Lubię ten stan, kiedy przez wiele godzin wspinam się po pionowej ścianie, pod nogami mając zaledwie kilkucentymetrowe stopnie. W zdobywaniu szczytów, podobnie jak w nauce, najbardziej liczy się samodzielność. To właśnie ci, którzy potrafią wytyczyć własną drogę, podjąć ryzyko i dotrzeć na szczyt jako pierwsi, zapisują się w historii – mówi w wywiadzie dla FA dr hab. inż. Róża Szweda z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Pierwszą po wakacyjnej przerwie bohaterką naszego cyklu „Nauka przez duże K” jest dr hab. inż. Róża Szweda, chemiczka z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się innowacyjnymi materiałami, które mogą znaleźć zastosowanie w szeroko pojętej technologii i medycynie. Prowadzi m.in. badania nad materiałami, które naśladują cechy żywej materii. W 2023 roku zdobyła ERC Starting Grant. Rozmawia z nią Aneta Zawadzka.
Badania podstawowe czy aplikacyjne?
Kiedy wróciłam z Francji, miałam duże ambicje realizowania badań w taki sposób, żeby móc później komercjalizować ich wyniki. Myślałam o satysfakcji z praktycznych efektów pracy. Dość szybko zobaczyłam jednak, że mechanizmy wspierające wykorzystanie wyników badań nie są jeszcze w Polsce wystarczająco rozwinięte. Jednocześnie nakłada się na nas coraz większą presję, byśmy jak najszybciej zmierzali do komercjalizacji. Skuteczna komercjalizacja wymaga nie tylko oczekiwań wobec naukowców, ale przede wszystkim dobrze działającego systemu, który pomoże przeprowadzić wartościowy wynik naukowy od laboratorium do praktycznego zastosowania.
Czego najbardziej brakuje?
Praktycznych szkoleń dotyczących kwestii współpracy z biznesem, chociażby w zakresie sprzedaży licencji, nie mówiąc o zakładaniu start-upów na bazie własności intelektualnej wypracowanej w jednostkach akademickich. Potrzebujemy również więcej przestrzeni do bezpośredniego kontaktu z przedsiębiorcami, budowania wzajemnego zaufania oraz wsparcia ze strony biznesu. Nauka i biznes, choć w ostatnich latach coraz więcej inicjatyw próbuje do siebie zbliżać oba środowiska, nadal zbyt często funkcjonują obok siebie.
Kolejnym wyzwaniem jest zwiększenie gotowości firm i inwestorów do podejmowania ryzyka związanego z rozwijaniem technologii na bardzo wczesnym etapie. Finansowanie łatwiej znaleźć dla projektów optymalizujących istniejące procesy czy dostosowujących właściwości materiału do konkretnego zastosowania niż dla rozwiązań, które mogą prowadzić do przełomu technologicznego. Mamy jednak zespoły, kompetencje i ambicje, żeby wspólnie z biznesem tworzyć technologie, których jeszcze nie ma i odpowiadać na problemy przyszłości.
Gdzie jeszcze dostrzega pani niedomagania systemu?
Potrzebujemy szerszego dostępu do przykładów udanej komercjalizacji, pokazujących krok po kroku tych, którym się udało. Kiedy w ramach programu TOP1000 Innovators of Poland in Silicon Valley pojechałam z grupą naukowców na kilka dni do Doliny Krzemowej, miałam okazję zobaczyć inne podejście do ryzyka. W Kalifornii ludzie odważniej podejmują próby tworzenia start-upów, ponieważ akceptuje się, że nie wszystkie przedsięwzięcia zakończą się sukcesem. Duża liczba podejmowanych prób zwiększa jednak szansę, że część z nich doprowadzi do przełomowych innowacji, stworzy nowe rynki i wygeneruje znaczącą wartość gospodarczą. Ważną rolę odgrywa przy tym wsparcie uczelni i otoczenia instytucjonalnego, które daje technologii czas na dojrzewanie, zamiast oczekiwać szybkiego zwrotu już na początkowym etapie.
Inaczej nikt by nawet nie startował.
Rozwój nowych technologii wiąże się z dużym ryzykiem i nie każdy projekt zakończy się sukcesem. Wiele osób znajduje jednak w sobie odwagę do działania, traktując możliwą porażkę jak lekcję. U nas podejmowanie ryzyka może wiązać się z konsekwencjami, które zniechęcają naukowców do wyboru tej ścieżki. Sama również podchodzę dziś do takich przedsięwzięć z większą ostrożnością.
