Aktualności
Badania
12 Maja
Źródło: Uniwersytet Warszawski
Opublikowano: 2026-05-12

Dr hab. Maria Nowak-Claytor: Dostarczamy rządzącym wiedzy, jak nie powielać błędów poprzedników

Upadek Imperium Rzymskiego nie jest niczym wyjątkowym. Każde imperium kiedyś upada. My staramy się poznać przyczyny tego typu zdarzeń. W idealnym świecie wiedza, którą dostarczamy, mogłaby uchronić kolejnych rządzących przed powtarzaniem błędów swoich poprzedników. Niestety, rzeczywistość pokazuje, jak trudno jest przełożyć wiedzę na praktykę – mówi w wywiadzie dla FA dr hab. Maria Nowak-Claytor z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego.

Kolejna bohaterka naszego cyklu „Nauka przez duże K” od 2024 roku związana jest z Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej im. Kazimierza Michałowskiego Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie kieruje Zakładem Dziedzictwa Tekstowego w Dolinie Nilu. Jej zainteresowania badawcze to klasyczna papirologia grecka, papirologia prawnicza, praktyka prawna w imperium rzymskim oraz zagadnienie multilegalizmu w świecie starożytnym. W ubiegłym roku zdobyła ERC Consolidator Grant na projekt, którego celem jest ukazanie późnego Cesarstwa Rzymskiego jako państwa zmagającego się z problemami zaskakująco podobnymi do tych, które dotykają współczesne społeczeństwa. Z badaczką rozmawia Aneta Zawadzka.

Są tacy, którzy twierdzą, że do upadku imperium rzymskiego przyczyniło się rozpasanie obyczajów panujące na dworze cesarskim.

Inni natomiast mówią o zbytniej ascezie. Byli też naukowcy, którzy za źródło kryzysu uznawali pojawienie się chrześcijaństwa. Wraz z jego nastaniem, podkreślali, narodziła się bowiem kolejna, liczna grupa próżniacza, czyli duchowieństwo i mnisi. Jej przedstawiciele nie sieją, nie orzą i nie walczą w wojsku, a wyłącznie konsumują, nie wnosząc żadnej wartości ekonomicznej do państwa. Wręcz przeciwnie, pomniejszają jego możliwy zysk. Są także teorie wskazujące na bardziej intuicyjne czynniki, jak wojny, najazdy czy kryzys państwa.

Która z tych koncepcji jest pani najbliższa?

Przyczyn było wiele, trudno mi określić, które przesądziły o upadku. Nie sądzę, żeby miały o tym decydować nadmierny ascetyzm albo rozpasanie obyczajów. Takie tezy mogą bazować na osobistych poglądach badaczy czy takich, które dominowały w ich pokoleniu albo grupie społecznej. Pamiętajmy, że ludzie w starożytności inaczej postrzegali, co jest dla nich dobre, co złe, czasami te definicje są skrajnie różne od naszych. Cesarz Decius na przykład sądził, że przyczyną nieszczęść jego państwa było odejście od kultu starych bogów, dlatego przywrócił konieczność powszechnego składania ofiar. To było dla niego dobre i stanowiło jego wyraz troski o państwo. My, jako badacze nie możemy po prostu stwierdzić, że działanie Decjusza było bezsensowne, ponieważ rzymscy bogowie nie istnieli, bądź okrutne wobec chrześcijan, którzy bywali poddawani karom, jeśli nie zdecydowali się przystąpić do rytuału. Możemy natomiast zbadać, jakie skutki społeczne działanie Decjusza wywołało, jak wpłynęło na jego władzę, czy jakich mechanizmów prawnych użył, żeby przeprowadzić tak wielkie przedsięwzięcie.

Jak upada najdłużej istniejące imperium?

Powoli i na raty. Najpierw w 476 roku zostaje zdobyty Rzym, co oznacza kres Cesarstwa Zachodniorzymskiego. Bizancjum, ze stolicą w Konstantynopolu, trwa jeszcze, choć w coraz bardziej okrojonych granicach, przez niemal 1000 lat, ale i ono w końcu upada.

Co spowodowało rozkład tak wielkiej potęgi?

Prawdziwe problemy Imperium Rzymskiego zaczęły się wówczas, kiedy barbarzyńcy, jak Rzymianie nazywali ludy chcące osiedlić się na ziemiach cesarstwa, zaczęli prowadzić bardzo ofensywną politykę najeźdźczą. Konieczność stawiania czoła agresorom wymagała zaangażowania dużych sił i nakładów, zarówno ludzkich, jak i finansowych. Ciągłe wojny pustoszyły kasę imperium i rujnowały zwykłych ludzi, prowadząc w efekcie do kryzysu gospodarczego.

