Aktualności
Życie akademickie
06 Marca
Źródło: L’Oréal
Opublikowano: 2026-03-06

Dr hab. Aleksandra Milewska: Macierzyństwo uratowało mnie przed odejściem z nauki

Pierwszy rok powrotu do pracy w zasadzie przechorowałam. Dał o sobie znać brak snu, zmęczenie, chroniczny stres. Dziś oczywiście jestem mądrzejsza i wiem, że wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Często powtarzam, że dzięki dziecku stałam się lepszą badaczką. Dlatego uważam, że łączenie pracy naukowej z macierzyństwem i obowiązkami codziennymi nie jest przeszkodą w rozwoju naukowej kariery. Wręcz przeciwnie, może pomóc w ustawieniu sobie właściwych priorytetów – mówi w wywiadzie dla FA dr hab. Aleksandra Milewska z Małopolskiego Centrum Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

Kolejna bohaterka naszego cyklu „Nauka przez duże K” od początku swojej naukowej kariery zajmuje się badaniami nad wirusami, w szczególności koronawirusami oraz innymi patogenami układu oddechowego. Analizuje, jak wnikają one do komórek i jakie czynniki gospodarza im w tym sprzyjają. W swojej pracy używa tzw. modelu HAE, czyli laboratoryjnie odtworzonego nabłonka dróg oddechowych człowieka. Jej badania pomagają lepiej zrozumieć biologię wirusów, a co za tym idzie opracowywać skuteczniejsze terapie, szczepionki oraz przewidywać zagrożenia związane z nowymi patogenami. Jest związana z grupą Virogenetics w Małopolskim Centrum Biotechnologii UJ. Od dwóch lat uczestniczy w międzynarodowym projekcie DURABLE, który skupia się na budowie sieci laboratoriów gotowych do reagowania na nowe zagrożenia epidemiczne. Z dr hab. Aleksandrą Milewską rozmawia Aneta Zawadzka.

Przy odbieraniu stypendium L’Oréal-UNESCO Dla Kobiet i Nauki towarzyszyła pani córka. Macierzyństwo da się skutecznie połączyć z pracą naukową?

Przyznam, że bardzo się tego obawiałam. Należałam bowiem do osób, które myślały, że nie da się być wydajnym naukowcem, jeśli nie poświęca się całego swojego czasu pracy. Przez wiele lat byłam pracoholiczką, która nie widziała świata poza laboratorium. Dlatego początkowo wydawało mi się, że kiedy zostanę matką, ucieknie mi szansa na robienie kariery. Praktycznie przez całą ciążę, która zresztą przypadła na szczyt pandemii, intensywnie pracowałam w laboratorium nad wirusem SARS-CoV-2. Dopiero, kiedy nie byłam już w stanie zapiąć się w kombinezon ochronny, zniknęłam i wróciłam po roku.

I co pani zastała?

Muszę przyznać, że powrót był bardzo trudny. W czasie tej dwunastomiesięcznej przerwy pojawiło się bowiem dużo nowych wiadomości na temat wirusa. Badacze na całym świecie pracowali nad nim, a ja nie byłam w stanie na bieżąco być z tymi doniesieniami. Ledwie mogłam w ogóle zająć się sobą. W pracy naukowej rok to bardzo dużo. Jeżeli w tym czasie nie ma się kontaktu z bieżącą nauką, trudno później to nadrobić.

Wyobrażam sobie, że siedziała pani nocami, żeby nadgonić zaległości?

Nie było takiej możliwości. Małe dziecko przede wszystkim potrzebuje mamy, a dla mnie córka zawsze była i jest najważniejsza. Dlatego w tym pierwszym okresie szybko wracałam z laboratorium, żeby zdążyć ją odebrać ze żłobka i spędzić jak najwięcej czasu. Paradoksalnie jednak pomogła mi zmienić podejście do robienia kariery. Od momentu, kiedy ją urodziłam, zdałam sobie sprawę, że chociaż praca jest bardzo ważna, to jednak nie może wypełnić całego mojego świata. Tym bardziej, że praca naukowa jest niewdzięcznym zajęciem. Wiele rzeczy nie wychodzi, pojawia się frustracja, czasami po roku nadal nie wiemy czegoś, co wydawało się na początku proste do osiągnięcia. Trzeba sobie umieć z tym poradzić.

A jeśli ktoś nie potrafi?

Brak odskoczni, która pozwala oderwać się od tego, co nas frustruje, skutkuje wypaleniem. To właśnie mnie spotkało. Przez długi czas byłam tak skoncentrowana na pracy, że w pewnym momencie przestałam dostrzegać jej sens. Pojawiły się problemy natury emocjonalnej. Praca nie przynosiła mi satysfakcji, zaczęłam wątpić, czy kiedykolwiek uda mi się osiągnąć sukces. Był to czas, kiedy zupełnie się pogubiłam.

Dzisiaj jest już pani gotowa, by o tym mówić?

