Aktualności
Badania
16 Maja
Źródło: archiwum prywatne
Opublikowano: 2025-05-16

Dr Zuzanna Świrad: Niepewność w nauce jest dobrym nawozem pod syndrom oszusta

Niezwykle trudno byłoby mi przetrwać w nauce bez odporności psychicznej. To właśnie ona pozwoliła mi znieść na przykład niepewność wynikającą z braku stałego zatrudnienia, a co za tym idzie stałego miejsca zamieszkania. Lata spędzone na walizkach były naprawdę trudne. Dopiero w grudniu ubiegłego roku dostałam umowę na czas nieokreślony. W wieku 35 lat! Brak ofert dających możliwość zakotwiczenia się w jednym miejscu jest na pewno dobrym nawozem pod syndrom oszusta – mówi dr Zuzanna Świrad z Instytutu Geofizyki PAN, kolejna bohaterka naszego cyklu „Nauka przez duże K”.

Dr Zuzanna Świrad jest geomorfolożką, od 2022 roku pracuje w Instytucie Geofizyki PAN. Zgłębia tajniki procesów erozyjnych kształtujących wybrzeża. W swojej pracy łączy wiedzę teoretyczną z doświadczeniem zdobywanym podczas badań terenowych, m.in. na Spitsbergenie, w Kalifornii i nad Bałtykiem. Obecnie bada wpływ zaniku pokrywy lodu morskiego na erozję wybrzeży Arktyki. W ubiegłym roku została stypendystką programu L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki. Z badaczką rozmawia Aneta Zawadzka.

Podwodny świat wciągnął panią na dobre?

O tak. Zwłaszcza po tym, jak miałam okazję zobaczyć jego różnorodność. Kiedy nurkowałam w Egipcie, zachwyciła mnie na przykład spektakularna gra świateł, która odbywała się w pełnych prześwitów podwodnych tunelach skalnych. Na Spitsbergenie i w Kalifornii urzekają mnie lasy wodorostów. Muszę przyznać, że to naprawdę niesamowite przeżycie móc przepływać wzdłuż delikatnie poruszającej się roślinności. Mam wówczas wrażenie, jakbym znajdowała się w innej rzeczywistości. Wyjątkowe wrażenie zrobiła na mnie także arktyczna rafa koralowa, na której umościła się sporych rozmiarów rozgwiazda przypominająca z wyglądu poduszkę.

A co interesuje pod wodą geomorfolożkę?

Najciekawsze jest dla mnie obserwowanie form terenu znajdujących się na dnie, od ścian skalnych po ripplemarki, czyli zmarszczki powstałe przez falowanie.

Skąd w ogóle wzięło się to zainteresowanie nurkowaniem?

Zaczęłam nurkować w trakcie stażu podoktorskiego na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym, żeby zainteresować się tego rodzaju aktywnością. Może dlatego, że miałam – zupełnie zresztą bez powodu – niezbyt dobre skojarzenia. Nurkowanie w Polsce jawiło mi się jako zanurzanie się w ciemnych jeziorach albo schodzenie w głąb zalanych, nieczynnych kopalni. W ogóle nie było dla mnie atrakcyjne.

Wystarczyło znaleźć się za oceanem, by ta perspektywa uległa zmianie?

Kiedy rozpoczęłam pracę w Instytucie Oceanograficznym Scrippsów, okazało się, że rzeczą, którą muszę koniecznie zrobić jest kurs nurkowania naukowego. I nawet nie chodziło o to, że ktoś na mnie naciskał. Po prostu moje koleżanki z instytutu powiedziały, że jest to rzecz, której zwyczajnie nie można przegapić. Pomyślałam, że drugi raz może już mi się nie trafić okazja, aby nauczyć się nurkowania w miejscu zaliczanym do światowej czołówki ośrodków badań oceanograficznych. Nurkowanie stanowi tam istotny element badań.

I od razu rzuciła się pani na głęboką wodę?

Najpierw musiałam skończyć kurs podstawowy, więc zapisałam się na zajęcia w jednej z lokalnych szkółek. Na tym poziomie można było zanurzyć się maksymalnie na głębokość 18 metrów. Tak bardzo mi się spodobało, że już rok później zdobyłam uprawnienia, żeby zejść na 40 metrów.