Wróg wydrenował skarbiec do cna?

Brak pieniędzy to jedno. Równie istotne okazało się uwikłanie w sieć zależności od sprzymierzeńców. Dobrze ilustruje to przykład Galli Placidii. Ta córka, żona, matka oraz siostra cesarzy, kobieta mająca ogromny wpływ na politykę Imperium, wyszła za mąż nie całkiem dobrowolnie za króla Wizytogów, Ataulfa. Przyjaźń z plemionami germańskimi i ich przywódcami była nieraz korzystna, ale też mocno niestabilna. Z przyjaciela łatwo było stać się wrogiem.

Poza tym wplątanie imperium w nieustanne potyczki z wrogami doprowadziło do upadku technologicznego, szczególnie widocznego w prowincjach dalszych. W Brytanii na przykład znacząco, jeśli nie kompletnie, spadła umiejętność czytania i pisania. W innych miejscach zanikła kultura rzemieślnicza, warsztaty produkowały mniej, tylko w skali lokalnej i z użyciem niskozaawansowanych technologii, czyli nie miał kto wytwarzać dachówek ceramicznych albo budować porządnych kamiennych willi. Dodatkowym skutkiem wiecznych niepokojów było załamanie się rozbudowanej sieci kontaktów handlowych. Dobra importowane z odległych części Imperium czy z innych krajów nagle przestały być dostępne w niektórych prowincjach. Kumulacja tych wszystkich czynników z pewnością miała wpływ na zmianę funkcjonowania całego państwa.

Dużą wagę przykłada pani do ustalenia istoty relacji między centrum i peryferiami, czyli między zarządzającym a zarządzanymi. Dlaczego to jest ważne?

Dla mnie jako historyczki peryferie są istotne, bo stamtąd pochodzi wiele dobrze zachowanych źródeł. Papirusy, stanowiące podstawę mojego badania, są z Egiptu, który w czasach Imperium Rzymskiego stanowił jego południowe peryferie. Na podstawie tych dokumentów jesteśmy w stanie wykazać, że stolica przez cały czas była prężnie działającym ośrodkiem politycznym, który nie tylko utrzymywał ścisłe kontakty z peryferiami, ale także potrafił w mniejszym bądź większym stopniu skutecznie zapewnić im bezpieczeństwo. To o tyle znaczące twierdzenie, że do tej pory wielu naukowców forsowało tezę o powiązaniu kryzysu imperium właśnie z niesprawną komunikacją między centrum a peryferiami, którego przejawem byłyby kompletna nieznajomość prawa stanowionego na prowincjach czy wręcz zanik państwowego sądownictwa.

Badania, które do tej pory prowadziłam, tego nie potwierdzają. Mamy dobrze udokumentowane przykłady sprawnego porozumiewania się Konstantynopola ze swoimi prowincjami, choćby przez to, że ludność prowincji posługiwała się aktualnymi prawami cesarskimi. Co więcej, komunikacja ta była wzajemna. Widać, że ludzie mieszkający na egipskiej wsi jeździli na dwór cesarski, by prosić chociażby o wydanie reskryptu w ich sprawie. Takie zachowanie świadczy o tym, że, z jednej strony, posiadali odpowiednią wiedzę, pozwalającą korzystać z możliwości, które dawało im prawo. Z drugiej natomiast, że podróże w obu kierunkach nie były niczym nadzwyczajnym. Krótko mówiąc, komunikacja zachodziła w sposób niezakłócony.

Skąd więc biorą się te rozbieżności wśród badaczy?

