naukę wciąż wkładamy do budżetu europejskiego, niż z niego wyjmujemy. Uważam, że jeżeli ktoś zrealizował dwa duże projekty w NCN, to znaczy, że ma odpowiednie doświadczenie, zaplecze i powinien też już mieć odpowiednią ambicję do sięgania po fundusze europejskie. Rozumiem obawy, że to projekty trudniejsze w obsłudze, ale jednostki naukowe i ich kierownicy powinni zapewnić wsparcie instytucjonalne. To jest kierunek, który popieram.
W jednym roku kalendarzowym będzie można być wskazanym jako kierownik projektu tylko w jednym wniosku.
To również jest zasadne, bo ile projektów da się realizować naraz z pełnym zaangażowaniem? Musimy poszerzać grupę osób, która aplikuje o granty. Nie mogę zgodzić się z tym, że, interesujące, stawiające ważne pytania prace badawcze prowadzone są tylko w kilku ośrodkach. Poza Warszawą i Krakowem też robi się dobrą naukę i mechanizmy wprowadzone przez Radę NCN będą sprzyjać również tym mniejszym ośrodkom.
Do NCN spływa coraz więcej wniosków – właśnie przesunięto z tego powodu terminy rozstrzygnięć kolejnych konkursów. Do OPUS 31 i PRELUDIUM 25 złożono 5800 wniosków, tj. o ponad 800 więcej niż rok wcześniej. Tymczasem dotacja podmiotowa, a więc m.in. na ich obsługę, ledwie drgnęła – w projekcie budżetu zapisano na ten cel zaledwie ok. 2 mln zł więcej.
Narodowe Centrum Nauki dostało dodatkowe 400 mln zł, dzięki czemu– jak zauważyło również „Forum Akademickie” – po raz pierwszy budżet agencji wyniesie ponad 2 mld zł. W ślad za tym, mam nadzieję, podniesie się wskaźnik sukcesu w konkursach. Natomiast dla mnie dużo większą troską jest to, żeby rosły zarobki na uczelniach, a grant był jedynie dodatkiem i szansą na zrealizowanie ambitnego badania. To dla mnie największe wyzwanie. Dlatego cieszy mnie wzrost finansowania na naukę na poziomie 2,7 miliarda zł, ale nie zasypiamy gruszek w popiele i poważnie myślimy o kolejnych rozwiązaniach, m.in. powiązaniu zarobków z wielokrotnością płacy minimalnej. Wraz z jej waloryzacją, rosłyby także wynagrodzenia naukowców i nauczycieli akademickich.
To szczytne cele na przyszłość, ale czy tu i teraz znajdzie się więcej pieniędzy na obsługę coraz większej liczby wniosków grantowych?
Prowadzimy rozmowy z dyrektorem Narodowego Centrum Nauki, profesorem Krzysztofem Jóźwiakiem. Dyrektor zaproponował skokowy wzrost zatrudnienia na poziomie, który z finansowego punktu widzenia przekracza nasze możliwości, na takie wieloletnie zobowiązanie musi przede wszystkim wyrazić zgodę Ministerstwo Finansów. Wspólnie jednak poszukujemy rozwiązania, które pozwoli zwiększyć liczbę osób obsługujących wnioski i projekty w NCN.
Naukowcy mogą się czuć skonsternowani nie tylko ostatnimi decyzjami Rady NCN. Jak bowiem mają odbierać wpis jednego z członków tego gremium, prof. Stanisława Karpińskiego, który na Facebooku pisze o „politycznej poprawności w NCN, czyli na jakie projekty są wydawane publiczne środki”? Przywołuje przy tym projekty dwóch konkretnych badaczy, komentując: „podatnicy mają pełne prawo pytać, czy właśnie takie granty za setki tysięcy i miliony złotych powinny być finansowane w sytuacji, gdy wiele badań podstawowych z nauk o życiu czy nauk ścisłych i technicznych o bezpośrednim znaczeniu dla zdrowia, bezpieczeństwa żywności, ekologii, przegrywa z powodu braku środków”. To kuriozalny wpis, wziąwszy pod uwagę, że jego autorem jest członek Rady NCN, a jeszcze dziwniejszy brak jakiejkolwiek reakcji samej agencji na takie słowa.