Nauczona doświadczeniami innych?
Trzeba pamiętać, że na wczesnym etapie rozwoju technologii nie zawsze da się przewidzieć, czy osiągnie ona wszystkie parametry wymagane do konkretnego wdrożenia. Nadal mamy do czynienia z badaniami – ukierunkowanymi na zastosowanie, ale obarczonymi realnym ryzykiem naukowym i technologicznym. Dlatego warto zastanowić się, czy system finansowania badań aplikacyjnych daje wystarczającą przestrzeń na elastyczność, zmianę strategii, plan B, a także na dobrze uzasadnione niepowodzenie.
Chciałabym, abyśmy budowali system, który w większym stopniu opiera się na zaufaniu do naukowców, bo mamy w Polsce ogromny potencjał intelektualny, bardzo dobre zespoły i nowoczesne zaplecze badawcze rozwijane przez ostatnie lata. Kolejnym krokiem powinno być stworzenie warunków, które pozwolą ten potencjał w pełni wykorzystać i podejmować ambitne projekty. To wymaga także stabilnych i odpowiednio wysokich nakładów na badania. Dlatego inicjatywy, takie jak „3% dla nauki” są bardzo ważne, ponieważ zwracają uwagę na to, że finansowanie badań powinno być traktowane jako długofalowa inwestycja w rozwój technologiczny, kompetencje i konkurencyjność kraju.
Potrzebujemy także prostszych procedur operacyjnych, między innymi zmian w Prawie zamówień publicznych, które lepiej uwzględniałyby specyfikę badań naukowych, często wymagających szybkiego dostępu do specjalistycznych materiałów, odczynników czy aparatury. Naukowcy nie powinni poświęcać nadmiernej ilości czasu na procedury związane z zakupem narzędzi niezbędnych do pracy, jeśli ten czas może być przeznaczony na prowadzenie badań, rozwój zespołu i tworzenie nowych technologii.
Tyle że tworzenie nowych technologii jest związane z ryzykiem. A jak można wymagać od naukowców podjęcia takiego ryzyka, jeśli oczekuje się zarazem wyników badań już na etapie składania wniosku o grant?
Jednym z problemów jest to, że system nie zawsze wystarczająco wcześnie daje młodym badaczom przestrzeń do rzeczywistej samodzielności. Naukowiec wracający z zagranicznego stażu może zdobyć finansowanie na własny projekt badawczy i zatrudnić doktorantów, a jednocześnie nadal napotykać formalne ograniczenia w samodzielnym prowadzeniu ich pracy. Tymczasem o samodzielności naukowej powinny decydować przede wszystkim zdolność do formułowania ważnych pytań badawczych oraz dorobek potwierdzający kompetencje i zdolność do realizacji zaplanowanych badań, a te elementy są przecież szczegółowo oceniane już na etapie aplikowania o finansowanie projektu.
Moim zdaniem sam stopień naukowy nie jest wystarczającą miarą samodzielności – ważniejsze są osiągnięcia, niezależność intelektualna i umiejętność budowania własnego programu badawczego. System powinien w większym stopniu premiować tworzenie nowych kierunków badań niż kontynuowanie tematów rozpoczętych w macierzystym zespole badawczym. To właśnie niezależność, oryginalność i zdolność do formułowania własnych pytań są szczególnie istotne w międzynarodowej konkurencji. Jeśli chcemy wspierać badania naprawdę innowacyjne, powinniśmy tworzyć warunki, które zachęcają młodych naukowców do inicjowania własnych tematów badawczych, podejmowania ryzyka i konkurowania na poziomie międzynarodowym.
Na przeszkodzie stoi kwestia mentalności?
Nie tylko. Bardzo dużą rolę odgrywają również praktyki rekrutacyjne i kultura organizacyjna instytucji. W wielu wiodących ośrodkach zagranicznych młodzi naukowcy po stażu podoktorskim aplikują w otwartych konkursach na niezależne stanowiska, przedstawiając własny program badawczy. Po ich zatrudnieniu otrzymują wsparcie finansowe na start, pozwalające zbudować zespół i uruchomić nowy kierunek badań. W Polsce taki model również się rozwija, ale nie jest jeszcze stosowany wystarczająco konsekwentnie. Nadal zdarzają się konkursy bardzo wąsko definiujące profil kandydata lub stanowiska silnie osadzone w istniejących strukturach i tematyce badawczej.
