Niektórzy twierdzili, że skoczyłam do basenu na główkę, nie upewniwszy się zawczasu, czy jest w nim woda. Owszem, działanie to wymagało pewnej odwagi, jednak nie było w tym żadnego przypadku. Miałam koncepcję i wsparcie części środowiska, a co najważniejsze chciałam budować, nie narzekać. Gdyby więcej osób wykazało się podobną postawą, może bylibyśmy dziś w zupełnie innym miejscu – mówi w wywiadzie dla FA prof. Agnieszka Chacińska, dyrektorka Międzynarodowego Instytutu Mechanizmów i Maszyn Molekularnych IMol PAN.
W środę, 24 czerwca, prof. Agnieszka Chacińska odbierze Nagrodę PAN. Jest pierwszą laureatką tego wyróżnienia, które ma na celu wzmocnienie pozycji polskich zespołów badawczych w globalnym obiegu nauki oraz podkreślenie roli doskonałości naukowej. Dyrektorka IMol PAN to jedna z czołowych badaczek w dziedzinie proteomiki mitochondrialnej, a jednocześnie – jak zaznaczono w uchwale Prezydium Polskiej Akademii Nauk – niezwykle skuteczna organizatorka badań naukowych. I właśnie o tym drugim aspekcie rozmawia z nią Aneta Zawadzka.
Chciałaby pani pracować na co dzień z noblistą?
Oczywiście, że tak. Chciałabym pracować i współpracować ze świetnymi naukowcami. Zresztą w tym właśnie kierunku prowadzę IMol. Otwarte, również dla badaczy z zagranicy, rekrutacje, znakomici członkowie Rady Naukowej na czele z laureatami Nagród Nobla – to mechanizmy i narzędzia, które mają na celu stworzenie środowiska naukowego na poziomie międzynarodowym. Z takich bowiem wywodzą się przyszli nobliści. Zapewne się nie uda, aby noblista pracował w naszym instytucie. Natomiast jeśli zbudujemy takie środowisko – a wydaje mi się, że naprawdę jesteśmy na dobrej drodze – to uznam, że osiągnęłam swój osobisty cel na polu organizacyjnym.
Dlaczego z noblistą miałoby się nie udać?
Choćby dlatego, że statystyka jest przeciwko nam. Jaka jest szansa, że w całkiem niezłej piłkarskiej drużynie zabłyśnie gwiazda w rodzaju Lewandowskiego? A już zupełnie poważnie: do odkryć, które są istotą nauki, potrzeba kreatywności i odpowiednich warunków, a nie codziennej walki z biurokracją i martwieniem się o fundamenty, także finansowe. Tylko połączenie tych czynników może dać owoce w postaci ważnych odkryć, przy czym tylko niewielki promil z nich zostanie nagrodzony Noblem.
Nie widzi pani szans na polskiego Nobla?
W Polsce jesteśmy na szarym końcu Europy, jeśli chodzi o poziom innowacyjności. W tym ogonie „ścigamy się” z innymi krajami byłego bloku wschodniego. Skąd więc mieliby nagle wyrosnąć kandydaci do takiej nagrody?
Do tego prestiżowego i cenionego na całym świecie wyróżnienia drogę torować ma – w zamyśle pomysłodawców – Nagroda PAN, której laureatką właśnie pani została. „Prof. Agnieszka Chacińska jest obecnie jedną z nielicznych osób pracujących w Polsce, których osiągnięcia badawcze mogłyby zostać wzięte pod rozwagę przez Komitet Noblowski i być rozpatrywane w kontekście przyznawanej przez niego nagrody w dziedzinie medycyny lub chemii” – napisano w uchwale Prezydium PAN.
Wciąż nie mogę wyjść z szoku po tej informacji, która była dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Naprawdę się nie spodziewałam. Chciałabym tą drogą podziękować tym, którzy nominowali moją kandydaturę, jak i członkom kapituły.
Wracając do pani pytania, nie chodzi o to, że brakuje w Polsce utalentowanych osób. One są, mają tylko mniejsze możliwości, żeby rozwijać swój potencjał i w obecnych warunkach tracą swój czas i entuzjazm. Nasz system bowiem jest skuteczną promocją antyjakości. Krótka historia instytutu, którym kieruję, jest tego najlepszym przykładem. W Polsce działamy w warunkach, w których nasz wysiłek, zamiast na pracę, idzie na walkę z antyjakościowym systemem.
W tych warunkach stworzyła pani jednak nowy instytut, a do rady naukowej zaprosiła noblistów – w pierwszej kadencji Phillipa Sharpa, a obecnie Victora Ambrosa.
Dokonałam tego w znoju i trudzie, a przede wszystkim nie sama. Jest długa lista osób, autorytetów naukowych i przyjaciół, którzy nas bardzo aktywnie wspierali. Od samego początku wiedziałam, że czeka nas wyboista droga – podobnie, jak wszystkich, którzy chcą realizować w naszym kraju ambitne przedsięwzięcia naukowe. Owszem, były momenty, kiedy zastanawiałam się, po co to wszystko. Ale to były chwile, po których jednak pojawiało się uczucie zadowolenia, dumy i zawodowego spełnienia. Dość szybko nasz instytut stał się rozpoznawalny, a te małe i większe sukcesy tworzyły pozytywne sprzężenie zwrotne. Ludzie, którzy nie znają mnie za dobrze, często mi współczują. Niepotrzebnie, bo ja to widzę inaczej. Już od samego początku czuję się w IMol-u jak ryba w wodzie i pozytywne odczucia płynące z pracy rekompensują z nadwyżką słabe warunki formalno-finansowe, w jakich przyszło nam działać.
Dlaczego zdecydowała się pani mimo wszystko podjąć wyzwanie?
Wraz z prof. Magdą Konarską zdobyłyśmy duży grant na utworzenie centrum doskonałości, którego nie byłyśmy w stanie kontynuować na Uniwersytecie Warszawskim w stopniu nas satysfakcjonującym. Zdecydowałyśmy więc, że zamiast szukać innego miejsca, w którym będziemy mogły dalej prowadzić badania, zbudujemy takie miejsce po prostu od zera, po swojemu. I tak właśnie powstał IMol. Pomocną dłoń wyciągnęła Polska Akademia Nauk i jej ówczesny prezes, prof. Jerzy Duszyński.
Za chwilę wyniki ewaluacji działalności naukowej za lata 2022–2025. To będzie pierwszy pełny okres oceny IMol PAN. Spodziewa się pani lepszego wyniku niż w tej poprzedniej, kuriozalnej dla was, ewaluacji?