W naszym środowisku nietrudno o wypalenie. Widziałam osoby, które z uwagi na swój stan psychofizyczny rezygnowały z pracy, zmuszone do całkowitego odcięcia się od tego, co robiły wcześniej. Dlatego uważam, że warto jest mówić o wypaleniu wśród naukowców, bo to rzecz, która nas bardzo dotyka. Rzeczywistość pracy na uczelni ma ogromnie dużo minusów, o których, jak sądzę, zbyt rzadko się wspomina. Przekazujemy sobie te informacje właściwie tylko w gronie zaufanych osób. Tymczasem uważam, że przyznanie się na forum publicznym, że są rzeczy, które nas irytują, powiedzenie o ludziach nieprzychylnie nastawionych do naszej pracy, wskazanie, że zdarza się nam pracować we wrogim środowisku, mogłoby pomóc w poradzeniu sobie z własną frustracją. W tym zawodzie niezwykle łatwo jest bowiem stracić wizję własnej drogi rozwoju. Zapomnieć, po co tu jesteśmy i z jakiego powodu w ogóle robimy, to co robimy.

No właśnie, z jakiego?

Specyfiką naszej pracy jest oczywiście pościg za karierą. Ale nie wynika to wyłącznie z faktu, że w akademii są niezwykle ambitne jednostki za wszelką cenę pragnące odnieść sukces. Po prostu w tej pracy ciężko się utrzymać. W wielu przypadkach na uczelniach brakuje etatów. Ludzie mierzą się z sytuacją, że mają pracę na dwa albo trzy lata, czyli na okres trwania grantu, a później nie wiedzą, co dalej. To z pewnością nie buduje poczucia bezpieczeństwa. Nie można więc obarczać winą każdego, kto stara się uzyskać jak najlepszą pozycję wyjściową w tym wyczerpującym wyścigu.

Pani udało się nie odpaść.

W najczarniejszym momencie, kiedy miałam ochotę zrezygnować z pracy naukowej, na świecie pojawiła się moja córka. Ona mi wszystko poukładała zupełnie na nowo. Skupiona na macierzyństwie, nie miałam czasu myśleć o tym, że muszę być najlepsza, że muszę coś komuś udowodnić albo jeszcze bardziej się starać. Czas, kiedy zajmowałam się dzieckiem był dla mnie momentem na zastanowienie, czy rzeczywiście chcę robić to, co do tej pory. Stawiałam sobie pytania o dotychczasową motywację. Przyglądałam się sobie, zastanawiając się, czy nie robiłam zbyt wielu rzeczy z nie do końca zdrowych pobudek. Bo przecież tak bardzo chciałam pracować, byłam nadmiernie ambitna, zależało mi, aby osiągnąć sukcesy. Kiedy sobie odpuściłam i pozwoliłam głowie na oddech, okazało się, że potrafię znowu czerpać radość z tego, co robię. Można więc powiedzieć, że u mnie to było proste: dziecko rozwiązało wszelkie problemy, a ja dziś mówię każdemu, że macierzyństwo w nauce nie jest żadną przeszkodą.

Nie zawsze to tak wygląda. 

Nie chcę roztaczać wyłącznie sielankowego obrazu. To nie jest tak, że kiedy kobieta wróci po urlopie macierzyńskim do pracy, wszystko samo zacznie się układać. Wymaga to czasu i determinacji, ale też spokoju i przekonania, że sobie poradzę. Bardzo wierzę w kobiety, uważam, że dysponują niezwykłą siłą, której niejednokrotnie mężczyźni mogą im pozazdrościć. Kobiety potrafią pogodzić wiele rzeczy, są zdolne do działania równocześnie na różnych polach. Oczywiście nie do przecenienia jest wsparcie, jakie otrzymują od bliskich i rodziny, a także, co niezwykle istotne, przyjazne środowisko pracy.

Ale czy ta umiejętność albo wręcz konieczność działania na wielu polach nie jest zbyt wysoką ceną?

Pierwszy rok powrotu do pracy w zasadzie przechorowałam. Dał o sobie znać brak snu, zmęczenie, chroniczny stres. Dziś oczywiście jestem mądrzejsza i wiem, że wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Skupiłabym się bardziej na zdrowiu. Starałabym się sobie odpuścić, przynajmniej w początkowym okresie te kwestie, które mogą poczekać. Teraz już wiem, że od razu po powrocie nie trzeba stawiać sobie ogromnych wyzwań. Nie warto zakładać, że zaraz napiszę przełomowy wniosek o grant i dostanę środki na jego sfinansowanie. Nie muszę rozpoczynać od wymyślania niesamowitych projektów, które będą wymagały pokonania kolejnych przeszkód, a ja, bohaterka, dam sobie z tym wszystkim radę. Niech to będzie przez chwilę życie w wolniejszym tempie, które pozwoli unormować nowy rytm: praca–dom. Po tych kilku latach często powtarzam, że dzięki dziecku stałam się lepszą badaczką. Mimo że mam mniej czasu dla siebie czy bywam mniej dyspozycyjna. Ale za to spokojniej podchodzę do pewnych rzeczy. Dlatego uważam, że łączenie pracy naukowej z macierzyństwem i obowiązkami codziennymi nie jest przeszkodą w rozwoju naukowej kariery. Wręcz przeciwnie, może pomóc w ustawieniu sobie właściwych priorytetów.