Z pewnością ze stanu źródeł. Wyobraźmy sobie, że wszystkie źródła starożytne, które dotrwały do naszych czasów to tyle, co jedna półka w ogromnej bibliotece. Poza tym, długo w badaniach na późnym antykiem pokutowała perspektywa dychotomiczna. Z jednej strony chcemy widzieć magnatów, którzy za nic mają cesarza i jego administrację, dysponują prywatnym wojskiem i robią wszystko, co chcą. Z drugiej całą rzeszę biedaków, których los praktycznie nie różni się od niewolników. Źródła, które badam, czyli papirusy, wskazują, że obraz jest bardziej zniuansowany. Pozwalają zobaczyć, jak wyglądało życie zwykłych ludzi mieszkających na terytoriach znacznie oddalonych od centrum. Wielu z nich posiadało własne majątki, których uprawa przekraczała możliwości członków rodziny i obracało nimi, żeby powiększyć swojej zasoby. To znaczy, że istniała grupa obywateli, którzy może nie byli bardzo zamożni, ale też nie byli nędzarzami. Są to ludzie, których podstawowe potrzeby były zaspokojone z nawiązką i to oni korzystali najczęściej z dostępnych narzędzi prawnych, jak sąd, arbitraż czy zwykłe usługi profesjonalnych pisarzy umów. To oni wchodzili w spory z sąsiadami, rodziną i przedstawicielami władzy prowincji. To ich archiwa są kluczem do zrozumienia tego, jak funkcjonowały państwo i społeczeństwo.

W projekcie realizowanym w ramach grantu ERC zastanawia się pani czy upadkowi zawsze towarzyszy kryzys.

Kryzys jest zjawiskiem wieloaspektowym. Może być militarny, kulturowy lub społeczny. Sporym uproszczeniem jest jednak założenie, że jeśli zachodzi w obrębie jednego państwa, to na każdym z poziomów funkcjonowania tegoż państwa będzie widoczny w takim samym stopniu, w każdym miejscu. Starożytność pokazuje, że to nieprawda. W Egipcie na przykład praktycznie do końca trwania Imperium nie widać śladów drastycznego pogorszenia się poziomu życia czy gwałtownej deurbanizacji. Badania pokazują, że w VI wieku w egipskich stolicach, Aleksandrii i Antinoopolis, wciąż powstają budowle monumentalne i reprezentacyjne. Widać za to dużą presję fiskalną i nadużycia urzędników. Z kolei stolica Palaestiny Salutaris, Petra, stanowiła w późnej starożytności jedynie cień swej przebrzmiałej wielkości z dwóch pierwszych wieków Cesarstwa.

To znaczy, że rządzący nie mieli świadomości nadciągającej katastrofy?

Wydaje mi się, że przede wszystkim byli świadomi życia w trudnych czasach. Toczyli przecież wojnę z Persami, na której tracili całe prowincje. Czy to już znaczy, że cesarz Justynian myślał, iż jeśli nie zrobi pewnych rzeczy, to Imperium Rzymskie upadnie? Nie sądzę. Oczywiście, tak on, jak i inni rządzący, troszczyli się o państwo, którym władali. Widząc przejawy nieprawidłowości, próbowali dokonywać zmian. Rządzący wiedzieli, że do prawidłowego funkcjonowania państwa potrzebny jest dobrze działający urząd, dlatego reformowali te, które w ich ocenie działały nieprawidłowo. Poza tym Justynianowi, który miał duże ambicje, z pewnością zależało na przywróceniu chwały Imperium, dlatego na przykład podjął się ogromnego wysiłku w celu uporządkowania i „odświeżenia” prawa. Chciał odzyskać zagrabione przez wrogów prowincje, dlatego skłonny był chociażby do ryzykowania kolejnych, wyniszczających podatnika wojen.

Na wiele to nie pomogło.

Warto podkreślić, że upadek Imperium Rzymskiego nie jest niczym wyjątkowym. Każde imperium kiedyś upada. My staramy się poznać przyczyny tego typu zdarzeń. W idealnym świecie wiedza, którą dostarczamy, mogłaby uchronić kolejnych rządzących przed powtarzaniem błędów swoich poprzedników. Niestety, rzeczywistość pokazuje, jak trudno jest przełożyć wiedzę na praktykę.

Więc po co to robić? Nie lepiej zainwestować środki w coś praktycznego?

Oczywiście, wiedza to luksus, bez którego właściwie można żyć. Najważniejsze jest, żeby mieć coś do jedzenia, mieć w co się ubrać i gdzie mieszkać. Do tego z pewnością nauka nie jest konieczna.

Wyczuwam ironię w pani głosie.