Niestety, nie. Wszystkie gremia krytykują ewaluację, jej zasady, a w szczególności dziwne listy i punktacje czasopism. Patologiczne zjawiska publikacyjne na świecie, takie jak choćby „predatory”, czyli bez lub z pozornym procesem recenzji, wykoślawiły to jeszcze bardziej. Nic zatem dziwnego, że mamy gigantyczną liczbę publikacji, które nie przedstawiają żadnej lub bardzo mierną wartość. Muszę jednak zaznaczyć, że jestem dumna z dotychczasowych publikacji naukowców IMol PAN, a dopiero się rozkręcamy.
Kiedy instytut dostał kategorię C, narzekała pani na brak zrozumienia ze strony ministerstwa. Padły słowa o tym, że tego typu jednostki nie mogą funkcjonować bez wsparcia państwa.
Nie mogę tego traktować inaczej niż jako przykład czystej złośliwości ze strony niektórych niechętnych nam ludzi będących wówczas u władzy. W tym czasie powstawały bowiem inne, nowe jednostki, które z założenia dostawały kategorię B+. Wiele czasu zabrało nam odkręcenie tego, a potrzebna była jedna prosta decyzja. I tak w końcu się stało, ale dopiero jakiś czas po zmianie władzy. Zdarzały się też sytuacje, kiedy środowisko traktowało nas jak konkurencję – tej logiki nigdy nie pojmę. Przynosi ona doraźne korzyści, ale całościowo osłabia siłę sprawczą i rujnuje reputację i powagę akademików.
Oczywiście, że jednostki akademickie nie mogą funkcjonować bez wsparcia państwa. W ostatnim proteście postulowaliśmy zwiększenie budżetu na naukę do 3% PKB. W całości popieram ten apel, w proteście brałam aktywny udział. Jednak bez reform zwiększenie budżetu nie poprawi znacząco naszej innowacyjności.
Traktowano IMol jak konkurencję, czyli nie kibicowano pani?
W Polsce nie jest łatwo ludziom wychodzącym przed szereg. Podczas gdy w innych krajach jakość promuje się i docenia, u nas raczej się zniechęca lub równa w dół. A na dodatek nasze środowisko nie za bardzo chce się reformować i do tej pory nie wypracowało, choćby koncepcyjnie, mechanizmów pozwalających wspierać inicjatywy doskonałościowe. Narodowe Centrum Nauki to nasz skarb narodowy, a mimo to jego budżet nie zwiększa się w sposób wystarczający. A przecież wyspy doskonałości w naszym kraju powstały właśnie dlatego, że działa NCN. Ministerstwo zdaje się być niechętne i tylko garstka akademików o walczy o większe finansowanie tej agencji. Dlaczego tak się dzieje? Może po prostu większości nie zależy? W końcu dopasowanie się do systemu, który równa w dół, jest opcją zdecydowanie bezpieczniejszą.
Większość wybiera konformizm?
Mówię tylko, że niewychylanie się pozwala przetrwać w spokoju, bez większych problemów.
Nie każdy ma w sobie gen ryzyka.
Ale chyba do robienia nauki nie trzeba go mieć. Nikogo nie namawiam do podejmowania ryzyka, mówię tylko o tym, żeby dobrze wykonywać swoją pracę. Oczywiście, mój przypadek jest wyjątkowy. Mierzyłam się z zarzutami ze strony tych, którzy twierdzili, że skoczyłam do basenu na główkę, nie upewniwszy się zawczasu, czy jest w nim woda. Owszem, działanie to wymagało pewnej odwagi. Jednak chcę zapewnić, nie było w tym żadnego przypadku, miałam koncepcję i wsparcie części środowiska, a co najważniejsze chciałam budować, nie narzekać. Gdyby więcej osób wykazało się podobną postawą, może bylibyśmy dziś w zupełnie innym miejscu.
Dlaczego, skoro – jak pani mówi – mamy taki problem z jakością nauki, dopominając się o zwiększenie środków nie warunkujecie tego wprowadzeniem mechanizmów doskonałościowych? Czy nie byłoby to bardziej przekonujące?
Nasz instytut jest zorganizowany na zasadach projakościowych, ale czy jesteśmy bardziej przekonujący? W majowym proteście rzeczywiście doskonałość naukowa była tylko w tle, ale przecież nikt nie ma wątpliwości – a ja swoimi słowami i czynami dowodzę tego dobitnie – że konieczne jest wprowadzenie mechanizmów projakościowych.
Czym w ogóle dla pani jest doskonałość naukowa?
To termin abstrakcyjny. Ważny jest proces dążenia do doskonałości. To permanentnie krytyczna ocena swojej działalności i szczera odpowiedź na pytanie, czy to, co robię, jest ważne dla innych. Kluczowym elementem tego dążenia są ludzie i ich ambicje, wspierani przez uniwersalne mechanizmy.
Czy z perspektywy tego, co wydarzyło się w ostatnich latach, nie wolałaby pani być w innym miejscu?
Kiedy patrzę wstecz, czasami zastanawiam się, czy nie popełniłam błędu wracając do Polski w 2009 roku. Myślę sobie, że może po dość przykrej sytuacji na Uniwersytecie Warszawskim trzeba było wyjechać i mieć święty spokój. Tym bardziej, że nie miałabym większego problemu ze znalezieniem pracy. Ale to są refleksje, które przychodzą dopiero teraz. W momencie, kiedy podejmowałam decyzję o stworzeniu instytutu, w ogóle tak o tym nie myślałam.
Ostatecznie więc było warto czy nie?
Tak. Dziś w IMol-u pracuje prawie 100 osób. W ciągu pięciu lat zanotowaliśmy ogromną dynamikę wzrostu. To pokazuje, że było warto. Ten szybki rozwój jest dla mnie oczywiście powodem do satysfakcji, ale jednocześnie przysparza mi wiele stresu. Wymaga bowiem dokonywania ciągłych zmian systemowych i organizacyjnych.
Co ma pani na myśli?
Choćby to, że muszę mieć kadrę administracyjną, która cechuje się wiedzą i elastycznością w działaniu. A wynagrodzenie, jakie oferuję, powiedzmy sobie wprost, nie jest konkurencyjne. Dlatego szansa na znalezienie właściwych osób, które będą chętne zostać z nami na dłużej, jest po prostu dużo mniejsza. Już na starcie stoimy na straconej pozycji. Przypominam, że nasza subwencja to około 1 mln euro – w oczach naszej międzynarodowej rady to żart z kategorii czarnego humoru. Ale rzecz tkwi nie tylko w finansach. Pracownicy administracyjni, którzy do nas przychodzą, mają bagaż doświadczeń nabyty w instytucjach, których styl działania czasami dramatycznie odbiega od tego, jaki jest standardem w krajach rozwiniętych naukowo. Istnieje więc zagrożenie, że zaczną reprodukować te wzorce, a ja chcę w IMol-u kształtować inną kulturę pracy.
Tak wyśrubowane warunki nie powodują odpływu kadr?