To co jest teraz ważne dla pani?

Całkiem niedawno uświadomiłam sobie na przykład, że warto byłoby złożyć dokumenty habilitacyjne. Właściwie od dawna mogłam to zrobić, ale jakoś nie było przestrzeni czy możliwości, żeby o tym pomyśleć. Ale pojawiła się i bardzo ją sobie cenię, bo dla mnie ważny jest stały rozwój (kilka dni temu, już po udzieleniu wywiadu, dr Milewska uzyskała stopień doktora habilitowanego w dziedzinie nauk ścisłych i przyrodniczych, w dyscyplinie nauki biologiczne – dop. AZ). Może nawet nie chodzi o samą karierę, ale o naukę. Czuję się bowiem cały czas badaczką, niezależnie od tego, że teraz częściej siedzę przy komputerze, a nie pracuję w laboratorium. Dalej jednak zajmuję się tym samym, tylko po prostu od innej strony. To jest nowe wyzwanie i jednocześnie coś, co mnie także bardzo cieszy. Chociaż muszę przyznać, że to doświadczenie jest trudne i zupełnie inaczej je sobie wyobrażałam.

Miało być spokojniej?

Myślałam, że to jest takie proste i przyjemne siedzieć przy komputerze i przeglądać pewne rzeczy. Tymczasem mam obowiązki związane na przykład z prowadzeniem zespołu. A zarządzanie ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy dopiero zaczynają swoją naukową drogę, nie jest łatwą sprawą. Trzeba mieć naprawdę dużo cierpliwości. I tu właśnie przydaje się moje doświadczenie z macierzyństwa. Od kiedy jestem mamą, noszę w sobie dużo więcej zrozumienia i wyrozumiałości dla innych.

Podkreśla pani znaczenie macierzyństwa, ale nie każda kobieta chce iść taką drogą.

Myślę, że oczywiście można być fantastyczną naukowczynią, nie mając dzieci. Moim zdaniem, to bardzo indywidualna kwestia. Ja mówię tylko o tym, że nie warto poświęcać całego życia dla pracy.

Czasami ten wybór jest jednak narzucony przez innych.

Uważam, że nie można nikogo zmuszać, by pracował ponad siły. To jest dla mnie nie do zaakceptowania, żeby ktoś od nas wymagał, że będziemy non stop dostępni, będziemy odbierać maile o każdej porze dnia, także w wolnym czasie, że na każde zawołanie rzucimy wszystko i przybiegniemy do pracy. Uważam, że takie zachowanie nie jest zdrowe. Nie sądzę bowiem, by zawód naukowca wymagał aż tak ogromnego poświęcenia. Oczywiście, potrzebne jest duże zaangażowanie, ale nie oszukujmy się – nie jesteśmy lekarzami, którzy nie mogą odejść od stołu operacyjnego i zostawić pacjenta bez opieki. Zachowajmy jednak odpowiednie proporcje. Oczywiście, w ekstremalnych sytuacjach, tak jak było to w czasie pandemii COVID-19, nasze laboratorium działało bez przerwy, ale to były zupełnie wyjątkowe okoliczności. Na co dzień nie musimy pracować bez wytchnienia. Moim zdaniem, nie o to w tym wszystkim chodzi.

Tyle że w wyścigu do kariery wygra ten, kto biegnie szybciej. Sama pani wspomniała, że miejsca nie wystarczy dla każdego.

Ale mówimy o tym, żeby pracować dużo, a nie żyć tylko po to, aby pracować. Wydaje mi się, że jednak to co innego. Oczywiście to trudne, bo kiedy chcę osiągnąć niesamowite wyniki, zawsze dzieje się to kosztem poświęcenia pewnych obszarów, np. hobby. Przed zaśnięciem, zamiast czytać ulubioną książkę, oddaję się lekturze branżowej publikacji. Jednak w soboty czy niedziele nie przychodzę do pracy, staram się o niej nie myśleć, skupiam się na byciu z dzieckiem albo na sprawianiu sobie przyjemności. Myślę, że jeśli ktoś cały czas myśli tylko o pracy i ciągle w niej spędza czas, to znaczy, że dotarł już do takiego punktu, w którym powinien zacząć się o siebie martwić. A wymaganie od nas, byśmy całe swoje życie podporządkowali pracy, nie może być standardem, do którego, jako naukowcy, powinniśmy dążyć. Natomiast to nie znaczy, że nie powinniśmy być bardziej doceniani, czy to przez rządzących, czy przez społeczeństwo.

Akurat wirusolodzy nie mieli, zwłaszcza w trakcie pandemii, dobrych notowań.