To bardzo zły kierunek myślenia. Uważam, że nauka powinna interesować się wszystkimi aspektami naszego życia, bo nigdy nie wiadomo, gdzie pojawi się przełom, który przyczyni się do postępu. Dzielenie badaczy, na tych, którzy zajmują się „użytecznymi” tematami, i tych, których praca uznawana jest jako mniej potrzebna, wpisuje się w dyskusję zupełnie nieprzystającą do standardów akademickich i w gruncie rzeczy pozbawioną sensu. Zgodzę się natomiast z tym, że oczekujemy transparentności i pokazywania efektów finansowanych badań. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, jakie korzyści przynosi działalność naukowa finansowana przez państwo. Nie oznacza to jednak, że mamy wartościować jedne dziedziny nauki kosztem innych.
Czy jako osoba nadzorująca z ramienia MNiSW tę akurat agencję grantową oczekiwałaby pani jakiejś reakcji?
Jako że jest to jednostka podległa ministrowi nauki i szkolnictwa wyższego, można było oczekiwać przynajmniej jasnego i publicznego stanowiska wobec zarzutów o rzekomą „poprawność polityczną”. Taki głos pomógłby rozwiać wątpliwości i określić podejście instytucji do tej sprawy.
À propos Rady NCN. Czy Zespół Identyfikujący jej członków zakończył już pracę?
Tak i wiem, że była to bardzo wytężona praca. Jak wiadomo, z Rady odchodzi w tym roku 12 osób i priorytetem przy wyborze kandydatów było zapewnienie reprezentacji różnych dyscyplin. Spłynęło w sumie ponad sześćdziesiąt zgłoszeń, z których do oceny merytorycznej zakwalifikowano 59 osób. Zespół już przygotował raport z rekomendacjami. Wskazano nazwiska, z których minister – zgodnie z procedurą – wybierze teraz dwanaście osób. Ostateczna decyzja zostanie podjęta w listopadzie.
Czy również jeśli chodzi o wykaz czasopism wszystko idzie zgodnie z planem? Jeszcze kilka tygodni temu Komitet Nauk Prawnych PAN donosił, że pomimo wcześniejszych zapowiedzi członkowie nie otrzymali dostępu do systemu, narzędzi informatycznych, kont eksperckich, instrukcji postępowania ani informacji pozwalających rozpocząć działania merytoryczne. Nie odbyły się również zapowiadane szkolenia ani spotkania organizacyjne.
Na ponad 1200 ekspertów mamy już założone i aktywne konta ponad 1000 z nich. Odbyły się też cztery szkolenia dla członków komitetów. Cały proces przebiega zgodnie z harmonogramem. Nowe wykazy pojawią się na początku przyszłego roku.
I będą obowiązywać od 2027, tymczasem okres ewaluacyjny już biegnie zaczął się w 2026.
W tym roku obowiązuje jeszcze stara lista, ale proszę pamiętać, że ewaluacja trwa pięć lat. I powtórzę raz jeszcze: w nowej ocenie publikacje nie będą miały tak ogromnego znaczenia jak do tej pory.
Część naukowców domaga się od dawna usunięcia z wykazu tytułów wydawanych przez MDPI. Ostatnio samo ministerstwo wyliczało, że od 2022 roku na publikacje w tym wydawnictwie wydano około 150 mln zł.
Nie chciałabym, żebyśmy się skupiali tylko i wyłącznie na jednym wydawnictwie, tylko odważnie sobie powiedzieli: nie jest dobrze, kiedy wydajemy publiczne pieniądze na zbyt drogą promocję nauki poprzez opłatę publikacyjną w otwartym dostępie.
Jako MNiSW wydajemy spore środki na Wirtualną Bibliotekę Nauki. Zapewniamy dostęp do określonej puli czasopism. Nie przyjmuję tłumaczenia, że rektorzy są przymuszani przez system ewaluacji do zakupu innych tytułów. Od nowego roku wchodzimy do Open Research Europe i staram się, by publikowanie w otwartym europejskim dostępie było odpowiednio doceniane. Z tej platformy korzysta wiele państw i jeśli będziemy konsekwentni w tych działaniach, to zapewniam, że w perspektywie 5–6 lat rynek wydawniczy naprawdę się zmieni.