Po to, by…

Już w San Diego udało mi się w praktyce wykorzystać nowe umiejętności, bo w pracy używaliśmy instrumentów podwodnych, które trzeba było przytwierdzić do dna i regularnie czyścić. Potem te umiejętności przydały się także w Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie. Tam wydobywamy sprzęt, który znajduje się pod wodą.

Jak się nurkuje w tak różnych temperaturach?

One nie są aż tak skrajne, jak mogłoby się wydawać. Trzeba pamiętać, że w wodach wschodniego Pacyfiku, czyli na przykład w Kalifornii, jest dosyć zimno. Na głębokościach panuje temperatura około 10 stopni Celsjusza. Po kilkugodzinnych nurkowaniach w 7-milimetrowej piance trudno mówić o jakimś komforcie. Na Spitsbergenie natomiast nurkuje się krótko i w suchych skafandrach, dlatego odczucia dotyczące panującego zimna nie są aż tak różne.

Ale czy w przypadku Spitsbergenu nie mówimy jednak o ujemnych wartościach?

Faktycznie, temperatura wody na Spitsbergenie oscyluje zazwyczaj wokół zera, czasem nieznacznie spada poniżej. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że – jak wspomniałam wcześniej – nurkowania w tym rejonie są bardzo krótkie. Skoncentrowane głównie na tym, żeby wydobyć aparaturę. Często trwają kilka minut, a ze względów bezpieczeństwa staramy się, by nie przekraczały pół godziny. Po tym czasie wynurzamy się, wychodzimy z wody, żeby odpocząć i dopiero po przerwie albo kolejnego dnia wracamy ponownie.

Nurkuje pani, żeby umieścić instrumenty pod wodą?

W Kalifornii wbijaliśmy w piasek drągi, a potem przytwierdzaliśmy do nich instrumenty. Na Spitsbergenie spuszczamy aparaturę wraz z obciążnikami z pontonu. Zapisujemy jej pozycję GPS, by zazwyczaj po roku wrócić i nurkując wydobyć aparaturę. To są różne czujniki, które mierzą parametry, takie jak temperatura, zasolenie czy ciśnienie. To ostatnie jest dla mnie szczególnie ciekawe, ponieważ z powtarzanych co sekundę pomiarów ciśnienia możemy łatwo wyliczyć zmiany w głębokości, a potem parametry fal, które mają wpływ na erozję brzegów morskich.

Erozję w głównej mierze spowodowaną przez zmiany klimatu?

W swoich badaniach skupiam się zwłaszcza na tym, jak bardzo zmiany klimatu przyczyniają się do intensyfikacji erozji. Podnoszenie się poziomu morza, wzrost częstotliwości oraz intensywności sztormów, a także zmiany w reżimie opadów, to wszystko są czynniki mające wpływ na erozję wybrzeży. Próbuję określić wpływ tych zmieniających się warunków na zmiany brzegów w konkretnych lokalizacjach. Interesuje mnie znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak to się dzieje, że w pewnych miejscach erozja postępuje w szybkim tempie, wywołując niejednokrotnie bardzo destrukcyjne skutki, w innych natomiast nie przyczynia się do powstawania nadmiernych szkód.

Wydaje się, że w Polsce, z uwagi na nasze położenie geograficzne, raczej nie przejmujemy się kwestią erozji brzegów morskich. Ale już na przykład kraje wyspiarskie nie mogą sobie pozwolić na lekceważenie tego problemu.

Pamiętajmy, że brzegi morskie stanowią barierę dla fal. Jeśli dochodzi do ich erozji, linia brzegowa przesuwa się w głąb lądu, powodując kurczenie się powierzchni do życia. To ma bardzo poważne konsekwencje dla ludzi mieszkających na przykład na niewielkich wyspach. Mówiąc wprost, tracą oni swój skrawek ziemi, na którym znajdują się ich domy i cała infrastruktura niezbędna do codziennego funkcjonowania. Dlatego tak ważna jest umiejętność przewidywania, kiedy może nastąpić katastrofa. To pozwala przygotować harmonogram niezbędnych działań.

Z tym przewidywaniem nie jest chyba jednak najlepiej?