Niepokoi mnie to, kiedy niektórzy zaczynając dyskusję o nauce, od razu wskazują na inne priorytety oraz zbędność wszelkich badań, które nie przynoszą jednoznacznej i natychmiastowej korzyści społecznej. Zetknęłam się z opiniami, że skoro obecnie żyjemy w niesprzyjających czasach – w końcu trwa wojna za naszą wschodnią granicą – to powinniśmy większość środków przesunąć na inne, ważniejsze cele. Ciągnąc tę argumentację, nie powinniśmy wykładać środków na poszukiwanie lekarstwa na raka, skoro to również nie powstrzyma nas przed wojną? A co z budowaniem domów? Nie należy tego zaprzestać, skoro mogą zostać zniszczone? Taki sposób myślenia prowadzi do absurdu. Podobnie zresztą argument o użyteczności. Opinia społeczna nie zdaje sobie sprawy z tego, jak niewiele badań prowadzi do natychmiastowych i bezpośrednio konsumowalnych wyników.

Czy w traktowaniu wiedzy jako rzeczy istotnej nie przeszkadza podważanie dorobku dawnych naukowych autorytetów? Wśród archeologów toczą się dyskusje dotyczące krytycznego spojrzenia na spuściznę poprzedników. Wielu zarzuca im na przykład kolonializm.

Papirolodzy mają własne postacie z brązu. Jedną z nich jest z pewnością Rafał Taubenschlag – założyciel papirologii w Warszawie. Nie ulega wątpliwości, że był wybitnym specjalistą w swojej dziedzinie. Jednocześnie miał bardzo trudny charakter. Był osobą konfliktową i z tego względu pozostawił wiele anegdot przedstawiających go w świetle nie zawsze pozytywnym. Jego zachowanie można pewnie w jakimś stopniu usprawiedliwiać traumatyczną przeszłością. Taubenschlag przed II wojną stał się w Polsce ofiarą antysemityzmu. Udało mu się co prawda przeżyć Zagładę, bo wyjechał z kraju, ale mam wrażenie, że te ekstremalne doświadczenia musiały pozostawić w nim jednak głębokie ślady.

Twórcę bronią wybitne dokonania?

Wydaje mi się, że jedyny sposób, w jaki możemy patrzeć na naszych poprzedników polega na odnoszeniu się do wyników ich badań. To, co pisał Taubenschlag, do dziś ma swoją wartość. Mimo upływu ponad siedmiu dekad od jego śmierci, jego badania wciąż są czytane. Osobiście staram się unikać dokonywania oceny moralnej uczonych, o ile nie przekłada się na rzetelność ich badań

Wiem, że niektórzy koledzy spierają się między sobą o to, czy prof. Kazimierz Michałowski, wybitny polski archeolog, miał kolonialne zapędy. W filmie, który o nim niedawno nakręcono – „Profesor Michałowski. Droga do Faras” – wspomina się o tym, że w swoich czasach wyróżniał się pozytywnie. Na przykład zawsze podawał egipskim i sudańskim robotnikom rękę, że był równościowy, co odróżniało go od archeologów z innych państw europejskich. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że niedopuszczalne jest prowadzenie badań w sposób, w jaki dawniej prowadzono je w krajach postkolonialnych. Badania zawsze należy prowadzić z szacunkiem i poszanowaniem dla gospodarzy. Trzeba pamiętać, że jesteśmy tylko gośćmi, których ludzie mieszkający w danym miejscu wpuszczają na swój teren. Nie robimy im żadnej przysługi. Musimy szanować ich zwyczaje oraz potrzeby. Jednak ocenianie postaw, a nie badań, uczonych sprzed wielu dekad, szczególnie z perspektywy współczesnych przekonań i zwyczajów, również nie wnosi wiele do nauki.

A co z szacunkiem wyrażanym za pomocą języka? Nie sądzi pani, że dziś używa się go do tworzenia historii na nowo?

Pamiętajmy, że wszystko, o czym piszemy albo mówimy, a co dotyczy starożytności, robimy za pomocą dostępnej nam siatki pojęciowej, czyli cytując mojego starszego kolegę, jesteśmy zakładnikami książek, które przeczytaliśmy. W związku z tym musimy mieć świadomość, że słowa w językach starożytnych nie zawsze odpowiadają znaczeniowo ich nowożytnym tłumaczeniom w proporcji jeden do jednego. Ta wiedza powinna nam pomóc unikać dokonywania niepotrzebnej ideologizacji, która polega na dopisywaniu bądź sugerowaniu nieistniejących pierwotnie znaczeń do określonych wyrazów. W innym przypadku dopuszczamy się fałszujących przeszłość zniekształceń. Przesadą są dla mnie postulaty przejścia ze słowa niewolnik (slave) do terminu osoba zniewolona (enslaved person).