Biorąc pod uwagę wspomniane przed chwilą czynniki, muszę stwierdzić, że rotacja jest u nas dość duża.
Co w największej mierze decyduje?
Myślę, że wysokość wynagrodzenia, ale byłabym nieszczera, gdybym powiedziała, że wszystko rozbija się wyłącznie o pieniądze. Instytucja rośnie, ale wymagania też. Siłą rzeczy, przy tak szybkim rozwoju nie ma możliwości, żeby w grupie nie znaleźli się ludzie, którym nie jest po drodze z pozostałymi.
Czy rolą liderów nie jest to, by temu zapobiegać?
Rolą lidera jest prowadzić instytucję w obranym kierunku. Jeśli zapobieganie jest korzystne, to należy zapobiegać. Jeśli natomiast korzystna jest bardziej drastyczna zmiana, to trzeba jej dokonać, respektując wszakże przepisy prawa i traktując się z wzajemnym szacunkiem. Naprawianie bez końca często mija się z celem i zabiera energię. Mówię to z perspektywy lidera instytucji.
Problem polega na tym, że nikt nas, naukowców, nie uczy bycia liderami. Dla przykładu, ktoś zaczyna od zarządzania zespołem 2-osobowym, który szybko rozrasta się do kilkunastu osób i zarządzanie tak dużą grupą wymaga już zupełnie innych metod. Im więcej ludzi, tym więcej różnych charakterów, odmiennych motywacji czy nieporównywalnych zasobów kulturowych. IMol w końcu jest instytutem międzynarodowym. Wyzwaniem dla lidera jest więc „okiełznanie” grupy złożonej z ambitnych jednostek, tak, by wszyscy chcieli działać na rzecz wspólnej sprawy, a jednocześnie zapewnienie wolności badaczom. Trzeba to wszystko robić z wyczuciem, żeby nikt nie poczuł się urażony. W jaki sposób jednak lider ma sobie z tym poradzić, jeśli nie jest tego nauczony? Pozostaje intuicja i podglądanie dobrych wzorów.
Jak zatem postępować?
W lepszej sytuacji z pewnością są ci, którzy mają pewien rys osobowościowy pozwalający na sprawniejsze zarządzanie grupą czy instytucją. Ale i oni nie są nieomylni, też potrzebują konkretnych wskazówek. Nikt przecież nie rodzi się liderem. Proponuję wszystkim, niezależnie od stażu i poziomu doświadczenia, kurs dla liderów naukowych prowadzony przez EMBO (Europejska Organizacja Biologii Molekularnej – dop. AZ). Sama wiele lat temu go ukończyłam. Pozwala nabyć umiejętności korzystania z narzędzi i zadbania o organizację czasu. Pomaga wzmocnić zdolności przywódcze i uczy jak efektywnie, ale z empatią, zarządzać zespołem.
Czym, oprócz tych cech, musi się według pani charakteryzować lider zespołu badawczego? Czy każdy może nim zostać?
Lider zespołu badawczego w pierwszej kolejności musi być niezależny naukowo, mieć pomysły i samodzielnie wypracować koncepcję badawczą. Zaraz potem pojawia się ambicja, żeby nie robić tego samemu, tylko budować zespół. Jeśli to się nie dzieje, to szanse na zostanie liderem są marne.
Na liderze spoczywa odpowiedzialność za zespół. Jednocześnie, nie ma zbyt dużego wpływu na to, kto do niego dołączy, bo rotacja, jak pani wspomniała, jest duża. To nie jest gotowa recepta na wypalenie?
Wspominałam o rotacji w administracji – to dotyczy poziomu lidera instytucji. W moim zespole naukowym jest inaczej. Badacze przychodzą na kontrakty grantowe, ale wielu z nich zostaje dłużej, zdobywając własne finansowanie. Najważniejszy jest efekt pracy, czyli odkrycia i publikacje, otwierające drogę do następnych etapów, w tym niezależności. Ostatnie lata, czyli era post-covidowa, okazały się bardzo łaskawe dla mojej grupy. Dużo się u nas dzieje pod względem naukowym (ostatnio grupa opublikowała artykuł w „Science Advances” – dop. AZ).
A co do wypalenia, wszyscy jesteśmy na nie narażeni. Być może mniej ci, którzy czerpią satysfakcję z pracy, ale to już tylko moje obserwacje, jako długoletniego lidera i domorosłego psychologa.
Dziś coraz częściej pisze się o tym, że liderzy są po prostu zmęczeni. Presją osiągania wyniku, przeciążeniem informacjami czy koniecznością ciągłego podejmowania decyzji. Czy to oznacza, że dotychczasowy model przywództwa już się nie sprawdza?
Tak, presja jest duża. Ale nie mam pomysłu, jak robić to inaczej, poza oczywiście dbaniem o siebie i utrzymywaniem równowagi.
Pani stała się świadomą liderką?
Zdecydowanie tak. Ale to też był proces. Kiedy byłam młodsza, zdarzało mi się na przykład działać bardziej impulsywnie, co wynika z pewnością z mojej osobowości. Teraz mogę się przyznać, że nauczyłam się już nieco spokoju i cierpliwości. Człowiek cały czas uczy się na własnych błędach. Wiem już, że pewne rzeczy można było zrobić lepiej.
Poproszę o przykład.
Pomyłką, którą zdarza mi się popełniać, jest nierozwiązywanie umów współpracy z niektórymi pracownikami, zarówno naukowymi, jak i administracyjnymi, na wczesnym etapie, zanim nawarstwią się problemy i kiedy już można podejrzewać, że chleba z tej mąki nie będzie. Tymczasem brak dopasowania generuje stres, a przeciąganie takich sytuacji potrafi być bardzo destrukcyjne dla wszystkich, także dla innych członków zespołu.
Wolała pani biernie się przyglądać, jak psują się relacje w zespole, niż w odpowiednim momencie zareagować?
Zdecydowanie nie. Do tak daleko idących efektów nie dopuszczam. Zawsze uważałam, że pracę innych trzeba oceniać nie w kategoriach emocjonalnych, ale merytorycznych. W zarządzaniu instytucją ważne jest, aby ludzie podążali za liderem, mając też wolność w zakresie kompetencji i własnych działań. Jeżeli tego nie robią, to nie jest dobrze. Czas spędzony na permanentnym naprawianiu jest stracony dla konstruktywnych działań, np. nauki. Angażowanie się w sprawy, które ciągną w dół, a do takich należy z pewnością konflikt i brak porozumienia ze współpracownikami, powoduje zastój albo nawet regres, także naukowy.
Nigdy nie chciała podzielić się pani władzą?