Ważnym problemem jest także to, że za otwarciem nowej pozycji rzadko idą środki potrzebne do uruchomienia nowego laboratorium. W efekcie młody badacz musi często budować infrastrukturę swojej grupy niemal wyłącznie w oparciu o granty zewnętrzne. Jest to możliwe, ale pochłania ogromną ilość czasu i energii, przez co na starcie mamy trudniejsze warunki niż badacze rozpoczynający pracę w dobrych ośrodkach zagranicznych. Jeżeli chcemy przyciągnąć i zatrzymywać ambitnych badaczy oraz zwiększać liczbę zespołów konkurencyjnych międzynarodowo, potrzebujemy bardziej otwartych rekrutacji i realnych pakietów startowych, które pozwolą nowym liderom szybko rozpocząć samodzielną pracę badawczą.
To główny powód, dla którego Polski nie ma w światowej czołówce?
To na pewno jeden z ważnych czynników. Nauka jest globalna, dlatego mobilność, wymiana doświadczeń i kontakt z różnymi kulturami pracy mają ogromne znaczenie. Bez wyjazdów trudno o efektywną wymianę myśli. Pozostając wyłącznie w jednym środowisku ograniczamy własny rozwój i perspektywę do lokalnych praktyk. Narzekamy, że mało mamy w Polsce grantów ERC, ale jak mamy zwiększyć nasz współczynnik sukcesu, jeśli jednocześnie nie zachęcamy do stawiania na samodzielność, otwartość, odwagę w zadawaniu ważnych pytań?
Nie zawsze sprzyja temu również sposób ewaluacji jednostek, który silnie opiera się na punktowej ocenie publikacji. Taki system może zachęcać do maksymalizowania liczby wysoko punktowanych prac, niekoniecznie premiując w wystarczającym stopniu rzeczywistą samodzielność naukową, rolę zespołu w powstaniu publikacji, czy to, czy kluczowi autorzy pracy są realnie związani z daną jednostką. W efekcie łatwo pozostać przy bezpiecznym status quo. Samodzielność nie jest łatwa. Trzeba pozyskiwać środki na finansowanie zespołu, rekrutować odpowiednich ludzi, a następnie nauczyć się nimi dobrze zarządzać. To wymagająca ścieżka, ale trzeba mieć świadomość, że bez wychodzenia poza lokalne schematy i budowania własnego, rozpoznawalnego programu badawczego znacznie trudniej konkurować na poziomie międzynarodowym.
Może nie wszystkim na tym zależy?
Myślę, że nie każdy wybiera karierę nastawioną na międzynarodową konkurencję na najwyższym poziomie i to jest całkowicie zrozumiałe. Jeśli jednak chcemy zwiększać liczbę zespołów prowadzących badania o dużej skali i znaczeniu, powinniśmy szczególnie wspierać tych, którzy mają ambicję, pomysł i potencjał, by takie programy rozwijać. W wielu dobrych ośrodkach naturalnym etapem kariery po doktoracie jest wyjazd na kilkuletni staż do innej jednostki.
We Francji bardzo mocno promuje się mobilność młodych badaczy. W wielu instytucjach zatrudnienie na stałym stanowisku w tej samej jednostce, w której zrobiło się doktorat, jest ograniczone, a czasem nawet niemożliwe. Chodzi właśnie o to, żeby zachęcać do zmiany środowiska, zdobywania nowych doświadczeń i budowania rzeczywistej samodzielności naukowej. Jeżeli przez całą karierę pozostajemy w jednym otoczeniu, rośnie ryzyko powielania tych samych sposobów myślenia i kierunków badań. Wtedy postęp częściej ma charakter inkrementalny, podczas gdy przełomowe odkrycia wymagają zwykle wyjścia poza utarte schematy i zderzenia różnych perspektyw. Sama zrozumiałam to bardzo wyraźnie po wyjeździe z Polski – przede wszystkim dlatego, że zmiana środowiska pozwoliła mi poszerzyć perspektywę. Kiedy wróciłam i zaczynałam budować własny program badawczy, świadomie zadbałam o to, żeby nie kontynuować bezpośrednio tematyki rozwijanej podczas doktoratu czy stażu podoktorskiego. Wiedziałam, że jeśli chcę konkurować o grant ERC, muszę zaproponować własny, oryginalny kierunek badań. Grant ERC był dla mnie ważnym celem, ponieważ dał mi możliwość rozwinięcia ambitnego programu badawczego na odpowiednią skalę i zwiększenia międzynarodowej widoczności naszych wyników.