Rzeczywiście, jest to spory kłopot w przypadku wybrzeży skalistych, bo niestety dysponujemy niewielką liczbą opracowań ich dotyczących, co znacznie utrudnia tworzenie precyzyjnych prognoz. Wybrzeża skaliste nie reagują linearnie na warunki morskie, a ich budowa geologiczna jest niezwykle skomplikowana. Wystarczy pojechać na obszar klifowy w Anglii czy w Portugalii, żeby przekonać się, że właściwie każdy metr takiego wybrzeża może znacznie się różnić się od kolejnego.

Dodatkową trudność stanowi brak danych historycznych wystarczającej jakości, dzięki którym moglibyśmy dokonać porównań. Jeśli mówimy o erozji wybrzeży skalistych, to najczęściej mamy na myśli zmiany liczone w centymetrach w skali roku. Dawniej naukowcy dysponowali jedynie zdjęciami lotniczymi albo mapami topograficznymi, których skala nie pozwalała na wychwycenie tak drobnych zmian. Odnotowywano jedynie większe zmiany, które pojawiają się rzadko. Dopiero teraz, kiedy możemy korzystać z nowoczesnych rozwiązań typu skaning laserowy czy fotogrametria Structure-from-Motion, jesteśmy w stanie wychwycić nawet milimetrowe zmiany.

Te trudności nie zniechęcają pani?

Wręcz przeciwnie, dodatkowo mnie motywują. Wspólnie z Adamem Youngiem z Instytutu Oceanograficznego Scrippsów dokonaliśmy oceny erozji niemal tysiąca kilometrów klifów Kalifornii na podstawie wysokorozdzielczych danych topograficznych. Dane z naszych badań dostępne są na stronie California Coastal Cliff Erosion Viewer. Umieściliśmy je w powszechnie dostępnym miejscu, po to, by wszyscy zainteresowani mogli zapoznać się z tempem postępowania erozji. Mogą to być zarówno mieszkańcy zagrożonych terenów, jak i decydenci, którzy odpowiadają za gospodarowanie określonym obszarem.

Czyli zła wiadomość jest taka, że proces postępuje, dobra – że dzięki prowadzonym badaniom można uniknąć katastrofy w przyszłości?

Chodzi właśnie o to, żebyśmy wiedzieli, ile zostało nam czasu i jakie środki zaradcze możemy podjąć. W zależności od tempa erozji przyjęte metody mogą być bowiem łagodne albo drastyczne. Do łagodnych należy na przykład umocnienie klifu albo postawienie konstrukcji, które łamią fale dalej od brzegu, przez co mniej energii dotrze do plaży czy klifu i fale nie wyrządzą tak wielkich szkód. Drastyczną metodą są oczywiście przesiedlenia i przenoszenie istniejącej infrastruktury w głąb lądu. Niestety, biorąc pod uwagę zagrożenie, czasami jest to jedyne możliwe rozwiązanie. Dlatego tak ważne jest, byśmy umieli możliwie precyzyjnie określić, czy mamy to zrobić w ciągu dwóch, czy może dwudziestu lat. Pamiętajmy, że w grę wchodzi konieczność ochrony życia ludzkiego, ale także odpowiednie zabezpieczenie środków finansowych.

Mówimy tu o nakładach na niezbędne inwestycje?

Weźmy przykład z Kalifornii. Tam po szczycie klifu przebiega linia kolejowa łącząca San Diego i Los Angeles oraz znaczna część Drogi Stanowej nr 1, które już teraz trzeba co chwilę zamykać z uwagi na niebezpieczeństwo. Każdy obryw skalny powoduje bowiem realne zagrożenie, że część torów lub nawierzchnia drogi zsunie się po klifie. Bardzo ważne było więc określenie, czy już należy tę infrastrukturę przesuwać, czy jeszcze zostało trochę czasu.

W Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie mierzymy się w mniejszej skali z podobnym problemem. Wiemy, że jeden z budynków, który znajduje się na samym brzegu i gdzie trzymamy łodzie, jest w bardzo złym stanie i właściwie już teraz powinien być przeniesiony. Właśnie z powodu erozji. Co prawda postawione zostały tam umocnienia, ale specyfika takiego rozwiązania powoduje, że umocnienie w jednym miejscu przyspiesza erozję w innym.

Północ zajmuje w pani życiu wyjątkowe miejsce?