Nie pozwala na to formuła formalno-prawna. Jednoosobową odpowiedzialność za instytucję ponosi szef – dyrektor, rektor – a to moim zdaniem nie daje miejsca na demokrację, o ile nie myślimy o jej fikcyjnym wyobrażeniu. Jestem zdecydowaną zwolenniczką takiej organizacji, kiedy lider instytucji realizuje swój plan i wizję, które pozwoliły mu wygrać konkurs. Opowiadam się również za transparentnymi procesami i zasadami, a nie zarządzaniem w stylu udzielnego książątka i doraźnych decyzji. Stawiam na szerokie konsultacje. Jestem też zwolenniczką procesu mentoringu, także na poziomie kształtowania cech potrzebnych do kierowania instytucją. Liderzy grup są u mnie aktywnie włączani w zarządzanie. Dwójka z nich właśnie objęła funkcje zastępców dyrektora, zapewniając mi olbrzymie wsparcie. Bardzo lubię pracować z ludźmi ambitnymi na każdym etapie kariery i dużo wysiłku wkładam w rozwój kadr. Uważam zarazem, że demokracja akademicka potrafi ludzi nieprzeciętnych i dążących do doskonałości pociągnąć w dół.
Jest pani autokratką?
Jestem dyrektorką i traktuję obowiązki poważnie. Jeśli ktoś uważa mnie za autokratkę, to jego sprawa. Czasami wydaje mi się, że kobieta będąca na stanowisku kierowniczym jest postrzegana w inny sposób niż mężczyzna. Im wyżej w hierarchii zarządczej, tym bardziej odczuwa się różnice w traktowaniu.
Naprawdę sądzi pani, że mężczyzna na pani miejscu miałby łatwiej?
Obstawiam, że jest na to duża szansa. Takie poczucie towarzyszyło mi w szczególności w czasie konfliktu na Uniwersytecie Warszawskim.
Czy nie jest tak, że lider powinien dawać z siebie, ale też czerpać siłę z zespołu? Jak ma przekonać ludzi, żeby za nim podążali, będąc autokratą?
Lider przekonuje do siebie ludzi, gdy jest tym, który patrzy zdecydowanie dalej niż na czubek własnego nosa, a dodatkowo ma wizję.
Czy wraz z wysoką pozycją nie traci się z oczu innych ludzi?
Koniecznym elementem bycia liderem jest także odpowiedzialność za innych oraz motywacja, która wykracza poza własne ego. Niemniej jednak, to dość rozbudowane ego jest też trochę wpisane w „genotyp lidera”. Pełni rolę dodatkowej siły napędowej. Które z cech i w jakim stopniu są charakterystyczne dla mnie, to nie jest już pytanie do mnie.
Jednak widzę pewną zasadę: na całym świecie modelowi liderzy, stojący na czele instytucji badawczych, to świetni naukowcy, silne osobowości, decyzyjni i nie unikający odpowiedzialności, mający wizję. To konieczne, aby działać skutecznie na rzecz nauki. Często widzę też wiele przypadków, kiedy władza staje się celem samym w sobie. Na naszym rodzimym podwórku zdarzają się sytuacje, gdy osoby o nieznaczącym dorobku naukowym, szerzej nieznane, zostają szefami dużych jednostek naukowych. Nie jest to dobra tendencja. W efekcie mamy karierowiczów, i to zarówno w spodniach, jak i w spódnicy, których rządy nie dodają jakości polskiej nauce.
To dlatego, kiedy tworzyła pani instytut, od razu postawiła na międzynarodowy skład rady naukowej?
Była to absolutna konieczność. To jeden z tych uniwersalnych mechanizmów dążenia do doskonałości. A dodatkowo w ten sposób chcieliśmy się uwiarygodnić. Było to potrzebne w świetle negatywnych i często oszczerczych twierdzeń, które pojawiły się w przestrzeni publicznej w związku z moimi wcześniejszymi działaniami na UW.
Jak się pani udało przekonać naukowców o ugruntowanej pozycji, żeby wsparli jednostkę dopiero co powstającą i to w kraju, który nie przoduje w nauce?
To akurat nie był problem. Trzeba pamiętać, że razem z prof. Magdą Konarską, współzałożycielką IMol, mamy niezłą reputację naukową na poziomie międzynarodowym. Jest to niezbędne, by móc przyciągnąć najwyższej klasy specjalistów i wybitnych uczonych, także jako doradców. Kiedy jestem zapraszana, żeby zasiadać w radzie czy innym gremium, sprawdzam, kim są ludzie, którzy za tym stoją, co ta inicjatywa sobą reprezentuje.
Ostatnio dość często mówi pani o reputacji.
Reputacja naukowa to wielka wartość, na którą pracuje się przez lata. W IMol-u nie idziemy na skróty i nie publikujemy w czasopismach „drapieżnych”. Tę reputację można próbować zniszczyć. Pokazuje to moja niedawno zakończona sprawa sądowa, w której wyniku Uniwersytet Warszawski został zmuszony do opublikowania sprostowania. Wytaczając sprawę sądową, pokazałam, że nie godzę się na nieczyste próby zniszczenia mojego dobrego imienia. Cała sytuacja jednak dramatycznie odbiła się na moim życiu, także w sferze prywatnej.
To była cena, jaką zapłaciła pani za dojście do miejsca, w którym się obecnie znajduje?
Wybrałam drogę, która jest standardowym trybem każdego naukowca w rozwiniętym świecie. Zrobiłam w Polsce doktorat, potem wyjechałam do Niemiec, gdzie spędziłam dziewięć lat, przechodząc dwa szczeble kariery, od postdoka do lidera grupy badawczej. Następnie wystartowałam w otwartym konkursie na lidera grupy w Międzynarodowym Instytucie Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie. A po kilku latach i ugruntowaniu swojej pozycji jako lidera grupy, wystartowałam do konkursu na dyrektora jednostki na UW. W Polsce taka ścieżka jest nietypowa. Nieustannie zaskakuje mnie, kiedy widzę biogramy ludzi, którzy chwalą się, że całe życie są związani z jednym uniwersytetem.
Dla ludzi nauki poczucie bezpieczeństwa również jest ważne.
Pewnie tak. Nie kwestionuję tego, ale jednocześnie stawiam pytanie o priorytety w karierze. Ile osób z tych, którzy trzymając się kurczowo patologicznych układów, narzekając na nie, na swoją niesprawiedliwie niską pensję czy złe warunki, próbowało kiedyś zmienić jednostkę, w której pracują? Spróbować awansować i w ten sposób dojść do funkcji, która pozwala zmiany przeprowadzić? A tak się to dzieje na świecie.
Na świecie kierownicy placówek „wychowują” też swoich następców.
Na świecie następcy są poszukiwani szeroko, na arenie międzynarodowej, i wygrywają konkursy. Już od dawna myślę o tym etapie, kiedy przestanę być dyrektorem. Obecne tempo pracy jest dla mnie nie do utrzymania przez następne lata. Sama jestem zwolenniczką kadencyjności, ale bez fikcji. Dlatego od jakiegoś czasu intensywnie działam na rzecz przekazania instytutu w ręce mojego następcy bądź następczyni.