Na ile pomocna w jego zdobyciu okazała się współpraca z laureatem dwóch grantów ERC?
Po obronie doktoratu szybko zdałam sobie sprawę, że jeśli chcę wykonywać swoją pracę jak najlepiej, to powinnam zdobyć doświadczenie w wiodącym ośrodku badawczym. Chciałam zobaczyć, jak buduje się silne zespoły, jak wybiera ambitne pytania badawcze i organizuje pracę w grupach, które regularnie publikują w najlepszych czasopismach. Chciałam zrozumieć, jakie warunki sprzyjają prowadzeniu badań na światowym poziomie.
Wyjechałam do Strasburga, gdzie w grupie kierowanej przez prof. Jean-François Lutza, laureata grantów ERC Starting Grant i Proof of Concept, pracowałam nad tematyką polimerów o zdefiniowanej sekwencji. Spędziłam tam cztery lata i już wtedy zaczęłam myśleć, jak samodzielnie rozwinąć ten temat w nowym kierunku. Najbardziej interesowało mnie to, jak wyjść poza istniejący stan wiedzy i postawić pytanie, które otworzy nowy kierunek badań.
Zuchwale.
Wspólnie z Jean-François Lutzem rozwijaliśmy koncepcję kodowania informacji binarnej w łańcuchach polimerowych, wykorzystując precyzyjnie zdefiniowaną sekwencję monomerów. Projekt był inspirowany sposobem, w jaki DNA przechowuje informację genetyczną w sekwencji czterech zasad azotowych. Myśląc o własnym programie badawczym, wiedziałam jednak, że opracowanie kolejnego polimeru zdolnego do zapisu informacji binarnej byłoby przede wszystkim rozwinięciem istniejącej tematyki. Byłby to postęp naukowy, ale z ograniczoną wartością koncepcyjną – a to nowe koncepcje są najbardziej wartościowe i cenione. Chciałam pójść krok dalej i postawić nowe pytanie: skoro potrafimy już precyzyjnie kontrolować sekwencję polimeru, czy możemy wykorzystać tę informację do programowania jego trójwymiarowej struktury, a w konsekwencji także funkcji?
To oznaczało wyjście poza tradycyjną chemię i przejście od kontroli struktury pierwszorzędowej do kontroli fałdowania i organizacji przestrzennej makrocząsteczek. Inspirował mnie sposób, w jaki natura wykorzystuje sekwencję białek do kodowania ich trójwymiarowej struktury, a ta z kolei determinuje funkcję. Chciałam sprawdzić, czy podobne zasady można przenieść na syntetyczne polimery i w przyszłości wykorzystać je do tworzenia układów o funkcjach, takich jak kataliza czy selektywne rozpoznawanie molekularne. Wyniki uzyskane w ramach mojego pierwszego grantu finansowanego przez NCN pokazały, że kontrolowanie kształtu takich polimerów jest możliwe. Na tej bazie powstał projekt SHAPE finansowany przez ERC.
Docelowo chce pani stworzyć syntetyczny materiał, który potrafiłby odwzorowywać funkcje żywej materii.
Chcemy wykorzystać kontrolę kształtu łańcucha polimerowego – stąd nazwa SHAPE (kształt) – do programowania funkcji katalitycznej. Postawiłam hipotezę, że jeśli uda nam się przenieść na chemię syntetyczną jedną z fundamentalnych zasad biologii, czyli kodowanie informacji o strukturze i funkcji w sekwencji makrocząsteczek, będziemy mogli osiągnąć poziom selektywności oddziaływań, jaki nadal jest bardzo trudno dostępny dla materiałów syntetycznych. Pracujemy nad tym, aby wykazać, że możemy kontrolować kształt syntetycznych polimerów w sposób inspirowany tym, jak natura steruje fałdowaniem białek, a następnie wykorzystać tę kontrolę do programowania funkcji. Trochę jak programiści staramy się rozszyfrować kod i poznać zasady przekazu informacji w żywej materii, a następnie wykorzystać je do programowania materiałów syntetycznych o funkcjach projektowanych z myślą o konkretnych zastosowaniach. To ambitny kierunek, który stawia przed nami również wyzwania metodologiczne. Techniki rozwinięte do badania białek i DNA nie zawsze można bezpośrednio zastosować do naszych układów, ponieważ projektujemy materiały zdolne do działania także poza środowiskiem fizjologicznym. Musimy więc nie tylko tworzyć nowe struktury, ale również rozwijać metody ich badania i sposoby opisu. To właśnie czyni ten projekt tak interesującym. Czuję się czasem jak artystka pracująca w skali molekularnej – próbujemy nadawać materii określony kształt, a poprzez ten kształt również funkcje.