Na pewno łączy się z nią najwięcej mrożących krew w żyłach historii.

Zamieniam się w słuch.

Myślę, że jednym z trudniejszych sezonów badawczych był ten ubiegłoroczny. Byłam na rejsie na wschodnim Svalbardzie. Naszym celem była Svenskøya, czyli w dosłownym tłumaczeniu Wyspa Szwedzka, z przystankami na innych wyspach. Liczba groźnych sytuacji, która spotkała nas po drodze przekroczyła chyba dopuszczalne limity. Począwszy od problemów z silnikiem, po bliskie spotkania z dzikimi zwierzętami.

Nie zapomnę momentu, kiedy nie mogliśmy uruchomić silnika, do pontonu zaczęły się zbliżać terytorialne morsy, a ze względu na gęstą mgłę nie mogliśmy dostrzec naszego jachtu. Kiedy dziś wspominam tę naszą wyprawę, to już mogę sobie żartować, ale pamiętam, że w tamtej sytuacji zupełnie nie było mi do śmiechu.

Spanikowała pani?

Akurat w sytuacji kryzysowej nie panikuję. Praktycznym sprawdzianem moich umiejętności panowania nad sobą była pierwsza wyprawa na Spitsbergen w 2009 roku. Wtedy podczas spaceru z koleżanką stanęłyśmy niemal oko w oko z niedźwiedziem polarnym. To z pewnością była okazja do paniki. Tymczasem bardzo spokojnie przygotowałam broń i byłam gotowa strzelić, gdyby niedźwiedź zaczął nas atakować. Pamiętam, że nie trzęsły mi się ręce, nie oblał mnie pot, ani nie miałam chęci ucieczki. W pełni skoncentrowana śledziłam ruchy niedźwiedzia przygotowana na to, by w każdej chwili zacząć działać. Na szczęście drapieżnik nie zaatakował. Ale to była dla mnie ważna lekcja. Od tamtej pory wiem, że w sytuacjach kryzysowych zachowuję spokój i chłodną głowę, co jest niezwykle ważne, zwłaszcza w badaniach polarnych. Trzeba bowiem pamiętać, że warunki, w jakich pracujemy na Północy, często są skrajne. Zmienna pogoda, bliskość dzikich zwierząt, wielomiesięczne przebywanie w jednym miejscu z tą samą grupą ludzi. To wszystko powoduje, że jesteśmy narażeni na spory stres. Dlatego właśnie tak ważna jest odporność psychiczna.

Która na co dzień też się chyba przydaje?

Myślę, że bez niej w nauce byłoby mi niezwykle trudno przetrwać. To właśnie odporność psychiczna pozwoliła mi znieść na przykład niepewność wynikającą z braku stałego zatrudnienia, a co za tym idzie stałego miejsca zamieszkania. Lata spędzone na walizkach, kiedy musiałam przenosić się tam, gdzie mogłam realizować kolejny projekt, były naprawdę trudne. Dopiero w grudniu ubiegłego roku dostałam umowę na czas nieokreślony. W wieku 35 lat. Brak ofert dających możliwość zakotwiczenia się w jednym miejscu jest na pewno dobrym nawozem pod syndrom oszusta.

Dwie psycholożki – Pauline Rose Clance i Suzanne Imes – na podstawie obserwacji klinicznych podczas sesji terapeutycznych z udziałem kobiet, które osiągały wysokie wyniki w sferze zawodowej, pokazały, że pomimo obiektywnych dowodów sukcesu, nie wierzyły one w swoje umiejętności i jednocześnie obawiały się, że ktoś odkryje, że nie zasługują na to, co osiągnęły. Czuje się pani podobnie?

Mnie też czasami się wydaje, że muszę bardzo się starać, by zasłużyć na uznanie przez innych, szczególnie w porównaniu z moimi kolegami, którzy zazwyczaj nie mają wątpliwości, co do swoich kompetencji i praw. To staranie się w moim przypadku polega na przekonywaniu siebie, że osiągnęłam wiele dzięki pracy i zaangażowaniu i jestem odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu.

Bywa to męczące?