Ma pani już kandydatów?
Mam. Jak to się dalej potoczy i czy nie stracą zainteresowania, rozstrzygnie przyszłość.
Czym będzie się pani zajmowała po odejściu ze stanowiska dyrektora?
Na pewno nauką. Widziałabym też siebie w roli doradczej, niekoniecznie w Polsce. Chciałabym znaleźć miejsce, które byłoby dla mnie satysfakcjonujące i w którym miałabym realny wpływ na to, na czym mi zależy najbardziej – na tworzeniu doskonałej nauki.
Rozmawiała Aneta Zawadzka
Wywiad został przeprowadzony w ramach cyklu „Nauka przez duże K”. Ukazały się już rozmowy z: prof. Joanną Kargul, dr hab. Urszulą Zajączkowską, dr Agatą Kołodziejczyk, dr Anną Wylegałą, prof. Elżbietą Frąckowiak, prof. Aleksandrą Ziembińską-Buczyńską, dr hab. Katarzyną Mirgos, prof. Ewdoksią Papuci-Władyką, prof. Aleksandrą Łuszczyńską, prof. Natalią Letki, prof. Katarzyną Radwańską, dr hab. Anną Oleszkiewicz, prof. Katarzyną Starowicz-Bubak, dr Aleksandrą Karykowską, prof. Natalią Sobczak, dr hab. Karoliną Pierzynowską, dr Izabelą Anną Romanowską, dr Natalią Banasik-Jemielniak, dr hab. Anną G. Piotrowską, dr hab. Barbarą Mróz-Gorgoń. dr Natalią Organistą, dr Martą Marciniak, dr hab. Karoliną Kremens, prof. Magdaleną Musiał-Karg, dr Kamilą Krakowską-Rodrigues, dr Kamilą Łabno-Hajduk, dr hab. Aleksandrą Rutkowską, dr Zuzanną Świrad., dr hab. Izabelą Kowalską-Leszczyńską, dr hab. Małgorzatą Kot, dr Moniką Kaźmierczak, prof. Natalią Marek-Trzonkowską, prof. Anną Matysiak, dr hab. Agnieszką Gajewicz-Skrętną, dr hab. Aleksandrą Milewską, dr hab. Joanną Wawrzyniak, dr inż. Anną Sztyber-Betley, dr hab. Marią Nowak-Claytor.
Właśnie troll podszywający się pod innych zlikwidował dyskusję na Forum Akademickim. Panie redaktorze Kieraciński, czy się to panu podoba?
Z wielkim zainteresowaniem obserwujemy wszystkie klasyczne fazy meltdownu szanownego Pana.
Ależ jest dokładnie odwrotnie! Przed szeregiem można nachapać się do końca życia, ustawić, obronić przed wszelkimi zarzutami i odejść w chwale i sławie jako strażak, który prawie ugasił to, co sam podpalił. Proszę wpisać sobie w wyszukiwarkę "System informatyczny za 15 mln zł, który nie działa. NIK na Uniwersytecie Medycznym i Politechnice Lubelskiej" i przeczytać wszystkie inne wyczyny władz UM w Lublinie, które "wyszły przed szereg" w czasie pandemii i demontują uczelnię celem jej upadku i prywatyzacji w majestacie prawa, z własnymi ludźmi w ministerstwie (nie ma się komu poskarżyć, skoro konkubina rektora jest autorką habilitacji wiceministra), bez szans na zarząd komisaryczny (krowę doi się tak, aby jej nie zarżnąć) i z atmosferą korpozamordyzmu zwiększającą się z roku na rok. Rzekłbym, że nawet Ci przed szeregiem mają łatwiej w naszym kraju!
Proszę uważać Pani Agnieszko bo zaraz się do Pani przyczepi Helmut Wojtasek ze swoimi raczej mało rozgarniętymi teoriami.
Helmut Wojtasek?? Buahahahaha, co to jest w ogóle wy jesteście naukowcami, co to jest za cyrk. Pani jest poważna, kim jest ten człowiek? To on jest ruskiem czy niemcem czy czym on w końcu jest czy Ukraińcem żydowskiego pochodzenia? Niech go w końcu to abw sprawdzi albo te jego teczki w ipn i niech napiszą że jest albo nie jest tym szpiegiem. Z drugiej strony jest powód żeby czytać forum bo to są normalnie jaja.
Widzę, że moderatorowi na Forum Akademickim zupełnie nie przeszkadzają tego typu wypowiedzi...
Strasznie kogoś to porusza, że dr HW punktuje papiernictwo.
Czyżby Grzegorz "Maverick" K.?
Ja bym bardzo prosiła żeby w wywiadach podpytać naukowczynie (ale tez i naukowców, o i ile zrobią Państwo cykl nauka przez duże M) o życie prywatne, jeśli tylko się zgodzą na takie watki. Ciekaw jestem czy nauka na wysokim poziomie pozwala na założenie rodziny, wychowanie dzieci, zakładając ze to nie druga strona lub rodzice biorą na siebie ciężar utrzymania.
Jest to kwestia o której niewiele można się dowiedzieć będąc doktorantka.
W tym celu wskazane byłoby na początku określić, co oznacza określenie "nauka na wysokim poziomie". I podejrzewam że już w tym punkcie nie byłoby zgody i z dalszych analiz wyszłyby nici, a przynajmniej połowa naukowców nie zgodziłaby się z wnioskami, jakie by nie były.
ALE jeśli koleżanka poda to kryterium ze swego punktu widzenia, to może nawet tutaj parę osób podzieli się opinią. Która również mnie zainteresuje. Tylko najpierw zainteresowani musieliby wyznać, że swoim własnym zdaniem uprawiają tę naukę na wysokim poziomie, a wtedy połowa anonimowych dyskutantów rzuci im się do hajdawerów. Takie są koszty.
Nauka to taki zawód jak każdy inny. Natomiast pod żadnym pozorem nie należy go uprawiać w Polsce.
Robota nie jak każda inna, bo każda jest inna. Jak zostanę nauczycielka to z rodzicielskim i wychowawczym problemu mieć nie będę. Podobnie jak zostanę w uczelnianej administracji.
Wiec jestem ciekaw czy przy okazji postdocow i robienia nauki na normalnym poziomie da się mieć tez fajne dzieci. Fajnie było by to wiedzieć jako doktorantka, bo niestety u mnie na wydziale nie ma nikogo z profesorów belwederskich kto byłby chociaż na postdocu.
A gdzie pan uprawia ten zawód, w kosmosie?. Sklerotyczne rady są bezużyteczne. Przemawia chyba przez pana zgorzknienie, że nie udało się gdzie indziej?
"Duby smalone", Pan Profesor prawisz, nie dokończyłeś zdania.