Dlaczego? W końcu to próba modyfikacji sposobu postrzegania ludzi, którzy byli niewolnikami. Główna różnica polega na dehumanizacji w pierwszym przypadku i podkreśleniu człowieczeństwa w drugim.

W starogreckim i łacinie istnieją podstawowe terminy: doulos iservus. Oba oznaczają niewolnika, a w żadnym tekście nie spotkamy natomiast terminu „osoba zniewolona”. Unikając słowa niewolnik i zastępując go bardziej „poprawnym” w badaniach nad starożytną niewolą, przypisujemy ludziom tej epoki nasze spostrzeżenia i przekonania. A nie były one jednolite, nawet w samej starożytności. Dla rzymskich prawników niewola była stanem niezgodnym z naturą. Arystoteles z kolei, opisywał ją jako instytucję sprawiedliwą i zupełnie naturalną. W prawie rzymskim wyzwolony niewolnik co do zasady stawał się po prostu obywatelem, podczas gdy w kulturze greckiej takie rozwiązanie nie było raczej stosowane. Czyli dla Rzymian niewolnik byłby już osobą zniewoloną, ale dla Greków jeszcze nie? Mimo uznania niewoli za stan nienaturalny, Rzymianie poddawali niewolnika jednak pełni władzy pana, co oznaczało, że na gruncie prawa prywatnego funkcjonował jako rzecz. Czy więc dalej możemy twierdzić, że niewolnik był dla Rzymian osobą? Dlatego nie do końca wiem, co miałoby zmienić na lepsze zastąpienie słowa niewolnik? Nie daje nam to lepszego wglądu w opisywane zjawisko. „Niewolnik” to słowo, które znaczeniowo odpowiada terminom określającym niewolnika w źródłach, opisuje status prawny i społeczny człowieka żyjącego w określonym czasie i miejscu. Jest to termin techniczny, a nie wartościujący. Z kolei zadaniem badaczy starożytności jest odpowiedź na pytanie, co ten termin rzeczywiście oznaczał w danej kulturze i epoce.

Inaczej rzecz ma się w przypadku określenia „barbarzyńca”. Początkowo był to ktoś, kto nie mówił po grecku i nie uczestniczył w kulturze greckiej. Zwłaszcza w okresie wojen grecko-perskich termin ten zaczął nabierać pejoratywnego znaczenia. Oznaczał ludzi mniej cywilizowanych, można wręcz powiedzieć prymitywnych, okrutnych, a więc na niższym poziomie rozwoju społecznego, bądź nawet, jak uważał Arystoteles, gorszych z natury. Choć w starożytności używano tego terminu nie tylko pejoratywnie, barbarzyńca przetrwał jako słowo negatywnie wartościujące.

Powinniśmy zrezygnować z używania tego słowa?

Wiadomo, że język automatycznie narzuca nam pewną interpretację. Dlatego do dziś barbarzyńca to ktoś, kto nie zna pisma, gorzej wykonuje pewne czynności, jest niebezpieczny i nieokrzesany. To daje nam krzywe spojrzenie na tych ludzi, dlatego w swojej pracy staram się tego zwrotu nie używać. Jeśli jednak cytuję źródło, które mówi wprost, że ktoś był barbarzyńcą, to tego nie zmieniam. Zawsze jednak podaję kontekst.

Bardziej jednak niż nieodpowiednie używanie języka w dyskursie naukowym, niepokoi mnie to, że nasze poglądy i czasy, w jakich żyjemy, mogą wpływać na interpretację źródeł. Pokusa objaśniania świata za pomocą zmanipulowanych pojęć, użytych do uzasadnienia swojej tezy badawczej, ma niestety swoje czarne karty w dziejach. Weźmy przykład dotyczący promowanego przez nazistów modelu skrajnie patriarchalnego i rasistowskiego małżeństwa nawiązującego do germańskiego tzw. Muntehe. Paul Koschaker, znany również ze swej haniebnej postawy w czasach III Rzeszy, chętnie zapewniał temu modelowi podbudowę historyczną. Franz Wieacker podpierał nazistowskie nieludzkie ustawy rasowe rzymskim conubium, czyli indywidualnie określaną zdolnością zawarcia rzymskiego małżeństwa przez dwie osoby. Chodziło oczywiście o to, by uzasadnić zakazy dotyczące mieszania krwi aryjskiej. Ich odwoływanie się do historycznych instytucji miało stworzyć złudzenie tworzenia teorii na mocnych fundamentach. Jednocześnie trudno zaprzeczyć, że uczeni ci działali nie inaczej niż intencjonalnie i w cyniczny sposób pomijali istotne szczegóły.