Na pewno, zwłaszcza, kiedy przychodzi taki dzień, w którym nagle zaczyna mi się wydawać, że nie podołam wszystkim obowiązkom. Podaję wtedy w wątpliwość swoje umiejętności. Nie dalej, jak kilka tygodni temu nagle ogarnęła mnie taka panika. Zaczęłam się zastanawiać, co ja w ogóle tutaj robię, przecież zupełnie się nie nadaję, by pracować nad pięcioma projektami naukowymi, zajmować się sprawami administracyjno-organizacyjnymi i jeszcze opiekować studentami.

Ciekawe, że nie panikuje pani widząc obok siebie niedźwiedzia, ale będąc sama ze sobą?

To pokazuje, jak trudno jest czasem uwierzyć w siebie. Jak wiele pracy własnej trzeba włożyć, by zbudować trwałe poczucie własnej wartości, które nie ulegnie zmianie, mimo pojawiających się chwil zwątpienia. Temat syndromu oszusta intensywnie omawiałyśmy w ramach grupy mentoringowej w projekcie Mentoring Physical Oceanography Women to Increase Retention. Okazuje się, że jest on dość powszechny. Jedna z uczestniczek programu powiedziała, że kiedy podzieliła się ze starszym naukowcem swoimi obawami dotyczącymi braku kompetencji, to ten zapytał ją przewrotnie: „I myślisz, że jesteś taka sprytna, żeby wszystkich po drodze oszukać i dojść do miejsca, w którym jesteś, podstępem, bez wymaganych kompetencji?”

Syndrom oszusta jest szczególnie niebezpieczny, kiedy prowadzi do zaniechania działań.

Wydaje mi się, że w przypadku naukowczyń zwykle kończy się na chwilach zwątpienia. Ja akurat mam głębokie przekonanie, że nauka jest tym, co chcę robić w życiu, że jest to coś ważnego dla społeczeństwa. Mam świadomość, że na tej drodze jest wiele różnego rodzaju przeciwności, ale dla mnie są one równoważone przez satysfakcję wynikającą ze zdobywania i dzielenia się wiedzą. To, że nie wiemy jeszcze tak wielu rzeczy dodatkowo mnie motywuje do pracy.

Warto być taką siłaczką?

Warto pamiętać, że naukowiec nie jest samotną wyspą. Mój szef z San Diego, z którym nadal prowadzimy wspólny projekt dotyczący erozji brzegów morskich w Kalifornii, jest w pewnym sensie moim mentorem, chociaż oficjalnie nie pełni takiej funkcji. W czasie spotkań rozmawiamy nie tylko o sprawach stricte zawodowych, ale także o kwestiach związanych ze ścieżką kariery, o moich rozterkach i chwilach zwątpienia. Te rozmowy są dla mnie niezwykle ważne. Utwierdzają mnie w przekonaniu, że jestem we właściwym miejscu. Obecność naukowców, którzy mnie znają i wiedzą, jakie mam kompetencje, stanowi istotny element zdrowego życia naukowego.

Rozmawiała Aneta Zawadzka

Wywiad został przeprowadzony w ramach cyklu „Nauka przez duże K”. Ukazały się już rozmowy z: prof. Joanną Karguldr hab. Urszulą Zajączkowskądr Agatą Kołodziejczykdr Anną Wylegałąprof. Elżbietą Frąckowiakdr hab. Aleksandrą Ziembińską-Buczyńskądr hab. Katarzyną Mirgosprof. Ewdoksią Papuci-Władykąprof. Aleksandrą Łuszczyńskądr hab. Natalią Letkiprof. Katarzyną Radwańskądr hab. Anną Oleszkiewiczprof. Katarzyną Starowicz-Bubakdr Aleksandrą Karykowskąprof. Natalią Sobczakdr hab. Karoliną Pierzynowskądr Izabelą Anną Romanowskądr Natalią Banasik-Jemielniakdr hab. Anną G. Piotrowskądr hab. Barbarą Mróz-Gorgońdr Natalią Organistądr Martą Marciniakdr hab. Karoliną Kremensprof. Magdaleną Musiał-Kargdr Kamilą Krakowską-Rodriguesdr Kamilą Łabno-Hajduk, dr hab. Aleksandrą Rutkowską.

Dyskusja (1 komentarz)
  • ~Atok 18.05.2025 15:09

    35 lat i etat, to i tak bardzo szybko, jak na polskie warunki. Gratuluję