Przeraża mnie szerzące się przekonanie, że naukowcy są niepotrzebni. Jeśli do tego dodamy wiarę w teorie antyszczepionkowe, od których wirusologom jeżą się włosy na głowie, to coraz trudniej jest mi sobie poradzić z myślą, że świat tak właśnie wygląda. Weźmy przykład pandemii. Proszę zobaczyć, jak szybko ludzie zapomnieli o lęku, który wówczas im towarzyszył. Dziś prawie nikt nie chce słyszeć o tym, że jej koniec nie oznacza, iż podobna historia więcej się nie powtórzy. A my przecież wiemy, że nowy wirus pojawia się średnio co 10 lat. Nie chcę więc nikogo straszyć, ale zostały nam cztery, żeby dobrze się przygotować.

Rozumiem zatem, że na SARS-CoV-2 była pani przygotowana?

Na pewno zaskoczył mnie potencjałem zakaźności. Wśród koronawirusów infekujących ludzi to niespotykana skala. Przed pandemią wirusolodzy zajmujący się koronawirusami nie byli specjalnie rozchwytywani. Żartowaliśmy sobie, że nadejdzie kiedyś koronawirus, o którym wszyscy usłyszą. To nie była żadna groźba, ani zła wróżba. Po prostu chcieliśmy, żeby ludzie usłyszeli, jak ważne są badania nad tymi wirusami. I trafił się SARS-CoV-2. Przyznam, że było to niezwykle interesujące doświadczenie, któremu niejednokrotnie towarzyszył strach wynikający z faktu pracy nad patogenem, o którym właściwie nic nie wiadomo. Z drugiej strony w laboratorium, ubrana w kombinezon ochronny, czułam się dużo bezpiecznej niż na zakupach w sklepie.

To raczej nie przypominało scenariusza filmu „Epidemia”, od którego zresztą zaczęła się pani fascynacja wirusami?

Faktycznie, kiedy jako dziesięciolatka wpatrywałam się, jak Dustin Hoffman w skafandrze przypominającym odzież astronauty, walczy z zarazą, to praca wirusologa wydawała mi się czymś, co można porównać z lotem w kosmos. Dziś oglądam tego typu filmy wyłącznie z rozbawieniem. Pewnego razu, będąc w kinie, wybuchłam śmiechem, kiedy na ekranie pojawili się naukowcy, którzy nagle odkrywali jakiegoś wirusa i już za godzinę mieli jego cały genom. Siedzący obok mnie nie wiedzieli, co mnie tak bawi, tymczasem ja po prostu nie mogłam się opanować.

O COVID-19 wiadomo już wszystko?

Mimo że od końca pandemii upłynęło kilka lat, to mamy jeszcze wiele rzeczy do sprawdzenia. Pamiętajmy, że wirus zostanie z nami na zawsze, więc powinniśmy naprawdę dobrze go poznać. Tymczasem do dziś nie znamy odpowiedzi chociażby na pytanie dotyczące współzależności, jaka zachodzi między różnymi chorobami a COVID-19. Obecnie prowadzę projekt, w którym sprawdzam, jak to się dzieje, że pacjenci z chorobami przyzębia, takimi jak paradontoza, ciężej przechodzą chorobę. Do tej pory nie wiadomo, dlaczego tak jest. Moje badania mają odkryć ten molekularny mechanizm. Wstępne dane wskazują bezpośrednio na to, że jedna z bakterii, która powoduje paradontozę, ale może też znaleźć się w drogach oddechowych człowieka, pozytywnie wpływa na rozwój wirusa. W jej obecności wirus replikuje silniej, stąd i przebieg zakażenia jest w tym przypadku bardziej gwałtowny. To nowa rzecz, ale bardzo istotna, zwłaszcza, że dolegliwości związane z chorobami przyzębia występują u sporej części populacji. Liczę na to, że moje badania w dużym stopniu przyczynią się do odkrycia nowej grupy ryzyka, co pozwoli niwelować skutki COVID-19 u pacjentów z chorobami przewlekłymi.

W badaniach zastąpiła pani standardowe linie komórkowe laboratoryjnie odtworzonym nabłonkiem dróg oddechowych człowieka. Skąd taki wybór?

Możemy mieć szereg linii komórkowych, do których wnikają wirusy i w których replikują. Tyle tylko, że to całkowicie sztuczny model, który w żaden sposób nie odzwierciedla prawdziwej infekcji, jaka zachodzi w ludzkim organizmie. Co więcej, także badania na zwierzętach nie zawsze pokazują te same efekty, które później moglibyśmy zobaczyć u pacjentów. Dlatego właśnie wykorzystuję model będący miniaturowym układem oddechowym człowieka. Chociaż jest on bardzo czaso- i kosztochłonny, to w swojej pracy w główniej mierze na nim się opieram. Nie widzę bowiem większego sensu w produkowaniu wyników, które w żaden sposób nie przełożą się potem na rzeczywistość.

W pracy badawczej wszystko dzieje się bardzo powoli. Rekompensuje to sobie pani na stoku narciarskim? 