„Nauka to taki zawód jak każdy inny. Natomiast pod żadnym pozorem nie należy go uprawiać w Polsce przez profesorów PAN." To jest forum otwarte, nie musi Pan podawać nazwiska, „Profesor” ?
To nie jest mój wpis, jakiś prostak kopiuje moje nazwisko, w dodatku pisząc łamanym językiem. Nie pochlebia mi to, wolałbym w tej roli chociaż inteligenta.
Odwrotnie. Profesor ma już swoje lata, coś przeżył i czegoś się nauczył, więc znajdzie sposób na zajmowanie się nauką, jeśli oczywiście koniecznie mu na tym zależy. Natomiast młodego człowieka - szkoda. Pływać należy w wodzie a nie w kisielu. Niech znajdzie inny sposób na realizację swoich aspiracji i możliwości. Jeśli nie wyobraża sobie życia poza nauką - niech opuści Polskę. Jeśli nie wyobraża sobie życia poza Polską - niech robi cokolwiek ale nie naukę. Tertium non datur.
"Profesor PAN 14.06.2026 09:44
Nauka to taki zawód jak każdy inny. Natomiast pod żadnym pozorem nie należy go uprawiać w Polsce."
To nie jest opis rzeczywistości. To jest projekcja własnej porażki. Z taką wiedzą idź robić skarpety na drutach.
Profesor PAN 14.06.2026 14:41
"Odwrotnie. Profesor ma już swoje lata, coś przeżył i czegoś się nauczył, więc znajdzie sposób na zajmowanie się nauką, jeśli oczywiście koniecznie mu na tym zależy." - Tak, ta muzealna wiedza w dzisiejszym dynamicznym świecie będzie bardzo przydatna przy robieniu skarpet na drutach.
Komputera nie potrafisz obsługiwać, a nauką chciałbyś się zajmować ?
hej ty co to umiesz niby obsługiwać komputer, a liczyć to potrafisz? Znają młodych to z pewnością masz problem z tabliczką mnożenia, jak większość. Zapytaj tego od koszykówki co to się wymądrza i jaki on mądry z liczenia, obyś nie musiał do 2x2 używać kalkulatora i komputera.
Cyt."Wracając do pani pytania, nie chodzi o to, że brakuje w Polsce utalentowanych osób. One są, mają tylko mniejsze możliwości, żeby rozwijać swój potencjał i w obecnych warunkach tracą swój czas i entuzjazm."
No, ja zamiast rozwijać mój potencjał w mojej dziedzinie nauki, musiałem się ZWINĄĆ na ok. 1.5 ROKU, jeśli chodzi o tę dziedzinę, i zacząć się zastanawiać nad kodem w C, C++ (niekiedy w Javie, Javascripcie itd.), diagramami UML, jak postawić serwer SQL-a itp. sprawami. I kogo to obchodzi?
Z entuzjazmu do badań pozostało może tak 15 - 20 %. Oczywiście, bardzo dużo "zasługi" tutaj położyli moi dwaj niegdysiejsi opiekunowie pracy doktorskiej, o czym już pisałem.
W Polsce w nauce wciąż dominuje głęboki socjalizm. Każdemu po równo i profesorowi języka polskiego (który pracuje od niechcenia), profesorowi archeologii, profesorowi prawa (ten to dopiero leniuch), profesorowi socjologii (na wiem z czego jest fachowcem pani Środa bo ciągle słyszę jak głupoty wygaduje) i profesor informatyki (który musi zasuwać jak dziesięć robotów, bo pozostać na bieżąco w swojej dyscyplinie). Niestety w Polsce żerowało się i żeruje na bardzo pracowitych.
W Polsce mamy coś czego Europa może nam pozazdrościć - CTT. To autostrada do Nobla. Tylko musimy zaczekać na zjazdy.
Pani wyszła przed szereg, i dali Pani habilitację, potem profesurę, wreszcie nagrodę, a teraz przeprowadzoną z Panią wywiad. Ja wyszedłem przed szereg, wielu innych zdolnych (lub JESZCZE zdolniejszych) ludzi ode mnie - też, i żaden z nas ani nie awansował, ani nie dano nam żadnej nagrody za działalność naukową, ani wywiadu nikt z nami nie przeprowadził.
Tytuł tego wywiadu powinien brzmieć tak "Ktoś, kto wychodzi przed szereg, a nie ma przy tym POPARCIA, ten nie ma w Polsce łatwo." No właśnie...
Pani w Niemczech doskonaliła warsztat technik stosowanych w swoich badaniach i wedle tego warsztatu działa.
Nauka to odkrywanie prawdy, a nie jak to podaje Pan Marcin Przewłoka, a dla Pana Jajszczyka jest on osobą sensownie komentująca. Obaj Panowie urągają mianu naukowców.
Co innego jak nie wiesz jak masz działać, aby uzyskać rozwiązanie. To jest wyższa szkoła jazdy, więc takie bioinżynierie nie robią na mnie wrażenia.
Naprodukuje doktorów i gdzie oni trafią ? No gdzie ? A jej praca przyniesienie coś polskiej gospodarce ? Naprawdę przyniesie ?
Jak nie będzie firmy. To nic nie przyniesie.
Ale Pan pisze, że cyt."Nauka to odkrywanie prawdy[...]"
Wobec tego, musi Pan wykazać, że Pani Prof. Chacińska nie odkrywa prawdy.
Czy prace np. Brandona Cartera, Stephena Hawkinga, Rogera Penrose'a, czy Dennisa Sciamy przyniosły coś gospodarce brytyjskiej (lub jakiejkolwiek innej)? A prace Ellie Cartana, Arenda Heytinga, czy Alfreda N. Whiteheada ?
Komentator-ze (poprzedni), bardzo proszę nie zaśmiecać forum naukowców. Blogi proszę pisać na innych stronach. Nie interesują nas Pana wewnętrzne przeżycia i postrzeganie świata.
Jak rozumiem, wg Pana, Forumowiczów interesuje Pańskie postrzeganie świata. Ciekawe, skąd Pan to wie, że ich to obchodzi...
Mnie obchodziło na pewno, przynajmniej do tej pory, gdy Kol. podpisujący się, jako "Profesor PAN", wypowiadał swoje refleksje na temat tzw. polskiej nauki itp., i bardzo je sobie ceniłem. Teraz już nie jestem tego pewien, nawet nie jestem pewien tego, czy Pan, to nadal tamten "Profesor PAN", czy też ktoś inny. W końcu podszyć można się pod każdego, tak jak to zrobił pewien osobnik tutaj.
Kto inny. Ja już tu nie będę pisać. Przekroczono granicę.