Naprawdę pani w to wierzy?
Dzięki ORE, ale także zmianom na liście czasopism, a także innemu postrzeganiu publikowania, możemy wypracować kilku polskim czasopismom europejską renomę. Chcę na przykład w Narodowym Programie Rozwoju Humanistyki postawić wymóg, aby publikacja, która otrzyma finansowanie, znalazła się w otwartym dostępie w polskim wydawnictwie, niezależnie w jakim języku jest napisana. Chodzi o to, żeby nauka była w obiegu otwartym. Mam nadzieję, że po zakończeniu kolejnej ewaluacji tych wydatków, o których pan wspomniał, nie będzie w ogóle albo będą znacząco zmniejszone.
Kolejna ewaluacja dopiero za pięć lat, a już w 2027 – Rok Nauki. Trochę przewrotnie, bo przy nakładach na ten sektor przekraczających ledwo 1% PKB…
Ale jednak o 2,7 miliarda zł większych niż ostatnio.
Dobrym preludium mógłby być obecny rok, ustanowiony z pani inicjatywy – Rokiem Popularyzacji Nauki. Ale mam wrażenie, choć jeszcze się nie skończył, że ten czas nie został w pełni wykorzystany.
Nie zgadzam się z tą opinią. Wydarzeń były setki, o różnym zasięgu, w całym kraju. Może za kilkadziesiąt lat przyszły laureat Nobla wspomni, że to właśnie na Dolnośląskim Festiwalu Nauki albo Lubelskim Festiwalu Nauki zafascynował się fizyką czy chemią. Choć w nauce i jej promocji nie ma szybkich efektów, to gdy patrzę na to, ile osób przychodzi na wydarzenia popularyzujące naukę i dowiaduje się tam czegoś ciekawego – a sama w wielu biorę udział – jestem pod ogromnym wrażeniem. Mam pewność, że to, co tam zobaczą, usłyszą, a nawet poczują, zostanie w nich, i z czasem być może otworzy im drzwi do kariery naukowej.
Czy ministerstwo ma już plany na świętowanie Roku Nauki?
Jestem bardzo zadowolona z tego, że Sejm RP ustanowił rok 2027 Rokiem Nauki. To będzie czas aby przypomnieć, jak ważną rolę w rozwoju społeczeństwa i państwa odgrywają badania. Dla nas w MNiSW będzie to rok popularyzacji wiedzy, promocji badań i innowacji, ale też czas inspirowania młodych do odkrywania świata. Będzie to też rok nauki partycypacyjnej. Widzę tu ogromną rolę towarzystw naukowych, ponieważ w nich właśnie wraz z naukowcami działa cała masa entuzjastów. Myślę, że gdy ktoś dotknie nauki i zda sobie sprawę z tego, ile może dla niej zrobić czysto hobbystycznie, to stanie się jej wielkim pasjonatem.
Pisaliśmy niedawno na naszych łamach o planowanej nowej formule Komisji ds. Etyki w Nauce PAN. Czemu ma służyć ta zmiana?
Komisja ma pracować teraz w szerszym, 21-osobowym składzie i dysponować większym budżetem. Pozwoli to na skuteczniejsze działanie, bo nie ma nic gorszego w tego typu sprawach jak przewlekłość. Postępowania w tym zakresie powinny być w miarę szybko kończone, oczywiście z zachowaniem wszelkich procedur i przepisów.
Czy to, że do rozstrzygania zostanie zaangażowanych więcej osób, może sugerować, że mamy poważny problem z etyką w nauce?
Jesteśmy coraz bardziej świadomi tego, co można, a czego nie. Każda taka sprawa coś nam pokazuje. Tak było w ostatnim czasie z czasopismami drapieżnymi czy z „papiernikami”. Artykuły o tych zjawiskach, publikowane m.in. przez „Forum Akademickie”, i ich oddźwięk, okazały się znacznie skuteczniejsze niż jakiekolwiek działanie restrykcyjne.