Prędkość podczas zjazdu mnie fascynuje, ale w narciarstwie zjazdowym najważniejsza dla mnie jest wolność i świadomość, że dam sobie radę. Jestem pewna własnych umiejętności i dlatego bez lęku pokonuję najtrudniejsze trasy. Poza tym uwielbiam odgłos zmrożonego śniegu pod nartami i ten moment, kiedy moje ciało jest w pełni skoncentrowane na ruchu.

Droga naukowa przypomina trochę slalom między tyczkami?

Nauka to raczej mozolne wspinanie się z nartami pod górę. Czasami uda się zjechać parę metrów w dół, ale jak już nam się wydaje, że dalej będzie prosto i widać drogę do celu, to nagle pojawiają się kolejne przeszkody i znów wspinamy się w górę.

Ale cel zawsze pozostaje ten sam?

W moim przypadku zależy od momentu, w którym się znajduję. Z pewnością inaczej myślałam o pracy rok temu, a jeszcze inaczej przed macierzyństwem. To, co jednak łączy te wszystkie okresy, to przekonanie, że cel oznacza stawianie sobie nowych wyzwań. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym wytrzymać w pracy, w której nic nie zadziwi, nie napotkam trudności, które wymagają większego zaangażowania. Byłoby to po prostu nudne. Co nie znaczy, że jestem fanką ekstremalnie silnych emocji – te zapewniają mi narty. Tym niemniej tylko pokonywanie barier, które wcześniej wydawały mi się nieosiągalne, sprawia, że na kolejnych etapach nie tracę wiary w siebie i wiem, że dam sobie radę.

Mówi pani jak zawodowy sportowiec. W sporcie największą nagrodą jest medal olimpijski. Nie wierzę, że nie ma pani podobnego marzenia?

Mam jeden duży cel, o którym dziś już mogę powiedzieć głośno: grant ERC. Aby jednak do niego dotrzeć, potrzebuję po drodze postawić sobie drobne cele, które sprawią, że będę miała poczucie robienia rzeczy z sensem. Nie znoszę bowiem podejmowania się zadań, w które nie jestem w stanie uwierzyć. Chcę czuć, że robię coś wartościowego, co przynosi wymierne korzyści dla społeczeństwa. Gdybym miała pracować tylko po to, żeby robić badania, publikować artykuły albo zdobyć awans naukowy, z pewnością nie dałabym rady.

Rozmawiała Aneta Zawadzka

Wywiad został przeprowadzony w ramach cyklu „Nauka przez duże K”. Ukazały się już rozmowy z: prof. Joanną Karguldr hab. Urszulą Zajączkowskądr Agatą Kołodziejczykdr Anną Wylegałąprof. Elżbietą Frąckowiakprof. Aleksandrą Ziembińską-Buczyńskądr hab. Katarzyną Mirgosprof. Ewdoksią Papuci-Władykąprof. Aleksandrą Łuszczyńskąprof. Natalią Letkiprof. Katarzyną Radwańskądr hab. Anną Oleszkiewiczprof. Katarzyną Starowicz-Bubakdr Aleksandrą Karykowskąprof. Natalią Sobczakdr hab. Karoliną Pierzynowskądr Izabelą Anną Romanowskądr Natalią Banasik-Jemielniakdr hab. Anną G. Piotrowskądr hab. Barbarą Mróz-Gorgońdr Natalią Organistądr Martą Marciniakdr hab. Karoliną Kremensprof. Magdaleną Musiał-Kargdr Kamilą Krakowską-Rodriguesdr Kamilą Łabno-Hajdukdr hab. Aleksandrą Rutkowskądr Zuzanną Świrad., dr hab. Izabelą Kowalską-Leszczyńskądr hab. Małgorzatą Kotdr Moniką Kaźmierczakprof. Natalią Marek-Trzonkowskąprof. Anną Matysiak, dr hab. Agnieszką Gajewicz-Skrętną.

Dyskusja (18 komentarzy)
  • ~Przemo 08.03.2026 20:03

    Grant, medal, awans jako cel? Trudno mi to zrozumieć.

    Ja bym tam chciał tylko, żeby na świecie zapanował pokój, żeby ludzie nie umierali z głodu i żeby byli trochę mądrzejsi niż dzisiaj.

  • ~Matka-Polka 06.03.2026 17:07

    W piękne słoneczne piątkowe popołudnie, kiedy większość ludzi myśli o weekendzie, siedzę w pracy w ciszy i myślę o dwóch rzeczach. Pierwsza to jak tu stanąć na głowie, aby w tym roku mieć jakąkolwiek publikację o punktacji wymaganej przez mojego pracodawcę do oceny okresowej. Na ten rok na temacie DS przydzielono mi 5 tysięcy. Na żaden grant nie mam szans.