Panie profesorze, patrzę na to i wydaje mi się, że to boty. Te komentarze z panów ukradzionymi nickami nie bardzo się odnoszą do poprzedzających wypowiedzi. Są od rzeczy. Jeśli tak, to niechże pan zostanie z nami :)
No więc właśnie - ktoś przywłaszczył sobie mój nick. Znaczy to tylko jedno - powinienem się pożegnać. Bez specjalnego żalu, nie sądziłem, że aż tyle żulerii będzie w tym miejscu.
Nauka to odkrywanie prawdy – tak to się w cywilizowanym świecie przyjęło, ale polscy uczeni znają trzy prawdy: "prowda", "tyż prowda" i "g...o prowda". Z efektów polskiej nauki wynika, że stosują tę trzecią drogę odkrywania.
Pisałem o późnej porze i wszystko mi się pomyliło, więc zacząłem widzieć „podszywaczy”.
Proszę uprzejmie Moderatora o:
1. zamieszczenie mojej prośby (pisałem ją już 2 razy tutaj), aby się nie podszywano pode mnie
2. w ogóle podjęcie działań mających na celu uniemożliwienie podszywania się pod danego Dyskutanta na Forum.
Jeszcze raz powtórzę (bowiem nie zamieszczono tutaj mojego komentarza), że proszę o NIE PODSZYWANIE SIĘ pode mnie. Proszę sobie wybrać inny nick.
Szanowny Kolego
Proszę NIE podszywać się pode mnie. Jeśli już nie chce Pan podpisywać się swoim imieniem i nazwiskiem (co jest zrozumiałe), to bardzo proszę o wymyślenie sobie innego nicku. Proszę o postępowanie fair podczas dyskusji.
No, gdyby tak ściśle to potraktować, to powinno się zacząć od tego, że jak wykazał Alfred Tarski, prawda w każdej teorii obejmującej Arytmetykę (klasyczną, tj. Arytmetykę Peano), jest niedefiniowalna.
Ale z tego, co Pan pisze, wynikałoby, że polscy uczeni formułują fałszywe odkrycia. Zatem, proszę podać konkretny przykład fałszywego wyniku. Nawet jeśli takowy Pan poda, to nie oznacza to jeszcze, że wyniki wszystkich polskich uczonych są fałszywe.
Na dziedzinie Prof. Chacińskiej NIE znam się, i nie wiem nic na ten temat, jakoby "wyprodukowała" jakieś fałszywe wyniki swoich badań, a tak wynikałoby z Pana wypowiedzi.
Z tego, co Pan pisze, wynika, że na niczym się Pan nie zna. Bardzo proszę, oto przykład fałszywego odkrycia – komentarz poprzedni: „Na dziedzinie prof. Chacińskiej NIE znam się i nie wiem nic na ten temat, jakoby "wyprodukowała" jakieś fałszywe wyniki swoich badań, a tak wynikałoby z Pana wypowiedzi”.
Nikt tu nie formułował tez o „fałszywych odkryciach”, więc tworzenie takiej narracji, a następnie jej obalanie, to klasyczny przykład nieudolnej manipulacji, którą sam Pan sobie zbudował, a potem sam Pan z nią pozornie walczy. Sugerowanie obniżenia wartości badań pani profesor – nie wiem, co to za artystyczna twórczość, ale nie jest to poziom uniwersytecki. Nawet pisać poprawnie Pan nie potrafi?
Proszę Moderatora o zamieszczenie tutaj mojej OSTATNIEJ wypowiedzi do komentarzy człowieka podszywającego się pode mnie.
Jest taka zasada: "Mądrzejszy ustępuje głupszemu.",
no i ja właśnie ją teraz zastosuję odnośnie pana.
A ja widzę, że nie potrafi pan czytać ze zrozumieniem. CO JA NAPISAŁEM w ostatnich wypowiedziach tutaj?
Żeby przestał się pan pode mnie podszywać.
A teraz: co pan napisał poprzednio? Cyt."Nauka to odkrywanie prawdy – tak to się w cywilizowanym świecie przyjęło, ale polscy uczeni znają trzy prawdy: "prowda", "tyż prowda" i "g...o prowda". Z efektów polskiej nauki wynika, że stosują tę trzecią drogę odkrywania."
Czyli wg Pana, polscy naukowcy odkrywają coś, co jest "g...o prawda". Czy mam tłumaczyć, że trudno nazwać coś, co jest określane mianem użytym przez pana, jako faktycznie prawdziwe?
Cyt." Nie widzi pani szans na polskiego Nobla?
W Polsce jesteśmy na szarym końcu Europy, jeśli chodzi o poziom innowacyjności. "
Najważniejsze, że jesteśmy w czołówce, jeśli chodzi o nadawanie profesur i habilitacji (jak to pisał już niejednokrotnie dr Józef Wieczorek), oraz jeśli chodzi o liczbę kierunków studiów o nader pociesznych nazwach typu "hotelarstwo", "kosmetologia" itp.
Podobnie, jeśli chodzi o czczą pisaninę o-siamtym-i-owamtym, duży odsetek jej amatorów robi kariery akademickie w Polsce.
Tutaj jesteśmy w czołówce, I TO JEST OD LAT.
Cóż, jak śpiewano w przedwojennym kabarecie "Qui pro Quo": "Jak się nie ma tego, co się lubi, to się lubi to, co się ma."...
Tytuł profesora jest istotnie polskim wynalazkiem (acz może też istnieć w innych dawnych demoludach, nie badałem) ale habilitacji w Polsce jest stosunkowo mało, jeśli porównać z Niemcami, Francją, Włochami czy Hiszpanią. A jeśli przyjąć, że tenure to taka habilitacja na sterydach, także z USA.
No nie, tak spłycać i sprowadzać do chwili że "Tytuł profesora jest istotnie polskim wynalazkiem ". Wydaje się, że Profesor PAN, jeśli tak mówi to ma rację. Po jakiego grzyba obnosi się Pan tym tytułem, bo to polskie. Może historia podpowie o tytule profesora.
Gratulacje!
Cieszę się i gratuluję - prof. zapamiętałem z wypowiedzi na temat ewaluacji (z którymi się w pełni zgadzam).
Każdy ma dość tego kraju, i wcześniej czy później stąd ucieka. Miernoty nie dają żyć wartościowym ludziom, co mogliby coś osiągnąć. Z tych najlepszych, zostają tylko Ci, którzy muszą zostać z różnych względów.
Czy to wniosek wyciągnięty z faktu, ze prof. Chacińska jak najbardziej właśnie wróciła? Jeśli tak, to non sequitur.
Z tego co rozumiem coś jej się w Niemczech skończyło i po co być płotką za granicą skoro można być rekinem w Polsce.
Dokładnie tak jest. Dlatego tak panoszy się dezinformacja. Miernoty które nic nie robią ściągają do swojego poziomu tych co mają ambicje. Do słownika wejdzie nowe słowo wojtaskują.