Podobny był casus eugeniki. Jej twórca, Francis Galton, wykorzystał teorię ewolucji do uzasadniania konieczności pozbywania się słabych jednostek ze społeczeństwa.

To jest bardzo niebezpieczne zjawisko. Po pierwsze, dlatego, że nasza rzeczywistość jest diametralnie różna od greckiej czy rzymskiej. Jako przykład niech posłuży wspomniany już Decjusz. Nikt przecież, nawet spośród najbardziej kontrowersyjnych polityków, nie proponuje dziś ustawy z sankcją karną, która nakazywałaby wszystkim mieszkańcom jakiegoś państwa złożyć ofiarę bogom i zjeść część z tej ofiary na oczach urzędników. Dlaczego więc wzorem do naśladowania miałoby się dla nas stać rzymskie małżeństwo? Po drugie, argumentacja z historii jako taka na ogół jest oparta na niepełnym obrazie tejże historii albo, mówiąc dosadniej, na tych jej elementach, które pasują do argumentacji. Idąc dalej za przykładem małżeństwa rzymskiego, argument z niego służy przeciwnikom małżeństw jednopłciowych. Piewcy modelu rzymskiego jako wzoru idealnego małżeństwa rzadko jednak wspominają o takich aspektach, jak podporządkowanie go wyłącznie woli małżonków, a więc wyłączeniu ingerencji państwa i religii, tak w jego zawarcie, jak i rozwiązanie. Im bardziej naukowcy, politycy, sędziowie czy dziennikarze będą świadomi istniejącego zagrożenia związanego z tendencyjnym odczytywaniem dostępnych im źródeł, tym mniejsze będą szanse, że ktoś ponownie popełni tragiczne w skutkach błędy.

Rozmawiała Aneta Zawadzka

Wywiad został przeprowadzony w ramach cyklu „Nauka przez duże K”. Ukazały się już rozmowy z: prof. Joanną Karguldr hab. Urszulą Zajączkowskądr Agatą Kołodziejczykdr Anną Wylegałąprof. Elżbietą Frąckowiakprof. Aleksandrą Ziembińską-Buczyńskądr hab. Katarzyną Mirgosprof. Ewdoksią Papuci-Władykąprof. Aleksandrą Łuszczyńskąprof. Natalią Letkiprof. Katarzyną Radwańskądr hab. Anną Oleszkiewiczprof. Katarzyną Starowicz-Bubakdr Aleksandrą Karykowskąprof. Natalią Sobczakdr hab. Karoliną Pierzynowskądr Izabelą Anną Romanowskądr Natalią Banasik-Jemielniakdr hab. Anną G. Piotrowskądr hab. Barbarą Mróz-Gorgońdr Natalią Organistądr Martą Marciniakdr hab. Karoliną Kremensprof. Magdaleną Musiał-Kargdr Kamilą Krakowską-Rodriguesdr Kamilą Łabno-Hajdukdr hab. Aleksandrą Rutkowskądr Zuzanną Świrad., dr hab. Izabelą Kowalską-Leszczyńskądr hab. Małgorzatą Kotdr Moniką Kaźmierczakprof. Natalią Marek-Trzonkowskąprof. Anną Matysiakdr hab. Agnieszką Gajewicz-Skrętnądr hab. Aleksandrą Milewskądr hab. Joanną Wawrzyniak, dr inż. Anną Sztyber-Betley.

Dyskusja (4 komentarze)
  • ~Hubert Wojtasek 12.05.2026 20:00

    Jasiu, czego uczy nas historia?
    Pani profesor, historia uczy nas, że nigdy nikogo niczego nie nauczyła.

    • ~dr-On 13.05.2026 11:54

      "...chyba, że są takie kraje, gdzie historii nie naucza prof. Kowalski." :) Fragment skeczu Piotra Fronczewskiego w "Kabarecie pod Egidą" (lata 80-te XX w.). Chodziło, oczywiście, o prof. Włodzimierza T. Kowalskiego.

  • ~póki co 12.05.2026 13:48

    Od głupoty nigdy nie da się przestrzec. Ona kroczy pierwsza przed upadkiem, było jest i będzie póki co!

  • ~dr-On 12.05.2026 10:42

    Szanowna Pani Profesor zna chyba powiedzenie "Historia jest nauczycielką życia, ale ma niewielu uczniów."? Ci rządzący mają historię nie powiem gdzie.