    Moja koleżanka zwolniła się rok temu, kiedy zabrakło jej kilku punktów w ocenie okresowej. Z adiunkta została zdegradowana do asystenta, z pensją 4500 netto, trójką dzieci i kredytem na głowie. Kończyła inne studia i bez problemu znalazła pracę ze znacznie większą pensją. W moim przypadku nie ma możliwości zwolnienia się i znalezienia pracy z pensją większą niż minimalna. Dzieci utrzymać trzeba. O wyjazdach wakacyjnych i luksusach już od lat zapomniałam.

    Druga rzecz o której od dawna myślę, to pomysł, aby jednak zamiast tego stawania na głowie skończyć ze sobą. Mam 51 lat i po prostu jako człowiek zużyłam się całkowicie. Kiedy zdaję sobie sprawę, że przede mną jest co najmniej 15 lat codziennego rozmyślania co zrobić, aby coś opublikować i nie wylecieć z pracy, chcę po prostu wysiąść z tego pociągu który nazywa się życie. A wiek emerytalny ma być jeszcze bardziej podnoszony, więc 20 lat takiego stresu po prostu nie wytrzymam. W innej pracy z obecnymi zobowiązaniami finansowymi będę albo żyła w nędzy, albo w ogóle nie będzie mi się zamykał budżet.

    Moje dzieci nie widzą problemu. Mam świetną stabilną pracę, której inni mają mi zazdrościć. No i jestem przecież zdrowa. Czasem ktoś powie, że jeszcze powinnam popuścić z euforii, że nie ma wojny. Mamusia pracy rzucić nie może bo z czego byśmy żyli. A skoro nas urodziła, to musi nas utrzymać.

    Uśmiecham się lekko, kiedy to słyszę. Bo nikt nie rozumie mojego własnego, osobistego piekła. Ta hipotetyczna wojna mogłaby wreszcie moje cierpienie zakończyć, rakieta trafiłaby w mój dom i zabiła nas wszystkich. I wreszcie mielibyśmy spokój, a nie konieczność dalszego istnienia i w moim przypadku 20 lat kieratu w ciągłym lęku a potem głodowa emerytura.

    Tylko moje dzieci sprawiają, że jeszcze żyję. Jest to jedyny argument, żeby się nie zabić. Ale coraz mniej mam siły żyć w tym piekle. Powiecie, że powinnam pójść do psychiatry? Byłam. Leki niewiele pomagają. Terapia? Byłam dwa miesiące. Zachęcano mnie do szukania pracy. Szukałam. Poza kilkoma ofertami za minimum krajowe nie znalazłam niczego. Więc dalej muszę w tym piekle pracować.

    Zaraz wstanę, założę maskę zadowolonej matki i wrócę do domu. I przed snem będę kolejny raz zastanawiała się, w jaki sposób i kiedy ze sobą skończę. Zdecydowałam już, że nie zostawię listu pożegnalnego. Zażyję coś po cichu, idąc spać. Dzieci znajdą mnie rano i co sobie pomyślą, to już ich sprawa.

    Na reformę nie ma szans. Na podwyżki nie ma szans. Na jakąkolwiek motywację nie ma szans. Jestem korpowyrobnikiem niezbyt potrzebnych ludzkości artykułów, od produkcji których zależy moje życie i brak stresu. Bo czegoś, co nazywa się "szczęście" nie czułam prawie od dziesięciu lat. Od reformy Gowina.

    I niby jest pomoc, ale to taka warunkowa miłość Damy Ci inne leki, ALE masz zapieprzać dalej. Damy Ci zwolnienie, ALE po powrocie masz nadrobić zaległości i jednak te sloty mieć. Możesz się zwolnić, ALE musisz wtedy pracować za minimum albo wcale. Nikt nie mówi, że może by zdjął ze mnie ten wielki ciężar. Bo jedynym sposobem zdjęcia go z siebie jest śmierć albo życie w jeszcze większym stresie związanym z brakiem pieniędzy.

    • ~Też Matka Polka 07.03.2026 09:32

      Bardzo poruszył mnie Pani wpis. Piszę jako osoba w podobnym wieku, też matka, która właśnie otrzymała dziewiątego rejecta artykułu, którym musi rozliczyć grant. Niestety doskonale rozumiem, jak ogromna potrafi być presja publikacyjna, zwłaszcza kiedy łączy się ją z odpowiedzialnością za dzieci i przesileniem wiosennym.

      Pisze Pani, że jedyną rzeczą, która Panią zatrzymuje, są dzieci. Moim zdaniem to wcale nie jest „mało”. To bardzo dużo! Czy ma Pani możliwość porozmawiać z kimś bliskim, nie w senie psychologa., tylko zwyczajnej rozmowy z drugim człowiekiem? Czasem wystarczy, żeby ktoś przez chwilę zobaczył i uznał ciężar jaki niesiemy, a staje się on mniejszy. Zwłaszcza, że nie jest Pani w tym doświadczeniu tak sama, jak może się wydawać . Czemu trzymać maskę bohaterki przed dziećmi - podzielenie się z nimi choćby częścią swoich trosk, też może pomóc (a rozumiem, że są to już co najmniej nastolatki). Życie człowieka ma znacznie większą wartość niż jakiekolwiek punkty, sloty i oceny okresowe.
      .