Jest Pani ogromną inspiracją dla młodych badaczy, którzy właśnie zderzają się z tą przeciętnością. Jak oni mają być wybitni gdy ich „mentorzy/dyrektorowie” to przeciwieństwa nowoczesnego naukowca/leadera. Tu premiuje się przeciętność i bierność, a kto odważniejszy to byle go upokorzyć, oby się nie udało… zamiast dmuchać w skrzydełka. Czują konkurencję. Obstawiam jeszcze około 20 lat i trzymam kciuki by nowe pokolenie nie przesiąknęło najgorszym. Coraz więcej osób widzi jak to funkcjonuje.
OK. Zróbmy małe podsumowanie.
Ja do pani ACh nic nie mam jako osoby. Ma jako taki dorobek i parę sukcesów. Wprawdzie naukowców i naukowczyń podobnie utalentowanych jest w PL sporo, ale tak, czy inaczej, można ją uznać za zdolną.
Problem jest jednak taki, że na własne życzenie, lub bardziej na życzenie środowiska, w którym się obraca, stała się ozdobą niewydolnego systemu. To znaczy, z jednej strony pojawiają się laurki, jaką jest wybitną osobą, z drugiej
spece od grantów ERC, jakoś wybitności tego instytutu IMOL dostrzec nie chcą. Czyli wychodzi jak zawsze, czyli pozostaje finansowanie z budżetu.
Tutaj zaczyna się proza życia. Jest to jedno z tzw. międzynarodowych centrów PAN. Koszty funkcjonowania takich instytutów są kolosalne. Pozostaje więc NCN. NCN zaczynał całkiem nieźle: na początek podobno rozdano 901 grantów OPUS, teraz
279 (podaje te dane na podstawie dyskusji na FA o OPUS30). Bo proza życia jest taka, że te centra trzeba jakoś utrzymać. A służy temu wszechobecne bicie piany, i oczywiście obsadzanie stanowisk decyzyjnych swoimi ludźmi.
Czy mnie to wszystko oburza? Nie, ot po prostu normalna codzienność w naszym skansenie. Fajnie, że już się lato powoli robi i że są już polskie truskawki.
No cóż, ta Pani (podobnie, jak wszyscy bohaterowie, czy bohaterki niusów o tym, że przyznano komuś nagrodę, czy też bohaterowie i bohaterki wywiadów, w których opowiadają o swoich badaniach naukowych), miała ODPOWIEDZIALNEGO promotora jej pracy doktorskiej. Potrafił zadbać o to, żeby wyjechała na inną uczelnię, czy do innego instytutu badawczego, albo zatrzymał ją w swojej grupie, czy skierował do innej. To już nie jest najważniejsze. Najważniejsze, że nie zmarnowała szans, że się rozwijała naukowo, I DOBRZE. Bowiem, gdyby nie miała takich szans, to albo skończyłaby jako np. nauczycielka biologii, czy chemii, albo w najlepszym razie pozostałaby na wieki dr-em bez habilitacji, albo musiałaby się PRZEKWALIFIKOWAĆ (jak to się stało w pewnym stopniu, w moim przypadku).
Po prostu, tylko pewien, stosunkowo niewielki odsetek ludzi dostaje szanse (i to są szczęściarze), a pozostali dostają z reguły pańszczyznę do odrobienia.
Są jednak mądrzy ludzie na tym świecie :-)
A powstanie z tego jakaś firma ?
Czy zawsze to będzie finansowane z budżetu ?
Zupełnie nie rozumiem, dlaczego uniwersytet w Oksfordzie nie przekształcił się w jakąś firmę. Albo St. Andrews, Aberdeen czy Edynburg w Szkocji. Tam to w ogóle skandal, bo studia są bezpłatne.
A ile Pan rzeczy jeszcze nie rozumie ? Podejrzewam, że pan nie rozumie również wielu rzeczy z nietoperzy , którymi się pan zajmuje od lat i to w dwóch miejscach pracy jak tu podają na forum..
Chętnie poznam więcej szczegółów mojej kariery. O miejscach pracy na przykład dowiedziałem się dopiero od pana, kolego "kk". Proszę śmiało, "bez, jak to mówią, krępacji" (A. i B. Strugaccy).
O miejscach pana pracy pisano wcześniej i nie byłem to ja. Bez urazy, jak pan czyta i komentuje to proszę robić to z dokładnością naukowca. Brak wówczas pana komentarza i brak pan zaprzeczenia odebrano jako potwierdzenie. Ja wiem, że w lesie samo rośnie, ale bez przesady.
Nie wiem z jakiego powodu miałbym wyszukiwać i prostować czyjeś konfabulacje, których nawet nie widziałem. Mało to głupstewek ludzie wypisują, zwłaszcza anonimowo? Ale jestem pod wrażeniem faktu, że jestem tak ważny, że nawet "o mnie pisano". Dotąd nie przypisywałem sobie aż takiego znaczenia.
Panie Alku, tak jak panu kiedyś pisałem ma pan pełno fanów, mamy nawet wątek na pana temat na naszym subreddit i tych cudownych wypowiedzi w różnych miejscach. Dla nas jest Pan jak Clark Kent albo Bruce Wayne i wydaje się, że ma Pan dwie osobowości: za dnia prawego strażnika moralności na Forum Akademickim oraz nocą albo w sumie o każdej porze dnia być może Pana prawdziwe alter ego ala jak Batman na reddit i dziwimy się czemu jakiś Julian a nie Batman właśnie. Także jest pan dla nas bardzo ważny i wczytujemy się w każde słowo tak wybitnej jednostki. Nie rozumiemy tylko dlaczego przestał pan pisać o losowych porach dnia na FA i teraz tylko praktycznie nocne wpisy? Tak jakby ktoś zwrócił na to naraz uwagę jak gospodaruje pan swoim czasem pracy. To trochę dziwne. Ale o nietoperzach jak zauważył kolega kk to na pewno wie pan prawie wszystko. Powodzenia przy wniosku profesorskim i dużo zdrowia panu życzę.
Dziękuję za takie zainteresowanie moją karierą oraz za okazane uznanie i żałuję tylko, że z przyczyn technicznych nie mogę odwzajemnić się podobnym. Serdeczności.
Jak się pan podpisuje na forum z imienia i nazwiska, to najwidoczniej chce się pan lansować, a nie komentować. Jak się pan podpisuje, to wiadomo, że nie do końca pisze pan co pan myśli, bo się pan kontroluje, by nie podpaść innym.
Jeśli się podpisuję z imienia i nazwiska, to znaczy, że podobne niegrzeczne zaczepki mam wliczone w koszty. Chociaż przykro, że takie nieokrzesanie spotyka się na forum bądź co bądź akademickim. Wprawdzie żyjemy w niełatwych czasach, ale nie można do tego stopnia nie trzymać fasonu.