Artyście, który się chce przebić, nie może zabraknąć przebojowości.
Myślę, że mam jej wystarczająco dużo i nie boję się wyjść poza swoją strefę komfortu. Kiedy przygotowywałam wniosek o grant ERC, pojechałam ponownie do Strasburga, tym razem już nie jako post-doc, lecz jako visiting researcher w ISIS na Uniwersytecie Strasburskim. Podczas tego pobytu udało mi skonsultować projekt z noblistą, prof. Jean-Pierre Sauvage’em. Spotkałam go w windzie i po prostu zapytałam, czy miałby czas porozmawiać o moich pomysłach na badania. Bez problemu się zgodził, chociaż przecież wcześniej mnie nie znał. Myślę, że nadmierna skromność i przywiązanie do konwenansów zbyt często powstrzymują nas przed sięganiem po możliwości, które są na wyciągnięcie ręki.
Nieczęsto się jednak zdarza jechać windą z noblistą.
Dlatego wyjazdy są tak istotne, a mobilność nie powinna kończyć się wraz z uzyskaniem samodzielności. W wielu dobrych ośrodkach bardzo popularny jest sabbatical – doświadczony naukowiec wyjeżdża na kilka miesięcy do innego ośrodka, żeby zanurzyć się w odmiennej kulturze pracy, poznać inne rozwiązania i zobaczyć, co można później przenieść do własnego środowiska. Mam wrażenie, że w Polsce cały czas zbyt małą wagę przykładamy do korzystania z doświadczeń innych i wymiany dobrych praktyk, a przecież tak naprawdę nie musimy wymyślać koła na nowo. Warto uczyć się bezpośrednio w miejscach, które osiągają najlepsze rezultaty. Taka otwartość na uczenie się od innych może również pomóc nam skuteczniej rozwijać nowe technologie i budować lepsze mechanizmy ich komercjalizacji.
Powrót do Polski okazał się dobrym krokiem w stronę uzyskania samodzielności?
Szukałam miejsca, które pozwoli mi zbudować własne laboratorium, stworzyć odpowiednią kulturę pracy, rozwinąć nowe metodologie i realizować autorski program badawczy. Trafiłam najpierw do Sieci Badawczej Łukasiewicz – Polskiego Ośrodka Rozwoju Technologii, a później do Centrum Zaawansowanych Technologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W PORT stawiano głównie na badania aplikacyjne, podczas gdy ja koncentrowałam się na badaniach podstawowych. Powrót dał mi przestrzeń do zbudowania własnej tożsamości naukowej i programu badawczego, ale realną samodzielność umożliwiły mi przede wszystkim granty zdobyte w konkurencyjnych konkursach, dzięki którym mogłam zbudować zespół, stworzyć odpowiednie zaplecze badawcze i prowadzić badania.
Co w pani przypadku stanowiło największe wyzwanie w budowaniu własnego zespołu?
Na pewno jedną z trudniejszych rzeczy jest zarządzanie zespołem. Młodzi naukowcy, którzy dopiero zaczynają budować grupę, nie zdają sobie sprawy ze skali trudności tego zadania. Trzeba nauczyć się kierować ludźmi o bardzo różnych osobowościach, ambicjach i stylach pracy. Kluczowe jest znalezienie równowagi między pozostawieniem przestrzeni na kreatywność i samodzielność a dbaniem o wspólne cele, harmonogram i realizację projektów. Na liderze spoczywa odpowiedzialność za wyznaczanie kierunku i dbanie o to, aby zespół, mimo przestrzeni na indywidualną kreatywność, nie zbaczał z obranego kursu.
Jest pani typem liderki wymagającej czy raczej spolegliwej?