    • ~super kastowe zycie w polsce 06.03.2026 23:58

      Wspolczuje ze pani dala sie wkrecic w bieda nauke polska. Polska to jednak kraj kastowy, ci ktorzy naleza do klik lub maja czyjsc support zyja jak paczki w masle. reszta robi za biedote i walczy o przetrwanie. Tak niestety polska jest drogim do zycia krajem, placi sie podatki i parapodatki od masy rzeczy. Ucisk fiskalny jest bardzo duzy. Poza podatkiem pit, zus placonych z pensji, placi sie podatek vat w towarach kupywanych w sklepie, podatek od nieruchomosci, kosmiczne ceny energii elektrycznej, wody, gazu, oplaty za smieci, drogie jedzenie w supermarketach, paliwo do auta, ubezpieczenia, jest oplata za psa, jak ktos ma mieszkanie w bloku to utrzymuje spoldzielnie mieszkaniowa, no i najdrozsze kredyty bankowe w Europie. Wiec ta pensja 5 kola to bieda jest. Pomocy zadnej od panstwa ani od instytucji rzadowych ani uczelni. Za starym na zmiane kwalifikacji, na zmiane zawodu, w niekotrych regionach polski ciezko z jakakolwiek praca, jak juz na polsce powiatowej praca jest za najnisza krajowa za 5k brutto. Tak wyglada szara rzeczywistosc w tym kraju. Oni dziwia sie ze nikt nie mysli o rozmnazaniu sie. Kraj ktory slynal z cudu gospodarczego w telewizorze nagle notuje duze bezrobocie jak to jest mozliwe?

      • ~AfroPolak 07.03.2026 12:17

        Jakie duże bezrobocie? Jak podatki panu nie pasują to Somalia czeka, proszę uprawiać naukę tam - bez ucisku fiskalnego.

        • ~sfdc 07.03.2026 17:01

          Co rusz jakies kartonowe zaklady produkcyjne, fabryki czy szared serwisy zwijaja zagle z polski i zwalniaja ludzi. A latwo nie jest znalezc w polsce prace na umowe przez podwyzszanie placy minimalnej i podatkow. Wychodzi na to ze placa podatki od pensji zus+nfz plus podatek dochodowy wychodzi pensja w euro jak w niektroych krajach strefy euro. Inna kwestia drogi dzieciaczku naiwny, uczelnie powiatowe powstaly aby wybrani mieli z nich kase a reszta biduje za miske ryzu, rzad, spoleczenstwo i ludzie maja gdzies jak sie zyje etatowcom z uczelni, poniewaz nie wychodza na ulice strajkowac o podwyzki, dlatego sa niewodniczni. Pomiajac fakt ze uczelnie po 89 byly przechowalnia przed bezrobocie roznej masci tajnych wspolpraconikow ale to szczegol historyczny ktory w niektorych dyscyplinach moze miec znaczenie. W przeciwienstwie do naukowcow, lekarze robili latami strajki i maja pensje z rzedu 20-50k netto miesiecznie w szpitalach powiatowych. Przyklad pani doktor z uczelni w depresji to przyklad osoby omamionej za jej mlodosci na kariere naukowe przez cwaniaka ktory potrzebowal wyrobnikow do swojej kariery naukowej. Kobieta miala nieodpowiedzialnego promotora ktory nie potrafil sie zajac jej kariera naukowa i ja poprawdzic do habilitacji grantow i rozwinac wspolprace naukowe. Tutaj jest sedno problemu.
          Nawiazujac do ucisku podatkowego, tak w polsce placisz od wszystkiego podatki aby utrzymac armie ludzi pracujacych w sektorze publicznym bo to jedyny solidny pracodawca w tym kraju, dajacy roznego benefity, 13 i 14 dla ludzi pracujacych w skarbowce, emererytury przed 40 dla celnikow i agentow ABW, CBA, sedziowe i prokuratorzy nie placa zusu od pensji, biskupii maja emerytury po 20k miesiecznie, katecheci dostaja pensje z podatkow no i gornicy. Tak sa takie w polsce uprzywilejowane grupy spoleczne zawodowe.
          Tak Polska jest krajem socjalistycznym wspierajacym roznego rodzaju patologie transferami i benefitami. Takich chca obywateli mamity alkoholiczki z 5 dzieci z roznymi partnerami z kryminalu, tacy potrafia zyc na kocia lape, pracowac na czarno i miec 10 kola co miesiac. Takich obywateli potrzebuje Polska.

          • ~AfroPolak 07.03.2026 19:54

            No to proszę wyjechać do Somalii albo wysłać tam swoje potomstwo jak tu tak złe. Na pewno lekarze mniej zarabiają i dzięki temu będzie panu lepiej.