Kiedy możemy spodziewać się ogłoszenia wyników kolejnej edycji IDUB?
Eksperci jeszcze rozmawiają, ścierają się, ale dyskusje zmierzają już do finału. Osobiście nie biorę w nich udziału, ale pracownicy poszczególnych departamentów ministerstwa przyglądają się całemu procesowi. On jest transparentny, bardzo merytoryczny i dobrze zorganizowany, a przy tym nie ma możliwości, by w niego ingerować. Z dziesiątki wypadną dwie uczelnie, dwie wejdą na ich miejsce. Ostateczne wyniki ogłosimy na gali na początku listopada.
Kiedy powstawał IDUB, oczekiwano, że zbuduje jedną lub kilka silnych, międzynarodowo rozpoznawalnych uczelni badawczych. Jak wiem, tak się nie stało. Czy program w obecnym kształcie jest na pewno odpowiedni do tego celu?
Zadałabym inne pytanie: czy to jest tak naprawdę ten cel? Program się sprawdził w takim sensie, że uczelnie otrzymały pieniądze na ambitne działania naukowe, ambitne zmiany wewnątrz swojej struktury. Uczelnie w trakcie trwania programu IDUB osiągnęły niesamowity rozwój i zmianę kulturalną. Jestem przekonana, że eksperci, oceniając uczelnie, byli usatysfakcjonowani z tego, co zobaczyli, jak te pieniądze spożytkowano. Dla uczelni to jest nie tylko ogromny zastrzyk finansowy, ale też impuls do zastanowienia się nad tym, w którym kierunku strategicznie chcą dążyć. Wierzę, że wzorowany na idei IDUB program „Rozwój Instytutów Naukowych” też przyniesie podobne efekty.
Rozmawiał Mariusz Karwowski
Wykazy będą na początku przyszłego roku? Tzn. kiedy? W marcu, kwietniu? Wykaz powinien się ukazać co najmniej na pół roku przed okresem obowiązywania.
"poważnie myślimy o kolejnych rozwiązaniach, m.in. powiązaniu zarobków z wielokrotnością płacy minimalnej. "
Szkoda, że na myśleniu się kończy. I to myślenie trwa już 3 lata. Gdzie jakikolwiek projekt ustawy?
I osobny wątek, gdzie również zapraszam do szczerej dyskusji:
Polityka naukowa nie powinna ograniczać się do finansowania badań, które naukowcy sami proponują. Powinna również aktywnie inspirować ich przyszłe kierunki, przekładając długoterminowe wyzwania społeczne i gospodarcze na nowe, ambitne pytania badawcze.
Jaki jest pomysł rządu na rozwój takiego, niedocenianego wymiaru polityki naukowej państwa?
Bardzo dobre i uzasadnione pytanie!
Jak działa polityka dotychczasowych rządów: macie tu parę grantów na kilkudziesięciu chętnych i "róbta co chceta", byle był jakiś "prestiż", nieuchronnie (planowo?) prowadzi do ukrainizacjo - meksykanizacji Polski.
Pani Wiceministra broni zasady niewartościowania dyscyplin naukowych według ich bezpośredniej użyteczności. Proponuję przesunięcie dyskusji na poziom odpowiedzialności państwa za alokację ograniczonych środków publicznych.
Potrzebujemy odważnej Polityki Naukowej Państwa (PNP), która nie tylko chroni autonomię nauki, ale również wskazuje strategiczne kierunki badań o największym potencjale wpływu na przyszłość społeczeństwa i gospodarki. To one powinny otrzymywać priorytet w finansowaniu publicznym, bez wykluczania innych obszarów badań, dla których należy rozwijać także alternatywne źródła wsparcia.
Tymczasem przygotowywana aktualizacja PNP, wciąż oczekująca na konsultacje, nie daje nadziei na taką zmianę. Bez odwagi do ustalania priorytetów będziemy nadal rozpraszać ograniczone zasoby, zamiast budować przewagi naukowe i technologiczne Polski.