Po latach doświadczeń wiem, jak ważne jest, by lider swoim sposobem pracy wyznaczał dobry wzór dla innych. Młodzi naukowcy potrzebują nie tylko przestrzeni do samodzielności, ale też wzorców pokazujących, jak prowadzić rzetelne, ambitne badania i jak funkcjonować w zespole. To doświadczenie będzie im potrzebne później, kiedy sami zaczną budować własne grupy. Ważnym elementem rozwoju jest stopniowe przygotowywanie ich do roli liderów – podejmowania odpowiedzialności, wspierania młodszych osób, rozwiązywania konfliktów i organizowania pracy innych. W moim zespole wraz z doświadczeniem i zaufaniem rośnie zarówno zakres autonomii, jak i odpowiedzialności.
Prof. Agnieszka Chacińska, laureatka Nagrody PAN, przyznała niedawno w wywiadzie dla FA, że w Polsce brakuje szkoleń dla liderów nauki.
Przeczytałam ten wywiad i… zapisałam się na kurs EMBO. To była dla mnie bardzo ważna wskazówka. Każdy z nas w dużej mierze uczy się zarządzania zespołem metodą prób i błędów. Żeby ograniczyć liczbę błędów i korzystać z umiejętności innych, jestem w kontakcie z kilkoma starszymi i bardziej doświadczonymi naukowcami z różnych krajów, których traktuję jako mentorów i z którymi konsultuję różne decyzje i problemy. Z kolegami będącymi na podobnym etapie kariery regularnie wymieniamy się doświadczeniami i radami. Potrzebujemy jednak silniejszej kultury mentoringu i dzielenia się dobrymi praktykami, a także większej liczby profesjonalnych szkoleń dla liderów.
Prof. Chacińska powiedziała też, że nie ma łatwo w naszym kraju ten, kto wychodzi przed szereg.
Nasuwa mi się analogia ze wspinaczką, której od lat jestem oddaną pasjonatką. Lubię ten stan, kiedy przez wiele godzin wspinam się po pionowej ścianie, pod nogami mając zaledwie kilkucentymetrowe stopnie. Można być alpinistą, który sam zdobywa szczyt albo nawet wytycza drogę prowadzącą na niego. Ale można też dotrzeć na górę turystycznie, będąc prowadzonym przez przewodnika, który pomaga osiągnąć wyznaczony cel. Oczywiście także w tym przypadku trzeba mieć pewne umiejętności sportowe i podjąć duży wysiłek, ale w świecie alpinizmu nie zostanie to zaliczone jako samodzielne wejście. W zdobywaniu szczytów, podobnie jak w nauce, najbardziej liczy się samodzielność. To właśnie ci, którzy potrafią wytyczyć własną drogę, podjąć ryzyko i dotrzeć na szczyt jako pierwsi, zapisują się w historii.
Rozmawiała Aneta Zawadzka
Wywiad został przeprowadzony w ramach cyklu „Nauka przez duże K”. Ukazały się już rozmowy z: prof. Joanną Kargul, dr hab. Urszulą Zajączkowską, dr Agatą Kołodziejczyk, dr Anną Wylegałą, prof. Elżbietą Frąckowiak, prof. Aleksandrą Ziembińską-Buczyńską, dr hab. Katarzyną Mirgos, prof. Ewdoksią Papuci-Władyką, prof. Aleksandrą Łuszczyńską, prof. Natalią Letki, prof. Katarzyną Radwańską, dr hab. Anną Oleszkiewicz, prof. Katarzyną Starowicz-Bubak, dr Aleksandrą Karykowską, prof. Natalią Sobczak, dr hab. Karoliną Pierzynowską, dr Izabelą Anną Romanowską, dr Natalią Banasik-Jemielniak, dr hab. Anną G. Piotrowską, dr hab. Barbarą Mróz-Gorgoń. dr Natalią Organistą, dr Martą Marciniak, dr hab. Karoliną Kremens, prof. Magdaleną Musiał-Karg, dr Kamilą Krakowską-Rodrigues, dr Kamilą Łabno-Hajduk, dr hab. Aleksandrą Rutkowską, dr Zuzanną Świrad., dr hab. Izabelą Kowalską-Leszczyńską, dr hab. Małgorzatą Kot, dr Moniką Kaźmierczak, prof. Natalią Marek-Trzonkowską, prof. Anną Matysiak, dr hab. Agnieszką Gajewicz-Skrętną, dr hab. Aleksandrą Milewską, dr hab. Joanną Wawrzyniak, dr inż. Anną Sztyber-Betley, dr hab. Marią Nowak-Claytor, prof. Agnieszką Chacińską.