            • ~fdvdf 08.03.2026 22:03

              Tak w polsce jest zle, jak to jest mozliwe ze osoba pracujaca na kierunkach technicznych w typowym labie robi badania nie moze godnie zarobic ani dorobic sobie poza uczelnia. Ona pracuje 200 godzin jak chce robic badania czy dostawac granty i robic eskperymenty aby uzyskac wyniki naukowe. Ich sytuacja jest zla bo nie ma tak jak w naukach spolecznych ma 10-20 godzin wykladow i cwiczen ze studentami np rano w dwa trzy dni w tygodniu i moze isc pracowac na etat do prywatnej firmy lub jako nauczyciel do szkoly sredniej i miec dwie pensje z tego. i mniej stresow. zawsze maja jakas alternatywe. a tutja nie ma nic

  • ~jejku 06.03.2026 16:20

    Celem nie jest odkrycie, ale zdobycie grantu? Może czas na kolejne dziecko żeby znowu na spokojnie usiąść i pomyśleć?

    • ~Profesor PAN 07.03.2026 10:39

      Tak, celem nie jest odkrycie, ale zdobycie grantu. Nie wiedzał/a pan/i? Tego od nas pracodawcy wymagają, bo dzięki grantom mają pieniądze na oświetlenie korytarzy. Drugim celem jest zdobywanie punktów. Ma pan/i publikować nie dobre artykuły ale artykuły w pismach wysoko punktowanych. Za punkty są kategorie a za kategorie pieniądze na pensje, ogrzewanie biur i oświetlenie korytarzy.

      Cieszę się, że pomogłem, nie ma za co.

    • ~AR 07.03.2026 07:24

      Dopiero mając swój grant można myśleć o odkryciach i tak jest nie tylko u nas. Szczególnie jeśli chodzi o badania wymagające pracy w laboratorium. Analiza proteomiczna sensownej liczby próbek to ok 15 000 - 20 000 PLN i żadne fundusze statutowe tego nie udźwigną. Nikt już nie poświęci roku pracy doktoranta żeby pozyskać przeciwciała, je się po prostu kupuje. Czas w nauce stał się bardzo cenny, a ci którzy zostali w tej starej mentalności siedzą, wspominają czasy kiedy to doktorat robiło się "za darmo" i biadolą, no tak jak Pan. Te czasy już nie wrócą.
      Artykuł to bardzo ważny głos w dyskusji, gratuluję osiągnięć i trzymam kciuki

      • ~sdf 07.03.2026 16:01

        Owszem, pewnie wszyscy mamy tego świadomość, ale zdobycie grantu nie jest celem, tylko czynnością techniczną (mniej lub bardziej trudną), która ma nam umożliwić realizację celu. Mnie też zdziwiła ta odpowiedź. Myślę, że większość naprawdę aktywnych naukowców, zapytana o najważniejszy cel w danym momencie, wskaże nam raczej, co chciałaby odkryć/opisać.

        Analogicznie, gdy piszę grant aparaturowy, to celem nie jest jego dostanie. Celem pośrednim jest zakup aparatury, a celem ostatecznym - realizacja badań, które tej aparatury wymagają.

        • ~Profesor PAN 07.03.2026 17:31

          Czy zechciałby pan zrobić wycieczkę po rektorach uczelni i dyrektorach instytutów naukowych, by ich przekonać, że [cytuję] zdobycie grantu nie jest celem, tylko czynnością techniczną (mniej lub bardziej trudną), która ma nam umożliwić realizację celu [koniec cytatu]? Bardzo by to nam ułatwiło życie, dziękuję z góry.

          • ~sdf 07.03.2026 19:18

            Przecenia Pan moje możliwości :) No ale, ja oceniam z perspektywy szarego pracownika. Chciałbym coś zrobić, a grant pozwala mi coś zrobić. Wiadomo, że szefostwo ocenia inaczej. Finanse muszą się spinać.

            • ~Profesor PAN 08.03.2026 08:56

              Wie pan, dla więźniów obozów koncentracyjnych najważniejsze było zdobycie pożywienia, bo od tego zależało przeżycie. Podobnie dla dyrektora niedofinansowanego instytutu naukowego jest zdobycie pieniędzy, bo od tego zależy przeżycie. Więc w sposób naturalny będzie w pierwszej kolejności wymagać zdobywania pieniędzy od pracowników i trudno mieć do niego o to pretencję.

              Że co, że rządzący tak traktują naukę? Też bym wolał, by było inaczej.

    • ~Profesorek 06.03.2026 17:08

      Przecież polska nauka od dawna tak wygląda. Celem nie są badania same z siebie, tylko granty, sloty i punkty. Nawet, gdyby ich treścią były totalne bujdy na resorach.

  • ~Pan Tadeusz 06.03.2026 12:28

    Tak, to jest problem. Wyzwanie. Gdyby nie regularnie przyjmowane antydepresanty już dawno wyleciałbym z nauki... :/

  • ~Piotr Alexandrowicz 06.03.2026 11:17

    Super wywiad, dziękuję, gratuluję i życzę powodzenia!